31 sierpnia 2009

Thomas Merton. W stronę jedności.

Wydane przez
Wydawnictwo Esprit

Thomas Merton był ciekawym człowiekiem. Dużą część życia spędził w Gestemani, wspólnoście Zakonu Cystersów Ściślejszej Obserwacji. A gdy po 27 latach przebywania w klasztorze planował wyruszyć do Azji, by zgłębiać religijność, medytację mnichów buddyjskich, odwiedził Alaskę. W książce zatytułowanej "W stronę jedności" znajdują się: dziennik opisujący pobyt na Alasce, listy jakie tam będąc kierował do przyjaciół i przełożonych, kazania jakie wygłosił do Sióstr z klasztoru Najświętszej Krwi Chrystusa w Eagle River oraz do księży pracujących w diecezji Anchorage.

W zapiskach dziennika i listach, oprócz banalnej zdawałoby się codzienności (czy spóźnił się samolot, komu jaką wysłać książkę), znajdziemy zachwyt nad alaskańską przyrodą. Zachwyt tak wielki, że aż skłaniający Thomasa Mertona do rozważań nad zlokalizowaniem na Alasce swojej pustelni po powrocie z Azji.

"Jest tu mnóstwo małych pustych wysepek i wiosek rybackich zamieszkałym przez kilka katolickich rodzin, które byłyby rade, gdyby ktoś odprawiał dla nich niedzielną Mszę, cudowne zagubione w dziczy miasteczka- żadnych dróg dojazdowych, dostęp tylko samolotem lub łodzią (...) Tutejsze góry są najpiękniejsze na świecie. To WSPANIAŁA KRAINA."

Druga część książki ma wydźwięk znacznie poważniejszy. Ojciec Ludwik (bo takie imię przyjął Merton) mówi do osób zakonnych o istocie trwania w kontemplacji, o modlitwie, życiu, o podwalinach zapewniających funkcjonowania i istnienie wspólnoty. Często sięga do reguł prawosławnych, odnosi się do tradycji monastycyzmu buddyjskiego, podkreśla potrzebę powrotu do pewnych, odrzuconych już, wzorców życia mnisiego. Osadzając treści dotyczące życia osób konsekrowanych w szerokim kontekście społecznym, Thomas Merton nie ogranicza nas w korzystaniu ze swoich słów, rad, pouczeń.

Cieszę się, że sięgnęłam po "W strone jedności" I jeszcze większą radość sprawia mi fakt, że nie wiedząć czego sie mogę spodziewać, dostałam w tej książce wiele dobrego.

30 sierpnia 2009

Tak lubi Gusia

Gusia bardzo lubi leżeć brzuchem do góry. Nawet, gdy zastanawiają się z Sisi, czy może by się tak pobić, to Gusia leży ukazująć ciapki.





A ostatnio polubiła tunel. Długo go omijała, traktowała nieufnie, a od kilku dni chętnie w nim sypia i nie boi się juz przez niego przebiegać podczas gonitw wszelkich.




Małgorzata Szejnert. Wyspa klucz.


Wydane przez

Wydawnictwo Znak

"Czarny ogród" Małgorzaty Szejnert odbił się szerokim echem we wszystkich mediach. O "Wyspie klucz" słuchać jakoś mniej i uważam, że niesłusznie.

Kolejny raz należy podziwiać autorkę za ogrom pracy włożonej w przygotowanie publikacji książkowej. I docenić kunszt pisarski, dzięki któremu bohatorowie opowieści o Wyspie Ellis stają przed czytelnikami niby żywi, ich losy fascynują, a śledzenie ich także poza książką, dzięki Internetowi, stanowi wielką przygodę.

Wyspa Ellis to miejsce, do którego od 1 stycznia 1892 roku do 12 listopada 1954 roku przybijały statki z imigrantami.  W tym czasie do nowojorskiego portu dotarło 16 600 000 osób, a większość z nich postawiła pierwszy raz na amerykańskiej ziemi stopę właśnie na Wyspie Ellis. Dziś na wyspie działa muzeum - jeśli ktoś z Waszych przodów we wspomnianym czasie wyemigrował do U.S.A. możecie odszukać informacje o nim sporządzone na podstawie list przewozowych armatorów morskich, na podstawie badań lekarskich, psychologicznych, obserwacji urzędników.

Tekst książki uzupełniają fotografie wykonane przez jednego z urzędników Wyspy Ellis, Augustusa Shermana. Zafascynowany rozmaitością narodowości przypływających do Stanów imigrantów towarzyszył im z obiektywem aparatu. Uwieczniał stroje ludowe, rodziny, niezwykłe postacie.

Autorka ciężar opowieści skupia na pracownikach Wyspy Ellis - przedstawia w jaki sposób znaleźli się na Wyspie, na czym polegała ich praca, co spowodowało, że z Wyspy odeszli. Oczywiście, pisze również o Polakach, Rosjanach, Irlandczykach, Szkotach, Niemcach, Rumunach, którzy przypływają, by rozpocząc nowe życie.

To przepiękna, epicka opowieść, w której czytelnicy "Czarnego ogrodu" odnajdą znajomy styl Pani Szejnert.

Gorąco polecam!

Alicja Ungeheuer-Gołąb. O Taju, Jasiu, i Rowerku.


Wydane przez

Wydawnictwo Skrzat

Ostatnio w mojej ręce wpadają książki o spełnianiu marzeń. Czyżby to był jakiś znak?;)

Taj zjawił się w Tutaj dość niespodziewanie. Przyjechał z Tam, skąd musiał uciekać przed brudnym powietrzem. Tutaj, będący wymyślnym rysownikiem, ma zdolność ożywiania rysunków innych osób. Ważne jest, by rysunek przedstawiał dobrą rzecz. I tak oto w ręce Jasia trafił Rowerek, o którym chłopiec marzył i który narysował. Tak rodzina Jasia powiększy się o siostrzyczke lub braciszka Jasia. Tak... wydarzy się jeszcze parę interesujących rzeczy.

Książka Alicji Ungeheuer-Gołąb jest ciepłą opowieścią o przyjaźni, marzeniach, rodzinie. Nie bez znaczenia jest również wątek ekologiczny - walka z zabrudzonym powietrzem, wycieczka do lasu.

Bardzo przyjemna i przyjazna lektura - polecam:)

Dariusz Chwiejczak. Czarodzieje mogą wszystko.


Wydane przez

Wydawnictwo Galaktyka

Su pojawia się w nowej szkole wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. Mimo obaw znajduje wkrótce przyjaciół, którym przekazuje swoją czarodziejską wiedzę. Dziewczynka wskazuje rówieśnikom proste zdarzenia, proste czyny, które - gdy włożą w nie dużo pracy, wytrwałości i chęci - zmienią ich życie. Owe czary to nasza siła wyobraźni, pragnień, charakteru.

Każdy z rozdziałów opowiada o jednym miesiącu z życia Su i jej przyjaciół. W każdym miesiącu młodzi ludzie poznawali regułę, która przybliżała ich do zrozumienia siły własnej osobowości.

"Czarodzieje mogą wszystko" to sprawnie napisana opowieść szkolno-wspierająca. Regułu prezentowane przez główną bohaterkę ukazują nam z wielką prostotą wagę czasu w naszym życiu, to, ze warto czasami odrzucić "przeszkadzajki" i zadumać się nad sobą, że spełnimy nasze marzenia projektując sobie ścieżkę do ich spełnienia. Autor podkreśla rolę podświadomości, ale i cięzkiej, systematycznej pracy.

Książkę okrasił ilustracjami Dariusz Twardoch. Dodało to jej uroku.

27 sierpnia 2009

Fannie Flagg. Nie mogę się doczekać kiedy wreszcie pójdę do nieba.

Wydane przez
Wydawnictwo Nowa Proza
Moje zauroczenie sielskimi klimatami z powieści Fannie Flagg nie mija, a ja wciąż dbam o zauroczenia podsycanie. Tym razem za pomocą książki "Nie mogę się doczekać..." :)
Elner Shimfissle, to szalenie żywotna starsza pani, która za nic ma ciągłe prośby o bycie ostrożną kierowane do niej przez siostrzenicę Norę Warren (mąż Nory, Macky, jest przyjacielem Elner i przez to może okazuje więcej pobłażliwości). Pewnego dnia Elner spada z drabiny pokąsana przez szerszenie i trafia do szpitala, gdzie żegna się z życiem. Wieść o niespodziewanej śmierci lubianej powszechnie Elner rozchodzi się błyskawicznie pogrążając w smutku mieszkańców Elmwood Springs i okolicy. Zgromadzoną nad zmarłą rodzinę zaskakuje sama Elner, która... hm... zmartwychwstała (?!).
Po raz kolejny z wyraźną przyjemnością zanurzyłam się w klimacie małego, sennego amerykańskiego miasteczka. Wszędobylskość, by nie rzec wścibskość, sąsiadów nakreślona przez Fannie Flagg nie razi, a wygląda jak miłe sercu zainteresowanie. Starsza, niepokorna pani, budzi sympatię, a nie irytację. Regionalne radio jest dla słuchaczy, a nie dla samego siebie. Akcja adopcyjna kotów nie spotyka się z krytyką, ale odbija się szerokim echem i owocuje wieloma dobrymi domami dla potrzebujących czworonogów. Takich przykładów udawadniających, że świat wykreowany przez autorkę "Smażonych zielonych pomidorów" jest znacznie lepszy niż ten, w którym żyjemy, jest mnóstwo. Warto zatem zaglądać do Elmwood Springs, może coś zaczerpniemy?
P.S.1. Pewne dialogi przypominały mi dialogi z "Chaty" (tak bardzo, że aż sprawdziłam, która z książek była wydana pierwsza). 
P.S.2. Na półce czeka "Boże Narodzenie w Lost River";)

Miral at-Tahawi. Namiot Fatimy.


Wydane przez

Wydawnictwo Smak Słowa

Pierwsza książka z "Serii z przyprawami" jaką czytałam ma gorzkawy smak. Choć upaja zapachem, dźwiękiem ozdób i eterycznością pozostawia odrobinę goryczy.

Fatima wraz z innymi kobietami swojej rodziny mieszka w miejscu ku temu przeznaczonym. Jej matka rodzi synów, którzy umierają i córki, których narodzinom towarzyszą przekleństwa babki. Jej ojciec pozostawiając kobietom wewnątrzrodzinne rozgrywki pojawia się tylko na chwilę, między kolejną podróżą i nie dostrzega tego, co zauważa jego najmłodsza córeczka Fatima.

Świat osiadłych beduinów (a właściwie beduinek) jest pełen opowieści, duchów pustyni i twardych rządów nastarszej kobiety w rodzinie. Nie sposób zadowolić starej, pełnej pogardy dla innych kobiet matki ojca Fatimy.  Ten świat, w którym dziewczynka spotyka się z niechęcią babki, śmiechem sióstr, duchem gazeli, ten świat, w którym Fatima siedząc na drzewach oazy marzy o wolności, zderza się z innym światem - takim, który zwie się cywilizowanym.

Czy Fatima w świecie reprezentowanym przez Annę szukała będzie swojej wolności? Czy ulegnie wpływom? Co stanie się z tożsamością kobiety beduińskiej?

Ta powieść jest inna niż znane mi ksiązki, których autorki pochodzą z arabskiego kręgu kulturowego. Inna, i choć pozostawia lekko gorzki smak, warto ją przeczytać - nie tylko dlatego, że zaliczyć ją można do literatury genderowej.

P.S. 1. Marek Marian Dziekan poprzedził powieść doskonałym wstępem, w którym przedstawił kontekst społeczno-kulturowy, w jakim Airal at-Tahawi osadziła swoją powieść.

P.S.2. I jeszcze ciekawostka - w stopce książki zamieszczono wskazówki dla bibliotekarzy:)

Piotr Łopuszański. Pan Samochodzik i jego autor. O książkach Zbigniewa Nienackiego dla młodzieży.


Wydane przez

Wydawnictwo Nowy Świat

Ależ mam frajdę z tej książki! Ależ dobrze się ją czyta! Ograniczając wybuchy entuzjazmu powiem, że sporo się z tej ksiażki dowiedziałam i urządziłam sobie dzięki niej, powrót do lat wczesnomłodzieżowych.

Bardzo podobał mi się rozdział poświęcony sylwetce Zbigniewa Nienackiego. Piort Łopuszański szeroko zakreśla wydarzenia z lat młodości, czasu debiutu, okresu największej popularności, czy wreszcie z czasów, gdy Nienacki jakby znudzony Panem Samochodzkiem pisał coraz gorzej, by wreszcie - w powieściach dla dorosłych - obnażyć swoje zahamowania, zaburzenia i nieumiejętność. W latach sześćdziesiątych Nienacki pomagał sobie w karierze przynależnością partyjną i pełnieniem służby w ORMO, a dopełnieniem owych ideologicznych prawideł, w które wierzył są tezy komunistycznej propagandy jakimi autor okraszał bogato swoje powieści.

Łopuszański broni jednak Nienackiego przed krytyką innych literaturoznawców, szczególnie, gdy owa krytyka wynika z nieoczytania w powieściach omawianego pisarza. Taki właśnie zarzut stawia Łopuszański Czaplińskiemu, który stwierdzał, iż Nienacki ma nastawienie antygermańskie, że powiela szablony blokujące samodzielne myślenie u młodych czytelników. Autor omawianego przeze mnie opracowania wyraźnie kontruje opinie Czaplińskiego wykazując mu błędy w ocenie.

Rozdział zatytułowany skromnie "Powieści" powodował, że miałam chęć zarzucić inne lektury i zasiąść z kolejnymi tomami przygód Pana Samochodzika tak długo, aż nasycę swój "samochodzikowy" głód;) W "Biografię Pana Samochodzika" zagłębiłam się z wyraźną przyjemnością, a schyliłam przez Łopuszańskim czoło w dowód uznania podczas lektury rozdziału "Różnice w wydaniach", bo też Nienacki wciąż poprawiał swoje książki, dopisywał, wykreślał, uwspółcześniał... 

Jest tu i rozdział poświęcony skarbom jakich szukał Pan Samochodzik, i przestępcom, którzy mu w owym poszukiwaniu przeszkadzali. Część książki poświęcona jest wehikułowi Pana Tomasza i równie ważna część - kobietom z jakimi Pan Tomasz spotykał się podczas swoich przygód. Nie zabrakło informacji o filmach zrealizowanych na podstawie prozy Nienackiego, ilustracjach w książkach i błędach, niestety także merytorycznych jakie przydarzyły się Zbigniewowi Nienackiemu podczas pracy pisarskiej.

Jednym słowem - polecam!

Sisuleńka...

straciła głos. Ostatnio głos utraciła, gdy w naszym domu nastała Nusia. Weterynarz po obejrzeniu kociego gardziołka powiedział, że to może być reakcja na małego kota. Po pewnym czasie głos wrócił.

Zastanawiamy się, czy ponowna utrata głosu związana jest z wizytą Minii w naszym domu. Jak myślicie?

Katarzyna Michalak. Zachcianek.


Wydane przez

Wydawnictwo Albatros

Po lekturze Poczekajki miałam chęć śledzić dalsze losy Patrycji. Czekałam na pojawienie się w bibliotece "Zachcianka" od czerwca, a gdy już go dostałam i przeczytałam uznaję, że najlepsze są sceny spotkań dr Patrycji ze zwierzętami w ogrodzie zoologicznym. Tym scenom nie brakuje ani humoru, ani świeżości spojrzenia, ani sympatii do bohaterów. A nie da się tego samego powiedzieć - niestety - o relacjach z kontaków Patrycji z Hanką, Łukaszem, Gabrielem, Janką.

Patrycja co i rusz wypadająca z innych ramion i łóżka stawała się momentami nie do zniesienia. Magiczny Krąg, który pomagał dziewczynie wybrać właściwego księcia z marzeń, też jakoś do mnie nie przemawiał. Ekipa realizująca teledysk do powieści i sam wątek wydawania powieści, będącej poprzednią częścią powieści właśnie czytanej przez czytelnika były karkołomnym pomysłem (który niespecjalnie się w moim odczuciu sprawdził). Tylko te zwierzaki;) Hipopotam karłowaty, foki, owce, wąż, czy inni mieszkańcy ZOO i ludzkie perypetie z nimi są przezabawne. Może by autorka chciała iśc w ślady Durrella?

*   *   *

Jak jest w Waszych bibliotekach? Są skomputeryzowane tak, że możecie zamówić ksiązki przez internet? I nawet, gdy ktoś z nich własnie korzysta, możecie się zapisać "w kolejkę"? A może musicie liczyć na łut szczęścia i to, co stoi na półkach? Albo macie miłe panie bibliotekarki, które zapisują na karteluszkach, co komu odłożyć i mają specjalną półkę za plecami na te właśnie, odkładane, książki?

26 sierpnia 2009

Ladislav Klima. Jestem Wolą Absolutną.



Wydane przez

Wydawnictwo Formicula

"Jestem Wolą Absolutną" to pierwszy tekst Klimy, jaki czytałam, a i o samym pisarzu nie wiedziałam dotąd niczego. W Necie znalazłam, że Klima w swoich poglądach filozoficznych inspiruje się ideami George'a Berkleya, Schopenhauera oraz Nietzchego i rzeczywiście tekst pokazuje, że Klima w określonych kontekstach jest pokrewną duszą wspomnianych trzech myślicieli.

"Jestem Wolą Absolutną" to tekst filozoficzny i - o ile nie mylę się w sposób dramatyczny - miejscami poetycki. Klima ma świetne pióro, pisze np. tak:

"A jeśli to wszystko brzmi dla Ciebie pusto i bez sensu, może to świadczyć o tym, że podziemne prądy naszych dusz płyną w zupełnie innych kierunkach."

albo tak:

"Wszystkie niewolnicze idee usiłują wyprowadzić człowieka z niego samego i wprowadzić go w Boga. Ja pragnę uwieść Boga, wyprowadzić Go z Niego samego i zrzucić Go na człowieka. Chcą z człowieka zrobić Boga, rozciągając Go i rozpraszając. Tymczasem ja Go zagęszczam, by stał się człowiekiem. Ci poważni abstynenci szukają swego małego miejsca pod piórami boskiego skrzydła. A ja powiadam: "Człowiek już jest orłem".

Po lekturze książki nie tyle mam mętlik w głowie, ile zdaję sobie sprawę z tego, że nie wyłapałam wszystkich idei czy intuicji autora, ale to nic - do książki zawsze można wracać. W każdym razie Klima pisze przede wszystkim o Wolności i pisze świetnie:

"Wolność jest celem samym w sobie, stanem wiecznej doskonałości, Suwerenności, Absolutności, wiecznym tryumfem, Victoria Aeterna, słowem par excellence, cnotą par excellence."

To mi się rymuje ze słowami Alexisa de Tocqueville'e:

"Kto w wolności szuka czegoś innego niż ona sama, ten został stworzony na niewolnika."

Pisząc o Wolności zwraca Klima uwagę na istotny fakt:

„Jest rzeczą zdumiewającą, że już sama etymologia pojęcia absolutu, absolutum, wskazuje na wyzwolenie, wyzwolonego [łacińskie: absolvo – odwiązuję, zwalniam, uwalniam]. Schopenhauer uważa, że jeśli profesorowie filozofii byliby zmuszeni, by zamiast łacińskiego absolutum użyć niemieckiego odpowiednika, to pomyśleliby dwa razy, zanim uczyniliby z niego atrybut boskości.”

Klima stwierdza, że kiedy mówi się o Wolności, to trzeba rozróżniać dwa aspekty: akt pojmowania oraz to, co staje się treścią życia: "Za pomocą prawdziwej praktyki, która nie żartuje, uczynić tę władczą ideę mistrzynią całej duszy, wpoić duszy uległość całkowita, harmonijną, szczęśliwą, podporządkować się jej rozkazom".

Zaiste, ambitny to postulat, ale co tam - autor nie ma nic do stracenia, bo i tak jest outsiderem, natomiast sprawą każdego z nas jest to, co zrobimy z wielkim postulatem Ladislava Klimy.

25 sierpnia 2009

Puszka, stały punkt programu i ciapaty brzuch

Dzięki bazarkowi na miau.pl Kociaste mają własną puszkę na suche jedzenie. Przyjrzały sie jej dokładnie, gdy jeszcze była pusta, a teraz gdy pachnie jedzeniem polubiły ją jeszcze bardziej.

Sisi na regale była tu prezentowana niejednokrotnie, ale cóż skoro jej z tym regałem do twarzy,a  i regał wygląda lepiej mając na sobie kota? Zatem kolejna odsłona:

Gusia za to, jakby przeczywająć, że od jutra wracam do pracy chodzi domagając się, bym usiadła, odłożyła książkę, sniadanie, gazetę, nadstawiła kolana i głaskała Kota. Kota Gusię, oczywiście! Tu jednak następuje "poka brzuszek" po której to prezentacji człowiek winien paść na kolana i zanurzyć twarz w ciepłym kocim brzuchu nie przejmując się tym, iż z kociego brzucha dobiegają zawstydzono-gniewne okrzyki - wszak wszyscy wiemy, że to tylko kamuflaż.

Nusia po wizycie Minii jakby spoważniała. Chyba uświadomiła sobie, że już nie jest bardzo Małym Kotem, a przecież takie sobie uświadomienie pociąga za sobą poważne zmiany - trzeba zachowywać się doroślej. I choć wciąż jest chętna do rozgrywania wielominutowych, ostrych gier w ping-ponga, to zdarza jej się leżeć spokojnie, gdy ją przytulę i głaszczę. Brakuje mi tylko, z czasów jej dzieciństwa tego, że mnie iskała (bolało, ale i tak za tym tęsknię), że była bardziej spontaniczna. Cóż - i trzecia kotka nam dorasta i zmienia się z podlotka w Kocicę.

Camilla Läckberg. Księżniczka z lodu.


Premiera już jutro!

Wydane przez

Wydawnictwo Czarna Owca

Po dwóch powieściach z trylogii Millennium Stiega Larssona Wydawnictwo Czarna Owca proponuje czytelnikom kolejny kryminał szwedzki. Autorka, z wykształcenia ekonomistka, ma na swoim koncie już siedem powieści. Pierwsza z nich "Księżniczka z lodu" została udostępniona polskim czytelnikom, a wydawnictwo zapowiada i inne tytuły tej autorki.

W miejscowości Fjällbacka zostaje zamordowana młoda kobieta. Choć pozornie wydaje się, iż popełniła samobójstwo, dogłębne zbadanie sprawy przeczy pozorom i sprawia, że rodzą się pytania o motyw zabójstwa.

Ciało odkrywa emerytowany rybak, który o pomoc poprosił Erikę Falck, wywodzącą się z Fjällbacka pisarkę, która przyjechała do rodzinnej miejscowości, by uporządkować dom po śmierci rodziców. To ponowne zetknięcie Eriki ze śmiercią i to, że zabita Alex była jej przyjaciółką w lat dziecięcych sprawia, iż dziewczyna angażuje się w sprawę bardziej niż, przynajmniej z początku, mogłaby chcieć.

Mamy tu zatem wątek kryminalny, który dopełnia się przez nieoczekiwaną śmierć uzdolnionego malarza Andersa. Mamy wątek uczuciowy - Erika podczas wizyty na komisariacie spotyka swojego szkolnego kolegę, Patrika i pozwala, by w trakcie rozwiązywania sprawy kryminalnej między obydwojgiem rodziła się więź. Autorka zadbała i o to, by przedstawić czytelnikom Fjällbacka, by ich zachwycić klimatem położonego nad morzem miasteczka. Sprawnie nakreśliła postacie bohaterów - z pretensjami do bycia elitą, z obawą przed krzywdzącymi słowami innych, czy wreszcie będących zwykłymi ludzmi marzącymi o dobrych, spokojnych dniach.

Tajemnice tkwiące w przeszłości naznaczyły społeczność małego miasta - zmieniły życie wielu mieszkańców Fjällbacka i napiętnowały ich we własnych oczach. Jednak czy zawsze należy dążyć od odsłonięcia zagadek z czasu minionego?

Camilla Läckberg napisała kryminał, który trudno odłożyć na bok podczas lektury. Przynajmniej mnie się to nie udało, zarwałam noc;)

P.S. Strona Autorki.

24 sierpnia 2009

Fazu Alijewa. Sto pięćdziesiąt siedem warkoczyków panny młodej.


Wydane przez

Wydawnictwo Książka i Wiedza

Książka Fazu Alijewej to opowieść o kobietach. Opowieść snuta z serdecznością, ciepłem, humorem i poszanowaniem tradycji.

Autorkę, dziennikarkę, Tuku-daci zabiera z miasta do aułu na wesele wnuczki. Fazu nie odwiedzała rodzinnej miejscowości trzy lata i gdy już są na miejscu, ze zdumieniem obserwuje zmiany zwyczajowe i ich doskonałe spojenie z legendami.

Alijewa przywołuje w swojej opowieści legendy regionu, aułu, szczególnie te dotyczące kobiet lub związków kobiety i mężczyzny. Podkreśla owe zaobserwowane zmiany - choć mentalność zdaje się niewiele odmieniona, kobiety stają się siłą, nie tylko milczącą. Kobiety wyjeżdżają, by studiować, sprzeciwiają się tradycji małżeństwa od kołyski, buntują się przeciwko kodeksowi honorowemu traktującemu kobiety gorzej niż mężczyzn.

Przepięknie i z dużym sentymentem autorka opowiada o kobietach ze swego otoczenia. Pokazuje skąd się wywodzi, docenia swoje korzenie.

A jak kiedyś było w aule?

" (...) zeznania czterech kobiet liczyły się za zeznanie jednego mężczyzny. Zgodnie z obyczajem kobieta nie miała prawa wymawiać imienia męża. W ojcowskim domu uważaną ją za wielki ciężar."

Te i inne ciekawostki znajdziecie w doskonale opowiedzianej historii Fazu Alijewej. Zerknijcie koniecznie:)

P.S. Tytuł rosujski jest zupełnie inny niż polski. Śmieszy mnie upodobanie do zmiany tytułów;)

Amy Bloom. Daleko stąd.


Wydane przez

Wydawnictwo Muza

Liljan Lejb uciekła z Turowa po pogromie Żydów i po tym jak zabito jej rodziców, męża, córkę. Wyruszyła w daleką podróż i stanęła na amerykańskiej ziemi w 1924 roku. Zamieszkała u dalekiej kuzynki, nie znała języka i szukała Szansy. Gdy już ją znalazła, postanowiła ją wykorzystać, a gdy pomału zaczynała układać sobie życie dowiedziała się, że jej córeczka przeżyła. Od tej pory wszystkie działania Liliany miały jeden cel - znaleźć Sonię. Musiała jednak najpierw dotrzeć na północ, przemierzyć Szlak Tefegraficzny, przepłynąc na Syberię. 

Podczas lektury kibicowałam Liljan Lejb. A jednocześnie dostrzegałam w niej wypalenie, smutek i rozczarowanie życiem. Nawet wtedy, gdy wyruszyła w wędrówkę po córkę przesycona była tymi emocjami, nawet wówczas dołaczyła do nich tylko głód serca.

Autorka zastosowała ciekawy zabieg w narracji. Opowiadała nam o losach osób, które zetknęły się z Liljan, o ich losach po spotkaniu z nią, wiodąc swoją historię aż do ich śmierci. Śledzimy zatem odejście jej mężczyzn, przyjaciół, życie i śmierć napotkanych przez nią ludzi, a owe kończenie każdej z historii pożegnaniem z życiem, nadaje głównej bohaterce jakieś przedziwne znaczenie - tak jakby idąc rozsiewała śmierć, jakby jej wypalenie i ból odbierały życie innym.

To mocna książka. Polecam.

Borys Akunin. Pelagia i biały buldog.


Wydane przez

Wydawnictwo Noir Sur Blanc

Nie da się nie polubić mniszki Pelagii i wielebnego Mitrofaniusza:) Karty powieści osadzają ich w XIX-wiecznym Zawołżu, a czytelnikom dają posmak carskiej Rosji, tej żyjącej z rozmachem, bogactwem i prowincją, która świetnie sobie radzi bez zła nadciągającego ze stolicy.

Biskup oddelegowuje czernicę do pozornie banalnej sprawy - rudowłosa zakonnica ma odszukać tego, kto chce zabić jego ciotkę poprzez zabicie jej ukochanych psów, białych buldogów. Ale czy śmierć psów jest środkiem do pozbawienia życia ciotki? A może chodzi tu o inną śmierć?

Pelagia przypomina mi pewną Siostrę M. Żywiołową, rudowłosą, wiecznie gdzieś zajętą i pełną energii. Może znana mi Siostra M. nie rozwiązywała zagadek kryminalnych, ale i bez tego miała mnóstwo na głowie.

Drugim elementem przykuwającym moją szczególną uwagę i sprawiającym, że uśmiechałam się do autora bardzo szeroko, są wykłady na tematy polityczno-gospodarcze jakie biskup Mitrofaniusz wygłosił młodemu gubernatorowi, zakochanemu w szwajcarskim porządku, Antoniemu Antonowiczowi von Hagenau.  Znajdziemy tu porady jak oduczyć urzędników łapówkarstwa, wykład o wyższości podatku dziesiętnego nad innymi podatkami (by nie powiedzieć - nad dochodowym) oraz arcyciekawą rozmowę na temat godności człowieka i tego, czy można czuć się godnie, gdy jest się głodnym. Ech, gdyby i nasi włodarze zechcieli słuchać wielebnego Mitrofaniusza...

Oczywiście, oprócz elementów, które wskazałam i dla których "zapaliłam" do Kryminału Prowincjonalnego, zauważyć trzeba, że jest to świetnie, z bogactwem rosyjskiej duszy, napisana powieść:) Aż żal było kończyć...

Na pociechę mam na półce "Pelagię i czerwonego koguta". Muszę jeszcze tylko zdybać "Czarnego Mnicha":)

23 sierpnia 2009

Wywiad z Marcinem Wrońskim

W wywiadzie prowadzonym przez Wojciecha Gołąbowskiego zacytował Pan Blumenfelda mówiącego do Goldsteina: „Najważniejszy jest nie zarobek, ale ruch w interesie”. Tymczasem na Pańskim blogu cichutko, na Pańskiej oficjalnej stronie jakoś spokojnie. Co robi Pisarz, skoro się nie upublicznia?

– Z pisarzami zwykle jest tak, że tak naprawdę pracują właśnie wtedy, kiedy pozornie nic nie robią, kiedy zupełnie ich nie widać. Potem przychodzi premiera książki i pisarz nagle dostaje medialnego przyspieszenia, mimo że akurat w tej chwili wcale nie jest pisarzem, ale Gombrowiczowską gębą samego siebie, automarketingowcem, no i oczywiście człowiekiem, który przy tej okazji jakoś odreagowuje swoje samotne boje z klawiaturą. Wtedy właśnie zaczynam myśleć jak Blumenfeld. W tej chwili jednak jestem ciężko pracującym robotnikiem umysłowym i pomijając zupełnie banalne, powiedziałbym: biurowe elementy mojej pracy, nie mam za wiele czasu i sił na inne sprawy. Z drugiej strony sam jestem mniej interesujący dla czytelnika, bo przecież nie wydaję akurat żadnej nowości – stąd i niewiele newsów na stronie pisarskiej. A koncentrując się na nowej powieści, nie mam też już mocy przerobowych na bloga. Zresztą z tym moim blogiem to od zawsze mam problem. Szczerze podziwiam Pani wirtualny dziennik i przekonuję się po raz kolejny, że chyba nie jestem urodzonym blogerem. Są dni, kiedy mam wrażenie, że blogowo w ogóle nie mam o czym pisać, innym razem przychodzi mi pięć pomysłów naraz – ale wówczas staję przed wyborem, czy mogę sobie pozwolić na oderwanie się od mojej głównej roboty, no i wychodzi mi, że nie mogę. A zbyt szanuję moich czytelników, żeby zmienić swój blog w blogusia. Nie zachwyca mnie własna postawa, w końcu wybór nicnierobienia, nawet ze szlachetną intencją nierobienia czegoś źle, to dość znany wykręt. Niestety w tej chwili niewiele mogę na to poradzić, ale jeśli będę dalej obserwował Pani wirtualny dziennik lektur, na pewno w końcu się poprawię. Z czystej zazdrości.

W przywołanym wywiadzie wspominał Pan o chęci napisania sagi rodzinnej. Zarzucił Pan ten pomysł? Czy może właśnie go Pan realizuje?

– Nie zarzuciłem, ale odłożyłem na lepsze czasy, gdy będę mógł wziąć głębszy oddech. Ale nie dalej niż wczoraj przeglądałem moje notatki, bo przeczuwam, że te lepsze czasy są już stosunkowo blisko. Teraz jednak pracuję nad współczesną powieścią sensacyjno-polityczną pod na razie roboczym tytułem "Officium Secretum". Gram w niej na kilku mitach, które – przynajmniej dla mnie – w fascynujący sposób stały się realną publicystyką w roku 2007, a i do dziś nas nie opuszczają. Ot choćby pierwszy z brzegu mit Zaginionej Księgi, tak pięknie wykorzystany przez U. Eco. W Polsce też jest masa zaginionych ksiąg, a nawet zaginionych bibliotek – kiedyś w posiadaniu SB, obecnie IPN-u. A duchowni-konfidenci, rozpoznani i domniemani, a niemal manichejskie przekonanie o tym, że naszą ludzką rzeczywistość kreuje nie kto inny, tylko Szatan – w wydaniu przeróżnych masonopodobnych grup mniej lub bardziej jawnie trzymających władzę? A zbuntowane betanki z Kazimierza? Toż to niemal „Imię Róży”, tylko takie nasze współczesno-polskie, spsiałe, bo polityczne, no i bez Arystotelesów – nawet w podtekście. Co prawda wcześniej interesowały mnie raczej fabuły na tyle odległe, historyczne, że z pozoru niemal kostiumowe, ale zwłaszcza rok 2007 był tak literacki, że nie mogłem pozostać obojętny.

Pisał Pan książki dla dzieci, pisze Pan fantastykę i kryminały retro, jest Pan redaktorem współpracującym z kilkoma wydawnictwami, uczył Pan języka polskiego. Ku czemu jest Panu najbliżej?

– Zawsze najbliżej mi było do pisarstwa i ku temu grawitowały wszystkie moje życiowe wybory. Uczenie języka polskiego to raczej efekt uboczny ukończenia polonistyki, a cała reszta to już chęć pracy z książką i nad książką. Ogromnie lubię pracę redaktora, bo to świetne uzupełnienie pisarstwa – również w tym sensie, że umiejętności, doświadczenia zdobyte na jednym polu bardzo przydają się na drugim. Ale broniłbym się przed wyraźnym rozgraniczeniem, że Wroński od dzieci, od fantastyki i od kryminałów to są trzej zupełnie różni Wrońscy. Broniłbym się tym bardziej, że niejeden raz ktoś się dziwił, że ja to naprawdę ten sam co tamten. Styl i gatunek zależą od tematu, a nie odwrotnie. Na pewno bliższy mi kryminalny komisarz Maciejewski niż fantastyczny wąż Marlo, bo to lepsza postać zanurzona w ciekawszych historiach, ale nie przesądzam, że w związku z tym do końca życia będę pisał kryminały. Jeśli chodzi o cykl o Maciejewskim, jest to rzecz bardzo mi bliska ze względu na Lublin, którego historią się zajmowałem i o której chciałem pisać już od dłuższego czasu.

Skąd u Pana zainteresowanie historią Lublina (ot, choćby widoczne w Pańskich powieściach lub w artykułach zamieszczonym w Gazecie Petersburskiej)? Nie każdy mieszkaniec godnego uwagi miasta zna jego przeszłość.

– Lublin to wyjątkowe miasto, z charakterem, choć nie każdy – nawet mieszkając tu całe życie – ma czas, aby mu się dobrze przyjrzeć i ten charakter docenić. W stronę przyglądania się mojemu miastu i jego historii popchnął mnie przypadek, kiedy wymyślałem sobie temat pracy magisterskiej. Miałem różne pomysły, na przykład motyw pociągu w literaturze, bo bardzo mnie korciło wysnucie jakichś nikomu niepotrzebnych wniosków z konfrontacji fragmentów "Lalki" Prusa, kolejowych horrorów Grabińskiego i chociażby "Trupów z kawiorem" Jasieńskiego. W końcu zainspirowany kilkoma dobrymi radami, wcześniejszymi studenckimi kwerendami, które robiłem, a przede wszystkim przykładem mojego genialnego profesora Władysława Panasa, który właśnie w swoich badaniach zaczął z pasją kabalisty traktować Lublin jak wielką Księgę Miasta, też poszedłem w tym kierunku. Oczywiście przekornie, bo profesor był metafizyk, a ja zszedłem do poziomu bruku i napisałem rzecz socjologiczno-literacką. Zresztą może i nie przekornie, po prostu na takie syntezy, jakie on czynił, byłem za cienki. I jestem za cienki. Właściwie każdy jest za cienki. Jednak to zainteresowanie we mnie zostało, ciągle coś doczytywałem, a kiedy zdecydowałem się obsadzić głównego bohatera mojego kiełkującego kryminału w roli kierownika tutejszego wydziału śledczego w latach 30. XX w., nastąpiła we mnie jakby synteza wodorowa, po prostu coś huknęło i samo z siebie zaczęło się składać w logiczną całość. Lublin i dla mnie stał się Księgą, tyle że znacznie bardziej wódczano-knajacką niż u profesora. Taką utytłaną. Ale Pani Moniko, w tym utytłaniu ja naprawdę widzę sens. Kiedy z rzadka bywam w turystycznie w miastach z grubo położonym make-upem, szybko się nudzę. A Lublin ma to do siebie, że choć naprawdę ładny, momentami wręcz malowniczy, ma wiele miejsc, zaułków, które aż się proszą o kawał literackiego krwistego naturalizmu. Niewiele się zmieniły od czasów, które opisuję w "Komisarzach Maciejewskich" i to jest dla mnie najbardziej ciekawe.

Proszę powiedzieć, czy w Lublinie warto mieszkać?

– Jeśli chodzi o samo mieszkanie, to już od wielu osób słyszę, że Lublin jest idealny – niedrogi, niebrzydki, na tyle miejski, żeby wszystko było na miejscu, a przy tym nie tak uciążliwy w sensie dojazdów czy hałasu jak wielkie miasta. Problem zaczyna się w momencie, gdy chcemy w Lublinie nie tylko mieszkać, ale i zarobić milion dolarów. Wystąpiłem kiedyś w takim reportażu telewizyjnym „Wyjeżdżam – zostaję” robionym właśnie przez lubelską telewizję. Byłem ja – może nie całkiem stary, jednak dojrzały dziwak zostający w mieście – i młoda fotoreporterka, która nie widzi tu perspektyw, za mało zarabia i tak dalej. Pytanie, komu wierzyć, prawda? Każdy rozsądny człowiek pewnie uwierzył mojej oponentce i miał zupełną rację. Ale poza rozsądnymi ludźmi są na świecie także dziwacy i ci w Lublinie często świetnie się odnajdują. Gdy wyobrażam sobie Lublin jako kobietę, to jest ona kapryśna, niewdzięczna, obrażająca się, zawsze niezadowolona, małostkowa, krytyczna. Równocześnie ma oryginalną urodę i bogate wnętrze, które niechętnie prezentuje tylko najwytrwalszym uwodzicielom. Mnie wytrwałości nie brakuje, a poza tym mam podobne wady i dobrze ją rozumiem, w końcu jestem z nią od urodzenia. Ale przyznam się uczciwie, że chociaż w Lublinie świetnie mi się mieszka, to moje literackie interesy coraz częściej robię gdzie indziej. No po prostu nie można mieć wszystkiego.

W tym roku otrzymał Pan tytuł BENE MERITUS TERRAE LUBLINENSI (Dobrze Zasłużony dla Ziemi Lubelskiej). Czy jest Pan z niego dumny?

– To była nagroda mediów, które od razu zauważyły w "Komisarzu Maciejewskim" materiał na newsa nie tylko kulturalnego, ale i miejskiego, zwłaszcza „Kurier Lubelski” i Radio Lublin. Nigdy się nie zastanawiałem, czy jestem dumny z tego wyróżnienia, ale czuję ogromną satysfakcję – to na pewno. Stało się bowiem faktem to, czego zawsze mi brakowało w marketingowym myśleniu o moim mieście – że nie powinno to polegać na uślicznianiu i nakładaniu make-upu, ale dostrzeganiu jakichś głębszych sensów, szukaniu znaków popkulturowych. Tu taki drobny przykładzik – warszawscy twórcy stworzyli wspaniałą mitologię Pragi, mimo że to dzielnica wyjątkowo szpetna. Szpetna, ale charakterna. Otwieram program telewizyjny z zeszłego tygodnia, i co tam mamy? Proszę, „Rozdroże Café” Leszka Wosiewicza, w którym Praga spotworniała do niemożliwości staje się przestrzenią współczesnego moralitetu. A o tej samej porze na innym kanale lecą „Wiedźmy” Jana Kidawy-Błońskiego – jak dla mnie – przesympatyczne arcydzieło sentymentalizmu początku XXI wieku, w którym Praga to jakby niedomyty, usmarkany dzieciak o dobrym sercu – w przeciwieństwie do tej lewobrzeżnej, pięknej Warszawy. Czy to nie wspaniałe, ta dwubiegunowość i to budowanie tożsamości? Tym bardziej trudno mi było zrozumieć, dlaczego jakoś nikt przede mną nie miał ochoty robić beletrystyki nie tylko z „lubelskich ulic Marszałkowskich”, ale też pisać o „lubelskich Pragach” – Żmigrodzie, Kośminku, co ciemniejszych uliczkach Starego Miasta. Tę właśnie wartość dostrzegła również kapituła Bene Meritus i bardzo się ucieszyłem, kiedy poświęconą mi laudację otworzył dość naturalistyczny cytat, o ile dobrze pamiętam, z "Morderstwa pod cenzurą". Nie chciałbym jednak, żeby mnie Pani źle zrozumiała – ja tych książek nie piszę dla idei, ale dla przyjemności własnej i czytelników oraz dla chleba (tym, czytelnicy wybaczą, już się nie dzielę), jednak to ogromna satysfakcja, kiedy wychodzi na to, że przy okazji mogę przysłużyć się czemuś większemu niż ja sam, w tym przypadku mojemu miastu. Dlatego myślę sobie, że czasem warto, nie zapominając o sobie, mieć gdzieś na horyzoncie jakiś tzw. wyższy cel.

Mamy okres wakacyjno-urlopowy. Gdyby ktoś na trasie swoich wędrówek zahaczył w Lublin, co Pańskim zdaniem, musi odwiedzić?

– Może zabawnym pomysłem byłaby wycieczka śladami komisarza Maciejewskiego? W obu książkach jest mapka – co prawda z lat 30. XX w., ale zogniskowana głównie w centrum, które niewiele się zmieniło. Polecam szczególnie Stare Miasto, ale zejdźcie Państwo chociaż na chwilę z głównej ulicy Grodzkiej, skręćcie na przykład w Jezuicką. Nie ma tam już co prawda domów publicznych jak przed wojną, takie czasy, ale za to dojdziecie Państwo do Teatru Andersena i bardzo sympatycznego podwórka z ładnym widokiem do fotografowania. Na Starym Mieście są też dobre knajpy, co w wakacyjnych wyprawach również ma znaczenie. Nie wiem, czy warto iść oglądać dawny komisariat, ale położony niedaleko Żmigród polecam. Jak tylko znajdą się Państwo na tej uliczce, to sami zobaczą, że trup tam musiał paść, no po prostu nie ma siły! A przy okazji – dla co bardziej zafiksowanych książkowo turystów – właśnie na Żmigrodzie w pomieszczeniach jeszcze przedwojennej drukarni mieści się od roku Izba Drukarstwa, gdzie zobaczycie Państwo, co i jak się kiedyś drukowało. Nie dam głowy czy na co dzień, ale przy różnych większych imprezach na tych starych maszynach samemu można sobie coś wydrukować. I po prostu – warto pochodzić i pozaglądać w miejsca, które same Państwa czymś przyciągną. Bywając turystą, niezbyt lubię gonitwy od zabytku do zabytku, więc i innym tego nie proponuję. W obcych miastach warto po prostu macać ich puls, a puls Lublina jest wyczuwalny, bo na szczęście make-up kładzie się tu z umiarem.

Dziękuję :-)

I ja bardzo dziękuję :-)

Walentyna Gawriljewa. O wielkiej podróży rudego Sieriogi, mądrego starca Ibrahima i przebiegłego myśliwego Semena Wielkiej Głowy.


Wydane przez

Państwowy Instytut Wydawniczy

Sam już tytuł tomiku zawierającego dwa opowiadania jakuckiej pisarki przywodzi na myśl baśnie i legendy (szczególnie te z obszaru Rosji), prawda?

Rudy Sierioga skarżył się starcowi Ibrahimowi, że żona - nienawykła do mołdawskich realiów - tęskniła za daleką północą, za Kołymą skąd pochodziła, a nad krowy pasące się wokoło przedkładała renifery (wszak była weterynarzem, specjalistą od renów) i z tej tęsknoty uciekła z domu, wróciła w rodzinne strony i urodziła jego - Sieriogi - syna. A jakże on, dżygit, bez syna? Starzec uknuł spisek i obydwaj wyruszyli, przez Moskwę, by syna Sieriogi matce wykraść.

Podróż jest zabawna, pełna niespodzianek, a jej finał i zaskakujący , i wzruszający:)

"Kraina Uot-Dżulustana", drugie z opowiadań, to historia chłopca, który swoją miłością i oddaniem uleczył matkę z obłędu. Ireczaj rodząc w jurcie nieślubnego syna księcia Mitrija rozchorowała się. Gdy jej syn, Niukus, miał dwanaście lat opiekująca się nim koieta wyjawiła mu historię jego pochodzenia. Odnalazł matkę i pod wpływem zasłyszanej legendy wyruszył z nią na poszukiwania mężczyzny, który ją pokocha, którego miłość da jej zdrowie.

W "Krainie..." są mocniej zakcentowane zasady życia Jakutów. O ile w pierwszym opowiadaniu, więcej jest elementów żartobliwych i większą wagę przyłożyła autorka do relacji między ludźmi, tak w opowiadaniu drugim sięgamy po codzienność i duchowość.

Cieszę się, że dotarłam, dzięki Walentynie Gawriljewie, do Jakucji.

Carlo Frabetti. Wielka rozgrywka.


Wydane przez 

Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Mimo, że w Polsce wydano już kilka powieści Frabettiego, pisarza i matematyka, "Wielka rozgrywka" jest moim pierwszym z nim spotkaniem, i to spotkaniem podsycającym chęć poznania innych książek pisarza.

Leo poszukując towarzysza do gry w halmę pomyłkowo wpisuje w programie komputerowym hasło tworząc napis "zagram w zagram". Odzywa się ktoś, kto zadaje pytania na tyle trudne, by chłopiec musiał, chcąc na nie odpowiedzieć,  szukać pomocy w książkach lub u nauczycieli.

"Zagram" toczy się sprawnie, a czytelnicy śledząc rozgrywkę między Leo a tajemniczym Halem mają okazję zgłębić prawa tworzone przez Galileusza, zmierzyć się z łacińską sentencją, dowiedzieć się czym są anagramy i spróbować dowiedzieć się jaki ruch wykonały czarne figury i czy Sherlock Holms ma coś wspólnego z fizyką.

"Wielka rozgrywka" to doskonała książka dla tych, którzy lubią zagadki. 

22 sierpnia 2009

Piątek - weekendu początek;)

Wczoraj Sisi i Gusia spały piętrowo. Gusia kilkakrotnie zerknęła na piętro, na którym spała Sisi, ale widocznie stwierdziła, że nie ma to jak sen w miejscu, gdzie można podgrzać ogon i została na stole.

Sisi wciąż nas zadziwia znajdując miejsca, w których jeszcze nie była. Ot, chociażby to miejsce:

Znalazłam zaplątane w aparacie zdjęcie Małego Kota.


Nusia zagląda na półkę, ale nie na tym regale co trzeba, by znaleźc tam Małego Kota.

Michał Witkowski. Margot (+ loteria)


Wydane przez

Wydawnictwo Świat Książki

Premiera 25 sierpnia!

Może trudno w to uwierzyć, ale "Margot" jest pierwszą książką Michała Witkowskiego, którą przeczytałam. Nie mam więc porównania do tego, co pisał wcześniej i nie należy się spodziewać wniosków głoszących, która z jego powieści była najlepsza.

Margot to kierowca tira - chłodni. Daje jej to wysoką pozycję w hierarchi kierowców ciężarówek - nie musi czekać w kolejkach na granicach, może w barze zająć lepsze miejsce niż ci jeżdżacy z kontererami. Ale jednocześnie Margot to kobieta, która potrzebuje zaspokoić swą "dzikość serca".

Asia to dziewczyna, która uskrzydlona niezliczonymi wyznaniami miłości kierowców tirów jakich wiedzie przez CB - radio przez drogi i bezdroża, podnosi się z wózka inwalidzkiego, by go odrzucić, by stać się ucieleśnieniem głosu.

Waldek Mandarynka, przystankers z podsuwalskiej wsi, sięga po marzenia i zderza się z owymi marzeniami z wielkim hukiem.

Bohaterowie Witkowskiego byli nijacy, byli nikim. Pozostawały im marzenia rozpędzające szarą samotność, wyrzucenie za nawias. Małgorzata, Asia, Waldek dokonali zmian, ulegli metamorfozie, doświadczyli tego, kim chcieli się stać, tego ku czemu dążyli i ... Nie zawsze okazało się, że warto sięgać do gwiazd.

Zastanawiam się, czy to, co napisał Witkowskie to bardziej paszkwil, czy pamflet na współczesną rzeczywistość. Na sławę, ulubienie piękna, na walkę o to, by być celebrytą, by być w mainstreamie, na seks. Na Gwiazdy Podstarzałe, ale Z Klasą, na dzieweczkę nieurodziwą o pieknym głosie, na plebanię oferującą solarium, siłownię, saunę i zapraszającą na spowiedź przez GG. Na świat, który wariuje coraz mocniej, a my przyklaskujemy owemu szaleństwu zacierając granicę dobrego smaku.

Sięgnę po inne książki Witkowskiego. Zaciekawiło mnie jego pisanie.

*   *   *

Proszę, aby osoby chętne do lektury "Margot" wpisywały się w komentarzach. Jutro o 22 zrobię losowanie, a w poniedziałek wyślę książkę osobie wylosowanej:)

Niedziela, po 22:00


Książka trafi w ręce Piotra. Proszę o przesłanie adresu (m1b1m1m@gmail.com). I gratuluję:)

Joanna Fabicka. Idę w tango.


Wydane przez

Wydawnictwo W.A.B.

Joannę Fabicką poznałam dzięki Rudolfowi Gąbczakowi. Autorka świetnie wiedziała, że nie sposób oprzeć się nastolatkowi wychowującemy się w rodzinie dyskunkcyjnej i obdarzonemu takim imieniem i takim nazwiskiem.

"Idę w tango. Romans histeryczny" to inna powieść, choć humorem i ironią przypomina wcześniejsze autorstwa Fabickiej.

Jadzia oszukana w malowniczy sposób przez Mieszka wraca z Londynu do warszawskiej kawalerki na poddaszu, do bezrobocia (wszak wyjeżdżając ku nowemu życiu rzuciła pracę), do smutnej codzienności porzuconej kobiety. Grozy dodaje fakt, że Jadzia ma syna, którym należałoby się zajmować, a nie czekać, że syn - ośmiolatek - roztoczy czułą opiekę nad matką.

Z dna rozpaczy wyciągają Jadzię dwie oddane przyjaciółki i udział w programie, w którym tańczy się przed szeroką publiką stając się wedle jej uznania albo celebrytą albo nikim. Ów podtytułowy romans histeryczny rozgrywał się przede wszystkim podczas realizacji programu.

Oprócz tego co zabawne  w "Idę w tango" dostrzec można przepięknie opisane cechy mainstreamowego życia, jego prawideł, brutalności i nieprzewidywalności.

Lubię poczucie humoru Fabickiej i to, że zapewnia czytelnikom śmiech. No, przynajmniej mnie zapewnia;)

Dorota Krupa, Jolanta Pszczółka. Zabawy logopedyczne na cztery pory roku.


Wydane przez

Wydawnictwo Impuls

Scenariusze zajęć przygotowane są dla dzieci w wieku przedszkolnym, ale myślę, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykorzystać je także podczas zajęć w grupie wczesnoszkolnej. Podzielone według tematyki związanej z porami roku są idalną podpowiedzią dla nauczycieli, czy to rozpoczynających pracę, czy to chcących wypróbować czegoś nowego.

Autorki przygotowały swoje propozycje bardzo starannie. Wśród proponowanych dzieciom lektur są książki Janczarskiego i Kerna. Każdy ze scenariuszy ma wyraźnie wskazane cele zajeć, określone pomoce niezbędne do realizacji zaproponowanych ćwiczeń i dołączone ilustracje, z których można skorzystać podczas zajęć.

Dużo jest ruchu, recytacji bardzo rytmicznych wierszyków, a treść zajęć obejmuje szeroko zagadnienia związane z jesienią, zimą, wiosną i latem.

Świetna książeczka:)