27 lipca 2008

Nie na temat


Kolejne trzy dni spędzę za kółkiem. Co niejako wyklucza czytanie. Ale później już będę czytać i pisać:)

Nianiek


Dziś do Kociastych przyjedzie opiekun. Będzie ich doglądał podczas naszej dwudniowej nieobecności. Pewnie udręczymy go telefonami z pytaniami o to, co robią kotki, czy śpią, czy jedzą, czy zdrowe, czy... Wymyślimy zapewne multum zatroskań (istnieje takie słowo?), aż A. będzie miał nas dość... 

A my w czasie koegzystencji kotów i A. przejedziemy sobie Polskę wzdłuż. Dwukrotnie. A jak wrócimy, zapakujemy Kociaste i pojedziemy do Rodziców via Warszawa. (Trzeba przecież przedstawić Luluni i jej domownikom Nusię;) ).

P.S. Zapasy;)

Patricia Schröder. Miętuski i komórka miłości.


Wydane przez
Wydawnictwo Zielona Sowa

Miętuski to Lou, Ratze, Emily i Maleen, nastolatki objadające się miętowymi cukierkami i mające grupę swoich ulubionych wrogów. Między dziewczynami a chłopakami z grupy JEMAYUS jest i rywalizacja, i głęboko skrywana sympatia.

Obydwie grupy płatają sobie wzajemnie psikusy, lecz gdy okazuje się, że jednej z Miętusek potrzebna jest pomoc, koleżanki odkładają na bok dokuczanie chłopcom i robią wszystko, by Maleen mogła nadal chodzić z nimi do szkoły i by koń, którego dziewczynka bardzo polubiła, Clypso, nie był oddany do rzeźni.

Z mojego punktu widzenia jest to zabawna opowiastka o młodszej młodzieży, choć zdaję sobie sprawę, że czytelnicy w wieku 13-16 lat potraktują powieść o nastolatkach zupełnie inaczej; dla nich będzie to odbicie własnej rzeczywistości, z radościami i nastolatkowymi problemami. Co ważne autorka pokazuje w swej książce jak ważne są dobre relacje z ludźmi, jak wiele można zrobić, gdy ma się wsparcie przyjaciół i podkreśla znaczenie empatii. Jest tu również miejsce na ukazanie szkoły – jako miejsca, gdzie można dowiedzieć się ciekawych rzeczy, wspólnie pracować nad zadaniem, a także na zobrazowanie związków rodzinnych, które jeśli tylko są oparte na strachu a nie na zaufaniu tracą na jakości.

Myślę, że warto podsunąć tę książkę własnemu nastolatkowi. Ot, choćby do plecaka przed wyjazdem na wakacje.

26 lipca 2008

Petra Prochazkova. Friszta.


Wydane przez
Wydawnictwo Czarne 


Podczas lektury książki o czeczeńskich kobietach Petry Prochazkovej czułam żal, współczucie, złość. Podczas lektury „Friszty” moje uczucia spotęgowały się – byłam wściekła, rozżalona, na skraju łez.

„Friszta” to opowieść o życiu kobiet w Kabulu. Co istotne, oglądamy Kabul po odejściu talibów, czyli ten bardziej tolerancyjny, stwarzający szansę na normalne życie, ten rozbrzmiewający muzyką, a nie tylko nawoływaniem mezuzina.

Narratorką jest Rosjanka, Herra, która z miłości przyjechała do Afganistanu. Tam poślubiła Nazira i nagle jej życie uległo gwałtownej przemianie. W domu, który stał się teraz jej domem mieszka Friszta (siostra Nazira) z mężem i dziećmi, mieszkają rodzice Nazira i jego dziadek. Pewnego dnia pojawia się tam, przyprowadzony przez krewniaczkę lekarkę młody człowiek, który razi swym wyglądem i zachowuje się zdecydowanie zbyt dorośle.

Frisztę bije mąż. Bije, bo córka ubrała nie taką jak on uznał, że jej wolno sukienkę. Przypala żonę papierosem, bo zgodziła się, by najstarsza córka zaczęła chodzić do szkoły dla dziewcząt, w której nie trzeba nosić burki. Katuje ją, bo… może.

Herra ma dobrego męża. On jej nie bije. On tylko karze ją szczypiąc wnętrza jej ud tak silnie, że następnego dnia są całe fioletowe. On tylko nazywa ją kurwą, suką, załganym kocmołuchem. 
Herra i jej mąż są wykształconymi ludźmi. Mówią w kilku językach, zdobyli wyższe wykształcenie. A w noc poślubną, gdy okazuje się, że dziewczyna nie jest dziewicą jej mąż oświadcza „Już nie jestem afgańskim mężczyzną”.

Czytałam już różne książki o sytuacji kobiet w krajach muzułmańskich. Rzadko wśród nich można znaleźć opowieść o kobiecie, która zrezygnowała, mniej lub bardziej, świadomie z cywilizacji (to słowo klucz), by schronić się pod burką i która, już świadomie, chce pod ową burką chować się nadal. Beznamiętna opowieść narratorki, jej objaśnianie kabulskiego świata jakie czyni na rzecz Amerykanów z konwoju pomocy, budzą moje przerażenie. Im więcej przeczytałam, tym silniejszy odczuwałam sprzeciw.

Warto przeczytać. Choćby po to, by sprawdzić siebie. 

Kocia bida


Około dwumiesięczną kotkę ktoś przywiązał do drzewa i zostawił. Na szczęście ktoś inny ją znalazł, odwiązał i zabrał. Do domu tymczasowego. Kotka szuka domu na stałe. Takiego, który podejmie się wymagrodzenia jej doznanych od ludzi krzywd.

Wczesnym rankiem, gdy Koty śpią...








Pisałam już o tym, ale wspomnę raz jeszcze – jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak bardzo Gusia opiekuje się Maleńtasem. Bawi się z nią, liże, śpią razem wtulona jedna w drugą, Nusia burczy, a Guziolek, jak całkiem poważna kotka, opatula ją swoją grubaśną sierścią.

Maleńka sypia też z Sisulką, na co ta pozwala jedynie pod warunkiem, że Nusia jej nie podgryza.

Wczoraj urwała mi się linka, na której wisiało pranie. Zanim ją obcięłam dotarły do niej Kociaste. Aż szkoda było mi im zabierać.

Panu Doktorowi, Tomaszowi Z., dziękujemy bardzo za troskliwą i mądrą opiekę nad Nusią. Dobrze jest trafić ze zwierzakiem w ręce takiego lekarza:)

Ian McEwan. Na plaży Chesil.


Dwoje młodych ludzi bierze ślub. Dzieje się to w latach sześćdziesiątych, kiedy obyczajowość nie pozwala nowożeńcom rozmawiać o sprawach związanych z seksualnością. Edward spragniony jest bliskiego kontaku ze swoją żoną, boi się jednak, by nie urazić jej swoją zapalczywością. Florence czuje obrzydzenie na myśl o aktach seksualnych, uważa jednak, że skoro nie ostrzegła Edwarda wcześniej o swoich doznaniach, teraz już nie powinna się mu do tego przyznawać. Ich wzajemne obawy prowadzą do sytuacji, która okazuje się zbyt ciężka dla ich obojga.

Wydawać by się mogło, że książka McEwana to klasyczna powieść o tym, jak nieumiejętność dobrej komunikacji międzyludzkiej może zniszczyć życie. Ale fabuła jaką autor obudował ten, zdaje się już mocno wyeksploatowany, temat jest zaskakująca.

Akcja powieści dzieje się powoli, czasami wręcz bywa nudnawo. Podczas tej nudniejszej części pomyślałam, że już nie będę czytała książek tega autora. Jednak, gdy doczytałam do końca, a fabuła nagle nabrała rumieńców pomyślałam - Może jednak...?

P.S. Na kolejne spotkanie DKK w F25 czytamy "Przedział dla pań", a w F3 - "Lód".

Justyna Szymańska. Miłosna Szarlotka.


Wydane przez

Wydawnictwo Replika

Apolonia znalazła ukochanego. Postanawiają wziąć ślub, a na wszelkie propozycje urozmaicenia wesela odpowiadają "chcemy skromnie i kameralnie". Jednak nie wszystkim podoba się ów zapęd do skromności i planują niespodzianki.

Na tle planów ślubno-weselnych Aplonii i Roberta, toczy się romans Jolki. Romans dziwny, bo jakiś taki jakby złożony jedynie z uśmiechów i pączków.

Perypetie poznanych w "Grze o miłość" bohaterek nabierają rumieńców. Ludzka wścibskość okazuje się być czasami przydatna, a czasami stanowi źródło nieporozumień. Justyna Szymańska w szalenie prawdziwy sposób portretuje rzeczywistość, a że robi to również z dobrze odmierzoną dawką ironii oraz sentymentu, warto poznać jej ksiażki.

Jeszcze w parku







25 lipca 2008

Justyna Szymańska. Gra o miłość.


Wydane przez
Wydawnictwo Replika

Bohaterką przyjemnie opowiedzianej przez Justynę Szymańską historii jest trzydziestoletnia polonistka nie mająca męża. Fakt bycia singlem (czy jak chce jej brat) starą panną ma kolosalne znaczenie. Matka Apolonii wciąż się martwi samotnością córki, brat z bratową kpią i szydzą z rzekomego, ich zdaniem, zadowolenia z pojedynczego życia, a Apolonia odczuwa coraz większą presję. Presję tym silniejszą, że wygrała pobyt sylwestrowy w jednym z zakopiańskich hoteli i wypadałoby się pojawić na balu z ukochanym. Zaczyna się gorączkowe poszukiwanie mężczyzny, w czym dzielnie sekundują jej Jolka - przyjaciółka od zawsze i Kamil – sąsiad, który robił wrażenie wartego uwagi do momentu, gdy oznajmił, iż jest gejem.

I choć z pozoru wydawać by się mogło, że powieść jest tylko przyjemna lekturą na wakacje, warto dojrzeć w niej krytykę zaściankowości i dulszczyzny. Koleżanki szepczące po kątach i milknące na widok bohaterki, zgryźliwa bratowa wymagającą od Apolonii, aby zrezygnowała z wyjazdu do Zakopanego, a w zamian za to zajęła się dziećmi, czy nawet Jolka, która wysyła mężczyznom poznawanym przez Internet swoje zdjęcie sprzed 10 kg, a oburza się, że oni przysyłają jej swoje sprzed 10 lat.

„Gra o miłość” jest napisana bardzo sprawnie. Kolejne strony obracałam szybko nie dostrzegając ani upływu czasu, ani upływu tychże stron. Wciągnęły mnie perypetie młodej polonistki i jej bliskich. Tak bardzo, że natychmiast po skończeniu książki sięgnęłam po kolejną opisującą przygody Apolonii – „Miłosną szarlotkę”. Ale o tym później…

Sigitas Parulskis. Trzy sekundy nieba.


Wydane przez
Wydawnictwo Czytelnik

Rzadko zdarza mi się dzielić literaturę na kobiecą i męską. W tym jednak przypadku podział taki jest w pełni uzasadniony i nie tylko dlatego, że „Trzy sekundy nieba” napisał mężczyzna - ta powieść zdecydowanie należy do nutru męskich powieści.

Autor buduje swą opowieść wychodząc z założenia, że jego pokolenie, pokolenie wypchnięte na ten świat w latach (…) sześćdziesiątych nie ma żadnych cech wyróżniających poza brakiem umiejętności dobrego życia, jest mdłe, nieufne, a wszystko to stąd, że czas jego dorastania przesycony był propagandą, demagogią, rusyfikacją.

Bohater powieści w świecie, w którym istnieje ZSRR odczuwa dyskomfort tożsamościowy. Z żołnierzami, z którymi służy w wojskach desantowych w NRD, porozumiewa się po rosyjsku, klnąc w szalenie barwny sposób. A jednocześnie postawiony w sytuacji, w której próbuje młodej Niemce wyjaśnić skąd pochodzi, zżyma się na jej brak wiedzy, kiedy ta upiera się, że na wschód i północny-wschód od Polski jest tylko ZSRR, że nie ma czegoś takiego jak Litwa.

Sigistas Parulskis wiedzie czytelników swojej powieści przez historię współczesnej Litwy. Przedstawia nam ją z punktu widzenia starszego już mężczyzny, który podczas pobytu w nadmorskim uzdrowisku snuje rozważania na temat kondycji własnego pokolenia i wspomnienia o młodości w mundurze. Oczywiście wspomnienia te ubarwiane są portretami kobiet, znajomość z którymi w różny sposób odcisnęła na bohaterze swoje piętno.

Aby w pełni zrozumieć przesłanie autora należy poświęcić książce sporo uwagi. Pisanie Parulskisa jest wymagające, ale warto spełnić te wymagania; autor buduje przepiękne frazy, które poukrywane wśród fabuły, uderzają swoją trafnością i malowniczością.

P.S. Trzy sekundy, to czas jaki musi upłynąć miedzy wyskoczeniem skoczka z samolotu a momentem, w którym może on pociągnąć za rączkę otwierającą spadochron.

24 lipca 2008

Kwong Kuen Shan. Kot filozoficzny.


Niewielkich rozmiarów książeczka zawiera kocie portrety i mądrość Wschodu. Autorka, rozmiłowana w kotach, niegdysiejsza kotofobka, poświęciła wiele czasu na próby uchwycenia ołówkiem i farbami uroku kociego. Spośród wielu prac wybrała czterdzieści, które stanowią o wizualnej stronie książki. Teksty, które stanowią element dopełniający ilustracje Kwong Kuen Shan, sinolog klasyczna, wybrała spośród chińskich dzieł literackich i filozoficznych.

To, jak mi się wydaje, dość nieoczekiwane połączenie – kocich portretów i nauki zen, tekstów Konfucjusza, Mencjusza, Loa Tsu czy Chuang Tsu – daje przyjemność trzymania książki w dłoniach i zapoznawania się z nią, ale może stanowić też rozległe źródło rozważań, zamyśleń i wyciszenia.

Ilustracje są tak prawdziwe, jak tylko prawdziwe mogą być koty leżące leniwie na wśród zieleni, koty zaciekawione, polujące, wygrzewające się na monitorze, czy zapraszające inne koty do zabawy. Z pewnością ludzie zakoceni dojrzą w „Kocie filozoficznym” swoich mruczących współmieszkańców.

P.S. Zapraszam na stronę autorki: http://kwongkuenshan.net


Zmiany

Uważni Czytelnicy zapewne zauważyli, że z prawej szpalty zniknął apel poszukiwawczy domu dla Nusi. Zgodnie z Waszymi sugestiami i naszym sercem stało się tak, że Nusia przyłączyła do rodziny na stałe.

Zdjęcie powyższe (jest duże, można powiększyć) oddaje całą naszą Kocią gromadkę:)

Miejskie czytanie to wyzwanie


Zapraszam wszystkich czytelników bloga do nowego wyzwania. Aby wziąć w nim udział, trzeba mieć zapał do czytania oraz konto pocztowe na gazeta.pl

Spośród książek o miastach wybieramy co najmniej 4 miasta i deklarujemy, jakie ksiażki o wybranych miastach chcemy przeczytać. Jeśli chcemy czytać więcej - nie ma żadnych przeszkód:)

Szczegóły na specjalnie założonym blogu - MIEJSKIE CZYTANIE

Moja lista szalenie podstawowa wygląda następująco:

Berlin:
Erica Fischer "Aimee i Jaguar"
Praga:
Gustav Meyrink “Golem” i/lub Milan Kundera "Nieznośna lekkość bytu"
Kraków:
Lucyna Olejniczak "Wypadek na ulicy Starowiślnej"
Gliwice:
Horst Bienek: "Pierwsza polka"

23 lipca 2008

Galsan Tschinag. Koniec pieśni.


Wydane przez
Drzewo Babel
Książka "Koniec pieśni" opowiada o rodzinie wywodzącej się w Tuwińców, mieszkającej w Mongolii i o tym, co zmieniające się czasy czynią z ludźmi.

Autor - Irgit Szynykbaj-ogłu Dżurukuwaa – jest Tuwińcem wykształconym w Niemczech, a poprzez swoją prozę zwraca uwagę na upadek tradycji wśród plemion koczowniczych.

Szumuur został wdowcem. Jego żona zmarła i odtąd jego rodzinę stanowiło czworo dzieci – Dombuk, najstarsza córka, Dongur i Tasaj, synowie i Szażynbaj, młodsza córka. Mężczyzna próbuje sobie poradzić ze stratą żony, którą nauczył się cenić zbyt późno, próbuje zachować się właściwie wobec kobiety, która przez wiele lat była jego kochanka, i która przybywa, by go pocieszyć. Jednocześnie musi znaleźć drogę do komunikacji ze swoimi dziećmi, musi pojąć ich obecność.

Równolegle do prezentowania tego, w jaki sposób świat ludzki radzi sobie ze śmiercią, autor pokazuje nam świat zwierzęcy dotknięty ostatecznością – klaczy umiera źrebię, źrebięciu umiera matka. Ludzie próbują oszukać naturę, podsuwają źrebię klaczy, by połączyć cykl życia, by nie dać śmierci zwycięstwa.

W tle historii rodzinnej możemy obserwować kulturę i obyczajowość panującą w Mongolii, wśród plemion wędrownych. Mamy okazję ujrzeć stepy, góry i posłuchać pieśni Dombuk.

Książka kończy się rozdziałem podsumowującym. Autor po ukazaniu nam trudów i piękna życia w jurcie, wskazuje jak wielkie szkody w takim sposóbie życia czyni cywilizacja. Podkreśla uniki jakie czynią żyjący w miastach, by odżegnać się od stepowej przeszłości. Wyraża tęsknotę za czasami szamanów, wielogodzinnych wędrówek konnych, zabaw i zwyczajów.

Galsan Tschinag zabrał mnie w fascynująca podróż. Rozmarzyłam się…

Marta Łosiak. Sny Smacznych Misiów.


Wydane przez
Wydawnictwo AMEA

Druga książeczka Marty Łosiak prezentuje sny każdego z Misiów ze znanej nam już rodziny. Sny małych Misiów są nieodłącznie związane z ich imionami – Śmietankowy śni o chmurach lekkich jak bita śmietana i o śmietankowym smaku, Bursztynowy jest we śnie Misiem, którego wszyscy podziwiają, Czekoladowy trafia do miejsca, w którym je się tylko czekoladę, a Mama Misiowa śni o wysprzątanej gawrze, czasie na zabiegi kosmetyczne i wypoczynek. Każdy ze śniących Misiów swe przygody kończy westchnieniem tęsknoty za innymi Misiami.
Autorka wybrała szalenie prosty i przemawiający do wyobraźni sposób na ukazanie tego, jak ważna jest rodzina i jak cenna jest obecność najbliższych. Opowiadania o misiowych snach są świetnym sposobem na przekazanie dzieciom rzeczy naprawdę istotnych.

Marta Łosiak. Smaczne Misie.


Wydane przez

Wydawnictwo AMEA

Opowieść o smacznych misiach jest książeczką dla młodszych dzieci. Składa się z czterech podstawowych części oraz wstępu i obrazkowego słowniczka na końcu książki.

Mama Niedźwiedzica i jej dzieci Miś Śmietankowy, Czekoladowy i Bursztynowy prowadzą małych czytelników przez cztery pory roku.

Wiosną Misie uczą się pływać i łowić pstrągi, cieszą się rozkwitającą przyrodą, wąchają kwiaty. Lato rodzina Misiów spędza nam Morzem Bałtyckim, gdzie zbierają bursztyny i jedzą lody o różnych smakach. Jesień to czas, kiedy leśne zwierzęta robią zapasy na zimę, a Misie są zdziwione tym, że ich Mama nie uczestniczy w przygotowaniach do długiej, mroźnej zimy. Zimą Misie śpią, choć obudzone szczególnie ciepłym promieniem słońca zaczynają bawić się na śniegu.

Każdy z opisów pory roku i czynności jakie w określonym czasie wykonują Misie zawiera w sobie walory edukacyjne. Dziecko dowiaduje się, że ulubionym pożywieniem niedźwiedzi są pstrągi, wie jak wygląda Bałtyk, poznaje zwyczaje zwierząt leśnych.

Książka jest barwna, a ilustracje wykonane przez Michała Czarnego zajmują całe powierzchnie stron. Test stanowi tu dopełnienie obrazków.

Myślę, że to dobra książka, książka która pomoże rodzicom wstępnie objaśnić prawa natury swoim pociechom.

Beata Rudzińska. Baśniowe okruszki.



Wydane przez
Wydawnictwo AMEA
Bajki Beaty Rudzińskiej opowiadają o skale ratującej życie, o potędze drzewa, o chorej dziewczynce, kropli, która czuła się nieważna, kwiatach w ogrodzie i o tym, że rodziców należy szanować.

Każda z sześciu bajek prowadzi dziecko w rzeczywistość, która mimo, że istnieje obok nas, często jest przez nas niedostrzegana. Każda z nich pozwala się czegoś dziecku nauczyć – zachęca do tego, by dostrzegło jak ważni są inni ludzie, jak cenne – niepozorne istnienia, jak bardzo świat ludzi związany jest ze światem przyrody.

Zastanawiałam się, przyzwyczajona do tradycyjnych bajek swojego dzieciństwa, czy w tych bajkach jest morał. Jest, ale poddany czytelnikowi w inny niż kiedyś sposób. Niegdyś bajka kończyła się wyraźnym wskazaniem, co należy czynić. Bajki Beaty Rudzińskiej podpowiadają, wskazują, ale na tyle delikatnie, by pozostawić czytelnikowi szansę, na ich podstawie, samodzielnego wyodrębnienia, wniosku jaki od początku proponuje autorka. Łatwo jest w „Baśniowych okruszkach” bawić się w wymyślanie dalszych losów bohaterów bajek; łatwo snuć opowieści na kanwie opowieści stworzonych przez autorkę. 

Bardzo podobają mi się ilustracje wykonane przez Annę Bereżańską. Są soczyste w barwach, bogate w szczegóły, a jednocześnie pozostawiają wiele dla dziecięcej wyobraźni.

Mam wrażenie, że „Baśniowe okruszki” pobudzają kreatywność czytelnika. Mnie samej chciało się chwycić za farby i namalować osiedle zacienione lasem, czy rabatę kwiatową. Czułam pokusę, by wymyślić jak toczyło się życie dziewczynki dokarmiającej ptaszki i mężczyzny, któremu skała uratowała życie. Sądzę, że dzieci podążą za impulsem i rodzice, którzy przeczytają „Baśniowe okruszki” swoim pociechom zostaną zasypani malowidłami i opowieściami wywodzącymi się z bajek Beaty Rudzińskiej.

Renzo Mosca. Philippe Gratin i Straż nocna.


Wydane przez
Wydawnictwo Jacek Santorski

Bardzo rzadko czytam literaturę włoską i dlatego z ciekawością sięgnęłam po książkę Renzo Mosca. Ilustracje wskazywałyby, że jest to książka dla dzieci, a notka umieszczona na okładce informuje, że to „Kryminał humorystyczny do przeczytania jednym tchem dla osób od 10 do 100 lat”.

Philippe Gratin, określany jako P.G., jest złodziejem. Ale wyjątkowo specyficznym złodziejem. Kradnie on bowiem skradzione dzieła sztuki, by oddać je galerii czy muzeum, z których zostały ukradzione. Pomagają mu z tym berneńskie myszy, treser dzikich zwierząt, geniusz informatyczny i ślepy Lam Pion. U boku P.G stoi oczywiście blondwłosa piękność, Priscilla.

Tytułowa „Straż nocna” to obraz Rembranta znajdujący się w Rijksmuseum w Amsterdamie, którego kradzież zlecił, zły charakter książki Mosca, Rudolph Maalander. Kradzież obrazu miała być jedynie środkiem do odwrócenia uwagi od innego, znacznie prozaiczniejszego, przestępstwa.

Książka jest zabawna i faktycznie czytać ją może zarówno dziecko, jak i dorosły. Myślę, że to dobra lektura na wakacyjne wyjazdy, na niepogodę, czy wieczorne czytanie przed snem. Akcja jest na tyle interesująca, by przykuć uwagę czytelnika, ale i na tyle łatwa do ogarnięcia, by móc odłożyć książkę i za chwilę do niej wrócić nie gubiąc wątku.

Ciekawie skonstruowane są nazwiska bohaterów, a Amsterdam ukazujący się z kart książki budzi zaciekawienie. Relacje między ludzkie są opisane z pewnym uwypukleniem, ale bardzo prawdziwie, a co więcej ukazujące bardzo wyraźnie, choć nie nachalnie, dobrych i złych (co ważne w przypadku, gdyby dziecko czytało książkę samo).

Wydawnictwo zapowiada kolejne części przygód P.G. i jego ekipy. Z ciekawością po nie sięgnę.

22 lipca 2008

Wieści

Zapadła cisza, ale to cisza przed burzą;) My szykujemy się mentalnie i fizycznie do dalekiej podróży, a kotki nieświadome jeszcze czekającej je wędrówki brykają jak szalone, jedzą i śpią korzystając z nasłonecznionych obszarów stołu i podłogi.

W niedzielę miałam przyjemność spotkać się z osobami współpracującymi ze schroniskiem, czyli z Zakoconymi Niekochanymi. Większość z nas ma w domu maleńtasy, więc nie możemy spotykać się przy okazji odwiedzin w schronisku. Spotkanie zorganizowałyśmy w miłym miejscu, w parku i przegadałyśmy – oczywiście – o kotach kilka godzin. 

Kociaste są rozpieszczane gotowaną rybką i gdy tylko Z. zaczyna wyciągać garnki z szafek pojawiają się mu pod nogami i nie opuszczają aż do chwili napełnienia im talerzyków.

Wczoraj zasypiałam z Nusią pod brodą. Zostałam obudzona za godzinę radosnym liźnięciem po oku, a później, ku mojemu niezadowoleniu, Kocinka przystąpiła do iskania mnie. Zapierała się pazurkami w skórę mojej głowy i gryzła kawałek po kawałku włosy (zaczynając u nasady, jak jaka dyplomowana fryzjerka podczas zabiegów upiększających). Wytrwałam tylko trochę, uciekłam na druga poduszkę licząc, że Nusinka zaspana nie zdobędzie się na przejście za mną. Myliłam się. Dwukrotnie. Póxniej zasnęłam i nie mam pojęcia co się działo.

Poprzednią noc Sisi miała niezbyt dobrą. Między 4 a 6 budziła mnie kilkakrotnie to buszując w kuwecie, to skacząc na klamkę, to wreszcie pocierając pazurami o drzwiczki zamkniętych szafek. Wsadziłam ją na półkę za szkło i zasnęła.

Gdyby ktoś chciał powiedzieć, że z koty nie mówią to w odpowiedzi przytoczę wczorajszą opowieść Gusi. Przyszła po mnie, popatrzyła znacząco, zaprowadziła do kuchni wskazując na pustą miskę. Z ukontentowaniem przyjęła napełnienie miski, ale nie pochyliła się nad nią, tylko zaprowadziła mnie do łazienki, gdzie poprosiła, żeby odkręciła jej wodę. Napiła się nieco i spokojnie wróciła do kuchni, by skosztować nowej karmy. Później przyszła i w uznaniu dla mojej kumatości wskoczyła mi na kolana i pozwoliła się głaskać.

Tadeusz Różewicz. Dwie strony medalu.


Wydane przez
Państwowy Instytut Wydawniczy

Zbiór wierszy, wspomnień Tadeusza Różewicza dotyczący aktywności fizycznej, sportu i szeroko rozumianej troski o zdrowe ciało zaskoczył mnie, ale i przywołał mnóstwo uśmiechu. Nie podejrzewałam osiemdziesięciosiedmioletniego pana o taką krotochwilność. Zachwyciłam się wierszem o korzyściach dodatkowych z książek (korzyściach w kontekście sprawności fizycznej – ciekawe, prawda?), śmiech wzbudziła we mnie baczna obserwacja, jaką poczynił autor nad mową sprawozdawców sportowych, rozczuliły zdjęcia drużyny piłkarskiej z 1932 roku.

We wspomnieniach poety dotyczących przydatności w zabawach sznurka odnalazłam swoje dziecięce lata, kiedy to sprzęty kuchenne lub niepotrzebne nikomu drobiazgi urastały do rangi ważnego narzędzia wyimaginowanej rzeczywistości.

Wielkie wrażenie zrobiła na mnie „Gawęda o spóźnionej miłości”. Tadeusz Różewicz przywołuje w tym utworze czas powodzi, miłość do gór i postać Wandy Rutkiewicz. Liryczna opowieść pisana we Wrocławiu i Karpaczu w latach 1996-1997 jest tak nieodległa mentalnie od bliskiej mi codzienności, że każde słowo „Gawędy…” wpada mi głęboko w myśli i budzi mnóstwo emocji.

Przyznam, że dawno nie sięgałam po poezję. I ten oto, poświęcony Życiu zbiór uświadomił mi, że świat literacki nie składa się tylko z prozy, że pora docenić poezję. Z przyjemnością powróciłam do wierszy. Mam nadzieję, że na tym nie skończę wędrówki po ładniejszej stronie świata.

(Wybór i opracowanie Małgorzata Różewicz
Wprowadzenie Jan Różewicz)

Noah Gordon. Spadkobierczyni Medicusa.


Wydane przez
Wydawnictwo Książnica

Akcja ostatniego tomu trylogii Noaha Gordona rozgrywa się współcześnie. Roberta J. Cole, lekarz pierwszego kontaktu, rozwiązując nieudane małżeństwo postanawia dokonać zmian nie tylko w życiu prywatnym. Podczas pobytu w wiejskim domu, który pierwotnie planuje sprzedać, docenia ciszę i spokój jaki panuje na prowincji i zamierza wynieść się z dużego miasta. Książka opisuje jej pierwsze kroki w samodzielnej praktyce lekarskiej, związek z mężczyzną, relacje z ojcem, znanym lekarzem.

O ile w poprzednich powieściach tematami budzącymi kontrowersje były zagadnienia wyznaniowe i narodowościowe, tak w „Spadkobierczyni Meducusa” autor stawia czytelników przed problemem aborcji i jej skutków zdrowotnych.

Cieszę się, że postanowiłam powrócić do książek Noaha Gordona. Podoba mi się sposób w jaki autor opowiada. Bo przecież pisanie książek to opowiadanie historii, prawda? Największe wrażenie zrobił na mnie „Medicus”, może ze względu na specyficzny moment dziejowy, na egzotykę wędrówek Roba J. Cole’a. Postać Szamana, głuchego chłopca, który obdarzony Darem postanowił spełnić swoje marzenie i zostać lekarzem, przykuła moją sympatię, budziła zaufanie i tęsknotę za wolnym życiem (to figura - mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi). Roberta J. Cole – współczesna lekarka amerykańska żyjąca szybko i próbująca przeciwstawiać się „wyścigowi szczurów” panującemu w miejscu, w którym pracuje, to postać z naszych czasów i może dlatego najmniej fascynująca, choć wciąż budząca sympatię. Tacy jak oni żyją wśród nas, a czasami trudno się czyta o osobach takich jak nasi znajomi; o wiele łatwiej jest zanurzyć się w historie sprzed wieków.

Autor w dokonały sposób ukazał upływ czasu i to, jak wraz ze zmieniającym się otoczeniem zmieniają się ludzie, ich podejście do życia, szacunek wobec innych, ich marzenia, tęsknoty, zamierzenia i czym kierują się, by żyć według własnych wyobrażeń. 

Nie żałuję czasu poświęconego trylogii o lekarskim rodzie Cole’ów. To dobrze spędzony czas.

21 lipca 2008

Noah Gordon. Szaman.


Wydane przez
Wydawnictwo Książnica

Drugi tom trylogii o medykach z rodu Cole’ów przenosi nas do Stanów Zjednoczonych w XIX wiek. Mężczyzna, zwany Szamanem, wraca do domu na wieść o śmierci ojca, Roba J. Cole’a, lekarza. Po obrzędach pogrzebowych znajduje podczas porządkowania biura ojca jego dzienniki. Wraz z Szamanem mamy okazję śledzić losy Roba, który do Nowej Ziemi przybywa ze Szkocji.

Tak jak w „Medicusie”, i w „Szamanie” mamy możliwość obserwowania społeczeństwa wieloetnicznego. Rob wraz z rodziną mieszka w Illinois, współpracuje z Indianami Sauk, przyjaźni się z rodziną żydowską i przechowuje zbiegłych z Południa niewolników. On, niewierzący, darzy szczególnym szacunkiem matkę przełożoną sióstr franciszkanek, korzysta z medycznych doświadczeń indiańskich szamanów i ze zrozumieniem przyjmuje ekscytację żony dotyczącą wyboru nowego pastora zboru baptystów.

Szaman poznaje życie ojca dzięki jego zapiskom, a gdy Rob J. Cole umiera, porzuca świetną praktykę w szpitalu w Cincinnati, by opiekować się pacjentami swojego ojca. Jest obdarzony Darem i pozbawiony słuchu. Okazuje się być dobrym lekarzem i bardzo szybko między nim a jego pacjentami powstaje szczególnie silna więź.

Bardzo podoba mi się propagowanie myślenia o przodkach, Tradycji, o czymś co spaja rodzinę i na co w swoich książkach bardzo mocno zwraca uwagę Noah Gordon.

Ta książka różni się od „Medicusa”. Może jest mniej egzotyczna? A może zmagania wojenne (bo to czas wojny secesyjnej) zmniejszają jej pozytywny wydźwięk? Niemniej jednak przeczytałam ją z podobną, jak „Medicusa” satysfakcją i przyjemnością.

Odchodzę od komputera, by odnowić znajomość ze „Spadkobierczynią Medicusa”.

Noah Gordon. Medicus.


Wydane przez
Wydawnictwo Książnica

Rzadko wracam do książek już czytanych. Ale niektóre z nich tak bardzo robią na mnie wrażenie, że szukam ich, by znów zanurzyć się w świat wykreowany przez autora. Tak też jest z trylogią stworzoną przez Noaha Gordona. Trylogia składa się z „Medicusa”, „Szamana”, którego właśnie kończę czytać i „Spadkobierczyni Medicusa”, którą po 10 mogę odebrać z biblioteki;) Moje pierwsze zetknięcie z tym autorem nastąpiło jakieś 15 lat temu i wciąż pozostaję urokiem jego pisania.

Akcja „Medicusa” zaczyna się w Anglii. Jest XI wiek, Londyn liczy 100 tysięcy mieszkańców, a wśród nich są również rodzice i rodzeństwo Roba J. Cole’a. W wyniku chorób umierają rodzice, a czuwający przy nich Rob odkrywa „dar” – gdy kogoś dotyka czuje jego siły żywotne, wie, czy dotknięta przez niego osoba umrze, czy też będzie żyła. Osierocone rodzeństwo zostaje rozdzielone, a Rob trafia do Balwierza, który przemierzając Anglię bawi ludzi sztuczkami kuglarskimi, sprzedaje im leki wg swojej receptury i udziela porad zdrowotnych. Od niego Rob uczy się wiele, ale wciąż chciałby móc leczyć. Od chwili, w której chłopak dowiaduje się, że szkoła medyczna godna uwagi znajduje się w Persji nie przestaje marzyć o nauce w tejże szkole. Spełnia swoje marzenia, zostaje uczniem Ibn Siny (zwanego w Europie Awicentą), zakłada rodzinę i już jako Medyk wraca do rodzinnego kraju.

Fabuła jaką streściłam jest tylko szkieletem powieści. Autor opisuje nam trudy podróży Roba, w tle zarysowując stan wiedzy geograficznej jaką mieli ludzie w XI wieku. Poznajemy społeczności żydowską, muzułmańską (rewelacyjnie opisane), konflikt między kościołem a tymi, którzy leczyli. Doskonale oddana ówczesna rzeczywistość i w niej osadzona historia pierwszego w dziejach rodu Cole’ów lekarza jest lekturą, która miło zaprząta myśli, a i sprawia wiele przyjemności podczas czytania. Większość z tej książki zdążyłam już zapomnieć, więc całym sercem kibicowałam Robowi, próbując wyobrazić sobie wygląd jego i jego żony, warunki w jakich podróżował, czy wręcz krainy, które przemierzał.

Świat jaki maluje słowami Noah Gordon wart jest, by zagościć w naszej wyobraźni. Ja jestem w trylogii zakochana.