07 kwietnia 2009

John Grogan. Marley i ja.



Wydane przez

Wydawnictwo Pierwsze

Polubiłam Marleya i jego rodzinę. Pośmiałam się, wzruszyłam i ogólnie byłaby to lekura warta zachwytu, gdyby nie jedno zdarzenie, które autor opisał, a które momentalnie odebrało mu cała moją sympatię (straciłam też ochotę na obejrzenie filmu).

Otóż, gdy Marley był już stary i chory, gdy jego rodzina wiedziała, że może umrzeć w każdej chwili, bo wiek zabiera mu coraz więcej zdolności i możliwości, Autor wraz z rodziną wyjechał na wakacje. Na wakacje !!!

Moim zdaniem, gdy ktoś z rodziny (a Groganowie traktowali Marleya jak członka rodziny) powoli żegna się życiem, to miejsce innych jest przy nim. A nie w Disney Worldzie!

Nie znajduję żadnego usprawiedliwienia. I już!

8 komentarzy:

mr lupa pisze...

BUUUUUUUUU! oj zepsute zakończenie, a taką miałem ochotę przeczytać:/

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Mr_Lupa, to o czym napisałam, to jeszcze nie zakończenie, możesz czytać;)

germini pisze...

To rzeczywiście niefajnie.
Coś czuję, że się zdenerwuję podczas lektury :/

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Germini,
może Autor miał - jak to mówią w tv - inne standard(t)y przyjmowania do rodziny Psa.

martan07 pisze...

Czytałam Marleja dość dawno. Niestety miałam podobne odczucia co do pewnej obojętności na cierpienie psa.Stosunek do zwierząt w krajach anglosaskich jest dość dziwny, ale to nas postrzega się jako ludzi prostych i pierwotnych, hmm Poza tym kompletna ignorancja charakterystyczna dla Amerykanów. Traktowanie psa jako zabawkę a jeśli staje się niewygodna to trzeba ją z życia usunąć. Zero przygotowania, chociaż teoretycznego na temat potrzeb czworonoga. Smutne to ogromnie smutne. Ale autorowi udało się, płakałam przez pół książki, takich ekstremalnych przeżyć się nie zapomina.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Martan,
na tle innych książek o zwierzetach, które czytałam (chociażby "Wspaniała Gracie" czy "Szczęście nazywa się Lucky")opowieśc o Marleyu pachnie ignorancją, tak jak mówisz. Ale mimo to, ta książka coś w sobie ma;)

martan07 pisze...

Zgadzam się, że jednak coś w sobie ma. Przede wszystkim jest dobrze napisana warsztatowo, a to zawsze robi na mnie wrażenie. Przeczytałam wiele książek z tzw. literatury fachowej, dotyczącej kynologii czy też behawiorystyki. To co wypisują Amerykanie i o zgrozo często to właśnie stosują woła o pomstę do nieba.wrrrrrrrrrrr Jestem jednak w stanie przyjąć taki scenariusz,że oni mają taki stosunek do zwierząt jaki im kultura narzuca. Ja wychowana w naszym polskim grajdołku nie umiem się z tymi zasadami pogodzić. A raczej mam wrażenie że stosunek ludzi kochających zwierzęta w Polsce, nie jest obarczony wymogami cywilizacji. No i dobrze i aby tak dalej :)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Martan,
dobrze jest, jak sądzę, że dostrzegamy tę różnicę. Gdy się nam ona zatrze staniemy się podobni...