31 sierpnia 2010

Pirania na wakacjach

Jako, że nasi znajomi, obdarzeni kotami, wyjeżdżali na wakacje i głowili się jak zadbać o kociaste, ze wskazaniem na najmłodsze kocię w rodzinie, zaproponowaliśmy owej najmłodszej pobyt kolonijny w naszym domu.

Pirania, bo tak ma na imię owe wdzięczne małe kociątko, przede wszystkim śpi, a jak nie śpi to szaleje terroryzując ciotki. Które póki co jeszcze na nią burczą gniewnie, ale zarazem z ciekawością łażą za nią krok w krok. Tylko Gusia się obraziła - zbyt wiele nowych zdarzeń w ostatnich dniach.

Pirania bardzo samodzielnie gra w ping ponga, korzysta z drapaka i nader chętnie odwiedza dużą kuwetę naszych kotów. Nie zawsze odwiedza ową kuwetę w celu do tego przeznaczonym, bo przyłapałam ją już na spaniu, kopaniu dołów i łapaniu własnego cienia.

Najbardziej proPiraniowa jest oczywiście Nusia. Już wczoraj podjęły pierwsze próby wspólnej zabawy. Dziś rano próbowały spowodować, abym wybiła sobie zęby, bo one musiały grać w piłkę, małą i prawie niewidoczną.

Dzięki temu, że jest u nas Pirania, koty jedzą mniej. Jeśli nie zjedzą wydzielonych o poranku porcji mięska z puszki Pirania robi czyszczenie ciotczynych misek. Oczywiście, uprzednio czyszcząc swoją;)

Czekamy na przełom o kontaktach kocio-kocich. Z nadzieją i lekkim niepokojem...

P.S. Nusia znów przychodzi do nas spać;)))

30 sierpnia 2010

Klasyka literatury popularnej - wyzwanie


Na wieść o nowym wyzwaniu, zamyśliłam się robiąc przegląd tego, co czytam. Owszem, biorąc udział w różnych wyzwaniach sięgam po książki wydane kilkanaście lub kilkadziesiąt lat temu, ale ze wstydem przyznaję, że zdarza mi się to sporadycznie. Lektury dobieram tak, by czytać literaturę współczesną. Z takich wniosków wysuwają się kolejne - trzeba zdecydować się na wyzwanie i odnowić znajomość z klasyką. Na własne potrzeby uznaję za klasykę literatury popularnej tę literaturę, która powstała w XIX wieku i w pierwszej połowie wieku XX.

Plany jakie przed Wami roztoczę są bliższe liście marzeń niż obowiązkowej liście lektur.

Chciałabym wrócić do Balzaka, którego pisanie uwielbiam (i nawet kiedyś miałam ambitny plan, by zgromadzić jego dzieła). Jako, że na półce mam "Pięć tygodni w balonie" Juliusza Verne, chciałabym znajomość i z tym panem odświeżyć. Chcę spróbować "Szkoły uczuć" Flauberta, rozważę lekturę Maupassanta i obowiązkowo - a jednak - wrócę do Zoli.

Poczytam coś jednej z sióstr Bronte (i książkę o nich), "Koniec rozdziału" Galsworthy'ego, Grahama Greene'a, "Królewicza i żebraka" Marta Twaina, coś Raymonda Chandlera. 

Jako, że znam dobrze literaturę polską zamieszczana na wszelakich listach lektur, sięgnąć chcę po książki mniej znane (ale też nie tak do końca). Sprawdzę jak dziś czytałoby mi się powieści Marii Rodziewiczówny, sięgnę po coś Żeromskiego, co jest mniej oczywiste niż "Przedwiośnie", czy "Siłaczka". Chciałabym również sięgnąć po Tuwima, Makuszyńskiego (ale w wersji dla dorosłych). Nie odmówię sobie przyjemności powrotu do prozy Schulza i do utworów Wańkowicza.

*   *   *

1. Do wyzwania zaproszony jest każdy, kto ma ochotę na poznanie literatury klasycznej popularnej lub powrót do niej.
2. Celem wyzwania jest przeczytanie klasyków, mile widziane czytanie w oryginale.
3. Wyzwanie nie ma ograniczeń czasowych.
4. Pierwszy wpis niech będzie opisem swojej znajomości lektur i autorów z listy oraz najbliższych planów. W ramach czytania lektur dopuszczalne jest rozszerzanie listy o inne tytuły podanych autorów.
5. Na blogu można zamieścić całą recenzję lub link do niej na własnym blogu.
6. Aby zgłosić się do wyzwania proszę wysłać mail na adres: maniaczytania@gazeta.pl lub zostawić informacje w komentarzach pod tą notką.
7. W etykietach do wpisów zamieszczamy nazwisko czytanego autora, a także swój nick.

29 sierpnia 2010

Niedzielnik nr 4


Wczoraj uświadomiłam sobie skąd z moim życiu książki i umiłowanie zwierząt. Owszem - widok czytającej Mamy z pewnością się przysłużył, ale szukać należy głębiej w kronice rodzinnej.

Mój Dziadek Janek czytał i zawsze w otoczeniu miał zwierzęta. W każdą niedzielę oglądał Wielką Grę. Z ciekawością czytał kolejne powieści Kraszewskiego, znał większość dostępnych wówczas książek historycznych i był świadom, że te opisujące dzieje najnowsze naszpikowane są kłamstwami. Sięgał po książki przywożone mu przez córkę, a moją mamę, z wielkim zainteresowaniem. Dziadek miał zawsze co najmniej dwa psy. Oprócz zwierząt gospodarskich, które traktował zawsze z dużym szacunkiem, szczególnie ukochał sobie konie. To własnie one i psy stanowiły nieodłączne towarzystwo Dziadka.

Jestem wdzięczna Dziadkowi za to dziedzictwo.

28 sierpnia 2010

Tony Wheeler. Przeklęta ziemia.

Wydane przez
Wydawnictwo Carta Blanca

Tony Wheeler, założyciel wydawnictwa Lonley Planet, opisuje w swojej książce podróż do krajów postrzeganych jako kontrowersyjne, czyli "przeklęte". Klasyfikacje prowadzi wedle tego, jak ów kraj traktuje własnych obywateli, jaki ma stosunek do terroryzmu, czy stanowi zagrożenie dla innych i czy w danym kraju istnieje kult jednostki. Na liście odwiedzononych przez niego państw znajdują się Afganistan, Iran, Irak, Korea Północna, Kuba, Birma, Libia, Arabia Saudyjska i Albania (tu Autor skupił się na analizowaniu albańskiej historii z czasów Hodży).

Opowieści Tony'ego Wheelera są skonstruowane ciekawie, z dawką wiedzy, humoru, trzeźwego osądu i prawdziwej fascynacji odwiedzanym miejscem. Czuć w tych tekstach zaangażowanie w podróż, poznawanie świata, przyjemność płynącą z tegoż poznawania. To taka książka, po której trudno jest przestać zastanawiać się nad tym, jak podobałoby się nam w Tiranie, Kabulu, czy Hawanie.

Ciekawy jest klucz według jakiego Tony Wheeler dobrał odwiedzane kraje. Jeszcze ciekawsze obserwacje i spostrzeżenia, którymi Autor dzieli się w sposób wyważony, choć czasami nasycony emocjami.

Serdecznie polecam.

*   *   *
"Przeklętą ziemię" można kupić w:

Uwielbiam

gdy rano na mój widok Nusia - wszak słusznych rozmiarów kocica - robi zgrabnego fikołka w przód (zwanego potocznie barankiem). Rozczulające:)

27 sierpnia 2010

Sądny dzień

Czyli  - coroczny przegląd kotów dziś nastąpił. Wszystkie trzy Ko-córki zostały zważone (oj, oj) i obadane z każdej strony. Urokowi pana doktora poddały się i Sisi, i Nusia, natomiast Gusia nakrzyczała, nasyczała i podejmowała próby zmienienia się w tygrysa (całe szczęście, że tego nie widziałam, bo bym z nerwów umarła) okazując, że nic a nic jej nie obchodzi sława pana doktora jako tego, który ma "dobrą rękę" do zwierzaków.

Koty ważą po ok. 6 kg (nie będziemy wypominać która ile) i pan doktor nakazał dietę. Czyli zamianę pysznej Josery na z pewnością nie mniej pyszną Royal Canin Obesity Menagement. Trzymajcie kciuki za, przede wszystkim naszą, wytrwałość w stosowaniu odpowiedniego żywienia :) 

26 sierpnia 2010

Guy Grieve. Zew Natury.


Wydane przez
Wydawnictwo Dolnośląskie

Guy Grieve pracował w dziale marketingu "The Scotsman" i czuł, że jego życie toczy się na jałowym biegu skazując żonę, syna i jego samego na bezustanny stres z powodu zagrożenia utratą pracy, długami i brakiem określonego celu. Czuł, że musi COŚ zrobić. Tym czymś - mającym uratować kondycję psychiczną i finansową rodziny Guya - był wyjazd mężczyzny na rok na Alaskę. Zaskakujące, prawda?

Może i zaskakujące, ale i budzące zainteresowanie. Guy, jako typowy żółtodziób, nie zdawał sobie sprawy z tego, jak trudne może być życie na Alasce. Wylądowawszy w Galenie, maleńkiej wiosce nad brzegiem Jukonu, wciąż miał przekonanie, że da radę, a czekające na niego zadania - choć trudne - nie są wszak niemożliwe do zrealizowania. Na szczęście Guy trafił na Dona, który traktując go nieco jak szalonego naiwniaka, postanowił mu pomóc.

"Zew natury" to zapis ciężkiej pracy, radości, dni bezsilności, strachu, ale i tych przepięknych, dających satysfakcję. We wspomnieniach Autora dostrzegamy olbrzymią życzliwość Alaskan, bezlitosną i jednocześnie zachwycającą przyrodę, wysiłek jaki należy włożyć, by wytrwać z dala od rodziny, budujące się między człowiekiem i psami więzi. Guy Grieve dzieli się swoim doświadczeniem, opisuje szczegółowo swoją pracę, a na końcu opowieści zamieszcza kilka informacji praktycznych, które mogą pomóc osobom chętnych do tego, by jak on, spróbować zamieszkać w dzikim miejscu.

"Zew natury" zapewnił mi fascynującą podróż na Alaskę. I choć nie mogę sobie teraz pozwolić, by zamieszkać u brzegów Jukonu, z wielką uwagą przeczytałam owe praktyczne wskazówki Guy'a Grieve'a.

Pytanie

Przy okazji pisania notatki nt. książki Orlińskiego pojawiło się w moim domu pytanie, może błahe, ale gorączkowo dyskutowane.

O podróży przez Amerykę pisał Waldemar Łysiak w "Asfaltowym saloonie" i pisał Melchior Wańkowicz w tryptyku podróżniczym "W ślady Kolumba". 

Którego z tych Autorów znacie bardziej? Z czyją twórczością jesteście bardziej zaprzyjaźnieni? Łatwiej Wam sięgnąć po Wańkowicza, czy po Łysiaka? Czy owa znajomość twórczości obydwu panów ma jakieś odzwierciedlenie w wieku/pokoleniu czytelników?

Ciekawa jestem Waszych odpowiedzi:)

25 sierpnia 2010

Jaume Sanllorente. Uśmiechy Bombaju.

Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Książka "Uśmiechy Bombaju" przedstawia fragment rzeczywistości indyjskiej. Bolesny, przerażający i niestety wciąż obecny w krajobrazie Indii.

Jaume Sanllorente mieszkając w Barcelonie zajmował się dziennikarstwem ekonomicznym. Po kilku latach pracy bez urlopu postanowił poświęcić na wypoczynek aż dwa miesiące i planował wybrać się do RPA. Jednak w zaskakujący dla siebie sposób dał się namówić na wyjazd do Indii, które początkowo zrobiły na nim okropne wrażenie. Gdy pewnego dnia trafił przypadkowo do dzielnicy slumsów i zetknął się z nędzą, tragicznymi warunkami życia, podupadłym zdrowiem i brakiem żywności mieszkających tam ludzi, coś się w nim zmieniło.

Wrócił do Indii. Odwiedził Bombaj. Poznał losy tysięcy dzieci sprzedawanych do domów publicznych, niedożywionych, bez szans na naukę i wyrwanie się z piekła, na które skazane są przez wszechobecną biedę. Po powrocie do Barcelony podjął decyzję, że chce pomagać tym dzieciom. Założył organizację Uśmiechy Bombaju, przeprowadził się do Indii i zaczął wcielać w życie swój plan stwarzając szansę na naukę i bezpieczne dorastanie dzieciom, a dorosłym - miejsca pracy i opiekę zdrowotną.

Fascynująca opowieść, napisana lekko, bez zadęcia. Jaume Sanllorente przedstawia historię własnego życia podporządkowanego od pewnego czasu dzieciom z Indii, a poprzez losy tych dzieci pokazuje coś, co wciąż jest w Indiach powszechne.

24 sierpnia 2010

Czy wiecie...

jak skrótami klawiszowymi otworzyć komunikator i włączyć w nim opcję wyszukiwania?


A Gusia wie:)))

Wojciech Orliński. Ameryka nie istnieje.


Wydane przez
Wydawnictwo Pascal

Wojciech Orliński w niedawno opublikowanej książce rozprawia się z przekazywanym w filmach, literaturze i muzyce obrazem Ameryki. Odwiedza Disneyland i przychyla się do tezy Jeana Boudrillarda o tym, iż park rozrywki istnieje "po to, by ukrywać, że cała Ameryka jest Disneylandem". Mierzy się z historią purytańskich kolonii, rasizmu, mitem Route 66 i teoriami spiskowymi. Próbuje przedstawić fenomen Nowego Jorku, czy Los Angeles sięgając po opowieści mieszkańców tych miast. Zastanawia się nad funkcjonowaniem miasta kasyn wyrastającego na pustyni, nad tym, jak smakuje westernowa whiskey i czy luz na rozkaz panujący w Dolinie Krzemowej jest czymś gorszym niż obowiązkowy garnitur w pracy.

Książka Orlińskiego nie jest zbliżona klimatem do "Asfaltowego saloonu" Waldemara Łysiaka, ale też nie musi być. Własny pomysł na książkę, a ten Orliński ma, to rzecz cenna. Chcę podkreślić, że czytając Orlińskiego trzeba cały czas pamiętać, iż Autor stwierdza, że nie ma Ameryki, którą przedstawia się nam w filmach, telewizji, w komiksach, czy w prasie, co nie oznacza, iż nie ma Ameryki takiej, co do której istnienia są przekonani poszczególni ludzie - Wy, ja, ktokolwiek inny. Orliński pisze o tym, że nie ma takiej Ameryki jaka istniała w jego wyobrażeniach. 

23 sierpnia 2010

Ze zgrozą zauważyliśmy...

że Nusia nie ma gdzie spać. O ile w podróży (tak, tak - znów) jakoś wytrzymuje w swoim plastikowym transporterku (i to też niezbyt długo, bo przecież idzie do Sisi, wtula się w nią, liże jakby prosząc o ratunek), tak w domu pojawił się kłopot. Sisi i Gusia nie są skłonne oddać Nusi własnych koszyków, a Nusia - śpiąc w transporterku... Hm... no wystaje... Tak od ramion. Mieści się ogon, pupa i kawałek kota. Aż żal bierze, gdy ogląda się Nusię wystającą z koszyka...

Poprzednie dwa koszyki kupiłam na Allegro, od tego samego pana. Teraz jakoś nie mogę go namierzyć. Może ktoś z Was ma kogoś sprawdzonego, godnego polecenia? Dla ścisłości dodam, że myślę o wiklinowym koszyku, który może służyć za transporterek.

Richard Wirick. 100 pocztówek z Syberii.

Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Forma narracji wybrana przez Richarda Wirwicka, a służąca do tego, by opowiedzieć Rosję w szerszym znaczeniu i by - już w tym bardziej osobistym ujęciu - przedstawić historię adopcji dziecka z rosyjskiego (aż chce się napisać radzieckiego) sierocińca, jest rzadko spotykana w literaturze. Króciutkie rozdziały, z informacjami, które można zmieścić na tytułowych pocztówkach, początkowo odbierałam z ostrożnością. Wielość tematów i ich skrótowe przedstawienie wzbudzały mój czytelniczy niepokój. Po chwili jednak doceniłam ową krótką formę i rozsmakowałam się w niej starając się z każdego czytanego fragmentu wyłowić jego istotę.

Opowieści szamana, obserwacje pogodowe, socjologiczne wynurzenia dyrektorki domu dziecka, niemoc pijaństwa, wypłata płacona nie w pieniądzach, a sztucznych penisach, portret dziecka, które do czwartego roku życia nie słyszało męskiego głosu, czyli to wszystko co dostrzega Autor podczas wyprawy na Syberię i co z wyjątkowym wyczuciem przedstawił w swojej książce, tworzy różnorodny, choć napawający smutkiem 
obraz Rosji.

Peter Sis. Tybet. Tajemnica czerwonej skrzynki.

Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina

Ta książka jest fascynująca tak w formie grafiki, jak i treści. 

Dorosły już syn otrzymuje list, iż czerwona książka będąca dotychczas własnością jego ojca, staje się jego - ojciec mu ją ofiaruje. Bohater jedzie do domu i tam, pośród różnych przedmiotów na biurku ojca, znajduje wspomnianą skrzynkę, a w niej - zapiski ojca z czasów, gdy wyjechał do Chin relacjonując z kamerą budowę drogi do Lhasy. Powoli mężczyzna uświadamia sobie, że jest w Tybecie, że owe zdławione przez Chiny państwo ma swój koloryt, urok i moc, której na próżno szukać w laicyzowanym świecie pełnym oczywistości.

Opowieść snuta jest dwugłosem - zapiski ojca przeplatane są wspomnieniami syna, który szukając w pamięci wyławia z dzieciństwa sytuacje przedstawiane przez ojca. Intrygującymi elementami opowieści są te skupiające się na specyfice Tybetu. Zastanawiająca jest sytuacja, w której chłopiec traci władzę w ciele, nie może się poruszać i ów bezwład przywołuje jego ojca - mężczyzna w niewyjaśniony sposób pomaga swojemu dziecku i zostaje z nim już na zawsze.

Ilustracje nawiązują do wzorów wschodnich, tybetańskich.  "Tybet" można w zasadzie zaliczyć do książek obrazkowych; lektura połączona z wnikliwym obserwowaniem grafiki zamienia się w podróż o nieco magicznym zabarwieniu.

Książka Petera Sisa jest barwną baśnią, opowieścią o znaczeniu wolności i tęsknoty, o tym, co Tybet ma i  traci pod naporem chińskiej inwazji.

Warto. 

P.S. Film nt. książki znajdziecie TU.

22 sierpnia 2010

Tydzień z literaturą podróżniczą

Jako, że do końca wakacji jest zatrważająco blisko, a ja w tym roku niewiele miałam czasu na podróże,  postanowiłam zadbać o miłe wspomnienia z różnych stron świata sięgając po właściwą literaturę. Zatem w tym tygodniu odwiedzę Syberię, Alaskę, USA, Chiny, Indie, kraje nazywane "ziemiami przeklętymi", Afrykę oraz na rowerze i pieszo przemierzę świat. 


Ewa Stec. Klub Matek Swatek.


Wydane przez
Wydawnictwo Otwarte

Dotychczas nie miałam okazji przeczytać żadnej z książek Ewy Stec i lekturę "Klubu Matek Swatek" uważam za miłe rozpoczęcie literackiej znajomości. Miłe tym bardziej, że bohaterkom najnowszej powieści pani Stec daleko jest do banalnych pomysłów na wiek emerytalny.

Ania ma lat trzydzieści i nie ma męża. Ów brak mężczyzny zakotwiczonego przy córce na stale niepokoi Beatę, nieco nadopiekuńczą, matkę dziewczyny. Beata nie może zrozumieć, co popchnęło ukochane dziecko do kupna mieszkania i wyprowadzenia się do własnych czterech kątów. Gdy zmartwiona zwierza się koleżance, ta zabiera ją w miejsce tajemnicze, które okazuje się być firmą konsultingową świadczącą usługi kojarzenia par. Oczywiście - owe usługi inicjowane są przez matki zaniepokojone staropanieństwem i starokawalerstwem swoim pociech. 

Choć główną bohaterką jest kobieta trzydziestoletnia moją uwagę bardziej przyciągały kobiety w wieku, jak same mówiły, menopauzalnym i ich problemy z zaakceptowaniem tożsamości kogoś, kto dla sporej części społeczeństwa staje się kimś niewidzialnym.

Ewa Stec oprócz portretów kobiet w różnym wieku,  relacji między matkami i dorosłymi dziećmi, przyjaźni opisuje też zawirowania miłosne Ani i doprawia je szczyptą grozy i sensacji. Przez to, że jedna z bohaterek książki jest mulatką, a bohater gejem, otrzymujemy mieszaninę wszelkich argumentów przeciwko stereotypom. Oddzielną wartością, dodającą powieści abstrakcyjnego humoru, są rozmowy Ani, nauczycielki klas początkowych, z uczniami. Dyskusja dzieciaków o przydatności mężczyzn powala;)))  Właściwie niemalże każda z postaci powołana do życia na kartach "Klubu..." jest wyrazista i ma wszelkie predyspozycje ku temu, by wysunąć się na pierwszy plan. 

Spędziłam z powieścią Ewy Stec udany wieczór. Czego i Wam życzę:)

21 sierpnia 2010

Bill Bryson. Zapiski z wielkiego kraju.

Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i Ska

Bill Bryson po dwudziestu latach mieszkania w Wielkiej Brytanii wraca do Stanów Zjednoczonych. Jeden z jego przyjaciół, redaktor magazynu ukazującego się w Anglii "Mail on Sunday's Night & Day" proponuje mu pisanie felietonów o Ameryce. Teksty zgromadzone w książce są zatem felietonami i ta forma sprawia, że po pierwsze autor do perfekcji opanował celne puentowanie czynionych przez siebie obserwacji społeczeństwa amerykańskiego, po drugie - idealnie się to czyta. A czegoż można chcieć więcej?:)

Bryson wypunktowuje to, czym go Amerykanie zaskakują. Podkreśla, że powrót do świata, w którym upłynęło jego dzieciństwo jest nieco krępujący, ale gdy zauważa zmiany jakie zaszły w funkcjonowaniu Ameryki przez dwadzieścia lat, w czasie których mieszkał w Europie, stwierdza, że wrócił do nieco innego kraju.

W "Zapiskach z wielkiego kraju" znajdziemy krytykę kary śmierci, ironiczne spojrzenie na sprzedaż wysyłkową, kpinę z podatków i wypoczynku nad oceanem, przywiązania Amerykanów do wszelkich nakazów i przepisów oraz niedowierzanie wyrażone wobec tego, że wszelkie firmy świadczone usługi zaniżają  poziom działań tłumacząc to działaniem ku wygodzie klienta.

Bryson nieskromnie szafuje ironią i udawanym zdziwieniem, kpi z rzeczy wydających się Amerykanom równie świętymi jak Biblia, pisząc do mieszkańców Wielkiej Brytanii przekonuje ich, że mieszkają w świecie o wiele mniej absurdalnym niż ten za oceanem.

Lektura "Zapisków z wielkiego kraju" sprawiła mi ogromną przyjemność. I tylko kluje mi się podejrzenie, że w książce opisującej realia życia w Wielkiej Brytanii Bryson jest równie ironiczny i podejrzliwy. Poszperam po bibliotekach, przeczytam i napiszę, co myślę o jego wcześniejszej książce;)

Justyna Święcicka. Akademia Bezpiecznego Dziecka. Bezpieczni w górach. Bezpieczni nad wodą.



Wydane przez
Wydawnictwo Wilga


Bohaterami książeczek wydanych w serii "Akademia Bezpiecznego Dziecka" są Majka i Tomek. Dzieci spędzają wakacje z rodzicami i wujkiem, a podczas wyjazdów letnich uczą się jak być bezpiecznymi nad wodą i na górskim szlaku.

Wujek Jurek uczy Majkę i Tomka czytania mapy, zasad dobrego zachowania w górach i objaśnia specyfikę wędrowania po górach. Pokazuje im prawidłowo spakowany plecak, wyjaśnia zadania GOPR-u i TOPR-u, a na koniec pobytu w górach wręczył siostrzeńcom "10 przykazań dobrego turysty" oraz znaczek "turysta górski". 

Majka i Tomek z rodzicami wyjeżdżają nad jezioro. Dzieciaki udoskonalają umiejętności pływackie, dowiadują się dlaczego nie wolno skakać w nieznanym miejscu do wody, poznają tajniki pracy ratownika i WOPR-u.

Na końcu każdej z książek młodzi czytelnicy znajdą, do wycięcia, legitymację "Klubu Bystrych Dzieciaków", odznakę oraz - zakładkę do książki tematycznie związaną z omawiana treścią:)

Do końca wakacji już blisko, ale na rozmowę o bezpieczeństwie nad wodą i w górach nigdy nie jest zbyt późno:)

P.S. W serii wydano też książki dotyczące bezpiecznego obchodzenia się z ogniem i bezpieczeństwa w domu. Przedstawię je za kilka dni.

Ten wzrok...

Znów siedziały spoglądając synchronicznie na spacerującego bezczelnie gołębia. Ale gdy tylko wyjrzałam chcąc zrobić im zdjęcie wpatrzyły się we mnie:

Nie wiem jak gołębie to wytrzymują;)))

20 sierpnia 2010

Tadeusz Bartoś. Koniec prawdy absolutnej. Tomasz z Akwinu w epoce późnej nowoczesności.



Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Książkę Bartosia mam od tygodnia i nie zdążyłam jej przeczytać. Całość liczy sobie ponad 500 stron, a ja jestem na stronie 215, czyli na początku drugiego rozdziału. To jest taka książka, której nie da się po prostu czytać - tę książkę trzeba rzetelnie studiować. Studiując Bartosia sięgam po Bocheńskiego, na którego Bartoś się powołuje, czytam "Myślenie według wartości" Tischnera i drugi tom "Historii filozofii" Coplestona, a wczoraj przeczytałam artykuł Jana Woleńskiego zatytułowany "Izaak Israeli i Tomasz z Akwinu o prawdzie", który jest tutaj.

Bartoś stara się odpowiedzieć na pytanie, czy myśl św. Tomasza, oczywiście rozumiana historycznie, a zatem przy uwzględnieniu specyfiki epoki, w której żył Akwinata, jest (albo może być) interesująca dla współczesnego człowieka. Bardzo ambitny plan założył sobie Bartoś i do miejsca, do którego doczytałam, plan ten realizuje znakomicie. Bartoś buduje szeroki background, dużo pisze o postmodernizmie, który jest krytyką epoki noiwożytnej, epoki wielkich narracji, epoki, w której, jak pisze autor, "świat miał spełnić boską funkcję definitywnej podstawy".


Bartoś, jak się zdaje, a więcej będę wiedzieć, kiedy przeczytam całość, utrzymuje, że myśl św. Tomasza w pewien sposób można wkomponować w myśl postmodernistyczną. A może inaczej - idzie o to, że pewne idee, określone intuicje Tomasza, można uznać za zbieżne z intuicjami postmodernistów, aczkolwiek trzeba bardzo uważać, żeby Tomasza nie "przeinterpretować", bo bardzo łatwo interpretując teksty Akwinaty, można popełnić błąd anachronizmu.

Mówiąc najogólniej Bartosiowi chodzi o to, że Tomasz nie uznawał jednej, jedynej prawdy, albowiem dla niego wszystkie prawdy były subiektywne, co wynika z tego, że prawda, według Tomasza, znajduje się w intelekcie i jest czynnością umysłu. Oczywiście istnieje prawda transcendentna, ale ta dostępna jest tylko Bogu, natomiast człowiek do tejże transcendentnej prawdy nie ma dostępu.

Bartoś wiele razy podkreśla, że taka interpretacja Tomasza może zadziwiać wielu ludzi, przyzwyczajonych do tego, że Tomasz zbudował spójny system, który został zaakceptowany przez Kościół Katolicki i od wieków traktowany był jako wzorzec dla wszystkich innych systemów, jako narzędzie weryfikacji innych, niż Tomaszowy, systemów - to wszystko sprawia, że jestem coraz bardziej ciekawa tego, co w książce zostało mi jeszcze do przeczytania :-))

Książka z pewnością jest efektem wielkiej pracy wykonanej przez Autora. Bartoś daje wiele cytatów, zarówno z pisarzy dawniejszych, jak i współczesnych, w tym oczywiście najwięcej fragmentów przytacza z tekstów samego Tomasza. Poza wszystkim innym, dałoby się z książki napisać solidny bryk na temat postmodernizmu, a jestem pewna, że kiedy przeczytam całość, to znajdę jeszcze kilka innych tematów na dobre bryki :-))

Tyle mojej niefachowej recenzji, jakkolwiek zapowiadam, że jak skończę studiować książkę, to napiszę jeszcze raz :-)

Tutaj jest zapis rozmowy z Bartosiem, którą z autorem "Końca prawdy absolutnej" przeprowadził w radiu Cezary Łasiczka.

Ryszard Sadaj. Terapia Pauliny P.

Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Paulina to kobieta jakich wiele. Pracuje, wychowuje dzieci, toleruje nadużywanie alkoholu przez męża pisarza. Zarabia na życie projektowaniem i szyciem ubrań, sprzedażą kosmetyków Avonu, a wszystko to robi po pracy w bibliotece. Podczas rozmowy z przyjaciółka uświadamia sobie, że choć wie, czego w życiu nie chce, nie umie określić czego dla siebie pragnie. Koleżanka podsuwa jej możliwość skorzystania z porady psychologa i w ten oto sposób poznajemy codzienność Pauliny z kart jej dziennika stanowiącego pomoc w terapii.

W tej książce nie ma fajerwerków - jest życie. Swarliwe koleżanki pozostające pod wpływem uroku męża bohaterki, ów mąż wracający do domu pijany i pijący za pieniądze żony, syn zapatrzony w komputer, córka owładnięta maniakalnym strachem przed pająkami i trądzikiem. Są rozważania - czy lepiej być dojrzałą singielką, czy tkwić w małżeństwie, które bywa irytujące. Bohaterka zastanawia się, czy mając lat trzydzieści siedem jest już starą babą, co decyduje o szczęściu i na ile potrzebne jest kobiecie zatrzymanie się w biegu i oddanie się sobie pod analizę.

Zastanawiałam się podczas lektury, czy życie opisane w powieści jest życiem wyrwanym z kontekstu. Uświadomiłam sobie, że nie - rzeczywistość przedstawiona w "Terapii Pauliny P." jest mięsista, prawdziwa, czasami sprawiająca ból, czasami przynosząca ukojenie. Jednocześnie jest lekka, żartobliwa, przepełniona miłością i z erotycznym posmakiem.

Ryszard Sadaj napisał książkę o kobiecie jakich wiele. Czyli napisał, w pewnym stopniu, o każdej z nas. Dobrze jest obejrzeć się w literackim lustrze, za którym stoi mężczyzna i spojrzeć na siebie innymi oczyma. A może pora, by zacząć pisać dziennik?

Ludwik Cichy. Kolorowy alfabet.

Wydane przez
Wydawnictwo Wilga

Książka przedstawiająca kolejne litery alfabetu jest intensywnie barwna i cóż tu kryć - ciekawa. Autor i ilustrujący Piotr Parda zachęcają dzieci podejmujące naukę odczytywania liter do odszukiwania tychże w otaczającej nas rzeczywistości. Czynią to nienachalnie, a z obietnicą wspaniałej zabawy.

Mamy zatem księżyc, który wygląda jak litera C, fontannę wyglądającą tak jak F, królewski tron ukształtowany jak K, ssssmoka i Z, które ukryło się w balustradzie zamku.

Teksty zamieszczane przy kolejnych literach są króciutki i bardzo proste. Uwaga dziecka skupia się bardziej na ilustracjach niż na tym, co przy nich napisano. Ciekawym rozwiązaniem jest umieszczenie liter dużej i małej, w formacie takim jaki ćwiczą dzieci ucząc się pisać i w liniaturze, tuż obok wierszyka. Unaocznia to dziecku, że choć litery przyjmować mogą różne kształty (lub, że w otaczającym nas świecie wiele jest rzeczy literopodobnych), to poprawna pisownia zgodna jest z prezentowanym wzorcem.

 Pamiętam z własnego dzieciństwa jak wiele radości sprawiało mi odkrywanie liter w otaczającym mnie świecie. Wiem, jak bardzo taki sposób poznawania liter podobał się dzieciom, z którymi pracuję (kształty szukane w sali klasowej wzbudzały równie wiele entuzjazmu).

Ciekawa jestem jak książkę przyjmą ci, do których jest skierowana. Spojrzenie w kalendarz uświadamia mi, że już niedługo będę miała okazję sprawdzić, czy "Kolorowy alfabet" spodoba się moim uczniom:)

19 sierpnia 2010

Leila Aboulela. Tłumaczka.

Wydane przez
Wydawnictwo Remi

Opowieść o Sammar i Raem, ich przyjaźni przeradzającej się w miłość, toczy się niespiesznie z właściwym namysłem i szerokim tłem kulturowym.

Sammar poznajemy w chwili, kiedy kobieta rozpamiętuje dni spędzone z mężem - doskonale znanym sobie od lat dziecięcych - Tariqem. Jednocześnie, żyjąc jakby za wdowią zasłoną, Sammar przygląda się światu, Szkocji, z ciekawością i zdumieniem. Wspomina Chatrum i znajduje różnice - szczególnie te w funkcjonowaniu społecznym ludzi. Sammar, pracując jako tłumaczka arabskiego w Aberdeen, ma okazję do spotkań z różnymi, fascynującymi ludźmi. Poznaje tam także Rae, który ze współpracownika staje się dla kobiety nadzieją na prawdziwie intensywne życie, przepustką do realnego świata (dla niej, wdowy, w pewien sposób niedostępnego).

Przyznaję, że choć powieść podejmuje tematy ważne - różnice światopoglądowe, głębię wiary i zawierzenia Bogu, emocje i wzajemnie, międzyludzkie oczekiwania - nie umiałam czytać jej tak dobrze, jak na to zasługuje. Bywają takie powieści, z kręgu kultury islamskiej, z którymi jest mi nie po drodze, po które sięgam skuszona Waszymi recenzjami, ale nie odnajduje w nich tego, co mnie poruszy. Tak było z "Zupą z granatów" i "Solą i szafranem". Świadoma własnych ograniczeń w tym względzie ciekawa jestem bardzo Waszych wrażeń z lektury "Tłumaczki" :-)

Holly Webb. Gdzie jest Rudek?

Wydane przez
Wydawnictwo Zielona Sowa

Holly Webb pisze wyciskacze łez dla małych i nieco większych dziewczynek. Na szczęście są to wyciskacze łez uczące wrażliwości na losy zwierząt. Dla mnie, osoby, która w dzieciństwie zalewała się strugami łez podczas oglądania filmu "Biały Bim czarne ucho" i która do dziś nie może oglądać "Uwolnić orkę" (a już na pewno nie w towarzystwie) książki Holly Webb są wzruszające.

Rózia marzy o kocie. Chętnie odwiedza z babcią farmę Pani Bowen, bo ma tak szansę spotkać dorosłe koty i kocięta. Szczególnie przypada jej do serca kociak, którego z racji umaszczenia nazywa Rudek. Gdy okazuje się, że Pani Bowen sprzedaje farmę, a jej kociaki trafią do schroniska, dziewczynka intensyfikuje namawianie mamy na stworzenie Rudkowi domu. Wybierają się do schroniska gdzie okazuje się, że sprytnego rudzielca nie ma z rodzeństwem. Najprawdopodobniej został na farmie, która szybko przekształciła się w plac budowy.

Holly Webb opowiada proste historie o zwierzętach, które bez ludzkiej pomocy nie będą umiały przeżyć. Uświadamia młodym czytelnikom jak ważna jest odpowiedzialność za czworonożnego przyjaciela, jak wiele możemy dać mu my i jak wiele on - nam.

Podoba mi się w książkach Holly Webb jeszcze jedno - to w jaki sposób przedstawia schroniska dla zwierząt i pracujących w nich ludzi. Autorka charakteryzuje owe miejsca jako te, w których zwierzęta znajdą fachową opiekę, jedzenie i ciepło, ale jednocześnie jako te, w których docelowo zostać nie powinny. I tu podkreśla rolę ludzi - szukają oni zwierzętom domów, jak najlepszych, w których zostaną pokochane. Wbrew doniesieniom medialnym pokazującym straszne miejsca i męczone zwierzęta, u nas też są schroniska, w których dba się o dobry los powierzonych zwierząt. I jednocześnie przypomina się, że "schronisko to nie uzdrowisko".

18 sierpnia 2010

Projekt Mozart 2010

Miałam wczoraj uczestniczyć w niezwykłej Mszy Św. 

Podczas niej muzycy Stowarzyszenia Mozart 2003 wykonali kompozycje Wolfganga Amadeusza Mozarta:
Missa brevis in D, KV 194,

Magnificat KV 193,

Sub Tuum presidium KV 198,

Litaniae Loretaniae B.M.V. KV 109,

Ave verum Corpus KV 618,

a liturgia sprawowana była w języku łacińskim (wiernym wyświetlano treść synoptycznie). Mszę św. koncelebrował Ksiądz Arcybiskup Damian Zimoń. 

Jutro ostatni w tym roku koncert; jeśli możecie się wybrać - polecam:)

Olga Gromyko. Zawód: wiedźma. Część I.

Wydane przez
Wydawnictwo Fabryka Słów

Wolha Redna ma 18 lat i jest adeptką Magii Praktycznej w Wyższej Szkole Magii, Wróżbiarstwa i Zielarstwa. Jako dziewczę niepokorne, kłopotliwe, acz obdarzone wyjątkowymi zdolnościami magicznymi, zasługuje na zaszczyt - Mistrz wysyła ją do Dogewy, królestwa wampirów. Wbrew pozorom misja dziewczyny nie ma zakończyć się - przynajmniej w intencjach wysyłającego - śmiercią wiedźmy.

Na ludzi mieszkających na wampirzych włościach poluje potwór. Zginęło już trzynaście osób, w tym także magowie starający się pomóc Dogewie. Wolha z dużym zaangażowaniem tropi stereotypy związane z wampirami i z równie dużą radością spędza czas w towarzystwie króla Lena, który wcale nie wygląda na tak wiekowego, jakim jest;)

Akcja rozwija się atrakcyjnie, ciepłe uczucia jakimi Wohla obdarza Lena przykuwają uwagę czytelnika nie mniej niż śledzenie obyczajów wampirów. Potwór, czyli główny motyw pobytu wiedźmy w Dogewie, schodzi na nieco dalszy plan, ale i on ma swoje miejsce w powieści.

Z przyjemnością przeczytam część II i "Wiedźmę opiekunkę".

Zofia Sosnkowska. Przygody kota Bibelota.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura
Premiera - 9 września 2010

Czas jakiś temu w mediach pojawiły się doniesienia o kotach, które swą obecnością łagodziły obyczaje w bibliotekach, księgarniach. Po oszałamiającej karierze Daweya, kota ze Spencer , przyszła pora na polskie Mruczki:)

Bohater książki Zofii Sosnkowskiej, Bibelot, jest kotem mieszkającym w księgarni. Wielce uczonym kotem, wszak dnie upływają mu na wyszukanej lekturze i spaniu. Jest jednocześnie zwierzęciem bardzo życzliwym, chętnym do niesienia pomocy i, cóż, to cecha wszystkich kotów, ciekawskim.

Gdy pewnego dnia w księgarni Jacka i Bibelota pojawia się Smok, a tuż za nim sepleniąca Królewna, w spokojnym dotychczas życiu Kota zaczyna się robić uroczo niespokojnie. Trzeba szukać Słońca, uważać na nadmierne zajadanie się słodyczami, wyjaśniać, że młodszy brat wcale nie odbiera miłości rodziców Królewnie i łagodzić zdenerwowanych mieszkańców królestwa. Sami przyznacie - moc roboty!

Opowieść o kocie Bibelocie wzrusza, rozśmiesza i pod ową z pozoru lekka treścią uczy, objaśnia świat i podpowiada jak rozwiązać dziecięce problemy.

P.S. Wydawnictwo określa czytelników książki jako dzieci w wieku  5 +

*   *   *

Edycja wpisu po komentarzu Aldony: zapraszam na stronę ilustratora.

17 sierpnia 2010

Wiktor Jerofiejew. Bóg X.


Wydane przez
Wydawnictwo Czytelnik

Głównym tematem tekstów zgromadzonych w tomie "Bóg X" jest miłość. Jednak nie jest to miłość wybrzmiewająca koronkami i romantyzmem, a miłość twarda, szorstka czasami i opowiadana w gorzkich, czy wręcz brutalnych słowach. Owa siła wypowiedzi uderza od początku lektury, kiedy to Autor pisze o kobietach, Moskwie (przedstawiając ją w symbolice kobiecej), przytacza rozmowę "Dzieci Puszkina". W drugiej części, zatytułowanej prowokacyjnie "Miłość i gówno" odnalazłam Jerofiejewa jakiego lubię i cenię.

Ostry, bezkompromisowy język, autorskie przekonania, prawda wypowiadanie głośno i bezwstydnie poddają w wątpliwość umiejętności twórcze Aleksandry Marininy, obnażają Rasputinowski sposób na życie, kreślą relację Wieniedikta i Wiktora Jerofiejewów. Znajdziemy tu także niemalże wiwisekcyjny przypadek zakochanego, a porzuconego, mężczyzny, esej na temat bielizny i jej wpływu na rozwój kultury rosyjskiej, klasyfikację różnego rodzaju miłości i tego, co łączyć może kobietę i mężczyznę, krytykę rosyjskiego zapatrzenia na Wschód, trzeźwy ogląd stosunków rosyjsko-amerykańskich i różnic między tymi państwami poczyniony po odwiedzinach na Małej i Wielkiej Diomedzie.

Tekstem, który w moim odczuciu rewelacyjnie puentuje całość, jest ten zatytułowany "Miłość do głupoty". Zaczyna się tak:

"Za najskuteczniejszego kilera literatury światowej można uważać ludzką głupotę" W ostatnich dekadach głupota nabrała charakteru epidemii na skalę całej planety. O epidemii głupoty jakoś się nie mówi, choć może okazać się gorsza od AIDS i innych śmiertelnych chorób. Jest w stanie unicestwić człowieka jako rodzaj. Widmo degeneracji staje się realne."

Kolejny raz przekonuję się o tym, że Wiktora Jerofiejewa czytać należy i trzeba. Odnajduję w jego pisaniu własne myśli - uporządkowane i zapisane z prawdziwą maestrią. Odnajduję kogoś, kto w czasach szalejącej poprawności politycznej ma odwagę nie zwracać na ową poprawność uwagi. I kto wierzy, że prawie każdy pisarz ma czytelnika idealnego, dla którego tworzy.

Czytajcie:)

16 sierpnia 2010

Heidi Hassenmüller. Fałszywa miłość.

Wydane przez
Oficynę Wydawniczą Foka

Przeraziła mnie ta książka. Przeraziła naiwnością bohaterek, ich osamotnieniem i tym, z jaka łatwością przyjmowały zapewnienia o miłości.

Jo wraz z matką, po rozwodzie rodziców, przeprowadza się do Emmerich. Upokorzona sytuacją rodzinną i tym, że z Hamburga trafia na prowincję, że maleje gwałtownie jej kieszonkowe próbuje znaleźć coś, co podbuduje jej samoocenę i da szansę zabłysnąć przed nowymi koleżankami.

Lisa, wychowywana tylko przez matkę nadużywającą alkoholu, wie, że jej atutem jest uroda. Z nadzieją na poznanie majętnego mężczyzny zatrudnia się w luksusowej perfumerii. Dziewczyna jest zdecydowana, ma określone poglądy i wydaje się być silna.

Obydwie bohaterki spotykają na swojej drodze nieco starszych od siebie mężczyzn, którym nie tyle zależy na nich jako partnerkach życiowych, co na ich ciałach, by móc czerpać z nich korzyści finansowe. Tristo i Rene do perfekcji opanowali umiejętność szafowania słowem miłość, a że Lisa i Jo w ich słowach słyszą to, co chcą usłyszeć, dziewczyny bez zastanowienia angażują się w znajomość.

Podczas lektury uświadamiałam sobie z całą wyrazistością, że Heidi Hassenmuller stworzyła historię prawdziwą. Aż chciałoby się powiedzieć - prawdziwą do bólu. Opowieść o dwóch młodych dziewczynach, które w domu nie doznały miłości i które poszukują tego uczucia nie bacząc na symptomy świadczące o tym, że to co je spotyka nie jest miłością, jest idealnym odzwierciedleniem współczesności, narastających tendencji do rozmywania odpowiedzialności, znaczeń słów i czynów.

Przeraziła mnie ta książka i dlatego polecam ją wszystkim matkom nastolatek i wszystkim nastolatkom. 

15 sierpnia 2010

Wygrywajka z Selkarem

Dziś do wygrania kolejny kupon rabatowy w wysokości 30 zł do księgarni Selkar. Osoby chętne do otrzymania tegoż kuponu proszę, aby napisały w komentarzu, który z filmów zrealizowanych na podstawie książek je zachwyca najbardziej i który trzeba koniecznie obejrzeć:)
Losowanie osoby wygrywającej dziś o 21:15:)
*   *   *
Lista osób chętnych wykraczała poza monitor, więc prezentuję ją w dwóch odsłonach:
Wybór maszyny losującej padł na:
Proszę o kontakt e-mailowy na m1b1m1m@gmail.com.

Gratuluję i zapraszam za miesiąc:)

14 sierpnia 2010

Mieliśmy dziś...

... przyjemność gościć kilka osób z Niekochanych. Było gwarnie, wesoło, pracowicie:) Koty wykazały zainteresowanie gośćmi, ale jeszcze bardziej wykazały zainteresowanie spaniem. Na przykład w nowym namiociku, kartonie, czy koszyku:)

12 sierpnia 2010

Szybko, szybko i całuśnie

Jak się domyślacie - owe szybko, szybko odnosi się do dni, które mijają błyskawicznie. Całuśnie... to już dłuższa historia;)

W tamtym tygodniu koty miały atrakcję w postaci Helenki. Bywało różnie, raz przyjaźniej, raz mniej, ale ogólnie - dobrze. Sisi Helę i Izę obdarzyła doskonałym lekceważeniem, Gusia wykazywała grymaśne zainteresowanie i tylko Nusia łaziła za Helenką krok w krok do chwili, w której to Helenka zaczynała chodzić  za Nusią - wówczas Kociątka złościła się, prychała, a gdy i to nie skutkowało - stosowała łapoczyny...

W niedzielę wyjechały dziewczyny, Ko-córki przywędrowały spać z nami, gdy nagle w poniedziałek budzik zadzwonił o 3:47. Kociaste, które zazwyczaj jadają śniadanie około 8 ze zdumieniem i zaspanymi ślepkami patrzyły na mnie znad misek. Gdy oznajmiłam zdecydowanym tonem, że na posiłek zbyt wcześnie, ułożyły się do snu, a ja wyruszyłam w podróż.

Wróciłam we wtorek wieczorem. Gdy zmęczona podróżą zasnęłam już koło 21, Nusia, ucałowawszy mnie czule, ułożyła się koło mnie na poduszce i była ciężko obrażona na Z., który nieco później niż ja, próbował pójść spać. Noc na moich nogach spędziły Nusia i Gusia.

Balkon już jest udostępniony Kociastym czas jakiś. Zadowolone są mocno i okazują to radośnie. Poranki wyglądają tak, że prosto z łóżka wędruję do łazienki, kuchni po kawę i na karmienie kotów, a później biegiem do pokoju, w którym otwieram drzwi balkonowe - Gusia już siedzi pod nimi i patrzy na mnie znacząco.

Nieco jeszcze u nas zamieszania, ale już w przyszłym tygodniu będziemy tylko leżeć i przytulać koty. No i przyzwyczajać się do myśli o kończących się wakacjach;)

Magdalena Samozwaniec. Moja siostra poetka. Wybór wierszy Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.


Wydane przez
Państwowy Instytut Wydawniczy 

W tym roku mija sześćdziesiąta piąta rocznica śmierci Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W zbiorze, który miałam przyjemność przeczytać, zgromadzono jej wiersze, te - które najbardziej ulubiła jej siostra, prozatorka Magdalena Samozwaniec.

Tomik rozpoczyna się od listu, w którym młodsza z sióstr wspomina Lilkę -  jej pasje, zwyczaje, duszę serdeczną, ale i zawziętą. Opisuje stosunek Marii do wojny, rodziny, przyjaciół i jej wielki żal z powodu życia na obczyźnie.

Dobór wierszy podyktowany został listem Magdaleny do Anny Kruczkiewicz, stryjecznej siostry Magdaleny i Marii, w którym Madzia wymienia ulubione wiersze stworzone przez siostrę. Znajdują się tu  "Bal", "Fotografia", "Stwórca" i niemalże czterdzieści innych wierszy. Dodatkowym atutem tego tomu, i przyjemnością dla miłośników twórczości Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, są wiersze odnalezione w listach poetki do Stefana Jerzego Jasnorzewskiego. 

Wydawnictwo i Rafał Podraza, opracowywujący niniejszą publikację, postanowili sprawić miłośnikom obu Sióstr niespodziankę - do książki dołączono płytę, na której Magdalena Samozwaniec  deklamuje wiersze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.

Wspaniały prezent dla wszystkich, który cenią sobie twórczość córek Kossaka. A jeśli ktoś jeszcze nie zachwycił się poezją Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej to po lekturze "Mojej siostry poetki" zrobi to z pewnością:)

Dorota Gellner. Zając.

Wydane przez
Wydawnictwo Bajka

"Zając" sprawił mi wiele radości:) Bohaterowie opowieści Doroty Gellner, czyli Dziecko i Zając, tworzą parę o tyle uroczą, co zaskakująco przewrotną:)

Zając odwiedza różne miejsca, doświadcza rozmaitych przygód, a każda z nich ma swój specyficzny wydźwięk - szaleńczo ironiczny;) Nieodłącznym elementem bajek o zającu jest kapusta, która stając się  głównym tematem rozmów między Zającem i Dzieckiem i przyczynia się do zwiększenia stopnia abstrakcyjności owych rozmów.

Zając jedzie tramwajem, ogląda film w kinie, odwiedza restaurację, robi zakupy. Spotyka żabę, ślimaka, odwiedza narzeczoną.  Sytuacje codzienne wydają się, dzięki wyśmienitemu i oryginalnemu poczuciu humoru, nietuzinkowe, a lektura przygód Zająca sprawi, że i młodszy, i starszy uśmiechną się szeroko.

Gorąco polecam:)

11 sierpnia 2010

Emile Ajar. Życie przed sobą.

Wydane przez
Wydawnictwo Cyklady

Kiedyś wysłuchałam 3/4 tej powieści w audiobooku. Mimo, że zachwyciłam się sposobem narracji i zafrapowała mnie tragiczna opowieść małego Momo, nie umiałam znaleźć odpowiedniego czasu na dalsze słuchanie. Na szczęście trafiła w moje ręce książka i mogłam nadrobić to, czego nie doczytałam...

Momo jest jednym z wielu dzieci, którymi opiekuje się pani  Roza, emerytowana prostytutka. Momo, jak i inni wychowankowie pani Rozy, są dziećmi kobiet "radzących sobie dupą". Cytat - choć może razić - jest przykładem szczerego, bezkompromisowego języka jakim posługiwał się chłopiec opisując sobie znajomy świat, świat, w którym żył i w zasadzie jedyny jaki znał.

Momo marzy o poznaniu matki. Opiekuje się starzejącą się panią Rozą, tłumaczy ją z dziwactw, otacza szacunkiem mając na uwadze jej doświadczenia życiowe (pochodziła z Polski, była w Oświęcimiu) oraz to, jak wiele robi dla dzieci, które nie mają prawa żyć.

Chłopiec obserwuje uważnie otaczający go świat. Lekarz twierdzi, że Momo jest dzieckiem o specyficznej wrażliwości, że ze względu na ową wrażliwość może mieć problemy z funkcjonowaniem społecznym. Momo doskonale sobie radzi, jest emocjonalnie bardzo związany z panią Rozą i jedynym, czym można się martwić, to jego los po tym, gdy już pani Rozy zabraknie.

Wstrząsająca opowieść. Lektura zapierająca dech i wywołująca łzy. Książka, która powinna trafić na półki młodszych i starszych. Gorąco polecam!

P.S. Jeśli ktoś chciałby powiedzieć, że podobna książkę napisał E.Schmitt, to spieszę donieść, że "życie przed sobą" zostało wydane w 1975 roku, a "Pan Ibrahim i Kwiat Koranu" w 2001 roku.

Araceli Fernandez Vivas. Szachy dla dzieci.

Wydane przez
Wydawnictwo Papilon


"Szachy dla dzieci" to szachowy podręcznik. Oczywiście nie jest to książka, której rzetelne przestudiowanie zapewni dużą siłę gry - to jest podręcznik dla dzieci i to podręcznik omawiający kwestie najbardziej podstawowe. Myślę, że książka przede wszystkim może zachęcić dzieciaki do zainteresowania się szachami, ale tu konieczne jest, żeby zapał do szachów przejawiali przede wszystkim rodzice, którzy przy pomocy książki mogą zainteresować swoje pociechy szachami i... zobaczyć, co z tego wyniknie :-)))

Książka jest bardzo ładnie wydana - znakomity papier, świetne rysunki, kapitalne diagramy z pozycjami. Tekst przytomnie ułożony - lekcja po lekcji dziecko dowiaduje się wszystkiego, co na początek trzeba wiedzieć o szachach. Po wstępnym kursie gry mamy zadania, słowniczek terminów szachowych, krótką historię szachów i listę najwybitniejszych szachistów.

Czy do czegoś można się przyczepić? Moim zdaniem do dwóch rzeczy. Po pierwsze, figury na diagramach mogłyby być bardziej klasyczne, a co za tym idzie - łatwiejsze w odczytywaniu. Chodzi o to, że trzeba dobrze się przypatrywać symbolom figur, żeby się rozeznać, który to goniec, który hetman, a który król. Z hetmanem to jeszcze pół biedy, ale król za bardzo przypomina gońca. Druga sprawa - w zadaniu dwunastym trzeba znaleźć ruch pozwalający na danie szacha królowi po promocji pionka w jakąś figurę. Oczywiście pionka trzeba promować w skoczka, natomiast błąd polega na tym, że biały król stoi pod szachem ze strony czarnego skoczka, a posunięcie należy do białych.

"Szachy dla dzieci" to książka znakomita, bardzo ładnie wydana i rzeczowo napisana - z pewnością okaże się atrakcyjna dla wielu dzieciaków. Tak myślę, a wniosek ten wywodzę z empirii, bowiem przetestowałam książkę, ze znakomitym skutkiem, na swojej Siostrzenicy :-)))

Daniel Tammet. Urodziłem się pewnego błękitnego dnia.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarne


Daniel Tammet cierpi na zespół Aspergera i jednocześnie jest autystą. Tammet to sawant, czyli ktoś taki, kogo jeszcze do niedawna nazywano genialnym idiotą, ktoś taki, kogo Dustin Hoffman grał w filmie "Rain Man". Książka "Urodziłem się pewnego pięknego dnia" jest napisana przez Tammeta i to jest ewenement, bowiem Tammet jest chyba pierwszym sawantem, który potrafi w klarowny sposób opowiadać o tym, jak funkcjonuje jego umysł, co oczywiście jest kapitalną okolicznością dla naukowców, z której to okoliczności naukowcy nie omieszkają korzystać.

Tammet jest autystą wysokofunkcjonującym - bierze udział w programach naukowych, występuje w telewizji, ma swoją stronę, na której proponuje kursy językowe. książka w dużej mierze jest historią tego, w jaki sposób Tammet doszedł do swojej pozycji. Pod koniec książki pisze, że te same cechy, które w dzieciństwie powodowały, iż był dzieckiem wyalienowanym, później sprawiły, że znalazł sposób na dobre funkcjonowanie w społeczeństwie. A jakie to cechy? Jest ich wiele. Tammet ma fenomenalną pamięć, zna jedenaście języków, na przykład islandzkiego nauczył się w tydzień. Jest rekordzistą świata w recytowaniu liczby pi - oto w nieco ponad pięć godzin powiedział poprawnie 22.514 cyfr po przecinku. Liczy szybciej niż ludzie liczą na kalkulatorze, aczkolwiek słowo ""liczy" nie jest chyba najlepsze - Tammet widzi liczby i kiedy pracuje nad jakimś zadaniem matematycznym, rozwiązanie po prostu pojawia mu się w formie jakiejś struktury. 

W książce znajdujemy mnóstwo przykładów na to, jakimi zdolnościami dysponuje Tammet, ale chyba ważniejsze jest to, że zza postaci matematycznego i nie tylko matematycznego geniusza, wyłania się człowiek wrażliwy, człowiek o wielkim sercu, ktoś, kto nie umie przeżywać emocji i uczuć tak, jak przeżywa je większość ludzi, ale zdaje sobie sprawę z tego, że emocje i uczucia są, a przynajmniej mogą być piękne. Jest w książce piękna scena, opisująca moment, kiedy Tammet zapłakał ze smutku, zapłakał pierwszy raz w życiu. Wiecie, kiedy zapłakał? Ano wtedy, kiedy umarł jego kot. A już czytając ostatnie dwie strony książki ryczałam. Kusi mnie, żeby dać jakiś cytat, choćby króciutki, ale nie dam, żeby nie psuć Wam zabawy. Przeczytajcie sobie ten tekst sami, ale czytajcie w odpowiedniej kolejności - najpierw całą książkę od początku i na końcu te dwie ostatnie strony - efekt murowany :-)))

Po przeprowadzonym postępowaniu...

kwalifikacyjnym uzyskałam 10 sierpnia br. akceptację Komisji Kwalifikacyjnej na stopień nauczyciela dyplomowanego.

Dziękuję za trzymanie kciuków, ciepłe myśli, a Pani Alicji Tanajewskiej za wskazówki :-D

08 sierpnia 2010

Niedzielnik nr 4

Ostatnie kilka dni spędziłam aktywnie inaczej, czyli - jak łatwo dało się zauważyć - poza blogiem, z minimalną liczbą czytanych stron. Odwiedziła nas Helenka ze swoją Mamą, a moja Siostrą,  i dni mijały za szybko, choć bardzo intensywnie. Jutro ruszam w podróż, z której planuję wrócić we wtorek, w środę pozałatwiam jeszcze kilka ważnych spraw i znów będę mogła wrócić do spacerów, kotów i czytania:)

Wczoraj, podczas wizyty w największym - jak mówią - komisie w Polsce, widziałyśmy taki obrazek:
Chyba powinnam go kupić i powiesić przy wejściu do sypialni;)

Susan Wiggs. Pensjonat nad Wierzbowym Jeziorem.

Wydane przez
Wydawnictwo Mira

Opowieść o romantycznym zakątku nad jeziorem, o marzeniach i silnych kobietach czyta się przyjemnie. Perypetie Niny Romano, która już w dzieciństwie marzyła o tym, że pewnego dnia Pensjonat nad Wierzbowym Jeziorem stanie się jej własnością budzą sympatię i sprawiają, że aż chce się uwierzyć w to, że można być szczęśliwym. Nawet Los (a właściwie pewien mężczyzna), który zadecydował o tym w jaki sposób spełni się marzenie Niny wydaje się sprzyjać bohaterce.

Autorka przedstawiła w ciekawy sposób zagadnienie wczesnego macierzyństwa. Dzieci przychodzące na świat w wyniku zapomnienia się dwojga młodych ludzi, zbyt młodych, by tak naprawdę udźwignąć odpowiedzialność za drugiego człowieka, są witane z serdecznością. Ich narodziny są dla nastoletnich matek - oprócz tego, że czynnikiem motywującym - źródłem ciężkiej, dającej olbrzymią satysfakcję, pracy. Fascynuje mnie to, na ile owa postawa wśród nastolatek z dziećmi jest powszechna.

Miła, odprężająca lektura:)