30 maja 2009

Ewa Marcinkowska-Schmidt. Śliwki robaczywki.


Wydane przez

Wydawnictwo Klucze

Obawiałam się, że książka opisująca życie prowincji będzie przesycona sentymentalizmem, a głównym hasłem przyświecającym jej treści będzie zawołanie "wsi sielska, anielska". Na szczęście myliłam się, bo choć Ewa Marcinkowska- Schmidt dostrzega plusy życia wiejskiego, dostrzega także jego minusy.

Zakręt to wioseczka położona niedaleko od granicy z Rosją. Cześć mieszkańców żyje właśnie dzięki tejże granicy przemycając tańsze niż w Polsce papierosy, czy alkohol. Wśród mieszkańców Zakrętu wciąż pokutuje przekonanie, że żonę bić można i wręcz należy, by się nie znarowiła, a w zyski, które zapewnić może hodowla kóz, powątpiewają wszyscy widząc ogołocone z roślinności podwórko Boczków.

W Zakręcie spokoju poszukują Ewa i Tomek, Warszawiacy, którzy choć już prawie swoi, wciąż są obcy. Na tyle obcy, że okradzenie ich domu nie stanowi dla wiejskich złodziejaszków wykroczenia przeciw zasadzie, że wśród najbliższych się nie kradnie.

Bardzo podoba mi się "dorosła" proza autorki i mam nadzieję, że po "Śliwkach robaczywkach" nie usłyszymy pas. Mam wrażenie, że Ewa Marcinkowska-Schmidt opisała polską, współczesną wieś, taką jaką ją  zobaczyła - nie upiększając, ani też nie dodając grozy. Świat z kart książki wygląda, o zgrozo, na rzeczywisty. Autorce należą się słowa uznania za dobre sportretowanie społeczności wiejskiej, za wyczulone na szczegóły oko, za uniknięcie wspomnianego już wcześniej sentymentalizmu.

Zachęcam do lektury.

P.S. Istniał amerykański program pomagający ludziom z wsi popegeerowskich. Chętne rodziny dostawały parę zwierząt, którymi miały się opiekować, które miały rozmnażać i - to było zobowiązanie - jedną parę dać kolejnej potrzebującej rodzinie. W zbyt wielu przypadkach, aby program uznać za sukces, zwierzęta zostały zjedzone zanim zdążyły się rozmnożyć.

Brak komentarzy: