04 maja 2011

Christina Hachfeld-Tapukai. Niebo nad Maralal.


Wydane przez
Wydawnictwo Telbit

Przyznaję, że już minęło sporo czasu od kiedy podczas lektury czułam tak sprzeczne emocje, jak w czasie czytania historii Niemki, która postanowiła spędzać życie u boku wojownika Samburu.

Autorka po śmierci swojego pierwszego męża, podczas wycieczki do Kenii spotyka mężczyznę, z którym z upływem dni czuje się coraz silniej związana. Kocha Lpetati, on kocha ją i nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, iż ona pochodzi z Europy, a on jest  wojownikiem jednego z żyjących na terenie Kenii plemion. Jeśli ta informacja nie uświadamia Wam całej grozy sytuacji, to warto dodać, że mężczyźni Samburu są wojownikami i nie pracują zarobkowo, bo to im nie przystoi, posiadanie majętnej białej kobiety jest czymś czego mężczyźni wzajemnie sobie zazdroszczą, że wśród Samburu wciąż dokonuje się obrzezywania kobiet, a za teraźniejszość (bo o przyszłości nikt nie myśli) rodziny odpowiada żeńska część rodziny.

Fascynujące jest to, że Christina Hachfeld-Tapukai zdaje sobie sprawę z różnic dzielących ją i jej drugiego męża, z zupełnie odmiennych mentalności, sposobu myślenia, światopoglądu i choć czasami spośród jej słów wyłowić można zniecierpliwienie, to mam wrażenie, że w historii opowiadanej czytelnikom Autorka zastosowała mnóstwo autocenzury.

Ot, sytuacja - Lpetati z podejrzeniem gruźlicy trafia do szpitala na 8 miesięcy. W tym czasie jego żona jeździ na wybrzeże, gdzie śpiewając w zespole muzycznym, zarabia na utrzymanie męża w szpitalu, na wsparcie finansowe całej jego rodziny i wreszcie na remont ich domu (zamarzyły się kobiecie podłogi zamiast klepiska). Gdy odwiedza po dwudziestogodzinnej podróży męża i codziennie, by wyrwać go ze szpitalnej nudy, stołuje się z nim w barach, reaguje niechęcią na coraz to nowych dosiadających się do wspólnego stołu biesiadników nie mających zamiaru jednak uczestniczyć w płaceniu rachunków za obfite posiłki. Owa niechęć jest przez męża przyjęta ze zdumieniem, by nie rzec oburzeniem. Bogata żona jest wszak podporą ego męskiego, żona skąpiąca pieniędzy - hańbi.

Paradoksalnie - książkę polecam z całego serca i duszy. Choćby dlatego, że jestem ciekawa Waszych wrażeń. Opowieść Christiny Hachfeld-Tapukai wstrząsnęła mną do głębi i cały czas zastanawiam się, jak mocno Autorka nie lubi samej siebie, skoro zdecydowała się na takie życie. A może powinnam uwierzyć w miłość łączącą ją i Lpetati, miłość mogącą przełamać wszelkie bariery?

Czytajcie i piszcie - zżera mnie ciekawość!

11 komentarzy:

ksiazkowo pisze...

Właśnie czytam, ale - jako, że jestem jeszcze raczej na początku - na razie się nie będę wypowiadała :) Za kilka dni ujawnię swoje odczucia.

Kasiek pisze...

Czytałam "Biała Masajkę" i mnie wkurzała bohaterka. czy ta książka jest w takim stylu? Tematyka jakos mnie nie przekonuje, ale okładka ciągnie.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Ksiązkowo,
czekam niecierpliwie:-)

Kasiek,
"Niebo nad Maralal" jest w stosunku do książki, którą przywołujesz bardziej naturalistyczne, prawdziwsze, no i nie tak posłodzone;-)Jest lepsze, po prostu.

Teano pisze...

Jeśli "Niebo nad Maralal" jest "bardziej naturalistyczne i mniej posłodzone" niż "Biała Masajka" to podejrzewam, że jest tak gorzkie, kwaśne i obrzydliwe, że gębę wykrzywia.
Na pytanie "Co ją do tego skłoniło?" pewnie nie znajdziemy odpowiedzi, być może Christina sama jej nie zna, ale czy ten Lpetati jakoś próbował ją omotać, czy ona tak sama z siebie dała się porwać egzotyce?
Fakt, czasem ludzie zachowują się irracjonalnie a nawet sprzecznie ze zdrowym rozsądkiem (vide Róża) czy jednak z miłości?
Jakoś trudno mi uwierzyć w tę "miłość bez barier" (tzn w to, że to właśnie miłość a nie inna przyczyna). Choć nie twierdzę, że to niemożliwe. A może biorą za miłość coś, co nią wcale nie jest? Nie wiem.
Nie wiem też czy mam ochotę przeczytać tę książkę. Wiem, że czytając będę się denerwować. Może więc szkoda nerwów?

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Teano,
nie, "Niebo nad Maralal" nie jest gorzkie - jest prawdziwe. Autorka pokazuje zachwyt męża wagą, strach Lpetati i ich przybranych synów przed wodą oceanu, itp. Pytasz, czy warto czytać? Moim zdaniem - tak. Chćby po to, żeby uzmysłowić sobie jak wygląda życie codzienne w innych obszarach świata niż Europa, jak zupełnie inni od nas moga być ludzie.

Teano pisze...

Że jest i żyje sie inaczej, nie trzeba mnie przekonywać. Gdyby był to reportaż Beaty Pawlikowskiej albo Wojciecha Cejrowskiego, pewnie czytałoby się to zupełnie inaczej - z innym nastawieniem, z innego punktu widzenia.
Mnie przychodzi do głowy porzekadło Tewjego Mleczarza "Ptak może pokochać rybę, ale gdzie zbudują gniazdo?"
Jeśli ona weszła w tę sytuację z pełną świadomością odmienności kulturowej i wiedząc po co i dlaczego - to OK. Być może patrzę przez pryzmat "Białej Masajki" która wydała mi się bezmyślną idiotką lecącą za Lketingą "bo był taki seksowny i nie mogłam się powstrzymać". Być może w tym przypadku było inaczej?

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Teano,
Autorka nie opisuje tego, jak poznała swojego egzotycznego męża - a szkoda. Czuje się z nim jednak bardzo związana - związana na zawsze.

ksiazkowo pisze...

W momencie pisania książki byli ze sobą o ile dobrze pamiętam już 18 lat, więc to chyba jednak była świadoma decyzja, a może - o zgrozo! - nawet miłość? Nie wiem co innego mogłoby skłonić kobietę żyjącą w niezłych warunkach w Niemczech, by zamieniła to na chatę z klepiskiem, bez prądu, z problemami z wodą i utrzymanie kilkunastu/dziesięciu osób. Naprawdę nie wiem...

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Książkowo,
no właśnie - o zgrozo!;-)

Sylwia 1234 pisze...

O tym, jak poznała Lpetatiego można przeczytać w poprzedniej, biograficznej książce pt. ,,Miłość lwicy". Nie wiem, jaka była bohaterka Białej Masajki, ale historie Christiny Hachfeld Tapukai czyta się z wielką przyjemnością i wprost nie można się oderwać od książki, dopóki się nie pozna zakończenia. Autorka opisuje przystępnym językiem, w końcu zajmowała się zawodowo dziennikarstwem. Na pewno nie można jej nazwać bezmyślną dziewczyną, która "poleciała" na młodszego faceta, nie patrząc na konsekwencje. W momencie zawarcia małżeństwa z młodym wojownikiem była już w dojrzałym wieku. Miała też dużo czasu na przemyślenie tej decyzji. Afryką interesowała się dłuższy czas, znała również język suahili, więc wiedziała w co się pakuje. Moim zdaniem jej związek z Leptati jest przykładem miłości, która rzadko się zdarza w obecnych czasach, być można dlatego wiele osób wątpi,że tak jest w tym przypadku. Oczywiście z boku może się wydawać, że to ona ma więcej daje w tym związku, ale pod względem uczuciowym ten bilans się wyrównuje moim zdaniem. Aby się o tym przekonać musicie sami przeczytać obie te książki, a jest warto, o czym mogę zapewnić.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Sylwia, dziękuję za opinię i zachętę do czytania:)