31 marca 2011

Rajd po bibliotekach

Musiałam dziś oddać książki do kilku bibliotek. Oddałam posłusznie to, co należało, ale z żadnej z odwiedzanych bibliotek nie wyszłam z pustymi dłońmi. I tym sposobem półka na książki biblioteczne znów jest wypełniona.
Kilka dni temu trafiłam w katalogu jednej z bibliotek na perłę - "Dziennik" Marii Dąbrowskiej w XIII tomach. Zapiski pisarki zgromadzone w tychże tomach obejmują lata 1914 - 1965. Wagę publikacji niech podkreśli fakt, iż nakład zaplanowano na 300 egzemplarzy. Więcej o tym wydaniu możecie przeczytać tutaj. Mam w domu tom pierwszy i rozsmakowuję się w nim pomalutku.

P.S. Zdjęciu książek urody dodaje ogon kotki Gusi śpiącej, a jakże, w bocianim gnieździe na drapaku;)

Wojciech Cejrowski. Podróżnik WC. Wydanie II poprawione.


Wydane przez
Wydawnictwo Bernardinum

"Podróżnik WC" to książka, której pierwsza wersja ukazała się kilkanaście lat temu. Jak sam Autor przyznaje we wstępnie nagabywano go wielokrotne, by dokonał wznowienia, aż wreszcie podjął decyzję, że ukaże się kolejne wydanie "Podróżnika WC", wydanie poprawione.

Ta książka chyba najpełniej pokazuje oblicze Wojciecha Cejrowskiego. Mnie, przekonaną do jego poglądów i sposobu bycia, wszystko to co przeczytałam, przekonuje jeszcze bardziej. Opowieść o tym, że w niedziele się nie pracuje, o samotnym podróżowaniu dającym więcej wiedzy o odwiedzanym miejscu niż jakakolwiek wycieczka zorganizowana, od upojeniu Esencją Boga, o wędrówkach przez dżunglę i pustynię.

Książka Wojciecha Cejrowskiego sprawiła mnie wielką radość. I chyba skorzystam z pomysłu Autora i postaram się zadbać o dzień wolny od telefonu i internetu w niedzielę:-)

30 marca 2011

Wieści od Guni

Kilka dni temu dostaliśmy list od Ludzi Ingi. Okazuje się, że Gunia ma ciągoty do bycia kotem wędrownym - zwiedza dokładnie całe mieszkanie, buszuje po wszelkich zakamarkach i wciąż sprawdza, czy dałoby się zobaczyć coś jeszcze. Dba o to, żeby być dobrze i często karmioną. Gustuje w świeżym mięsku, podkrada kanapki i jajecznicę.
Czuje  że  jest  królewną ,  ale  ma  swoje  humory  i  obraża się,   gdy  spóźniamy  się  z  jedzeniem  np. o  30  minut.  Przychodzi  wtedy  i  robi  dziwne  rzeczy  np.  wskakuje  na  stół, śpiewa,  a ostatnio  grała  na skrzypcach. Usiadła  przy  skrzypcach  i  łapką  zahaczała o  struny,  jak  struny  zaczęły  brzmieć kręciła  głową z  miną  zwycięzcy.

Dom Ingi zauważył to, co i u nas się objawiło - Gunia przytulona do człowieczej nogi i głaskana, zaczyna się mocno ślinić. Zastanawiałyśmy się też z Panią B., czy koty czują upływ czasu. Moim zdaniem, tak.

Michał, na którego skrzypcach próbuje grać Gusia, przy okazji wpisu o sterylizacji edukował się w tym temacie. Brawa za ciekawość!

Dziękujemy Pani B. za wiadomości i serdecznie pozdrawiamy:-)

Ewa Nowacka nie żyje

Ewa Nowacka, pisarka wielu powieści dla młodzieży, zmarła 29 marca 2011 roku. Jej książki - "Małgosia kontra Małgosia", "Biały koń bogów", "Może nie, może tak" towarzyszyły moim nastoletnim latom i kształtowały we mnie zainteresowanie mitologią i ciekawość świata. W ostatnich dwóch latach wróciłam do jej książek i przeczytałam "Miłość, psiakrew" i "Małe kochanie, wielka miłość". Twórczość Ewy Nowackiej przedstawiono tutaj - zerknijcie.

Renata Piątkowska. Wieloryb.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Julka, bohaterka książki Renaty Piątkowskiej, mówi o sobie, że jest duża i lubi jeść. Babcia podsuwa jej różne frykasy, które dziewczynka zjada ze smakiem i tylko później, gdy w szkole jeden z kolegów woła za nią "wieloryb" czuje się źle. Na szczęście Julka ma przyjaciółkę i ciocię, która uważa, że gdyby wszyscy byli chudzi jak szczypiorki, to byłoby nudno i smutno.

Przykład Julki uświadamia dzieciom, że choć nie wszyscy są tacy sami, nie ma żadnych powodów, by piętnować inność. Autorka tłumaczy czytelnikom to, że różnorodność ludzka jest rzeczą pozytywną, a zaakceptowanie czegoś, co otoczenie uważa za wadę, a przez to zaakceptowanie siebie, zmienia zupełnie sposób myślenia.

"Wieloryb" to mądra książka z dobrym przesłaniem. 

Chang- Rae Lee. Kiedy ulegnę.


Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

"Kiedy ulegnę" to powieść solidnie napisana, zajmująca. Postaci nie da się żadną miarą nazwać papierowymi - bohaterowie książki mają i wyrażają emocje, przemyślenia, a ich wzajemne powiązania układają się w nurcie zdarzeń zaskakująco - bo z miłości i dla miłości - raniących.

June, koreańska jedenastolatka, po wyjściu w piekła utraty najbliższych i na skraju śmierci głodowej spotyka amerykańskiego żołnierza. Hector, który raz jeden w życiu uległ uniesieniu miłosnemu w miejscu powinności, całe życie ponosi emocjonalne konsekwencje. Sylvie patrząca na śmierć rodziców ucieka w ułudę i poczcie spełnienia przed miłością odrzuconą i od miłości zakazanej. Tłem wydarzeń opisanych w powieści są wojna w Korei, czasy powojenne, konflikt zbrojny w Mandżurii w latach trzydziestych, lata osiemdziesiąte w USA i Europie Zachodniej. Postacie powieści postawione wobec różnych wojennych okrucieństw przeżywają grozę, aczkolwiek to, co najsilniej ich krzywdzi, kryje się w emocjach zupełnie innej natury.

Dawno nie miałam powieści tak esencjonalnej i tak porządnie napisanej. Ostatnie kilkanaście stron czytałam robiąc wiele przerw, nie chciałam rozstawać się z bohaterami, bo podczas lektury stali się mi bliscy, intrygowali mnie, a przeczytanie ostatnich słów powieści zabierało mi nadzieję na to, że coś jeszcze się w ich życiu odmieni, że nagle przełamią swoje ograniczenia.

Na mnie książka "Kiedy ulegnę" zrobiła naprawdę duże wrażenie.

P.S. Fragmenty powieści znajdziecie TU. Na dole strony głównej wysłuchacie fragmentu powieści w formie audioksiążki w interpretacji Katarzyny Herman.

29 marca 2011

Przegląd Tomistyczny Tom XV: 2009


Dominikanie to potężna ekipa, a już całkiem klarownie to widać, kiedy się za filozofię biorą. Pewnie za teologię też, ale tego dobrze nie wiem. W każdym razie tomizm trzyma swoją pozycję przede wszystkim na polu filozofii i jeśli się mylę, to mnie poprawcie.

Dominikanie wydają „Przegląd Tomistyczny”. Najpierw, w latach 1939-1984 był „Polski Przegląd Tomistyczny”, a od roku 1984 jest „Przegląd Tomistyczny”. To wielka księga, na przykład tom XV, z roku 2009, liczy sobie 470 stron. Najlepiej zrobię, jak zreferuję kilka najciekawszych, moim zdaniem, tekstów z tego XV tomu.

Na początek recenzja nietypowa, bo dotyczy tekstu, którego nie znam :-) W streszczeniu artykułu „What Anselm and Gaunilo told each other” autorstwa György’a Geréby’ego (tak to się deklinuje?) czytamy: Autor, za pomocą czysto ekstensjonalnej formalnej rekonstrukcji w logice predykatów drugiego rzędu, przedstawia nowe spojrzenie na debatę Anzelma z Canterbury z Gaunilo z Marmutier nad zamieszczonym w ‘Proslogionie’ argumentem za istnieniem Boga”.

Temat świetny. Wydawałoby się przecież, że argument Anzelma już dawno został odłożony do lamusa, ale okazuje się, że niektórzy go bronią; Alvin Plantinga uważa na przykład, że z Anzelmowego argumentu da się jeszcze coś wycisnąć, większość autorów krytykuje z kolei Plantingę itd.

Powiadam, temat świetny, niestety ani nie umiem przeczytać po angielsku takiego tekstu, ani nie znam się na logice. Szkoda, bo tyle wiem, że wielu rzeczy, być może przede wszystkim w nauce, nie da się pojąć „na zdrowy rozum” - tu trzeba dysponować odpowiednimi narzędziami.

*

Ojciec Mariusz Tabaczek (dominikanin, a jakże) w sposób krytyczny odnosi się do koncepcji Arthura Peacocka. Peacock, zmarły w 2006 roku, był biochemikiem, który zajmował się badaniem struktury DNA i innych makromolekuł, a w roku 1971 został anglikańskim duchownym. Pisał wiele na temat relacji między naukami przyrodniczymi i teologią.
Zdaniem Peacocka teologia powinna zmienić swoją metodologię, bo w przeciwnym wypadku coraz bardziej będzie pozostawać w tyle za naukami szczegółowymi. Wedle Peacocka fundamentalnymi założeniami metodologicznymi teologii powinny być realizm krytyczny oraz metoda wnioskowania do najlepszego wyjaśnienia (inference to the best explanation – IBE; można powiedzieć, że IBE to abdukcja, wynalazek Charlesa Peirce’a).

Peacock miał taką hipotezę, że tym, co może pomóc współczesnym ludziom zachować wiarę w Boga, jest panenteizm. Panenteizm mówi, że świat pochodzi od Boga i zawiera się w Bogu, ale nie jest Bogiem jak w panteizmie. Bóg Peacocka to Bóg dynamiczny, czujący, współczujący, będący w określonej relacji do czasu.

Tabaczek relacjonuje poglądy Peacocka i przywołuje opinie w stosunku do tych poglądów krytyczne, przede wszystkim konfrontując stanowisko brytyjskiego uczonego z ideami św. Tomasza z Akwinu.

Bardzo dobry tekst, w którym można poczytać między innymi o tym, jak ludzie rozumieją niezmienność, wszechwiedzę, wszechmoc i wieczność Boga, co myślą o szczęściu i cierpieniu Boga. Jak człowiek się zaniedba i za długo poogląda telewizję, to aż się będzie oblizywał czytając ten artykuł.

*

Ojciec Marek Pieńkowski (dominikanin) pisze o współczesnych perspektywach tomizmu w dialogu z naukami przyrodniczymi, przy czym jest to przede wszystkim referat z poglądów reprezentowanych przez ojca Benedicta M. Ashley’a. Ashley, który ma już 98 lat i w tym roku wydał swoją biografię, to teolog i filozof, sztandarowa postać szkoły filozoficznej z River Forest.  W River Forest, niewielkiej miejscowości w stanie Illinois, 10 mil od Chicago, w latach 1939-1969 działał Papieski Wydział Teologiczny; działał w obrębie Instytutu Teologicznego pod wezwaniem św. Tomasza z Akwinu. Profesor Wydziału, ojciec William H. Kane oraz jego współpracownicy, w tym Ashley, stworzyli właśnie tzw. szkołę z River Forest.

Poglądy szkoły Ashley przedstawił w ośmiu mocno rozbudowanych punktach, z których mnie najbardziej zaciekawiły następujące:

2) św. Tomasz to zdecydowany arystotelik; w tym przypadku chodzi o to, że Tomasz był przeciwnikiem platońskich tendencji na polu epistemologii

3) interpretując Tomasza trzeba uwzględniać jego poglądy dotyczące porządku nauk; mówiąc w możliwie największym skrócie: najpierw idą nauki przyrodnicze, a metafizyka na końcu; metafizyka jest co prawda pierwszą filozofią, ale w porządku refleksji, a nie w porządku uczenia się

Kolejne punkty to cytaty z tekstu Pieńkowskiego:

6) wyraźnie widoczne różnice pomiędzy naukami przyrodniczymi, jakie rozwinęły się od czasów Galileusza, a pojmowaniem przyrodoznawstwa przez Tomasza, nie maja podstawy w żadnym formalnym zróżnicowaniu rodzajów poznania naukowego

8) postulowane zadanie rewizji nowożytnej nauki poprzez analizę podstaw nie może być zastąpione ucieczką w metafizykę czy też teologię.

*

Ojciec Piotr Lichacz (dominikanin) pyta: „Czy ‘organ moralny’ Marca Hausera jest plagiatem z Akwinaty?” Lichacz prezentuje Tomaszową naukę o zmysłach wewnętrznych i o władzy osądu zmysłowego. Chodzi o to, że zdaniem Tomasza człowiek dysponuje władzą poznawczą określaną przez Akwinatę mianem władzy osądu zmysłowego (vis aestimativa). Dzięki władzy osądu zmysłowego człowiek jest w stanie ująć to, co niedostępne zmysłom zewnętrznym i wewnętrznym. Czym jest to coś? Ano są to „intentiones”, czyli zmysłowe (pojedyncze) intencje, czy instynktowne odniesienia. Władza osądu zmysłowego jest najwyższą pośród wszystkich władz zmysłowych i odpowiada między innymi za funkcjonowanie roztropności.

Co do tego wszystkiego ma Hauser, ten amerykański psycholog ewolucyjny, biolog i antropolog? Otóż coś ma, bowiem w swojej książce wydanej w roku 2006 i zatytułowanej „Moral Minds: How Nature Designed Our Universal Sense of Right and Wrong” Hauser idzie za intuicją Johna Rawlsa, autora „Teorii sprawiedliwości”, który utrzymywał, że dobrą analogią dla refleksji meta-etycznej jest teoria języka Noama Chomsky’ego. Chodzi o koncepcję, w myśl której tak jak władza mowy ma swój organ w mózgu człowieka, tak też człowiek ma w darze od Matki Natury władzę moralną. Hauser pisze, że „coś w ludzkim mózgu pozwala nam nabywać system norm moralnych”.
Ciekawostka polega na tym, że Tomasz pisał, iż władzy osądu zmysłowego „medycy przypisują konkretny organ, mianowicie środkową część mózgu”. Przed Tomaszem o zmysłach wewnętrznych pisali Arystoteles, Galen, św. Augustyn, Awicenna i inni i Tomasz wiele przejął od tych autorów i o tym napisał, natomiast Hauser – i tu zastrzegam, że jedynie referuję tekst Lichacza, bo książki Hausera nie znam – o koncepcji Tomasza w ogóle nie wspomina. Z faktu, iż Hauser o Tomaszu nie pisze, a powołuje się niemal wyłącznie na świeckich autorów nowożytnych, Lichacz wyciąga wniosek, iż Hauser bezpośredniego, świadomego plagiatu z Akwinaty raczej nie zrobił. Nie mógł zrobić, bo najzwyczajniej w świecie Tomaszowej koncepcji nie zna.

I jeszcze jedna ważna rzecz, oto Lichacz pisze: „Wrażenie, które narzuca się przy lekturze książki Hausera jest takie, że prawie wszystkie prawdziwe intuicje w etyce mają swoje źródła w myśli Davida Hume’a Adama Smitha, a już szczególnie w myśli Johna Rawlsa”.

Tu dygresja, moja, nie Lichacza :-) Oto w książce „Nie myśl, że książki znikną” rozmawiają sobie Umberto Eco, Jean-Claude Carrière i Jean-Philippe de Tonnac. Rozmawiają o książkach ale też o wielu innych rzeczach no i Eco mówi tak:

„Kilkadziesiąt lat temu na wydziale filozofii Uniwersytetu Princeton widywało się napisy: ‘Historykom filozofii wstęp wzbroniony’. Tymczasem nie sposób uprawiać nauk humanistycznych uboższych o własną historię. Pewien filozof analityczny zadał mi kiedyś pytanie, dlaczego miałby zawracać sobie głowę opinią stoików w takiej czy innej kwestii. Albo chodzi o jakąś błahostkę niegodną zainteresowania - argumentował – albo o ważki problem, a wówczas jest mało prawdopodobne, by któryś z kolegów po fachu wcześniej czym później nim się nie zajął.

Odpowiedziałem mu, że być może stoicy wysuwali interesujące, lecz zapomniane dziś kwestie, toteż właśnie my powinniśmy, i to jak najszybciej, je przypomnieć. Jeżeli podążali słuszną drogą, nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy czekać, aż jakiś amerykański geniusz wypowie tę bardzo starą prawdę znaną każdemu europejskiemu imbecylowi. A jeżeli podążanie tropem stoików sprowadziło nas na manowce, wypadałoby o tym wiedzieć, ażeby nadal nie błądzić.”

*

XV tom „Przeglądu Tomistycznego” podzielony jest na następujące rozdziały: Studia historyczne, Studia doktrynalne, Archiwum dominikańskie, Streszczenia rozpraw doktorskich oraz Recenzje. Mnie najbardziej zainteresowały teksty z obszaru studiów doktrynalnych ale i w innych rozdziałach są kapitalne artykuły. Weźmy chociażby Komentarz św. Tomasza z Akwinu do „Listu do Filemona”, o którym to „Liście” ojciec Józef Bocheński napisał, że jest jednym z najważniejszych dokumentów naszej cywilizacji. Spis treści XV tomu jest tutaj.

Porządna robota ten „Przegląd Tomistyczny”. Kiedy człowiek czyta sobie te teksty, to przenosi się do innego świata. Tego, który kiedyś był i który jeszcze jest, ale już go mniej. A może nie mniej, tylko bardzo jest rozwodniony?

Na koniec dam jeszcze zdanie z Lichacza, skoro już mi się tak ckliwie zrobiło: „Dawni autorzy, na szczęście, z wielką prostotą świadczą, że zadawanie pytania ‘skąd pochodzi ruch?’ lub ‘skąd pochodzi natura?’ wcale nie jest zdrożne ani nierozumne.”

Sterylizacja Duszki

No i nadszedł ten dzień... Dziś o 16:30 mamy stawić się u doktora. W związku z tym, Duszka nie dostaje jeść, co potęguje jej irytację. Trochę boję się drogi do weta i wyciągania jej z transportera, ale liczę na to, że dzięki Waszemu trzymaniu kciuków, wszystko dobrze się ułoży.

Duszka w dużym stopniu już się zaaklimatyzowała. Co prawda nadal najchętniej śpi na łazienkowym koszu od prania, ale zdarzyło jej się spać wczoraj na łóżku z Nusią i Sisi. Uwielbia włazić do szafy i tam zasypiać, spaceruje po całym mieszkaniu oglądając różne zakamarki z dużym zainteresowaniem, a głodna - siada przy swojej miseczce w pozycji na panienkę i czeka aż ktoś zauważy, że miska jest pusta.

Mogę brać ja na ręce, nosić na ramieniu przytulając, ale temu wszystkiemu najczęściej towarzyszy cichutkie powarkiwanie (podobnie reaguje Gusia, tylko dużo głośniej). Po zeszłotygodniowym podawaniu tabletki, kiedy to po wyciszeniu rui, Duszka znów się stała niedotykalskim kotem i trzeba było ją łapać w rękawicach i grubą bluzą, zraziła się do Z., któremu przypadła w udziale ta niewdzięczna rola. Prycha na niego już w chwili, gdy Z. wchodzi do łazienki, a gdy już nachyli się nad kuwetą, żeby ją sprzątnąć, to Duszka odbiera to jako atak na własny spokój i zaczyna wymachiwać łapkami.

Znalazłam dwa filmy prezentujące Duszkę w schronisku. Możecie je zobaczyć TU i TU. A jak już obejrzycie - myślcie ciepło o Duszce :-)

28 marca 2011

Rafik Schami. Dłoń pełna gwiazd.


Wydane przez
Wydawnictwo WAM
Premiera 30 marca 2011

Słowa wujka Salima: Chińczycy przez wynalezienie papieru sprawili, że sztuka czytania i pisania stała się dostępna dla każdego. Wynieśli pismo ze świątyń uczonych i pałaców królów na ulice [s.4] sprowokowały bohatera książki "Dłonie pełne gwiazd" do prowadzenia pamiętnika, do zapisywania rzeczy mniej lub bardziej istotnych, do utrwalania codzienności na papierze.

Bohaterem jest syn piekarza. Ojciec chciałby, aby syn zajmował się tym czym on, chłopak marzy jednak o skończeniu szkoły i pracy dziennikarza. Z zapisków pamiętnika wyłania się obraz społeczności nastolatków i dorosłych żyjących w Damaszku. Pierwotne notatki o wydarzeniach szkolnych, o pracy w piekarni, czy podczas dostarczania pieczywa, o pierwszej miłości i relacjach rodzinnych zmieniają się w informacje o działalności prowadzonej przeciwko państwu, o artystycznym sprzeciwie władzy, o spełnieniu marzeń i rozpoczęciu kariery dziennikarskiej, a także o przyjaciołach z lat dziecięcych, którzy zdecydowali się przywdziać mundury.

Interesująco przedstawione są relacje dorastającego chłopca z ważnymi dla niego mężczyznami. Ojciec nie akceptuje pragnień syna i przez to niejako odrzuca wszystko, co dla nastolatka istotne. Wkroczenie w dorosłe życie ułatwiają głównemu bohaterowi przywołany już wujek Salim - sędziwy, mądry mężczyzna, świadek mijających czasów i ginących obyczajów - oraz Habib, dziennikarz, tłumacz, który pełniąc rolę mentora otwiera przez chłopcem bogaty świat literatury, powiązań politycznych i zależności społecznych.

"Dłoń pełna gwiazd" to opowieść, której nieobce są elementy baśniowe. Ich obecność podkreśla wymowę historii wyłaniającej się z pamiętnika młodego człowieka, dzięki nim zapiski z lat sześćdziesiątych nabierają swoistego magicznego uroku.

27 marca 2011

Koty w muszelkach



:-D

Ewa Kopsik. Uciec przed cieniem.


Wydane przez
Wydawnictwo Novae Res

Zmęczyło mnie towarzyszenie bezimiennej bohaterce debiutanckiej powieści Ewy Kopsik. I pewnie, jak większość osób recenzujących "Uciec przed cieniem" złościłaby mnie postawa owej żony męża, gdyby nie to, że miałam przyjemność posłuchać tego, co Autorka mówi o postaciach ze swojej powieści. Gdy zamiast budzącej irytację bezradności dostrzeżemy depresję bohaterki, spojrzymy na jej działania, a właściwie brak działań, zupełnie inaczej.

Z powieści wyłania się także obraz Polaków - emigrantów z lat osiemdziesiątych, którzy szybko w środowisku wiedeńskim stali się postaciami charakterystycznymi i niemile widzianymi.

"Uciec przed cieniem" jest powieścią nasyconą odniesieniami kulturowymi, literackimi. Jej czytanie oprzeć można albo na warstwie fabularnej (i przez to samemu sobie ograniczyć pojmowanie  opowiedzianej przez Ewę Kopsik historii), albo na kodzie pewnej wiedzy, która zdaniem Autorki jest zwykłą, przynależną osobom wykształconym.

Lektura książki Ewy Kopsik nie jest łatwa, ale warto przekonać się do takiej narracji, warto odnaleźć w tej powieści nowe w polskiej literaturze, sprzeciw wobec literatury kobiecej pojmowanej jako coś lekkiego i z obowiązkowym szczęśliwym zakończeniem.

26 marca 2011

Dariusz Szymaszek o szkolnych lekturach

Dziękuję za odpowiedzi:-)

Ulubiona lektura: 

"Łysek z pokładu Idy". Dlaczego? Pierwsza książka, która przemówiła do mnie tak mocno, iż zmieniłem swoją filozofię życia. Wolność stała się dla mnie wartością nadrzędną, atrybutem należnym każdej istocie na naszej planecie.

Lektura niedoczytana: 

Było ich wiele, gdyż sporo lektur nie nadaje się do czytania w okresie młodzieńczym. Najgorzej wspominam "Pana Tadeusza", "Wesele" i "Chłopów". Być może teraz doceniłbym wartość tych dzieł, lecz w szkole było to dla mnie zdecydowanie za wiele.

Do kanonu lektur wprowadziłbym...

"Hrabiego Monte Christo" - Edmund Dantes jest dla mnie takim Łyskiem, który zerwał kajdany niewoli i zemścił się na swoich oprawcach. Utwór Gustawa Marcinka zostawił we mnie pustkę niesprawiedliwości skutecznie wypełnioną przez Dumas'a.

25 marca 2011

Pirania u weterynarza

Zaprzyjaźniona z nami kotka Pirania jest dzis poddawana zabiegowi sterylizacji. Trzymamy kciuki, prosimy o kciuki i czekamy na wieści.

Zdjęcie z lata, bo na nim Pirania wygląda przeuroczo:)

24 marca 2011

Anita Głowińska. Kicia Kocia jest chora. Kicia Kocia zostaje policjantką. (wygrywajka)


Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina

Przesympatyczna Kicia Kocia znana z poprzednich książeczek tym razem doświadcza dwóch, zupełnie różnych, by nie rzec, skrajnych zjawisk.

W pierwszej z omawianych dziś historii Kicia Kocia jest chora. Poranne budzenie się nie jest przyjemnie - Kicia nie ma ochoty na jedzenie, boli ją gardło i jest - niczym postacie z pewnej reklamy - niewyraźna. Do wizyty u lekarza bohaterka podchodzi z przestrachem, ale sympatyczna pani doktor rozwiewa wszelkie lęki i, po zbadaniu, przepisuje odpowiednie lekarstwa. Kicia Kocia wraca do domu i robi to, co w chorowaniu jest najpiękniejsze - spędza czas w łóżku, zabierając do niego ulubione zabawki [jestem przekonana, że gdyby Kicia Kocia była starsza, to otoczyłaby się książkami;-)].

Książka druga pokazuje cudowny świat dziecięcych zabaw. Nie trzeba przecież wiele - wyobraźnia, kartka, klej, inne dzieci i już Kicia Kocia staje się dzielną policjantką łapiącą złodziei oraz pomagającą dzieciom dbać o swoje bezpieczeństwo podczas przechodzenia przez jezdnię.

Nieustannie jestem zauroczona Kicią Kocią, a Pani Anicie Głowińskiej gratuluję pomysłu na wyrazistą bohaterkę i nie mniej wyraziste tejże bohaterki przygody:-)

*   *   *

Powyższe książki ofiaruję jednej z osób, która pod niniejszym wpisem zostawi komentarz. W komentarzu niechaj będzie Wasze wspomnienie związane z tym, jaka profesja wydawała się Wam w dzieciństwie najatrakcyjniejszą:-) Losowanie w sobotę o dziewiątej wieczorem.

*   *   *

Tym razem szczęście uśmiechnęło się do Semihory. Proszę o kontakt: m1b1m1m@gmail.com i gratuluję:)

Mariola Jąder. Efektywne i atrakcyjne metody pracy z dziećmi.


Wydane przez
Oficynę Wydawniczą Impuls

Podczas lektury tej książki zazdrościłam Autorce. Zazdrościłam możliwości wypróbowania opisanych gier, zabaw, metod pracy z dziećmi. Moja wyobraźnia łapczywie karmiła się przykładami konkretnych metod i technik edukacyjnych, które Mariola Jąder opisała w swojej publikacji.

Pierwszy rozdział poświęcony został temu, co sprzyja efektywnemu się uczeniu. Autorka pogrupowała czynniki sprzyjające procesowi uczenia dzieląc je na środowiskowe i tkwiące w dziecku. Rozdział ten jest najkrótszy i służy bardziej uporządkowaniu wiedzy nauczycieli niż odkrywaniu nowych spraw; pełni funkcję wprowadzenia w tematykę.

Rozdział drugi to prezentacja wybranych metod aktywnego uczenia. Każda z metod jest dokładnie omówiona od strony teoretycznej, podane są jej praktyczne realizacje (dwie lub więcej), a na koniec często podane są efekty jakich możemy oczekiwać po zastosowaniu określonej metody. Tu własnie, podczas prezentacji przykładów poszczególnych metod zżerała mnie wspomniana zazdrość;)

W rozdziale trzecim Autorka skupia się na technikach pojmowanych jako narzędzia pracy z dziećmi i to narzędzia przynoszące dobre efekty. Przytacza ich wiele (przyznam, że o niektórych nie słyszałam), więc w pełni zaspokoi potrzeby nauczycieli chcących wypróbować w procesie edukowania czegoś nowego i jednocześnie wartościowego.

Czwarty rozdział jest uzupełnieniem metod i technik pracy z dziećmi mówi bowiem o efektywnych formach organizacyjnych, o których myśli się chyba zbyt rzadko.

Całą książkę przeczytałam z wielką przyjemnością. Po pierwsze - dobrze, że Marioli Jąder chciało się przedstawić wypróbowane metody i techniki efektywnego nauczania, po drugie - świetnie, że zrobiła to w jasny, klarowny i szalenie przekonujący sposób. Po trzecie - jakież to odświeżające po wspomnieniach z uczelnianym szlifowaniem metod i technik, wciąż tych samych, kanonicznych wręcz, które coraz mniej przystawały do tego, jacy są współcześni uczniowie.

Warte polecenia.

23 marca 2011

Adam Ross. Ciemna strona małżeństwa.


Wydane przez
Wydawnictwo Sonia Draga

Debiutancka powieść Adama Rossa przedstawia historie trzech małżeństw. Nie są to jednak małżeństwa, które zaliczyć możemy do udanych, żyjących miło i serdecznie, we wzajemnym szacunku i miłości. Każdy z bohaterów sprawia wrażenie nieświadomego zobowiązań wynikających z małżeńskiego związku, stawia wysokie wymagania współmałżonkowi i niewielkie sobie, co sprawia, że wzajemna komunikacja jest, delikatnie mówiąc, niesprawna.

David jest twórcą gier komputerowych. Jego żona, Alice (ważąca 130 kg) jest nauczycielką. Wraz z gubionymi kilogramami kobieta oddala się od swojego męża. Pewnego dnia David zostaje aresztowany pod zarzutem zabicia żony. Śledztwo w sprawie Davida prowadzą dwaj policjanci. Żona Warda Hastrolla zdecydowała się nie wychodzić z łóżka dopóki jej mąż nie zrozumie tego, co ona chce mu powiedzieć. Sam Sheppard, zanim został detektywem, był lekarzem i co więcej - oskarżono go o zamordowanie żony.

Zamysł więzi łączących trzech mężczyzn jest atrakcyjny o tyle, że "sędziami" mężczyzny, który w małżeństwie funkcjonuje niepewnie i bez poczucia bezpieczeństwa, są policjanci, których relacje z żonami pozostawiają wiele do życzenia. Fabuła toczy się w taki sposób, że nie dowiadujemy się ostatecznie, która z zaproponowanych wersji zakończenia pewnych wydarzeń jest prawdziwą, a która pozostaje spekulacją.

Mimo, że powieść nie tchnie optymizmem, jest warta lektury za refleksje, do których nakłania. Wątek kryminalny jest interesującym tłem dla historii małżeńskich, a to, na ile małżeństwo staje się kajdanami i wywołuje agresję oraz to, czy dobrze znamy tych, z którymi zdecydowaliśmy się dzielić życie, stanowi ciekawe pytania. Adam Ross, poprzez losy swoich bohaterów, pokazał dogłębnie jak można na nie odpowiedzieć.

Uwaga! Groźny kot, czyli...

... jak Nusia spotkała się z sąsiadką.

Zainteresowała mnie w przedziwna, bo pionowa pozycja Nusi na szafce balkonowej. Otworzyłam okno i moim oczom ukazało się co następuje:
- pani sąsiadka ściera parapet, który mamy wspólny, acz przedzielony zabezpieczeniem na koty,
- Nusia próbuje pacnąć sąsiadkę,
- sąsiadka wierząc najwyraźniej w dobre zamiary kota odsuwa blokujące wzajemny dostęp człowieka i kota skrzynki balkonowe i wyciąga ponownie rękę w stronę naszego balkonu,
- Nusia czując się wsparta przez moja obecność zamienia się w tygrysa - zaczyna syczeć, a pacnięcia łapą (na szczęście nie trafiła) są jeszcze szybsze niż wcześniej,
- pani sąsiadka zastawia dostęp skrzynkami kwiatowymi głośno wyrażając swoją opinię na temat trzymania dzikich zwierząt w blokach.

No i teraz nie wiem - cieszyć się, czy nie? Czy to dobrze, że kot broni swojego terytorium przed obcymi? Ale, żeby aż tak bronił? Sąsiedzi mają psa, który często wskakuje na parapet i zagląda przez siatkę do naszych kotów. Nie wiedziałam jeszcze jego spotkania z Nusią, ale Gusia reaguje nad wyraz spokojnie - siedzi na wprost psa i patrzy. Jeśli ktoś doświadczył kiedykolwiek patrzenia naszej Gusi wie o czym piszę;)))

No i w taki oto sposób okazało się, że Malutki Mały Misiu jest dzikim zwierzem. 

Iwona Czarkowska. Biuro zaginionych zabawek.


Wydane przez
Wydawnictwo Papilon

Pewien pan, Hipolit Miotełka, pełnił przez wiele lat funkcję woźnego w przedszkolu. Nadszedł jednak dzień, w którym podziękowano mu za jego pracę sięgając po argument, że za słaby jest i za mało groźny. Odchodząc zabrał zabawkę, którą znalazł porzuconą i w którą tchnął nowe życie. Wiele spacerował z Pajckiem i wciąż znajdowali zagubione zabawki. Pan Hipolit postanowił więc otworzyć tytułowe Biuro Zaginionych Zabawek.

Brawa dla Autorki za zwrócenie uwagi na temat gubionych zabawek. Niejedno dziecko rozpacza po stracie ulubionej przytulanki, a często - bez istnienia biura jak z opowieści - nie sposób jest odnaleźć zgubę, a tym samym przywrócić dziecku stan bezpiecznego zaprzyjaźnienia z pluszakiem. Nie bez znaczenia jest również walor edukacyjny książki - pan Hipolit uczy dzieci szanować zabawki, a dorosłym pokazuje, że należy szanować innych dorosłych, a wszystkich przekonuje do tego, że zwierzę nie jest rzeczą i trzeba o nie dbać.

Na słowa zachwytu zasługują też ilustracje Katarzyny Bajerowicz. Dzięki nim z książce jest swojsko i przytulnie, a Pan Hipolit Miotełka i Ernest Listopadowy sprawiają wielce przyjemne wrażenie.

Książka, co widać na okładce, otrzymała nagrodę w II Konkursie Literackim im.Astrid Lindgren. I bardzo słusznie:)

22 marca 2011

Tamara BeJot. Ceremonia węglowa.

Wydane przez
Wydawnictwo Borussia

Zastanawiałam się kiedyś, czy twórczość można oddzielić od twórcy, a szczególnie poezję od doświadczeń poety. Szczególnie istotne to pytanie wydaje się dziś - kiedy wiele książek (prozy i poezji) opiera się na życiu ich twórców, w prostym przełożeniu - mieszkam tu, a tu, więc piszę o tym i o tym. Klasycznym przykładem takiego podejścia jest dla mnie pewien pisarz, którego felietony cenię, a powieści - o Wiśle, protestantach i morzu alkoholu - zlewają mi się w jedno. Ciekawa jestem Waszych opinii - czy chcąc czytać powieść/wiersze musimy osadzić je w kontekście biograficznym pisarza/poety?

Nieco przewrotnie wobec tego, co powyżej napiszę, że z "Ceremonii węglowej" najprzyjemniej czytało mi się pierwszą część, tę, w której Tamara Bołdak-Janowska, pisząc list do Agaty z Sydney opisuje jej swój świat, Warmię, znane mi miejsca. Uderzała mnie trafność obserwacji, dzięki pisaniu poetki dane mi było zajrzeć w takie fragmenty rzeczywistości, w które sama nie zabrnęłabym.

Ale jest ta fontanna, co nisko biegnie, jak stado ptasie
i szumią zadarte ogony, i ta druga co ciurkaniem powtarza
kształt smukłych czapli z brązu.
Mamy podobną w Olsztynie,
tę z kormoranem, z misami, często nieczynną. 
Macie ich mnóstwo, ze starannie zaplanowaną wodą,
jak ta, która rzeźbi wielką muszlę nad dziewczyną.
Moje miasto nie ceni szeptów kołysanki z naczynia, 
eksponującego rośnięcie. I nie ma u nas udanych schodów.

*   *   *

Moje miasto z okolicą najładniej wygląda z samolotu,
gdy widać jeziora, okrągłe w falbany, w sorongi,
z obłocznymi jajami przy pysku.
Żeby w dole wstała pamięć, jak chroniony zabytek,
jak u was Uluru, święta góra Aborygenów.
Łączą nas te same emigranckie odległości: nieobecność
przez wieku w miejscu, gdzie pomrzemy. (...)

*   *   *
Słowo o kochaniu w wierszach się tłoczy.
Nie kochają. Na naszej planecie nie kochają kobiety.
Tak, dziewczynę; jej ograniczone ufnością oczy.
Umiera szybko dziewczyna,
a kobieta żyje i co dnia umiera. 
Ktoś ją kocha. To nie ten, nie ci.
(...)

Zapraszam do "Ceremonii węglowej" i do lektury wywiadu z Poetką.

Krzysztof Karasek. Lofoty i inne wiersze.


Wydane przez
Wydawnictwo Czytelnik

Jak pisałam wczoraj - nie czuje się na siłach pisać uczenie o poezji. Stąd poniżej znajdziecie fragmenty wierszy Krzysztofa Karaska, o którym mówi się, że jest najwybitniejszym poetą Pokolenia Nowej Fali.

Transgresje

Jeśli dożyję osiemdziesiątki
zacznę pisać po łacinie, na znak protestu
przeciw schamieniu i załganiu. Albo choćby po to,
by pozbyć się kretyńskich czytelników
niepotrafiących odróżnić przedmiotu
od podmiotu, podmiotu 
od przedmiotu.
(..)
Jeśli nie możesz stać
usiądź.
Jeśli nie możesz siedzieć
połóż się.
Żyj długo. Życie po to jest.
14.01.2009

*   *   *

O posiłkach i napojach

To nie była woda z Gangesu. To była woda z sedesu.
Czytając książkę kucharską
nie najesz się.

*   *   *

Odchodzą przedmioty

Nie zdradziłem ciebie maszyno do pisania,
Olimpio, Eriko, cóż za szlachetne imiona
przybierałyście, wasi twórcy
mieli jednak klasę
nieznaną współczesnym wyrobnikom; 
nie zdradziłem ciebie pióro,
stalówko, redisówko.
Któż jeszcze z moich współczesnych
pamięta rysik i grafitową tabliczkę,
na której we wsi Łążek, między Mławą
a Działdowem, w czterdziestym piątym, uczyłem się stawiać
bezkształtne znaki plemienia
a potem ścierałem mokrą szmatką
niewprawny ślad rodzącego się robaka
zdania.(...)
20.10.2008

Po resztę zapraszam do publikacji "Lofoty i inne wiersze".

Olga Masiuk. Lenka, Fryderyk i podróże.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

W Przełęczy mieszkają stwory. Lenka uwielbia podróżować i nie ceni książek. Fryderyk zaczytuje się w najróżniejszych lekturach, ale nie dostrzega przyjemności płynącej z podróży. Mimo tych różnic, Lenka i Fryderyk przyjaźnią się, a ich przekomarzaniom kibicują siostry Euzebie. Po pewnej kłótni z przyjacielem Lenka jak zwykle wyrusza w podróż, a Fryderyk... No tak, Fryderyk chcąc się przekonać cóż takiego atrakcyjnego jest w wędrowaniu z jednego miejsca na drugie, też wyrusza w podróż.

Autorka bardzo ciekawie przedstawiła historię sympatycznych stworów. To, czego nie znamy (i traktujemy nieco pobłażliwie), a w czym, po spróbowaniu, zasmakujemy może stać się prawdziwą pasją i przynieść wiele miłych doznań.

Podoba mi się sposób Olgi Masiuk na bohaterów, to jak poprowadziła ich poprzez opowieść ukazując wartość tego, czemu jej odmawiali. Kreacja bliźniaczek Euzebii śmieszy, a oprócz humoru i nauki tego, że dobrze jest wypróbować różnych sposobów na życie, w książce znajdziemy też porady dla wytrawnych podróżników. Na wiosnę i lato - jak znalazł:-)

21 marca 2011

Światowy Dzień Poezji

Dzięki wpisowy Nutty wiem, że dziś jest Światowy Dzień Poezji. Rozejrzałam się po półkach i stwierdziłam, że mało jest w moich książkowych wędrówkach wierszy. Oprócz tego, co widać poniżej w domu znalazłam jeszcze tomik poezji Słowackiego, Anny Janko, rewelacyjną "Farbiarkę" i nieduży objętościowo zbiór wierszy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej z płytą, na której poezje siostry czyta Magdalena Samozwaniec.
Nie mam w swoich zbiorach tych poetów, których niegdyś czytałam z przyjemnością. Zastanawiam się, co spowodowało tak nikłą reprezentację sztuki poetyckiej w moim księgozbiorze i dochodzę do wniosku, że "nie umiem" poezji. Czytam i klasyfikuję jedynie poprzez podoba mi się/nie podoba mi się. Nie potrafię docenić walorów, obce są mi rozważania nad zasadnością zastosowania jambów, anapestów, czy trochejów,  głucha jestem na rytmikę wersów. Czy jednak, aby czytać poezję trzeba wiedzieć to wszystko, co wkłada się w głowy studentom na zajęciach z poetyki? A może wystarczy czytać dla upodobania?

Burasy w słońcu

Gusia od pierwszych chwil słońca spogląda na świat z balkonu

 Sisi dogrzewa się podwójnie - zza szyby słońcem i spod parapetu - kaloryferem

Duszka z zawiniętym ogonkiem przypomina mi panienkę z dobrego domu pod czujnym okiem guwernantki.
 

Rolf Bauerdick. Jak Matka Boska trafiła na księżyc.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Przyznaję, książkę czytałam długo i z przerwami (co zdarza mi się bardzo rzadko). Mojej przygody z powieścią Rolfa Bauerdicka nie chciałam jednak kończyć zbyt szybko, bo to historia, którą żal opuszczać, z bohaterami której chciałoby się usiąść, porozmawiać i wypalić cygaro udające kubańskie.

Autor w wywiadzie opublikowanym w "Detektywie Literackim. Głosie Baia Luny" (nr1/2011) mówi: Kocham rozbuchaną obrazowość oraz soczysty realizm. Przy całej sympatii dla przepojonych dramatyzmem trillerów, uwielbiam tragikomiczny, absurdalny i przerysowany aspekt rzeczywistości. Nie interesują mnie jednak oderwane od życia, pełne magii fantazje. Opowieść niezależnie od tego, jak bardzo absurdalna, musi mieścić się w polu możliwości. Groteska zdarza się naprawdę.

Pawel Botew wychowuje się w małej karpackiej mieścinie. Opowiadając swoją historię portretuje blaski i cienie życia w oddalonym od wszystkiego miejscu. Pokazuje różnobarwną, różnorodną społeczność osadzając opowieść w wydarzeniach fikcyjnie historycznych, choć oddających ducha ówczesnych idei politycznych  w Rumunii. Wydarzenia w powieści zaczynają się od informacji, że oto w kosmos wystrzelona została Łajka, co prowokuje dyskusje nad techniką, uwielbieniem wodzów o światłych umysłach. Później jest już tylko ciekawiej i barwniej.

Powieść, jak zapowiada Autor, pełna jest soczystych, krwistych postaci. Jedną z nich, taką, którą polubiłam szczególnie był Ojciec Joannes Baptista, bezkompromisowy pasterz nieco zwichrowanej trzódki w Baia Lunie. Fascynujący jest również Cygan Dimitriu Gabor nazywany przez współmieszkańców czarnym filozofem. A już dziadek narratora, Ilia Botew, uczący wnuka, że w wrót Ameryki przybywających wita wielki posąg Matki Boskiej oświetlający drogę, stanowi klasę samą dla siebie; na próżno szukać by podobnie oryginalnego człowieka.

Klimat powieści urzeka i sprawia, że tęsknię za wakacyjną wędrówką z plecakiem przez dróżki i bezdroża Karpat. Polecam serdecznie:)

20 marca 2011

Niedzielnik nr 15


Ostatni "Niedzielnik" ukazał się miesiąc temu. To niesamowite, jak szybko mijają dni. A im jestem starsza - tym szybciej. Czujecie podobnie?
*   *   *
Na lekturę i przedstawienie Wam czekają trzy kolejne pisma "Znak", "Pogranicza" i "Przegląd Tomistyczny".

*   *   *
Dziś nie sposób nie wspomnieć o kończącym karierę Adamie Małyszu. Przed południem oddał ostatni punktowany skok. Szczególnie ujęło mnie to, że inni zawodnicy i kibice mieli wąsy; wyhodowane bądź naklejone, ale mieli. Miły i ujmujący gest. 

*   *   *
Stos książek pedagogicznych urósł niepostrzeżenie i chyba muszę zorganizować sobie "pedagogiczny dzień", w którym będę przedstawiać rzeczone lektury. Wtorek? Środa? Jak sądzicie?

*   *   *
Miesiąc temu zawieźliśmy do nowego domu Ingę, naszą Tymczaskę. Kibicującym Guni bardzo dziękuję i proszę, aby - będąc pewnymi, że Ingunia trafiła do doskonałego domu - zaczęli kibicować kolejnej koteczce będącej u nas w "domu tymczasowym".
Duszka trafiła do schroniska, bo umarła jej pani. Zestresowana sytuacją stała się agresywna. Podczas pobytu u nas lekko złagodniała. Okazało się, że koteczka nie była sterylizowana i 29 marca będzie miała zabieg. Na Targu z książkami proponuję kilka książek - dochód z ich sprzedaży pokryje koszty sterylizacji. Zapraszam serdecznie :-) Jeśli kogoś zainteresowałaby jakaś książka przedstawiona na blogu, a nieobecna na Targu z książkami, proszę pisać (m1b1m1m@gmail.com) - będziemy rozmawiać:)

*   *   *

9 marca był Światowy Dzień Głośnego Czytania. W newsletterach branżowych pisano o 35 krajach, czterystutysięcznym gronie uczestników. Niestety - brakowało informacji o polskich obchodach. Mam nadzieję, że za rok  i w Polsce świętować będziemy Światowy Dzień Głośnego Czytania.

*   *   *
Marzec wydaje mi się wyjątkowo długi, więc może przed końcem miesiąca zaproponuję Wam jeszcze jakąś wygrywajkę. Natomiast 1 kwietnia zachęcę do zadawania pytań pewnemu Autorowi, którego książkę - z dedykacją - będzie można wygrać. Zapraszam:)

Heidi Hassenmüller. Koszmarne piękno.


Wydane przez
Oficynę Wydawniczą Foka

Książki niemieckiej pisarki opisują wydarzenia z życia młodych ludzi, szczególnie skupiając się na tych, które stanowić mogą dla młodzieży niebezpieczeństwo. W "Fałszywej miłości" przedstawione zostały nastolatki łaknące miłości, w "Koszmarnym pięknie" Autorka skupiła uwagę czytelników na szesnastolatce wkraczającej dość nieoczekiwanie do świata mody.

Clarissa Bolden, zwykła - jak mniema - szara nastolatka, zakochana w koledze z klasy robiącym karierę modela, nie dowierza samej sobie, gdy słyszy od Zacka zaproszenie na zdjęcia próbne. Jej mama była i jest pięknością, ale to przecież starsza siostra, gardząca modelingiem, jest podobna urodą do mamy, a nie ona, z kilkoma kilogramami nadwagi, z mało charakterystyczną twarzą, wątpiąca w swoją urodę. A jednak to na Clarissę spoglądają życzliwie menadżerka i wizażystka i to ona, wraz z Zackiem i jeszcze jedną koleżanką z klasy, leci do Warszawy na międzynarodowe pokazy młodych.

Świat mody nie jest taki łagodny i uczciwy jak wydaje się głównej bohaterce. Na szczęście to nie ona, a jej konkurentka, doświadcza na sobie wszystkich pułapek jakie są zastawione na naiwne i zbyt pewne siebie dziewczątka prezentujące kolekcje odzieży, czy bielizny. Narkotyki, wymuszanie, intrygi, czy wszelki zabiegi chirurgiczne mające upiększyć rozwijające się ciała są ciemną stroną wybiegów.

Choć książkę czyta się dość dobrze miałam chwilami wrażenie, że sposób tłumaczenia wybija mnie z rytmu płynnego czytania. Pewne wyrażenia były zbyt kolokwialne, a niektóre zdania raziły sztucznością. Jeśli by jednak odrzucić owe potknięcia przyznać należy, że temat zasygnalizowany przez Autorkę jest ważny i, jak chyba każda z książek wydanych w serii "Biblioteka młodych", powieść powinna zdecydowanie trafić do rąk nastolatków. 

P.S. Pozostałe powieści wydane w Polsce traktują o pragnieniu byciu sławną (Supergwiazda. Zakulisowe intrygi.) i tolerancji (Anioły stąd odeszły). Obiecuję sobie przeczytać je niedługo.

19 marca 2011

Romek Pawlak o lekturach szkolnych

Dziękuję za odpowiedzi, Romku:)
Ulubiona szkolna lektura

"Opowieści o pilocie Pirxie", "Lalka" i wielkie dla mnie objawienie, Gabriela Zapolska w całości. 

Lektura niedoczytana/nieprzeczytana

"Nie-Boska komedia" Krasińskiego. I tak zostało do tej pory.

Gdybym mógł, to do kanonu lektur szkolnych wprowadziłbym...

nie tyle jakiś swój ulubiony tytuł, co przewietrzył te starocie i na miejsce wielu pachnących molami i dziś kompletnie niezrozumiałych gniotów wprowadził książki współczesne - wystarczy zobaczyć, co chłopcy mają do czytania, a jasne się staje, dlaczego coraz mniej czytają. Jeden Tolkien nie załatwi sprawy.
Ale jeśli miałbym wprowadzić do kanonu, to taką, która dziś jest chyba w nieobowiązkowych, a ja bym ją kazał czytać pod groźbą rozstrzelania hamburegami z keczupem - "Mistrza i Małgorzatę" Bułhakowa.  

Weekend

Zważywszy na aurę (śnieg, a fuj!) nie pozostaje nam nic innego niż taka postawa:

Eliza Piotrowska. Ciocia Jadzia. Tęcza.


Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina

Żałuję bardzo, że nie znam pierwszej książki opisującej przygody cioci Jadzi i jej bratanicy. Cieszy mnie jednak niezmiernie fakt, że poznałam przesympatyczne bohaterki książki Elizy Piotrowskiej.

Co zrobić z plamą na dywanie? Czy leżakowanie w przedszkolu można zamienić na coś ciekawszego? Dlaczego najwięcej jest muchomorów? Czemu lubimy się bać? Co to jest punkt orientacyjny? Czy zawsze trzeba gotować wedle przepisu? Choć to nie wszystkie problemy z jakimi zmierzyły się ciocia Jadzia i jej bratanica, już po tym wymienionych przeze mnie widać, że czas spędzany wspólnie jest dla obydwu pań - młodszej i starszej - bardzo interesujący i edukujący (no, tu przede wszystkim korzysta młodsza bohaterka).

Podoba mi się to, jak poważnie Eliza Piotrowska podeszła do spraw, które dla nas, dorosłych, są oczywistymi, a dla dzieci stanowią nieznane i warte odkrycia. Opisując wydarzenia z życia bratanicy cioci Jadzi Autorka dała czytelnikom książki świetne narzędzie do poznawania świata; wszak nie wszystkiego musimy w doświadczyć sami, ważne jest także i to, czego uczymy się przez innych.

Mam nadzieję, że dane mi będzie być tak zajmującą ciocią dla Helenki jak ciocia Jadzia dla swojej bratanicy. Na razie podobna jestem do niej w podejściu do gotowania - trochę tego, trochę tamtego, nazwa całości z pewnością bliższa własnej inwencji niż przepisowi, a czasami wychodzi smacznie;)))

18 marca 2011

Sherryl Woods. Zapach żółtych róż.


Wydane przez
Wydawnictwo Mira

Kiedy w pierwszych dnia marca pisałam o książce rozpoczynającej serię "Kronik portowych" nie spodziewałam się, że tak szybko czytać będę kolejną część. Tym razem także głównymi bohaterami są członkowie rodziny O'Brien, a szczególnie jedna z córek Micka - Bree. 

Bree O'Brien w latach młodzieńczych spotykała się z Jake Collinsem. Planowali wspólną przyszłość nie precyzując jednak kiedy ona nastąpi. Chłopak marzył o małżeństwie, a dziewczyna o karierze dramaturga w Chicago. W wyniku bolesnej dla obojga utraty rozdzielili się - on został w miasteczku, ona wyjechała realizować swoje pragnienia. Bree przyjechała na otwarcie pensjonatu młodszej siostry i uświadomiła sobie, że nie chce wyjeżdżać z Chesapeake Shores, że jej życie w Chicago już się zakończyło. Obecność młodej kobiety jest dla Jake'a kłopotliwe - wciąż ją kocha i wciąż czuje się zraniony.

Jeśli ktoś nie czytał "Smaku marzeń", a ma chęć na lekturę "Zapachu żółtych róż" niech śmiało sięga po książkę. Owszem - zawsze lepiej jest czytać wszystkie książki z serii, ale w tym wypadku można łatwo zrozumieć zależności między poszczególnymi członkami rodziny i bez wiedzy o tym, co działo się na kartach wcześniejszej powieści, poczuć sympatię do bohaterów.

W tej serdecznej, romansowej historii zastanowiło mnie jedno - pewna obserwacja sięgająca daleko poza lekką wymowę książki. Wielu z nas pochodzi z małych miast i wielu z nas wyjeżdżając z nich ku - jak nam się wydaje - lepszemu życiu obiecuje sobie nigdy nie wrócić do tych znanych na wylot uliczek, prowincjonalnego sposobu życia, do tego, że wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich. Niektórzy dotrzymują danego sobie słowa, inni wracają, bo uświadamiają sobie, że tylko tam, gdzie się wychowali czują się szczęśliwi. Istotne w moim odczuciu jest to, że młodzi ludzie zanim podejmą próbę odcięcia się od "kołyski" nie są świadomi tego, że kiedyś będą chcieli wrócić. Żyją chwilą, bez przeczucia, że kiedyś ktoś wypomni im różne rzeczy, o których chcieliby zapomnieć.

"Zapach żółtych róż" ponownie zabiera nas do Chesapeake Shores, do domu rodziny O'Brienów. Tym, którzy polubili bohaterów książki Sherryl Woods podpowiem, że już od 15 kwietnia 2011 czytać będzie można kolejną część serii - "Światła portu".

Michael Morpurgo. Samotność na pełnym morzu.


Wydane przez
Wydawnictwo Telbit

W latach 1947-1967 przesiedlono do Australii od siedmiu do jedenastu tysięcy brytyjskich dzieci. Osierocone gromadzono na statkach mówiąc, że czekają na nie rodziny, ludzie, którzy stworzą im dobry dom. Po wielu tygodniach spędzonych na statku mali pasażerowie dopływali do Sydney, a tam często okazywało się, że zapewnienia nie zawsze odpowiadają rzeczywistości zastanej.

W książce Michaela Morpurgo jest dwoje narratorów i dwie opowieści. Pierwszym opowiadającym jest Arthur Hobhouse, mężczyzna, który jako kilkuletnie dziecko trafił na statek płynący z Liverpoolu do Sydney. Codzienność na australijskiej ziemi przypominała bardziej piekło niż obiecywany raj, a Arthur po udanej ucieczce z pierwotnego miejsca przeznaczenia starał się żyć tak, by móc kiedyś powrócić do Anglii i poszukać śladów własnej przeszłości.

Narratorką w drugiej części książki jest córka Arthura, Allie, która spełniając marzenie ojca płynie jachtem zbudowanym w warsztacie szkutniczym dziadka do Anglii. Dziewczyna prowadzi internetowy dziennik podróży, a jej najbliżsi próbują odnaleźć tajemniczą Kitty, która jest postacią łączącą Arthura z dzieciństwem. 

Trudno mi orzec, która z historii - łączących się wszak przez więzy rodzinne - była bardziej przejmująca. Ta o chłopcu, którego zmuszano do pracy ponad siły, czy ta o dziewczynie samotnie opływającej pół świata po to, by spełnić marzenia ojca. Zarówno historia Arthura, jak i Allie budzi wiele emocji, a przez spokojny, wyważony sposób ich przedstawiania robi naprawdę spore wrażenie.

Ze strony internetowej Autora wynika, że spod jego ręki wyszło około stu powieści. Jeśli się nie mylę "Samotność na pełnym morzu" jest czwartą wydaną o Polsce. Mam nadzieję, że wydawcy nie zarzucą idei przedstawiania polskim czytelnikom książek Michaela Morpurgo.

17 marca 2011

Duszka

Gdy trafiła do schroniska, 2 lutego, była tak zestresowana, że aż agresywna. Nie pozwalała się dotykać, nie można było nawet sprawdzić, czy jest kotką, czy kotem. Dostała imię Rodos. Zabraliśmy ją do domu 8 marca. Już wtedy wiedzieliśmy, że to dziewczynka. Pierwszy chwile w naszym domu spędziła za pralką i szafkami kuchennymi. Później odstawiliśmy pralkę robiąc kotce więcej miejsca, a sobie zapewniając spokojniejszą jej obserwację.
(Jeszcze w schronisku)

Dusia po pewnym czasie zaczęła wychodzić z łazienki powodowana, a jakże, wielką kocią ciekawością. W chwilach szczególnego zaciekawienia pozwalała się głasnąć, ale gdy leżała, a my podejmowaliśmy próby głaskania to najczęściej byliśmy gryzieni i drapani. Martwiliśmy się o jedzenie i picie, ale z kuwety korzystała, więc przestaliśmy się martwić aż tak mocno;)
(Kot pościelowy)

Rezydentki przyjęły nową kotkę nad podziw spokojnie. Nusią kilka razy zasyczała, ale już dziś próbowała bawić się z Dusią w ganianego. Sisi i Gusia dostrzegają przybysza, ale idealnie lekceważą po obwąchaniu pierwszego czy drugiego dnia.
(Dusia w mieszkaniu, Gusia na balkonie)

No, a jak przestaliśmy się martwić o jedzenie, to Duszka zaczęła ruję. Oprócz efektów wizualnych i dźwiękowych jest też tak, że kotka stała się naszą wielką przyjaciółką. Szykujemy się do sterylizacji, bo po niej - i ostatecznym przekonaniu Dusi do zaufania ludziom - będziemy szukać Kociastej domu. 

P.S. Gdyby ktoś chciał wesprzeć finansowo sterylizację Duszki to proszę o wpłatę na konto Niekochanych (w zakładce na górze strony) z dopiskiem "sterylizacja Rodosi". Proszę też zajrzeć na stronę z książkami - może coś się komuś spodoba i umówimy się na sprzedaż? :-)