12 grudnia 2010

Steven Winn. Como, wróć!

Wydane przez
Wydawnictwo Galaktyka

Ze skruchą, ale bodajże większym jeszcze zdziwieniem, przyznaję się do tego, że nie doczytałam tej książki do końca.

Córka Autora od pierwszych niemalże chwil życia marzyła o psie. Psie maskotki zajmowały coraz większą część jej pokoju, to z nimi i pragnieniem o żywym, a nie pluszowym zwierzęciu, zasypiała. Rodzice sprzeciwiali się, aż wreszcie ulegli temu, co uznali za nieuchronne - wyrazili zgodę na zaadoptowanie psa. Przekonali córkę, by pies pochodził ze schroniska i rozpoczęli poszukiwania. Poszukiwania, podczas których odwiedzili niezliczoną liczbę schronisk, fundacji, towarzystw prozwierzęcych, i które trwały kilkanaście tygodni. I tu zwątpiłam w ideę tej książki.

Znaleźli psa, który przerażał swoją żywiołowością Autora, ale spodobał się jego córce. Zaadoptowali go i obydwoje rodzice rozpoczęli odliczanie 30 dni, po upływie których nie mogę już oddać Como do schroniska, z nadzieją na to, iż pies zrazi do siebie swoją młodą panią.

Przeczytałam 100 stron i uznałam, że nie bawi mnie humor Autora, nie przekonuje opisywana chęć przygarnięcia psa. Szkoda mi czasu na dalsze poznawanie tej historii, choć przyznaję, że może dla kogoś innego może okazać się ona ciekawa.

Brak komentarzy: