30 kwietnia 2011

Iwona Czarkowska. Kazio i skrzynia pełna wampirów.


Wydane przez
Wydawnictwo Wilga

Skoro obiecałam krew, a do zakończenia lektury najnowszej książki o komisarzu Maciejewskim zostało mi jeszcze sporo stron, sięgnęłam po coś, co przynajmniej z tytułu, zapowiada krwiste historie. A tu - niespodzianka! Zacznę jednak od początku...

Tata Kazia jest malarzem i konserwatorem zabytków. Ponieważ to pierwsze zajęcie nie przynosiło zbyt wielu pieniędzy, częściej niż malowaniem, zajmował się zabytkami. Te zaś mają to do siebie, że w dużej części przypadków wymagają, aby to konserwator przyjechał do nich, a nie one do konserwatora. I tak oto - rodzina Kazia zamieszkała w Wampirzycach, domu, który należało poddać renowacji.  Chłopiec wraz z rodzicami, starszą siostrą, młodszym bratem i psem Wampirem wyruszyli ku nowemu miejscu zamieszkania. Miejscu tajemniczemu, niesamowitemu i kryjącemu w sobie różne ciekawostki. Na przykład wielką skrzynię na strychu, skrzynię przez którą wchodzi się do świata wampirów.

Z humorystycznych, dopasowanych do percepcji dziecka, opowiastek dowiedzieć się można czegoś nowego o obyczajach wampirów, ich ulubionych przekąskach, sposobie bycia. Niebagatelna jest też funkcja, w którą Autorka wyposażyła swoją historię - funkcja przełamywania stereotypów. Przyjaźń, która wydaje się być niemożliwa, a opiera się na różnorodności, zawiązuje się i trwa w najlepsze. Wampirza rodzina ma cudny dystans do rzeczywistości i to pod ich wpływem Kazio zaczyna spoglądać na wiele spraw odmiennie niż dotychczas.

Książka, mimo, że bez krwawa, a pachnąca czosnkiem, jest idealnym odczarowaniem istot niczym z horrorów, których mogą obawiać się dzieci. Cieszy mnie zapowiadana kolejna część historii Kazia i wampirów.

29 kwietnia 2011

6 rzeczy, których nie wiecie o kociokwiku

Abigail zaprosiła Kociokwik do zabawy - dziękujemy bardzo:-) Jako że dużo nas się pojawia w opowieściach kociokwikowych, więc każda z sześciu opisanych rzeczy dotyczyć będzie innej osoby.

1. Sisi chrapie. Cichutko i w wysokich rejestrach tonalnych, ale zdecydowanie chrapie.
2. Gusia pokochała pudełko w drapaku - spędza tam wieczory.
3. Nusia ma krzywe nóżki, szczególnie tylne, co widać wyraźnie, gdy patrzy się na odchodzącą Kocinkę.
4. Duszka ma jeden czarny pazurek; pozostałe ma różowe.
5. Kavka ogląda telewizję.
6. Ciri gryzie rowerzystów w kostki i musi chodzić w kagańcu.

Nie typuję nikogo, bo nie wiem kto już został poproszony o wyjawienie tajemnic.

Agnieszka Błotnicka. Koniec wiosny w Lanckoronie.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Agnieszkę Błotnicką kojarzyłam z dwóch powieści przygodowych dla młodzieży. Po opowieść o Magdzie przezywającej koniec wiosny w Lanckoronie sięgnęłam wiedziona ciekawością - czy pisanie dla młodzieży  mocno różni się od pisania dla dorosłych?

Magda jest kobietą o dużych rozmiarach. Rozstaje się z facetem i choć większość osób z jej otoczenia sądzi, iż to tusza dziewczyny była przyczyną odejścia Filipa, Magda jest przekonana, że to, coś co wydarzyło się podczas wizyty obydwojga u znajomych w Konstancinie miało wpływ na ich rozstanie. Nieco zgnębiona bierze urlop i wyjeżdża w siną dal ;-). Trafia do Lanckorony, podejmuje decyzje o schudnięciu i już podczas pierwszego spaceru nabawia się kontuzji.

Życie Magdy, dotychczas w dużej mierze skupione na pracy i ukochanym mężczyźnie, w oddaleniu od obydwu tych czynników nabiera nowego znaczenia. I choć sama bohaterka przyznaje, że odkąd zaczęła dietę nie jest w stanie myśleć o niczym innym niż jedzenie, to jednak zastanawia się, zmienia swoje patrzenie na otoczenie, na ludzi bliskich i tych zupełnie obcych zmagających się z żywiołem.

W walce z nadmiernymi kilogramami bohaterka wykazywała się największym poczuciem humoru. Bo jakże by inaczej podsumować taka obserwację:

I strach pomyśleć, co by się stało, gdyby matki i babcie od wieków stosowały drakońskie diety. Co pachniałoby w takich domach? Co wspominałyby wyrośnięte już dzieci? Zapach chudej pręgi wołowej? Opary gotowanego dorsza z marchewką? Mdły aromat warzyw z wody? [s.123]

"Koniec wiosny w Lanckoronie" to spokojna opowieść lekko zabarwiona humorem. Celne spostrzeżenia Autorki włożone w usta Magdy dodają książce pikanterii.

P.S. Po kilku lekturach miłych, serdecznych i przyjaźnie nastrojowych łaknę krwi :-)

28 kwietnia 2011

Ewa Nowak. Krzywe 10.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

Z bohaterami książki Ewy Nowak wyruszyłam na Mazury, w okolice położone na południe od Mrągowa. Kilkoro młodych ludzi w towarzystwie kogoś z przedstawicieli pokolenia dorosłych spędza wakacyjne dni nad jeziorem Krzywe. W pierwszej chwili, tuż po rozpoczęcie lektury, miałam wrażenie jak gdybym przyszła do czyjegoś domu, na czyjeś podwórko i usiłowała szybko poznać zgromadzonych tam ludzi - dostrzec łączące ich relacje, stopnie pokrewieństwa, przyjaźnie. Później - wraz z zagłębianiem się w książkę - nieco uspokoiłam swoją potrzebę zlustrowania bohaterów, a przez to - przyglądanie się im stało się przyjemniejsze.

Tym, co szczególnie uderzyło mnie w tej powieści Autorki, jest to, że Ewa Nowak nie dokonuje podziału na sprawy starszych i młodszych. W jej powieści równie ważne jak zakochanie Dominiki i gniew Witka na ojca są rozważania związane z adopcją dziecka Ewy i Krzysztofa. Wiek nie jest barierą, podobnie jak to, jak coś zwane obiektywnym spojrzeniem; dla każdego z bohaterów ważne jest to, czego doświadcza i w ten subiektywny sposób udało się Ewie Nowak przedstawić, w jednej książce, odczucia kilkunastu osób. 

Po raz kolejny to napiszę - czytajcie Ewę Nowak:-)

Agnieszka Tyszka. Miłość niejedną ma minę.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Julianna ma lat piętnaście i rozwodzących się rodziców. Owo rozstanie nie jest jednak najgorszą rzeczą, jaką w mniemaniu Julianny, robią jej rodzice. Zdecydowanie najgorsze jest to, że i mama, i tata dziewczyny mają już nowych ukochanych - Gerard planuje wprowadzić się do mieszkania, w którym dotychczas mieszkała Julianna z mamą, a Monika - przyszła żona taty - wkrótce urodzi Juliannie siostrzyczkę. Dziewczyna trafia do domu cioci, starszej pani, która pomaga rozżalonej nastolatce spojrzeć na nowo na sytuację w jakiej się znalazła, uczy ją jak nabrać dystansu i otacza miłością bardzo potrzebną Juliannie czującej, że rodzice ja zawiedli.

To moje pierwsze spotkanie z Panią Agnieszką Tyszką i jestem przekonana, że nie ostatnie. Bardzo podoba mi się to, jak Autorka pisze, z jaką życzliwością przedstawia swoich bohaterów. Wydarzenia z życia Julianny, które pozornie nie sprzyjają jej dobru stają się dla niej okazją do nowych doświadczeń, do wydoroślenia emocjonalnego, do zerknięcia na siebie przez pryzmat innych, a przede wszystkim do dostrzeżenia innych osób wraz z ich radościami, problemami, smutkami i szczęściem.

Książka, mimo, że kierowana przede wszystkim do młodzieży, wydaje się być dobrą lekturą także dla starszych niż nastolatki osób. Mnie czytało się ja wyśmienicie.

27 kwietnia 2011

Po świętach, a może raczej - po gościach

Podczas pobytu gości Gusi szczególnie mocno spodobało się łóżeczko dziecięce. Przesypiała w nim większość dnia, a i wieczorem trzeba ja było wyjąć z łóżeczka, gdy chciało się tam włożyć dziecko.

Gdy goście wyjechali, a przed tym złożyli łóżeczko, Gusia przeniosła się na tapczan. Spała tam popołudniu, spała wieczorem i nawet to, że kładłam się obok niej nie spowodowało rezygnacji z wygody. Jednak, gdy już leżałam Gusiątek poszedł do miski, a wrócił chwilę po tym jak zgasiłam światło. Kocinka podeptała nieco po moich plecach i ułożyła się na czekające na Z. poduszce, tuż obok mojej twarzy. Byłam mocno zdziwiona, ale i równie mocno zadowolona. Spałyśmy razem długo w noc:-)

A dziś popołudniu wszystkie trzy buraski spały na tapczanie ogon w ogon:-)

Hanka Lemańska. Chichot losu.


Wydane przez
Wydawnictwo Alex Springer
 & Wydawnictwo Zysk i S-ka

Okres świąteczny sprzyjał literaturze lekkiej i takie, którą można bez żalu porzucić na rzecz spaceru z siostrzenicą:-) Książka Hanki Lemańskiej spełnia te warunki i była doskonałą, na czas ów, lekturą.

Joanna jest młodą, wykształconą, dążącą do sukcesu i braku zobowiązań kobietą. Na prośbę koleżanki reaguje z niechęcią, ale ostatecznie decyduje się ją spełnić. O co Joannę prosi Elżbieta? O opiekę, trzydniową, nad Łukaszem i Aśką oraz rudym kotem. Gdy okazuje się, że kilkudniowa opieka zamieni się w długotrwałą, bo Elżbieta zginęła w wypadku, życie Joanny staje na głowie. Musi przywyknąć do dzieci, do troszczenia się o nie, a odzwyczaić od spokojnego przesypiania nocy, pełnej dyspozycyjności w pracy i innych zwyczajów, które wypełniały jej życie.

Historia o kobiecie, nie ukrywajmy, dość egoistycznej i konsumpcyjnie nastawionej do życia, która nagle zmienia się w przykładną matkę (acz zastępczą) jest w moim odczuciu tak nieprawdopodobna, że aż miła w lekturze. Miła tak, jak na przykład bajka, w której wszystko dobrze się kończy.

Marta Fox. Iza Buntowniczka.


Wydane przez
Wydawnictwo Akapit Press

Iza Buntowniczka to ta sama dziewczyna, którą czytelnicy poznali w książce pt. "Iza Anoreczka". Dziewczyna, po rozwodzie rodziców ma dwa takie same pokoje, bo pomieszkuje to u mamy, to u taty. Matka Izy chce w córce urzeczywistnić swoje marzenie o zabłyśnięciu w świecie mody, ojciec i jego nowa żona są normalniejsi.

Kolejny raz Marta Fox dotyka problemów z jakimi mierzą się młodzi ludzie i robi to nader udanie. Iza chce móc wypić czekoladę, chce mieć kogoś bliskiego, a w tym wszystkim uświadamia sobie, jak mało interesowała się innymi ludźmi zapatrzona w wskaźnik wagi i tabele kaloryczności. Skupienie się na radościach i problemach znajomych pozwala dziewczynie na zmianę stosunku do siebie samej i oczekiwań względem życia.

Wielbicielkom polecam, choć pewnie nie trzeba, a tych, którzy jeszcze nie poznali książek Marty Fox, zachęcam, aby poznali jej bohaterów.

26 kwietnia 2011

Ewa Nowak. Wszystko, tylko nie mięta.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

Długo zastanawiałam się kogo przypominają mi rodziny obecne w książkach Ewy Nowak. Przy książce "Wszystko, tylko nie mięta" doznałam olśnienia i już wiem...

Mieszkanie Gwidoszów, rodziny składającej się z rodziców i trojga dzieci, jest lekko zabałaganione, wypełnione po brzegi, a ów wypełniacz w dużej części stanowią książki. Do rodziny należą kot o imieniu Pies oraz pies o imieniu Łapa. Zarówno rodzice, jak i dzieci, mają wiele znajomych, przedziwne pomysły, a wszystko to rozgrywa się w atmosferze serdecznego zainteresowania sobą wzajemnie. Ale nawet w tak dobrej rodzinie, jak rodzina Gwidoszów, mogą - pod pozorem normalności - skrywać się ważne problemy.

Z każdą kolejną, przeczytaną książką Ewy Nowak umacniam się w przekonaniu, że świat kreowany przez Autorkę i wydarzenia przez nią opisywane są doskonałą odpowiedzią na oczekiwania nastolatków oraz ich rodziców.

Dobrze mi robi lektura książek Pani Ewy Nowak. Tak dobrze, że w czasie Świąt przeczytałam jeszcze "Krzywe 10". Ale o tym już nie dziś:-)

A kogo przypominają mi rodziny opisywane przez Autorkę? Pamiętacie Leśniewskich z książek Krystyny Boglar? Mam wrażenie, że bohaterów książek obu Pań wiele łączy.

24 kwietnia 2011

Zwycięzca śmierci, piekła i szatana wychodzi z grobu dnia trzeciego z rana.
Naród niewierny trwoży się, przestrasza na cud Jonasza. 
Alleluja!
Ziemia się trzęsie, straż się grobu miesza, anioł zstępuje, niewiasty pociesza:
"Patrzcie, tak mówi, grób ten próżny został, Pan zmartwychpowstał." 
Alleluja!
Ustąpcie od nas smutki i trosk fale, gdy Pan Zbawiciel triumfuje w chwale:
Ojcu swojemu już uczynił zadość, nam niesie radość. 
Alleluja!
Przez Twe chwalebne Chryste zmartwychwstanie, daj w łasce Twojej stateczne wytrwanie
i niech tak w chwale jakoś Ty, również my zmartwychwstaniemy. 
Alleluja!


Radosnego świętowania Wielkiej Nocy!

23 kwietnia 2011

Radosnego Alleluja!

Danuta Noszczyńska. Historia nie Magadaleny.


Wydane przez
Wydawnictwo Philip Wilson

Debiutancka powieść Danuty Noszczyńskiej nie od razu staje się zajmująca. Postać bohaterki, tkwiącej w dziwnym związku, w którym kompletnie zatraciła siebie, samoświadomość i instynkt troski o siebie, może z pozoru zniechęcać. Okazuje się jednak po chwili, że Magdalena będąc kobietą porzucona przez męża rozkwita, zaczyna samodzielnie myśleć i wyjeżdża z miasta, by odwiedzić stryjnę. W wiejskim domu wracając do Magdaleny sny, które już niegdyś śniła, sny o rudowłosej piękności i wołającym rozpaczliwie dziecku. Kim są postacie ze snów? Dlaczego właśnie w domu Matyldy nawiedzają główna bohaterkę?

Im dalej w powieść, tym ciekawiej. Choć podejrzliwie traktuję wszelkie wątki wróżbiarskie w literaturze ten wydawał mi się w miarę dobrze umotywowany. Cieszę się, że sięgnęłam po pierwszą z powieści Danuty Noszczyńskiej - dzięki temu wiem, że bardziej odpowiada mi klimat tych późniejszych. Tych, w których bohaterki są zawadiackie, rzeczywistość, mimo, że mało prawdopodobna, to jednak realna, a powód do uśmiechu znaleźć można dość często.

Renata Piątkowska. Gdyby jajko mogło mówić i inne opowieści.


Wydane przez
Wydawnictwo BIS

Chyba nie ma lepszego dnia na lekturę tej książki, a przez to na rozmowę o zwyczajach, niż Wielka Sobota. Renata Piątkowska opisała bowiem dziewięć obyczajów, z których dwa - malowanie pisanek i śmigus-dyngus - dotyczą Wielkiej Nocy.

Niegdyś wierzono, że jajko wrzucone w ogień pomoże ugasić pożar, a turlane po ciele wyciągnie z niego chorobę. Malowanymi jajkami dzielono się z przyjaciółmi, sąsiadami w czasie Świąt, a panny myły włosy w wodzie, w której gotowano jajka wierząc, że tym sposobem zapewnią sobie piękną, bujną fryzurę. Podobne ciekawostki możemy znaleźć w zbiorze "Gdyby jajko..." na temat innego wielkanocnego zwyczaju, a także na temat Sylwestra i Nowego Roku, Mikołajek, Andrzejek i innych zakorzenionych w naszej tradycji obyczajach, o pochodzeniu których wiemy - niestety - coraz mniej. Książka Renaty Piątkowskiej pozwoli nam uzupełnić wiedzę, a że napisana jest szalenie przyjaznym językiem i jej bohaterowie są niczym nasi dobrzy znajomi, ciekawa opowieść daleka jest od tego, co kojarzyć nam się może ze szkolną edukacją, choć przecież naucza.

Jeśli zatem na stole stoi już święconka, baby drożdżowe już się studzą, a przez świeżo umyte okna zagląda do Was słońce, to nie pozostaje Wam nic innego niż poczytać dziecku  o tym, co by było "Gdyby jajko mogło mówić i inne opowieści".

22 kwietnia 2011

Dawid Rosenbaum. Zapachy miast (wygrywajka)

Dziś mam dla Was książkę Autora znanego czytelnikom pisma "Bluszcz". Od 21 kwietnia - wedle zapowiedzi przysłanej mi przez Wydawnictwo Elipsa - "Zapachy miast" są do kupienia w Empikach. 

„Zapachy miast” to intrygująca podróż po przeróżnych zakątkach świata. Autor odkrywa przed nami tajemnice Nowego Jorku, Amsterdamu. Niczym osobliwy przewodnik zabiera czytelnika do Tajlandii, Maroko, Egiptu i  Francji,  ale zamiast szukać (odkrytych już) zabytków, oddaje się smakowitym potrawom i zmysłowym przyjemnościom.

Teksty zebrane w cyklu wyróżniane były za niezwykłą nastrojowość, pogodne i pełne ciepła postrzeganie świata oraz umiejętność łączenia wspomnień z pozornie nieistotnymi detalami chwili obecnej. To książka dla wszystkich poszukujących nowego spojrzenia na zjawisko podróżowania.(inf. nadesłana)


Chętni proszeni są o zostawienie komentarza pod wpisem. Losowanie jutro, po 8 rano. Zapraszam:-)


*   *   *
Przepraszam za opóźnienie. Dziewczynka niespełna czteroletnia ma inne, niż ja, poczucie czasu;-) Przechodząc jednak do meritum:
Dabarai proszę o kontakt na m1b1m1m@gmail.com 
Gratuluję:-)

21 kwietnia 2011

Dorota Gellner. Dzieci w ogrodzie.


Wydane przez
Wydawnictwo Wilga

Cóż za piękna książka... Tekst idealnie współgra z ilustracjami, ilustracje stają się dopełnieniem tekstu i wzbogacają go.

"Dzieci w ogrodzie" to niebanalna książka. To album zabierający nas w magiczny świat. Zachęca do odkrywania urody w zwyczajnych zdawałoby się okolicznościach, do docenienia Natury i jej urokliwego dobra.

Autorka zaprasza czytelników, nie tylko małych, ale także dorosłych do odpoczynku pod bzem, do lenistwa w hamaku, do śledzenia nocą rozgwieżdżonego nieba nad ogrodem, brodzenia w zamoczonej deszczem trawie i zachłystywania się szczęściem przebywania w miejscu, gdzie i tajemnic jest wiele, i wielu mieszkańców.


Powyższa ilustracja przedstawia bohaterkę wiersza o ostach, a ja chciałabym Wam zacytować frazy o jesieni:-)
Wpadłam w jesień! Wpadłam po uszy! Zaplątałam
się w cień starej gruszy! Chcę się ruszy, ale nie
mogę. Gruszy cień trzyma mnie za nogę!

Sad mnie woła szumem, szelestem... W samym
środku jesieni jestem!

Serdecznie polecam:-)

20 kwietnia 2011

Wyniki wygrywajek:-)

Przypominam, że "Niewzruszenie" Ewy Nowak, ufundowane przez Wydawnictwo Egmont, wygrały Hordubal (która już się ze mną skontaktowała) i K. (którą proszę o kontakt na m1b1m1m@gmail.com; jeśli nie uda się nam skontaktować w sobotę wybiorę innego zwycięzcę).


Książka "Czarne koty i prima aprilis", ufundowana przez księgarnię Amazonka.pl trafia w wyniku losowania człowieczą maszyną losującą trafia do Aspartate. Proszę o przesłanie adresu pocztowego na m1b1m1m@gmail.com. Gratuluję! Zapraszam w piątek :-)

Miłość wbrew;)

Sisi od kilku dni budzi mnie nieco po wschodzie słońca. Ledwie przytomna wchodzę do przedpokoju martwiąc się co się dzieje z kotami, skoro budzą. Oczywiście na moje pojawienie się Sisulka reaguje radosnym podskokiem, kwikiem i ucieczką. Powinnam ją gonić, ale jakoś przed szóstą rano nie mam sił. Ani energii też nie mam.

Z. ma inny kłopot. Gdy kładzie się spać bardzo późno w nocy koty natychmiast odczuwają potrzebę skorzystania z kuwety. Wszystkie cztery. Wszystkie potrzeby. Oczywiście jest zachowana hierarchia stada - zaczyna jedna, a po skorzystaniu z kuwety sprząta. Sprząta tak długo, aż Z. wstanie i pomoże. Z. wraca do łóżka i za chwilę z łazienki dobiega kolejne sprzątanie. Później jeszcze jedne i jeszcze, a później kolejka zaczyna się na nowo...

Nie zrozumcie nas źle. My naprawdę kochamy nasz Kociaste i nie wyobrażamy sobie życia bez nich:-)

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak. Niebieskie migdały.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Zmęczoną będąc potrzebowałam czegoś miłego, śmiesznego i zajmującego. Spośród książek czekających na półce na lekturę wybrałam debiutancką powieść Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak i nie zawiodłam się. Podśmiewając się po cichu i śmiejąc się całkiem głośno czytałam, czytałam, czytałam, aż do ostatniej strony nie zważając na upływ czasu.

Balbina, przedstawiająca się jako Ina, ma kochających rodziców, w tym lekko zaborczą i szajbniętą mamę, ciekawą pracę i przeżywa (abo tak się jej wydaje) miłość swojego życia. Gdy jednak owa miłość wydaje owoc Ina zostaja porzucona i zamiast cieszyć się u boku ukochanego mężczyzny rosnącym brzuszkiem rozpoczyna z właściwą sobie energią życie samotnej matki.

Autorka doświadcza bohaterkę baby bluesem, bo - jak przyznaje w wywiadach - sama poczuła się zaskoczona tym, co niesie ze sobą macierzyństwo i jak bardzo codzienność matczyna różni się od tej z telewizji i kolorowych magazynów.

Książka nieco śmieszy, nieco nastraja refleksyjnie, nieco rozczula wątkiem miłosnym, ale jakąkolwiek podjąć by próbę jej zaklasyfikowania, trzeba wiedzieć, że to książka przede wszystkim dla kobiet, choć nie tylko matek. 

"Niebieskie migdały" to pierwsza powieść Katarzyny Zyskowskiej-Ignaciak. Latem ukaże się kolejna, a ja - nie ukrywam - czekam na nią z dużą niecierpliwością:-)

Czarne koty (wygrywajka)

Kolejna odsłona wygrywajki związanej ze świętowaniem Tygodnia Książki odbywa się dzięki uprzejmości księgarni Amazonka.pl. Mam dla Was egzemplarz książki Harry'ego Olivera pt. "Czarne koty i prima aprilis" traktującej o przesądach i ich pochodzeniu.


Wystarczy tylko zostawić komentarz opisujący przesąd, w który wierzycie:-) Losowanie o dziewiątej wieczorem - zapraszam!

19 kwietnia 2011

Lektury nie tylko dla kobiet w "Czytam", e-magazynie o książkach

Jest mi niezmiernie miło napisać, że w najnowszym numerze magazynu "Czytam" poświęconego wiośnie i kobietom ukazały się moje literackie typowania książek, po które sięgać mogą nie tylko kobiety. 

Zapraszam:-)

Lauren St. John. Opowieść słonia.


Wydane przez 
Wydawnictwo W.A.B.

"Opowieść słonia" to ostatnia książka z cyklu o białej żyrafie. Ostatnia, ale wcale nie najsłabsza. W tej historii okazuje się, że dom Martine i jej babci oraz cały rezerwat może przejść w obce ręce, na własność kogoś, kto w miejscu ich spokojnego i przyjaźnie nastawionego wobec zwierząt parku będzie chciał zrobić inny park - rozrywki i safari, a elementem pobudzającym ciekawość i działającym magnetycznie na klientów miałby się stać Jemmy, biała żyrafa.

Aby dowiedzieć się kim jest i co naprawdę knuje Ruben James, Martine i Ben przekradają się do samolotu mężczyzny i kilka godzin później zostają sami na pustyni w Namibii, czyli - jak przekonacie się patrząc na mapę - dość daleko od domu.

W czasie tej podróży Martine konstatuje, że choć lubi zwierzęta i żyje w ich towarzystwie, o słoniach wie mało, nikczemnie mało. Sytuacja w jakiej znalazła się dziewczyna, pozwala jej na błyskawiczne uzupełnienie podstawowych braków w wiedzy i prowadzi do wniosku, że wiedzieć więcej jest lepiej niż mniej.

Polubiłam książki Lauren St. John za ich klimat, za obcowanie człowieka z naturą. Polubiłam tak bardzo, że nie przeszkadzało mi to, iż są opowieściami z tezą - Ratujmy Ziemię! Dbajmy o Ziemię! Szanujmy Naturę! Choć sama daleka jestem od manifestów przychylam się do wołania Autorki i cieszy mnie to, że potrafiła w powieściach przygodowych zawrzeć elementy edukacyjne.

Żal rozstawać się z Martine, Jemmym i Sawuboną.

18 kwietnia 2011

"Niewzruszenie" czas zacząć Światowy Tydzień Książki (wygrywajka)

Z radością witam tegoroczny Światowy Tydzień Książki. Czekanie na 23 kwietnia, na Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich, pragnę przy wsparciu przyjaznych osób reprezentujących miejsca szczególnie bliskie książkolubom, umilić Wam wygrywajkami. 


Zaczynamy dziś, od książki Ewy Nowak pt. "Niewzruszenie", którą za moim pośrednictwem chce przekazać Wam Wydawnictwo Egmont. Książki są dwie, a ponieważ bohaterami najnowszej powieść Ewy Nowak są siostra i brat, to aby wziąć udział w wygrywajce trzeba zostawić w komentarzu odpowiedź na pytanie "Co jest najlepsze w posiadaniu brata/siostry?".


Spośród Waszych wypowiedzi wybrane zostaną dwie, które spodobają się najbardziej jury składającemu się z kobiety i mężczyzny, siostry i brata:-) Głosy zbieram dziś do ósmej wieczorem i jeszcze dziś opublikuję wyniki. Zapraszam!

*   *   *

Jury obradowało długo i burzliwie. Udało się osiągnąć zgodę i wskazano mi na dwie wypowiedzi, które członkowie jury życzą sobie nagrodzić. Oto one:

Ja mam dwóch braci i za nic w świecie nie chciałabym mieć siostry:) Moi bracia są wspaniali. Zawsze służą dobrą radą i mają całkiem inne spojrzenie na niektóre sprawy, inne niż kobiety:) No i przede wszystkim nie musimy się wymieniać ubraniami i biżuterią:) Ale w czasach kiedy chciałam być punkiem pożyczałam od braci długie, wyciągnięte swetry:)


W takich chwilach, w których wszyscy wydają się obcy i chłodni, kiedy nie mogę wytrzymać z samą sobą i nic nie sprawia przyjemności, NAJLEPIEJ jest wziąć książkę i herbatę, wpakować się siostrze do pokoju i wleźć jej pod kołdrę. O niczym nie rozmawiać, po prostu siedzieć sobie razem w maleńkim pokoiku z oknami na trzy strony świata :)


Bardzo proszę autorów nagrodzonych komentarzy o przesłanie adresu pocztowego na adres: m1b1m1m@gmail.com 

Gratuluję i zapraszam na kolejną wygrywajkę w środę:-)

17 kwietnia 2011

Niedzielnik nr 18


Ostatnio kupiłam w markecie "O bibliotece" Umberto Eco. Za 5 złotych. Kilka lat temu pożyczyłam tę książkę z biblioteki i nosiłam ją przy sobie nieodmiennie zachwycona treścią. Co więcej - siedząc na jakimś nudnawym wykładzie przepisałam sobie kluczowe fragmenty. Jeśli jeszcze nie znacie "O bibliotece" - postarajcie się to zmienić i przeczytajcie esej Umberto Eco :-)

*   *   *

Dziś Niedziela Palmowa. Za tydzień Wielkanoc, a zanim nadejdzie Zmartwychwstanie - Triduum Paschalne. Długo nie zdawałam sobie sprawy z ważnej roli tych trzech dni. Teraz jestem świadoma ich znaczenia, a co za tym idzie - przeżywam je mocniej. Czy dla Was Wielkanoc i dni ją poprzedzające są ważne? Czy obchody Świąt są rytuałem kulturowym? Czy dbacie o barwienie jaj, poświęcenie pokarmu? Mam wrażenie, że tradycja związana z Wielkanocą zanika pod plastikowymi ozdobami produkowanymi w Chinach, sztampowymi zajączkami i jajkami ze styropianu.


*   *   *
Dziś przeczytałam komunikat, że Ars Polona nie zorganizuje w tym roku Międzynarodowych Targów Książki. I nie wiem, co o tym myśleć. Z jednej strony - trochę mi żal. Bo tradycja, bo to już ponad pięćdziesiąt lat. Ale z drugiej strony - jak pisze Alojzy Kuca w tym artykule - przeszłość ciąży nad Ars Poloną i hamuje jej rozwój.

*   *   *

Od jutra zaczniemy na blogu świętowanie Światowych Dni Książki. Będę miała dla Was kilka niespodzianek. Zapraszam serdecznie:-)

16 kwietnia 2011

Robert Wright. Ewolucja Boga.

Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Robert Wright to jeden z tych autorów, którzy są multidyscyplinarni. „Ewolucja Boga” jest książką, którą, żeby napisać, trzeba znać się na filozofii nauki, psychologii ewolucyjnej, historii, religii, teorii gier, kognitywistyce i zapewne na paru innych dziedzinach. Ta książka to historia religii, historia idei jakie ludzie mieli na temat bogów. Wright zaczyna od animizmu, a później poprzez szamanizm, religie okresu wodzostw, bogów starożytnych państwa, politeizm, monolatrię, monoteizm i Logos, dochodzi do chrześcijaństwa i islamu. Na końcu mamy „Posłowie” oraz „Dodatek”, dwa osobne znakomite artykuły.

Wright pokazuje, jak w okresie ostatnich kilku tysięcy lat kształtowały się ludzkie intuicje na temat bogów czy rzeczywistości transcendentnej i robi to znakomicie. Trzeba kilku rzeczy żeby napisać tak dobrą książkę, jak „Ewolucja Boga”, a mianowicie trzeba mieć wiedzę, trzeba mieć do opowiedzenia ciekawą historię i trzeba umieć tę historię opowiedzieć. Wright wiedzę ma, historia, którą opowiada, to jedna z najciekawszych historii w dziejach, no i autor opowiada ją pięknie.

Przy okazji prezentowania rozwoju idei religijnych, Wright przekazuje mnóstwo wiadomości z rozmaitych dziedzin naukowych i porusza tematy, wydawałoby się, niekoniecznie mające związek z religią; chodzi o kwestie takie, jak moralność, relacje z innymi ludźmi, które mogą być relacjami o sumie zerowej albo niezerowej, to, kto dla nas jest swój, a kto obcy i dlaczego itd. Gdyby tak wyłączyć wątek dotyczący religii, to z reszty powstałaby znakomita książka.

Wright, który w żadnym razie nie jest teistą, sugeruje, że może być jakiś Bóg, rzeczywisty Bóg, a przesłanką do postawienia takiej hipotezy jest istnienie porządku moralnego. Wright nie rozstrzyga, czy chodzi o transcendentny porządek, czy, tak to ujmę, porządek nasz, ziemski. Nie rozstrzyga, bo tego nie da się rozstrzygnąć, ale swoją intuicję przedstawia i snuje kapitalne rozważania na ten temat, kończąc je tymi słowy, które dla mnie są najpiękniejszymi słowami w tej książce:

„Można by powiedzieć, że miłość i prawda to dwie podstawowe manifestacje boskości, w których możemy uczestniczyć, a uczestnicząc w nich, stajemy się prawdziwszą manifestacją boskości. Równie dobrze można by tak nie powiedzieć. Chodzi mi tylko o to, że nie trzeba być wariatem, by tak mówić.” 

*   *  *

"Ewolucję Boga" kupicie w księgarni

15 kwietnia 2011

Andrzej Ziemiański. Achaja. Tom 1.


Wydane przez
Wydawnictwo Fabryka Słów

Nie wiem z jakich powodów nie zetknęłam się dotychczas z trzytomową opowieścią o księżniczce Achai Andrzeja Ziemiańskiego. Dziwne to jest tym bardziej, że czytany wieki temu "Breslau forever" podobał mi się i obiecałam sobie poszerzenie znajomości z Autorem.

Tytułowa Achaja jest córką księcia Archentara jednego z wielkich książąt Królestwa Troy. Bohaterów poznajemy w chwili, w której do książęcego domu dostarczono powołanie do wojska, dla Achai. Sytuację postanowiła wykorzystać macocha dziewczyny - młodsza od niej, brzydsza i o wiele bardziej złośliwa - i zrobić wszystko, aby Achaja do wojska poszła, ale już niekoniecznie z niego wróciła.

Równolegle do historii dziewczyny śledzimy losy pisarza świątynnego, Zaana oraz chłopaka udającego książęcego syna, Siriusa, którzy będąc w ówczesnej hierarchii społecznej nikim, postanowili sięgnąć ku bardzo wysoko postawionym celom.

Trzeci wątek skupia się na postaci czarownika Meredihta, któremu dane rozmawiać było z Bogiem, a później skusić się na słowa Wielkiego Kłamcy, by ratować własne istnienie.

"Achaja" to dobrze napisana powieść przygodowa. Autor daje czytelnikom w doskonałych proporcjach walkę, piękne kobiety, silnych i mądrych mężczyzn, politykę, a okrasza to wszystko rewelacyjnymi obserwacjami natury socjologicznej, których sens dotyka nas i naszych przekonań.

Kiedy przyjechał do tego miasta, do jego rojnych ulic, placów, licznych targowisk, wspaniałych budowli, dostrzegł wśród nich publiczną bibliotekę. Tak! Było tu coś takiego jak biblioteka... publiczna. Dla wszystkich. Za śmieszną opłatą każdy, dosłownie każdy mógł nasycić oczy widokiem stron w księgach, których liczba wielusetokrotnie przekraczała to, co widział w swojej świątyni (...). 
Te wszystkie księgi, które w świątyni opatrzono pieczęciami najwyższej tajności, które były dostępne tylko dla wtajemniczonych i tylko za wyjątkową zgodą najwyższego kapłana, tu... poniewierały się na półkach dostępne dla każdego chłopa, jeśli tylko chłop umiał czytać i chciałoby mu się z jakichś przyczyn zajść do biblioteki. Cała wiedza, wszystko, co przeczytał przez trzydzieści lat swojego życia, stawiało go tutaj najwyżej w rzędzie... No, powiedzmy, prowincjonalnego nauczyciela przygłupich dzieci. [ss. 271-272]

To, co zacytowałam, to jeden z tych fragmentów, który wywołał u mnie śmiech. Wierzcie - jest ich sporo.

Czytając "Achaję" nie zauważyłam upływu czasu. Ocknęłam się kilka minut po drugiej, wraz z ostatnią kartką powieści. Zamiast iść spać, wiedziona olbrzymią ciekawością porzuciłam na chwilę łóżko i zdziwione koty i przyniosłam do sypialni kolejny tom. Zasnęłam po trzeciej;-)

Dariusz Szymaszek odpowiada na Wasze pytania

Przy okazji kwietniowej wygrywajki zadawaliście pytania Dariuszkowi Szymaszkowi. Poniżej znajdziecie Wasze pytania i odpowiedzi Autora. Dziękuję za wspólną pracę:-)


Spellbox: Czy lubi Pan odpowiadać na pytania? 


Dariusz Szymaszek: Tak, jeśli są ciekawe i dotyczą książki.  Lubię poznawać myśli innych ludzi, szczególnie kiedy odnoszą się do mojej twórczości. Mniej, gdy poruszane są kwestie z mojego życia osobistego.

Toska82: Jaka jest Pana ulubiona książka z dzieciństwa? Czy od dziecka chciał Pan pisać książki, tworzyć własnych bohaterów i mieć na nich wpływ?

DS: Ulubione książki z dzieciństwa to „Łysek z pokładu Idy” oraz „Hrabia Monte Christo”. Te pozycje na stałe ukształtowały moją wizję wolności. Było wiele lepszych, lecz te dwie jako pierwsze zmieniły mój światopogląd i rozkochały w literaturze.
Nie chciałem nigdy pisać książek, gdyż przerażała mnie sama myśl o stworzeniu czegoś tak obszernego. Patrząc wstecz, mogę stwierdzić, że „Las Dusz” powstał zupełnie przypadkiem. Jakoś tak samo wyszło – miało być opowiadanie, ale za głęboko wszedłem w las tajemnic i bohaterowie nie pozwolili mi go już zbyt szybko opuścić.

Paula: Jak zaczęła się Pana przygoda z pisaniem?
Alina: Pisanie jest Pana sposobem na życie, czy zaczął Pan to robić przypadkiem, bez wcześniejszych planów?

DS: W dzieciństwie miałem problem z wymową, a widomą sprawą jest, że dzieci w szkole do delikatnych nie należą. Zauważyłem, że o wiele łatwiej jest mi się wyrazić poprzez słowo pisane, niż mówione. Zacząłem więc pisać listy, setki listów. Teraz mogę powiedzieć, że był to wstęp do pisarstwa. Następne kroki stawiałem pisząc opowiadania i wiersze. „Las Dusz”, jak już wspominałem, powstał zupełnie nieplanowanie.
Nie wiążę z pisarstwem swoich życiowych planów. Jest to dla mnie wyłącznie hobby, forma spędzania wolnego czasu i tak do tego podchodzę. To nie tyle sposób na życie, co łapanie oddechu, odskocznia od problemów czy ładowanie akumulatorów.

Slonce: Od kiedy Pan pisze? Jak dług pisze się powieść? Ja długo pisał Pan "Las dusz"?
o: Jak się pisze powieść?
Malineczka74: Jakie jest Pańskie ulubione miejsce do pisania, pora dnia? Czy towarzyszy temu jakiś wybrany gatunek kawy, herbaty, może jakaś przekąska? Czy słucha Pan przy pisaniu jakieś wybranej muzyki ?

DS: Pisanie jest sprawą indywidualną. Nie można określić jak długo, w jaki sposób czy przy jakiej muzyce najlepiej pisać. Często padają pytania o ulubioną porę dnia czy miejsce, które sprzyjają powstawaniu fabuły. Zawsze mam tę samą odpowiedź: każdy musi znaleźć swój własny sposób.
Mogę napisać, że „Las Dusz” powstał przy jednym utworze: „Brothers in Arms” zespołu Dire Straits. Zaleta była oczywista, od razu zanurzałem się w klimacie powieści, dzięki czemu zaoszczędzałem kilka minut przed każdym powrotem do lasu i jego tajemnic.
Z tego samego powodu moją nową książkę piszę przy „Somewhere a clock is ticking” kapeli Snow Patrol oraz „Don’t forget me” Way Out West. Jest to jednak tylko i wyłącznie mój sposób, który prowadzi do postawionego celu. Jeśli jednak komuś odpowiada cisza lub AC/DC, to śmiało, chodzi o to, by się zrelaksować i uciec od rzeczywistości na kilka godzin. Jak w życiu, trzeba znaleźć swoją indywidualną ścieżkę do szczęścia. Poradniki w stylu „jak pisać powieści” są pomocne, ale nie można się na nich wzorować. Powinny tylko wskazywać ogólny kierunek, a nie technikę pisania.
„Las Dusz” powstawał przez 9 miesięcy - moi współlokatorzy kupili mi w prezencie słuchawki po 3. Potem odstawiłem rękopis (a właściwie wydruk) na około rok i wróciłem do niego, bu wprowadzić korekty i szlifować fabułę. W sumie, od rozpoczęcia pracy do wydania mojej powieści minęło ok. 5 lat.

Kobra: Co zmobilizowało Pana do napisania książki o takiej tematyce?

DS: Zawsze interesował mnie problem śmierci. Czy to tylko brama do nowego życia, czy może koniec wszystkiego? Fascynowało mnie przy tym zmaganie dobra ze złem, bo każdy człowiek biologicznie jest taki sam, a jednak jeden podbija świat dobrocią, a inny niszczy go nienawiścią. W Lesie Dusz przedstawiłem swoje wyobrażenia świata niematerialnego, łącząc je z wymyśloną historią Liama.

Enedtil: Skąd czerpie Pan pomysły na swoich bohaterów? Czy mają oni swoje pierwowzory w prawdziwym świecie?
Allan: Co jest dla Pana inspiracją do pisania kolejnych książek? Czerpie je Pan z życia czy wszystko jest wymyślone?

DS: Czasem mam wrażenie, że to moi bohaterowie wykorzystują mnie, by się narodzić. Przychodzą znikąd, jakby byli żywymi ludźmi, których spotykamy na ulicy, trudno przewidzieć kogo, gdzie i kiedy. Myślę, że trudno oderwać swoje życie od tego, o czym piszemy. Jedno z drugiego wynika i te dwie sfery przenikają się wzajemnie, tak że trudno znaleźć granice między nimi. Zapewne wzorowałem się na realnych postaciach, ale nie na nikim konkretnym. Kawałek z tego, kawałek z tamtego…
Podobnie jest z pomysłami. Niczym wolne neutrony latają sobie wokół mnie, aż któryś postanowi przelecieć przez moją głowę. Nie mam na to żadnego wpływu.

Czarnazaba: Czy praca zawodowa ma wpływ na treść Pana książek? Co Pan robi, gdy w trakcie szychty przychodzi Panu do głowy ciekawy pomysł na fabułę?

DS: Nie, raczej nie wpływa. Bardziej na częstotliwość pisania, niż na treść. Staram się oderwać życie zawodowe od prywatnego, w tym od spraw tak intymnych, jak pisanie. Jeśli jednak coś mi tam w głowie zatrybi w trakcie pracy, biorę kartkę i zapisuję skrót – resztę zapamiętuję. Pomysł na Las Dusz wpadł mi na polu w trakcie żniw u mojej babci.

Viv: Czy Pana druga powieść, o której ukończeniu Pan informował, nawiązuje do świata przedstawionego w "Lesie dusz", czy też jest to zupełnie nowy pomysł?
Jusssi: A może ma Pan jakieś nieopublikowane książki w szufladzie ?
Bibliofilka: Czy planuje Pan napisanie kolejnej powieści?

DS: Etap pt. „Las Dusz” został definitywnie zamknięty. Nie będzie kontynuacji, choć pojawi się krótkie nawiązanie w obecnie tworzonej powieści. – taki sentymentalny powrót do korzeni, by utrzymać Liama w pamięci.
Jusssi, każdy, kto pisze ma jakieś teksty w szufladzie, jedną są prawie kompletnymi powieściami, inne  dobrym pomysłem na coś lepszego lub krótkimi opowiadaniami, które mogą być początkiem wielkiej przygody.
  
Dm1994: Co myśli Pan na temat coraz bardziej rozwijającej się mody na ebooki i audiobooki. Uważa Pan, że papierowe wydania niedługo zaginą ?
Dawletiarow: Co myśli Pan o książkach elektronicznych?

DS: Jakoś mnie ta forma nie przekonuje. Znam różnicę czytania na ekranie, a trzymaniem książki w rękach, niczym żywej istoty, która chce z nami żartować, rozmawiać, śmiać się i płakać. Można by to porównać do rywalizacji pomiędzy związkami internetowymi, a tymi w realu. Nic nie zastąpi obecności ukochanej osoby.

Maleństwo: Co Pan najbardziej lubi robić, kiedy Pan nie pisze ?

DS: Pisać J Nie mam siły na nic innego, bowiem znajduję się w swoim świecie. Wszystko, co robie poza tym przeszkadza. No może oprócz słuchania muzyki, o czym wspominałem wcześniej. Z tym tylko, że po kilku minutach przestaję ją zauważać. Włączam funkcje repeat i nie mam pojęcia ile razy utwór się zapętli. Kiedy odezwie się głód, pragnienie, zachcianki czy inne potrzeby, kończy się pisanie. Nie potrafię pogodzić tych spraw – moi bohaterowi są zaborczy i wymagają stuprocentowej uwagi. Nie dzielą się mną z nikim, ani z niczym.

Bluejanet: Jaka ekranizacja książki jest Pana zdaniem dużo lepsza od literackiego pierwowzoru?

DS: Nie ma takiej. Nic nie przebije oryginału, tym bardziej kiedy porównujemy książkę z filmem. Ten drugi nigdy nie dorówna słowu pisanemu.

Evita: Jacy są Pana ulubieni współcześni autorzy?

DS: Nie mam faworytów. Bardziej pasowałoby tu pytanie o ulubiony gatunek, którym niewątpliwie jest thriller, najlepiej z elementami metafizyki. Lubię sięgać po debiutanckie powieści, gdyż niosą ze sobą nutkę tajemnicy – nigdy nie wiadomo co się trafi. Szerokim łukiem omijam science fiction (za dużo naukowego języka), romanse (chyba telewizja obrzydziła mi ten gatunek) i psychologiczne ciągoty, od których boli głowa (nie potrafię się przy tym zrelaksować). Poza tym trawię niemal wszystko.

14 kwietnia 2011

Słowotok

Duszka bacznie obserwuje relacje między rezydentkami i nami. Dwa dni temu pacnęła Gusię, która swoim zwyczajem wskoczyła gwałtownie na moje kolana. Duszka, śpiąca na oparciu wersalki, zaprotestowała przeciw takim praktykom. Odczekała jednak aż Gusia zaśnie i powolutku zaczęła się do niej przybliżać obwąchując. Gusia zaprotestowała przeciwko wąchaniu. No i na łapoczyny (jedyne do tej pory) jest remis.

Z Nusią codziennie gramy piłeczką kauczukową (zgubiłyśmy gumkę od weków ;-( ), a Duszka ostrożnie się nam przygląda. Po kilku dniach spędzonych na obserwacjach postanowiła włączyć się do zabawy Przebiegła kilka razy, gdy piłka się toczyła, ale jakoś niewiele to jej bieganie miało wspólnego z torem piłki. Po czym zrobiła coś, co rozczuliło mnie niemalże do łez. Weszła - sama, pierwszy raz - do tunelu i usiadła w nim podobnie jak siada w nim Nusia. Tylko nie wiedziała, co się robi dalej;-) Ale za to już ze dwa, trzy razy przegalopowały z Nusią po mieszkaniu:-) Nusia ma tendencję to tego, żeby w kulminacji kociego szaleństwa zaczepiać Duszkę, ale z racji różnic w rozmiarach Duszka chyba nie do końca pojmuje intencje Nusiątka i odsuwa się sycząc.

Duszka większość dnia spędza na oparciu wersalki, niedaleko mnie. Gdy wychodzę z pokoju od razu biegnie za mną. Gdy robię cokolwiek w kuchni siedzi obok moich nóg i zadziera główkę walcząc z sennością. Posadzona na ramieniu przygląda się bacznie temu, co robię. Zauważyłam też, że bardzo lubi, gdy przełożę ją przez ramię i przytulę do niej ucho, a wolną ręką głaszczę. Burczy wtedy z całych sił i rozcapierza łapki, co 
nazywamy płetwaleniem;)


Sisulka co najmniej raz dziennie przychodzi do mnie, układa się na nos w nos i zamyka oczy czekając na głaski. Gdy spełniam kocie oczekiwania rozpoczyna się koncert na gardłowe burczenie, w którym równie 
ważnym jak dźwięki elementem jest okazywanie uczuć, czyli lizanie mnie po nosie.

Nusia uwielbia spać na jednym z foteli. Wczoraj usiadłam na nim i zajęłam się pisaniem. Nuśka wskoczyła na stolik i usiadła znacząco spoglądając mi prosto w oczy. Udałam, że nie wiem o co chodzi, więc Nusia westchnęła ciężko nad moją niedomyślnością, ułożyła się na stoliku i wlepiła we mnie spojrzenie. Wkrótce ślepka się zamknęły, a ja postanowiłam zrobić eksperyment; wyszłam do kuchni ciekawa, czy Nusia wykorzysta okazję i zajmie moje miejsce. Zgadujecie? Oczywiście, że zajęła. Łypnęła na mnie śmiejącą się i 
ułożyła, by wygodnie zapaść w kilkugodzinny sen.

Gusia każdego popołudnia wchodzi do pokoju, w którym jestem, siada niedaleko i patrzy. Czeka aż przybiorę właściwą pozycję i ją zawołam, a wówczas ona układa się na moich nogach i zasypia. Wczoraj też tak było i gdy podczas zapraszania Gusię spojrzałam przypadkowo na Duszkę parsknęłam śmiechem. Dusia miała na twarzy wyraz całkowitego niezrozumienia. Jak to? Dlaczego ja wołam innego niż ona kota? I dlaczego tak pieszczotliwie? Na moje oświadczenie, że musi się dzielić zwinęła się w kłębek tuż obok mojej nogi, a gdy tylko Gusia zrezygnowała z leżenia na mnie, zajęła jej miejsce. Szybko się uczy, prawda?

Lauren St. John. Ostatni lampart.


Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Kiedy czytam książki Lauren St. John zrzucam z siebie przeżyte lata i ponownie staję się jedenastolatką, rówieśnicą Martine mieszkającej wraz z babcią w rezerwacie zwierząt w RPA. Zapominam o tym, co wiem i przeżyłam i daję się pochłonąć historii o kolejnych ratowanych zwierzętach.

Przyjaciółka babci Martine prosi ją o pomoc. Mieszka w Zimbabwe, tuż obok ziem należących do Parku Narodowego Matopos i staje się obiektem prześladowań ze strony pewnego mężczyzny, który za pieniądze oferuje zabijanie dzikich zwierząt, kłusowanie i który podsyca legendę o tym, że aby odkryć pradawny skarb, należy zabić ostatniego w tym rejonie lamparta, Khana. Gwyn jedzie, by pomóc przyjaciółce i zabiera ze sobą wnuczkę oraz jej kolegę. Dzieci angażują się w ochronę lamparta, a dla śledzących Khana niesamowite umiejętności komunikowania się ze zwierzętami jakie ma Martine stanowią element narzędzia służącego polowaniu.

Miałam sobie zostawić tę książkę na później, ale nie mogłam się już doczekać. Za bardzo lubię sposób w jaki Lauren St. John kreuje rzeczywistość w swoich powieściach, za bardzo lubię jej bohaterów - ludzkich i zwierzęcych. Najważniejsze jest dla mnie to, jak prosto i niewymuszenie Autorka przekazuje młodym czytelnikom szacunek do Natury, do zwierząt i troskę o to, by zwierzęta, szczególnie te z gatunków zagrożonych, otoczone zostały jak najlepszą, dającą szanse na przeżycie i rozmnożenie, opieką. 

W tym, co pisze Lauren St. John widać wielką miłość do zwierząt. I pewnie dlatego tak lubię czytać jej książki:-)

P.S. Chcących poznać całą historię Martine odsyłam do książek "Biała żyrafa" i "Pieśń delfina" oraz radośnie informuję, że 20 kwietnia będzie premiera kolejnej powieści, zatytułowanej  "Opowieść słonia".

13 kwietnia 2011

Konrad Staszewski. Śmierć na śniegu.


Wydane przez
Wydawnictwo Fox Publishing

Debiut prozatorski Konrada Staszewskiego jest kryminałem, którego akcja dzieje się w Katowicach i Krakowie. Krystian Rokicki, policjant, budzi się nocą z zimna. Leży nagi na leśnej polanie, a tuż koło siebie spostrzega martwego mężczyznę. Traci przytomność od uderzenia, a potem zaczyna się walka z uprzedzeniami, czasem i strachem. 

Kiedy ginie przyjaciel policjanta, jego dziewczyna, mieszkanie zostaje ogołocone, a prowadzący sprawę Orlicki nie bacząc na przepisy przekracza swoje uprawnienia i rejonizację, sprawa staje się coraz bardziej zagadkowa i niełatwa. Tropy wiodą od aktora do detektywa, od kradzieży do zaniechania, od współczesności do odległej przeszłości, ale Rokicki wspierany przez przyjaciół i kolejne kochanki sprawnie radzi sobie z rozwiązywaniem tajemnic.

Staszewskiemu udało się doskonale sportretować w postaci Rokickiego pewien specyficzny typ policjantów, który - niestety - istnieje i stanowi o ego niektórych mundurowych. Są to policjanci przekonani o roztaczanym przez siebie uroku, któremu ulegają niezliczone kobiety, uroku nie do odparcia, uroku, który przejawia się w szorstkim, a czasem seksistowskim podejściu do życia. Owa bezczelność ściśle powiązana z bronią służbową i mundurem cechuje bohatera "Śmierci na śniegu", co sprawiło, że Krystian Rokicki irytował mnie jak mało która postać literacka.

"Śmierć na śniegu" to kryminalna opowieść z szybką akcją, trupem ścielącym się gęsto, policjantami złymi i dobrymi. 

Sherryl Woods. Światła portu.


Wydane przez
Wydawnictwo Mira

Po trzecią (1, 2) część "Kronik portowych" sięgnęłam wiedziona ciekawością. Co prawda podejrzewałam kto będzie bohaterem "Świateł portu", bo rodzina O'Brienów niczym kwoka gromadzi swoje dzieci w Chesapeake Shores, ale ciekawa byłam jak będzie wyglądało aklimatyzowanie się owdowiałego Kevina w rodzinnym mieście.

Przyznam od razu, że lektura tej części trylogii autorstwa Sherryl Woods sprawiła mi najwięcej radości. Co więcej -  moje zainteresowanie nie skupiło się na budzącym się między Kevinem i, szukającą pocieszenia po nieudanych doświadczeniach małżeńskich, Shanną uczuciu, a na relacjach rodzinnych O'Brienów. 

Siostry Kevina zwęszywszy jego zainteresowanie atrakcyjną właścicielką księgarni robią wszystko, by znajomość młodych ludzi przerodziła się w romans. Tym działaniom kibicują mężowie rzeczonych sióstr, Mick O'Brien, a nawet jego brat, z którym Kevin nawiązuje współpracę. Wścibstwo rodzinne Autorka przedstawiła tak udanie, że co chwila wybuchałam śmiechem, wyobrażając sobie sieć wzajemnych powiązań, intryg i zmasowanych działań wiodących Kevina i Shannę do ołtarza. 

Gdyby chcieć sfilmować historie opisane przez Sherryl Woods to byłyby to doskonałe komedie romantyczne, a w "Światłach portu" warstwa komiczna mogłaby odgrywać rolę ważniejszą niż romantyczność:-)

12 kwietnia 2011

Rachel Cusk. Wariacje na temat rodziny Bradshaw.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Fabuła powieści Rachel Cusk podszyta jest niemożnością, pewnymi ograniczeniami, których bohaterowie książki nie zawsze są świadomi.

Tytułowa rodzina jest z pozoru taka, jakich wiele. Rodzice, dwaj dorośli synowie mający żony i dzieci. Jeden z synów, Thomas porzuca dobrze płatną pracę, ponieważ jego żona dostaje propozycję awansu i szansę na objęcie stanowiska, które ma być dla niej bardziej satysfakcjonujące niż to, co robiła dotychczas. Ich codzienność to Tonie spiesząca się na poranny pociąg i dla kontrastu on - w szlafroku, spokojnie witający dzień przy kuchennym stole. Drugi z braci pracuje angażując się wciąż w nowe projekty, podczas gdy jego żona - marząca o realizacji swoich artystycznych pasji - zajmuje się domem.

Właściwie w tej książce fabuła jest tylko pretekstem. To, jak postacie mają na imię i jakimi cechami charakteru zdecydowała się je obdarzyć Autorka, służy tylko temu, by pokazać relacje międzyludzkie i ową, przywołaną już, niemożność, podskórnie odczuwaną przez bohaterów. Chwilami miałam wręcz wrażenie, że Thomas wie, iż jest tylko książkową postacią, że jego istnienie służy nie zaznaczeniu obecności osoby, lecz pokazaniu określonego sposobu myślenia mężczyzny, który świadomie decyduje się zająć prowadzeniem domu i opieką nad dzieckiem. Podobnie z Tonie, uosabiającą stereotyp kobiety porzucającej dom na rzecz kariery:

"Zastanawia się nad swoim wyglądem, swoją rolą. Dziś włoży niekonwencjonalne buty, a pod żakiet koszulkę z Jimim Hendriksem. Włosy rozpuszcza, niech się rozwichrzą. Pakuje potrzebne rzeczy do torby, patrzy na zegarek. O tej porze każda minuta jest konkretnym bytem. Minuty znaczą jej świadomość tak jak kamienie w rzece znaczą przejście przez bród. Musi uważać, żeby się nie poślizgnąć." [s. 216].

Pisanie Rachel Cusk jest misterną plątaniną słów, zdań, znaczeń. Plątaniną, która przykuwa uwagę celnością obserwacji, która zabiera nas w intymność myśli i pragnień, która wiedzie czytelników przez historię ludzkich losów zatrzymanych w chwilach.

Twórczość Autorki "Wariacji na temat rodziny Bradshaw" porównuje się z twórczością Virginii Voolf. O ile tej drugiej z pań nie umiem czytać, tak Rachel Cusk czytałam z ciekawością, zarówno teraz, jak i przy jej poprzedniej powieści.

Zapowiedź

Kończę powoli wyzwanie tematyczne dotyczące lektur pisanych przez kobiety. Z półek uśmiechają się do mnie książki, o których myślę w kontekście kolejnego czytania tematycznego. W okresie przedświątecznym pewnie nie dam rady do nich zerknąć w taki sposób w jaki bym chciała, ale za to już dziś ustawiłam rzeczone książki na jednej półce.
Dzięki tym książkom zamierzam przenieść się do Bombaju, Londynu, Chicago, do Włoch, Japonii, Kenii, Zimbabwe, Egiptu i Sudanu. Rozważam też wędrówkę do Moskwy.

W myślach układam listy lektur do kolejnych tematycznych podróży przez literaturę. Może wędrówka w czasie? Miałabym wówczas pretekst, by sięgnąć po recenzowanego przez Was Cromwella, po cudnie wznowionego "Egipcjanina Sinuhe", po książki opisujące doświadczenia II wojny światowej. A może iść tropem biografii, autobiografii, dzienników, esejów? A co z książkami o zwierzętach? Noblistami?

Uwielbiam mieć wybór. Duży wybór:-)

11 kwietnia 2011

Ewa Marcinkowska-Schmidt, Danuta Marcinkowska. Zapach rozmarynu.


Wydane przez
Wydawnictwo Klucze

Dawno, dawno temu pisałam o "Lawendowym pyle". Historia opowiedziana w "Zapachu rozmarynu" ma podobny wydźwięk, jeśli zatem komuś podobała się poprzednia książka pań Marcinkowskich i Schmidt, to i w tej, opisywanej dziś, znajdzie znajomy klimat.

Akcja powieści rozpoczyna się na terenach, na których przed II wojną była Polska i niewiele lat przez wybuchem wojny. Poznajemy kolejno poszczególnych bohaterów, a może właściwiej będzie napisać - poszczególne bohaterki, bo to wokół nich snuje się opowieść, na ich losach i doświadczeniach skupiają naszą uwagę Autorki. Wybucha wojna, granice ulegają przesunięciom, bo interesy polityczne lekceważą interesy jednostki, a na ziemiach dotychczas polskich zaczynają rządzić stalinowskie ukazy. 

Na tle wydarzeń historycznych śledzimy losy poszczególnych kobiet, ich córek i wnuczek. Martwiąc się o codzienność, o swoich mężczyzn zesłanych za głupotę lub prawdziwe zaangażowanie w działania przeciw władzy radzieckiej na zsyłkę, o dobro dzieci, o przyszłość rodziny próbują zadbać o jedzenie, wykształcenie, pracę. 

Niełatwa, przejmująca historia Polaków żyjących poza granicami Polski ukazuje strach związany z utratą tożsamości. Historia opowiedziana tak, że wzbudza silne emocje u czytelników. U mnie wzbudziła.

Zamilkliśmy

Bośmy chorzy. Większość dnia upływa nam pod kołdrą/kocem w przemiłym towarzystwie kocim i mało miłych chusteczek higienicznych. Koty szczęśliwe, bo przytulamy się często i z całych sił, a one wykorzystują naszą niemoc do udeptywania, wpychania się pod kołdrę, moszczenia na tych kawałkach naszych ciał, na których leżeć lubią najbardziej. Dużo pijemy, mało jemy (koty też), mnóstwo śpimy. Raj to byłby, gdyby nie ten paskudny katar;)

Pozdrawiamy na cztery ręce i szesnaście łapek. 

Lidija Dimkovska. Ukryta kamera.


Wydane przez
Państwowy Instytut Wydawniczy

Macedońska poetka Lila wędruje po świecie przenosząc się z miejsca na miejsce dzięki swojej poezji, a dokładniej mówiąc dzięki stypendiom, których celem jest propagowanie literatury macedońskiej. Lili towarzyszy tytułowa ukryta kamera - malutki odłamek rubinu tkwiący w dużym palcu nogi dziewczyny. Lila wydaje się być nieco jak liść targany wiatrem - jej podróże są na pozór przypadkowe, choć nieco zachłanne. Dziewczyna dąży do maksymalnego wykorzystania swoich pięciu minut, czasu, w którym ktoś w świecie uważa, że trzeba starać się, by zaistnieli w świadomości ogółu twórcy macedońscy. Austria, Stany Zjednoczone, Szwecja, Rumunia i ludzie; choć nie autochtoni, a podobni poetce stypendyści z różnych, odstawionych przez historię na drugi tor regionów.

Narratorem opowieści jest kamera. Opisuje spotkania, widoki, doświadczenia. Mówi o radości poznawania innych, o głodnych dniach, które nastąpiły, bo pieniądze ze stypendium trzeba było wydać na łapówkę, o umiejętności poruszania się w skomplikowanych zależnościach urzędniczych w kolejnych krajach, o specyfice spotykanych ludzi i  wielkim apetycie na życie jaki ma Lila.

Podobał mi się klimat tej powieści. Historia dochodzenia do głosu osób dotychczas głosu pozbawionych, historia wędrówki, poznawania świata, chłonięcia tegoż świata przez kogoś, kto z racji urodzenia w tym, a nie innym kraju, odcięty był od wielu doświadczeń jakie stawały się udziałem jego rówieśników w zachodnim świecie.

Zastanawia mnie to, jak powieść Domkovskiej odbiorą Ci, którzy nie pamiętają, sięgając po argument najprostszy, ograniczeń w podróżowaniu, a jak ci, którzy te ograniczenia pamiętają. We mnie "Ukryta kamera" obudziła wiele refleksji. 

10 kwietnia 2011

Niedzielnik nr 17



O ile całą zimę udało mi się przeżyć bez poważniejszych przeziębień, czy innych niedogodności, tak wraz z wiosną zachorowałam. Na dwa dni straciłam głos i szeptałam. Ludzie, których w tym czasie spotykałam albo zniżali głos do szeptu, albo zagryzali wargi, by nie wybuchnąć śmiechem. W pełni ich rozumiem;) Wczoraj jednak niemoc dopadła mnie tak wielka, że nie miałam sił na nic poza leżeniem w łóżku i oglądaniem mało wymagającego filmidła. Wybór, niemrawo, ale zawsze, padł na "Jedź, módl się, kochaj".


Miałam w planach także lekturę. Ale chyba się nie skuszę;)

*   *   *

Dostaję różne e-maile, z różnymi propozycjami. Najczęściej jednak propozycje owe przystają do formuły bloga. Dwa dni temu przyszedł jednak list, który najpierw mnie rozbawił, a później ujął i stąd moje dzisiejsze o nim pisanie. Napisał do mnie Paweł prowadzący stronę internetową z linkami do najrozmaitszych stacji radiowych. Napisał prosząc o zamieszczenie linka do tejże strony na moim blogu. Przyznacie, że pomysł nijak nie pasujący do tego, co na blogu się dzieje i mogący wywołać, a nawet wywołujący li i jedynie żachnięcie. Po chwili pomyślałam jednak o tym jak wielką trzeba mieć fantazję, by pisać o stronie ze stacjami radiowymi do kogoś, kto pisze o książkach, po kolejnej chwili przeszperałam propozycje zgromadzone na rzeczonej stronie i znalazłam coś, co mnie usatysfakcjonowało. Niniejszym zatem uznaję, że warto docenić ekscentryczna prośbę Pawła i podać link. Znalazłam tu stację radiową, która nadaje tylko poezję śpiewaną:-) 

*   *   *

Duszka, kotka, której część z Was kibicuje, jest już po sterylizacji. Oswoiła się już z nami, co noc śpi na naszych nogach, a w dzień krąży za mną po całym mieszkaniu. Zaczynamy powoli szukać jej domu. Gdyby ktoś życzył sobie towarzystwa uroczej panienki, proszę o kontakt.

*   *   *
Rok temu, w sobotę, wyszłam z domu, by spotkać się z koleżankami. Podczas rozmowy dostałyśmy wiadomość o wydarzeniach pod Smoleńskiem. Wróciłam do domu i resztę dnia spędziliśmy przykuci do telewizora.

*   *   *

Mam już pomysły na dwa kolejne czytania tematyczne, ale nie wiem, czy uda mi się z nimi zmierzyć jeszcze przed Wielkanocą. Jedno z nich zapewne skupiać się będzie wokół zwierząt (nazbierałam już odpowiednią literaturę), drugie będzie zaproszeniem do podróży przez świat. Ach, żebyście wiedzieli jak te książki uśmiechają się do mnie z półek. 

*   *   *

Już niedługo Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Empik postanowił wydłużyć świętowanie i już od 13 kwietnia, każdy kto kupi książkę w salonie lub przez internet za minimum 20 zł, otrzyma w prezencie powieść  "Nie dla mięczaków" napisaną specjalnie na tę okazję. 

Empik zadbał także byśmy mogli w tygodniu poprzedzającym Światowy Dzień Książki spotkać się z wieloma pisarzami - szukajcie informacji w swoich empikach.

*   *   *
Dobrego, słonecznego, dnia:-)