30 sierpnia 2011

Niedzielnik we wtorek


Tylko jutro do północy nominujemy książki do nagrody Złota Zakładka. Namawiam tych, którzy jeszcze nie przesłali swoich typów na nominacje@zlota-zakladka.pl do rozważenia, które z wydanych w 2010 roku chcieliby nagrodzić. Od 1 września uruchomione zostanie głosowanie, a w drugiej połowie października wręczone zostaną nagrody blogerów.

*   *   *

Jeśli ktoś mieszka w pobliżu Piekar Śląskich to z pewnością zainteresuje go informacja, że w miejscowej bibliotece 1 września odbędzie się wernisaż wystawy Elżbiety Lempp "Kroniki literackie" oraz panel dyskusyjny "Palimy lektury, czyli na co komu kanon literacki". Tu znajdziecie więcej informacji. Spotkamy się tam?

*   *   *

Na przedstawienie Wam czekają znakomite historie czające się w książkach już przeze mnie przeczytanych. Może jutro się zmobilizuję?

*   *   *

Nauczycieli wypoczętych po wakacjach i poszukujących nowych, atrakcyjnych pomysłów na pracę z dziećmi zachęcam do zapoznania się z recenzjami publikacji pedagogicznych. Może kogoś natchnie?:-)

Nowe miejsca

Koty odkryły nowe miejsca, w którym dobrze się czują. Zapewniam - to nie człowiek był inicjatorem tego, gdzie znalazła się Tunia. A widok Nusi jako małża - rozczula:-)


29 sierpnia 2011

Szczęście

Na środku pokoju, w którym przyjmujemy gości, stoi karton. Duży. W przedpokoju stoi mniejszy. Na szafce w przedpokoju, w koszykach, leżą koty. Na podłodze pełno kocich zabawek, a spod szafki nocnej w sypialni wystaje ukradziona lampka w kształcie połówki kuli. Wersalkę i przykrytą nią białą kapę przyozdabia gumka wekowa, a klamkę - subtelnie powiewająca podczas gonitwy miara krawiecka. Plastikowe butelki przygotowane w sobotę do wyrzucenia nagle znalazły się każda w innym miejscu, a torbę, w której miały zostać wyniesione ktoś próbował wepchnąć pod tapczan. W progu pokoju dziś przywitała mnie ładowarka do telefonu, a kable komputerowe bywają w naszym domu zawijane w coś, co pozwala im mieć warstwę ochronną. Pobudka rzadko kiedy jest pobudką z budzika albo własnej woli; delikatne drapanie w plecy lub mniej delikatne wielokrotne przebieganie po śpiących uświadamia z całą mocą, że trzeba już wstać. Na suszącym się na balkonowej suszarce prześcieradle widać ślady stóp, a pieska sąsiadów leżąca na ich parapecie stykającym się z naszym i spoglądająca tęsknie na nasz balkon, nie czeka przecież na nas. Chodząc po kuchni musimy uważać na porozkładane tu i ówdzie nonszalancko ogony, zwane przez nas "anakondami", a przynosząc do domu zakupy jesteśmy więcej niż pewni, że zanim trafią do odpowiednich dla siebie miejsc, zostaną wnikliwie skontrolowane. Podobnym zainteresowaniem cieszą się nasze jedzenie i picie. Kawa jest wciąż na nowo zagrzebywana, a smakowite zapachy dobywające się z niektórych talerzy wywołują prawdziwą sprzeczkę o zawartość tychże. 

I trudno o piękniejszą chwilę, gdy zmęczenie bierze górę na człowiekiem, a kot przychodzi, by owo zmęczenie przegnać mruczeniem. I, gdy ciężar leżący na kolanach powoduje dziwną lekkość. I, gdy kocie ciepło przepędza smutki, kiepski nastrój, by zostawić optymizm i szczęście.

27 sierpnia 2011

Maria Marjańska-Czernik.Wypożyczalnia babć.

Wydane przez
Wydawnictwo Stentor
w dziale Kora

Zachwyciła mnie idea przedstawiona w książkę Marii Marjańskiej-Czernik. Dzieciaki, które nie mają babci, mają babcię daleko lub ich babcia niekoniecznie i odpowiada tradycyjnemu obrazowi babci z chęcią skorzystałyby z wypożyczalni babć. Oczywiście są różne dzieci - kandydaci na wnuki i wnuczki, różne marzenia o babci, ale autorce udało się połączyć dziecięce tęsknoty z tęsknotami dorosłych.

Pewnego dnia w dużym słonecznym pokoju wypełnionym książkami, w którym siedziała jasna pani pojawił się Mały. Kolejnego dnia Większy. A później - Duży. Każdy z nich chciał być dla kogoś ważny, chciał mieć kogoś bliskiego, kto będzie miał dla niego zawsze czas - chciał mieć babcię. Na szczęście Jasna pani znała Czarną i Siwą, które zaprosiła na spotkanie z chłopcami. 

Co było dalej i po co dzieciom są babcie musicie dowiedzieć się sami czytając "Wypożyczalnię babć". Mnie pozostaje dodać, że serdecznie zachęcam do lektury.

25 sierpnia 2011

Wizyta i kolejne zdjęcia

Byliśmy dziś z Duszką u lekarki. Miała znacznie podwyższony poziom cukru, nawet w stosunku do tego, co wynika nam z badań domowych. Od jutra zwiększamy dawkę na 2j.

*   *   *


Katarzyna Berenika Miszczuk. Ja, anielica.


Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Katarzyna Berenika Miszczuk po zajrzeniu w czeluście piekielne postanawia swojej bohaterce zaproponować wizytę w niebie.

Nagle w życiu Wiktorii zaczynają się dziać różne, zagadkowe sprawy - spotyka wciąż tego samego chłopaka w kapturze, a koło jej ukochanego Piotrusia zaczyna szczególnie mocno kręcić się Monika. Gdy pewnego dnia Wiktoria i Piotr jedzą jabłko podarowane dziewczynie przez w/w zakapturzonego okazuje się, że młodzi ludzie otrzymali Siłę, a dotychczasowe dziwności spowodowane były przez dobrych znajomych Wiktorii: Azazela i Beletha. Diabły mają wobec Wiktorii pewne zamiary...

Nie wiem, czy "Ja, anielica" jest napisana wyraźnie inaczej niż "Ja, diablica", czy też zważywszy na upływ czasu poczułam się nieco poza tematem, ale w pierwszych chwilach lektury miałam wrażenie przesytu - bohaterów, wydarzeń, odwołań do mitologii. Po kilkunastu stronach i większym zaangażowaniu z mojej strony wszystko mi się poukładało i zaczęłam śledzić co ciekawsze nawiązania do wierzeń i wiary.

Postacie z najnowszej powieści Katarzyny Bereniki Miszczuk są szalenie charakterystyczne, a ich obecność ma uzasadnienie w historii religii. Okazuje się, że w niebie też zdarzają się spiski, marzenia o potędze niedostępnej pod czujnym boskim okiem, a spotkania z dawno zmarłymi nie zawsze okazują się być takimi o jakich można byłoby marzyć.

Bardzo jestem ciekawa, w którą stronę rozwinie się pisarstwo Katarzyny Bereniki Miszczuk. Bardzo bardzo:-)

24 sierpnia 2011

Natasha Solomons. Lista pana Rosenbluma.


Wydane przez
Wydawnictwo Rebis

Wzruszyła mnie ta książka, a precyzyjniej - wzruszyli jej bohaterowie.

Jack i Sadie to niemieccy Żydzi, którzy przez nazizmem uciekli do Wielkiej Brytanii w 1937 roku. O ile Sadie wspominała zostawioną w Niemczech rodzinę, dbała o zachowanie tradycji, o tyle Jack starał się zasymilować, stać się prawdziwym angielskim dżentelmenem.

Urodą tej powieści jest jej niespieszność, jej ciepła, acz niepozbawiona tragicznych momentów, wymowa, jej mądrość. Jack goniący za marzeniami, dążący do spełnienia pragnień wbrew najoczywistszym przeciwnościom i tym samym stojący w opozycji do sposobu życia swojej żony budzi sympatię, podobnie jak budzi ją Sadie. 

Miejsce, w którym po wyjeździe z Londynu, żyli Rosenblumowie, mimo pierwszego, mało przyjaznego wrażenia, okazało się być niemalże rajem. Osadzenie bohaterów w tak uroczym regionie, wśród ludzi wiernych przyjaźni, podkreśla ów niezwykły klimat i stanowi ukłon w stronę angielskiej prowincji. 

"Lista Pana Rosenbluma" to pretekst do zatrzymania się, rozważenia tego, co dla nas ważne i docenienia tego, co mamy. Polecam.

W fachowym obiektywie

W niedzielne popołudnie mieliśmy gości. Odwiedziły nas Misia i Wera, które umieją - a to wielka sztuka - zrobić zdjęcia czarnemu kotu tak, by było widać coś więcej niż bryłę. Tunia nie ułatwiała dziewczynom zadania, ale one, jak zwykle, wykonały kawał dobrej roboty.






Dziękujemy i gratulujemy talentu:-)

P.S. Przypominam - Tunia szuka domu.

23 sierpnia 2011

Słodka

Duszka jest u nas od 8 marca. Od tamtej pory wysterylizowaliśmy ją, zaszczepiliśmy i zrobiliśmy - jak nam się wydawało - wszystko, co trzeba. Przy okazji szczepienia zwróciliśmy uwagę doktora na to, że Dusia przytyła zaledwie 50 g od sterylizacji, ale nie wzbudziło to żadnych podejrzeń.

Duszka jest chuda, dużo pije i bardzo dużo je. Gdy w zeszły piątek źle się poczuła, postanowiliśmy poprosić lekarkę o przebadanie krwi. Kotka miała podwyższony wynik cukru, ale dodaliśmy jej wynikowi nieco wartości z powodu stresu, złego samopoczucia i umówiliśmy się na poniedziałkowe, ponowne badanie.

Podczas weekendu podawaliśmy Duszce antybiotyk, kompleks witaminowy, a jeszcze u pani doktor dostała kroplówkę. Kiedy pojechaliśmy do gabinetu, zgodnie z umową w poniedziałek, kotka czuła się o wiele lepiej niż w piątek. Ponowne badanie krwi wskazało jednoznacznie chorobę.

Nie ukrywam, że czujemy się zagubieni i przestraszeni. Mamy już glukometr, a przed nami nauka badania krwi oraz podawania insuliny. Na szczęście forum miau i w tym przypadku jest niezawodne - znalazłam rewelacyjnie uporządkowany wątek cukrzycowy.

Powiedzcie, że będzie dobrze, co?

Izabela Sowa. Smak świeżych malin.


Wydane przez
Wydawnictwo Akapit Press

Czytając po raz wtóry "Smak świeżych malin" Izabeli Sowy uświadomiłam sobie z całą jasnością jak wielki wpływ na myślenie o książce ma nastrój w jakim się jest podczas lektury, jak znaczące jest samopoczucie, czy zaangażowanie w inne sprawy, itp. 

Malina wychowała się pod czujnym okiem opuszczonej przez męża matki. Studiująca zarządzanie dziewczyna mieszka w Krakowie i próbuje opanować bolesną, samotną (bo bez ukochanego mężczyzny) rzeczywistość. Malina jest co prawda wspierana przez przyjaciół, ale - jak wiemy - cel życia trzeba określić sobie samemu i młoda kobieta próbuje podołać temu zadaniu.

Izabelę Sowę cenię za ironię i zmysł obserwacyjny oraz wielką życzliwość wobec świata. W "Smaku świeżych malin" Autorka wypunktowuje absurdy codzienności - absurdy, które wydają się tak bardzo wrośnięte w naszą rzeczywistość, że nie zauważamy ich dziwności. Matka dowiadująca się podczas udziału w tok show, że jej córka odwiedza psychiatrę, studentka uważająca Vonneguta za psychologa, rodzice biorący 60 tys. kredytu na ślub córki... 

"Smak świeżych malin" to powieść o wchodzeniu w dorosłe życie. Powieść, dzięki której możemy sobie uświadomić jak trudny jest to moment i jak bardzo jego przebieg rzutuje na naszą dorosłość.

22 sierpnia 2011

małe_czarne

Ostatnio dużo w moich notatkach jest Tuni. Nie wynika to wbrew pozorom z tego, że pozbyliśmy się innych kotów lub, że poświęcamy im mniej uwagi, a jedynie z tego, że Tunia - jako element świata w ciągłym ruchu - budzi śmiech i przykuwa uwagę tak, że nie sposób się oprzeć.

Małe czarne jest już bardzo samodzielne. Przychodzą jednak takie chwile w trakcie dnia, że nie chce być już takie samodzielne i tęskni za ciepłem innych. Na szczęście może wybierać do kogo się przytulić:

do ukochanej cioteczki Nusi

czy do zdziwionej nieco bezczelnością maleńtasa cioteczki Gusi

Do Sisi małeczarne ma odpowiedni szacunek, a Duszkę zdarza się jej podgryzać w łydki i nic poza tym;-)

Agnieszka Krawczyk. Morderstwo niedoskonałe.


Wydane przez
Wydawnictwo SOL

Akcja najnowszej powieści Agnieszki Krawczyk toczy się w wydawnictwie, które - zgodnie z wolą prezesa - ma przede wszystkim robić pieniądze i by to osiągnąć, publikuje literaturę najróżniejszą, rzecz by można - przypadkową.

Jeden z nadesłanych rękopisów, stanowiący gniot wyjątkowy, okazuje się być tekstem dofinansowywanym przez ministerstwo kultury, a co za tym idzie - ma darmową reklamę. Zelektryzowany tymi faktami prezes nakazuje redakcji opracować książkę, skontaktować się z autorem i wydać ją jak najszybciej. Kłopoty zaczynają się już podczas próby wypełnienia pierwszego z poleceń szefa - książka pana Kusibaba została z racji swoich mizernych wartości literackich przepuszczona przez niszczarkę, a kontakt z autorem jest wyraźnie utrudniony.

Dalej jest ciekawiej, weselej, a rozmowy na temat przydatności nadsyłanych do wydawnictwa rękopisów mogą wzbudzić wiele cennych refleksji i uśmiechów. Dodatkowego smaku całości dodają fragmenty będące cytatami z prasy, a w książce prezentowane jako zbiór wydarzeń gromadzonych w ramach "Encyklopedii absurdów Adeli".

W ramach dalekich skojarzeń przemknęła przez myśl atmosfera panująca w biurze projektów, w którym pracował Lesio Joanny Chmielewskiej. Wydawnictwo, w którym Adela, Mareczek, Marta i Mizera zawiązują tajną grupę Zemsta shitu stanowi klasę samo dla siebie, a klimat w jakim bohaterowie powieści oddają się pracy twórczej zdecydowanie przypadł mi do gustu.

Agnieszka Krawczyk, którą poznałam dzięki "Magicznemu miejscu" ucieszyła mnie tym, że "Morderstwo niedoskonałe" osadziła w redakcji wydawnictwa. Idę jeszcze trochę pośmiać się nad wyjątkowo trafnymi obserwacjami, a Wam - ku zachęcie - przedstawiam fragmenty:

Wydawnictwo otrzymywało tygodniowo ze 30 maszynopisów pocztą i przez Internet. Większość z nich nie nadawała się kompletnie do niczego. Jeżeli autor dołączył kopertę ze znaczkiem, odsyłało mu się arcydzieło w te pędy, jeśli nic nie dołączył - przepuszczało przez archiwizator (czytaj: niszczarkę). [s. 29]

Była to jednak z najdziwniejszych grup, z jaką przyszło mu pracować. Pięć ciągle głodnych osób - bo na diecie - które kłóciły się ze sobą do upadłego. Każda z nich była wyznawcą i propagatorem innej diety: fasolowej, kapuścianej, węglowodanowej, białkowej i jeszcze jakiejś, być może polegającej na wchłanianiu jedynie światła słonecznego, bo Marek - mimo wielkiego wysiłku - nie był w stanie zrozumieć, o co w niej chodzi. [s. 68]

21 sierpnia 2011

Jodi Picoult. Linia życia.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Czytający mnie względnie regularnie wiedzą, że lubię pisanie Jodi Picoult i do każdej kolejnej książki pochodzę z dużą dawką zaufania. Tym razem jednak nie jestem usatysfakcjonowana lekturą.

Paige wychowywała się bez matki. Lily odeszła z domu, gdy jej córka miała 5 lat. Paige wychowywana była przez ojca i to od niego uciekła osiągając pełnoletność. Wędrówkę przez Stany zakończyła w pewnym barze, gdzie zaczęła pracę kelnerki, portrecistki i gdzie poznała męża. Paige będąc żoną i matką poczuła się pusta. Pozbawiona wzoru matki bała się, że robi błędy, że to, co się dzieje z nią i wkoło niej jest czymś niespodziewanym, nieszablonowym i wyjątkowo negatywnym. Podjęła decyzję o odszukaniu Lily i byłą to decyzja mająca olbrzymi wpływ nie tylko na jej życie.

Nie umiałam znaleźć wiodącego tematu fabuły. Nie byłam w stanie wzbudzić w sobie sympatii, czy nawet antypatii, do bohaterów. Gdy już wydawało mi się, że akcja powieści zaczyna skupiać się wokół konkretnego zagadnienia Autorka odchodziła od poruszonej kwestii i kierowała swoje, a zatem i czytelnika, zainteresowanie w inną stronę.  Po raz pierwszy zawiodłam się tak bardzo na prozie Picoult, którą lubię. Jedyne wytłumaczenie jakie znajduję, to to, że "Linia życia" jest zaledwie drugą powieścią w dorobku pisarki.

*  *  *

Andrew Vachss. Blossom.

Wydane przez
Wydawnictwo Amber

Andrew Vachss napisał, oprócz wielu innych rzeczy, dwadzieścia pięć powieści. Seria książek, których głównym bohaterem jest Burke liczy sobie osiemnaście tytułów. W Polsce ukazało się pięć książek. Tylko pięć.



"Blossom" jest ostatnią z przetłumaczonych na język polski książek Vachssa. Jej bohater, żyjący poza systemem, Burke zajmuje się przede wszystkim ściganiem wszelkiej maści zwyrodnialców krzywdzących dzieci. Ma mastiffa neapolitańskiego o wdzięcznym imieniu Pansy, przyjaciół, których zwie braćmi i imperatyw walki z najgorszymi szumowinami.

Trudno opowiadać książki Vachssa - ma tak specyficzny styl pisania, że streszczanie czegokolwiek psułoby przyjemność obcowania z fabułą i narracją. Niewątpliwie na wydźwięk całości ma wpływ świadomość kim jest i czym się zajmuje Autor. Andrew Vachss jest prawnikiem specjalizującym się w dbaniu o interesy i bezpieczeństwo dzieci i młodzieży.

Jeśli mieszkacie poza Polską i macie nieograniczony dostęp do książek Vachssa korzystajcie:-) Mnie pozostaje pięć tytułów i nadzieja na to, że jedno z naszych wydawnictw dostrzeże wartość tego oryginalnego pisarza i zdecyduje się wydać jego książki.

P.S. To nie jest okładka "naszego" wydania.

20 sierpnia 2011

Przyjaźń



P.S. Obiecuję, że nauczę się dodawać podkład muzyczny:-) Ale jakości niestety nie podwyższę.

Marianna Oklejak, Zofia Stanecka. Basia i bałagan.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

"Basia i bałagan" to opowieść o tygodniowych zmaganiach Basi z porządkami. W domu Basi wszystkie obowiązki są podzielone między jego mieszkańców - Basia oczywiście jest uwzględniona w tygodniowym harmonogramie. Jest tylko jeden problem - z tymi porządkami Basi nie do końca idzie tak, jakby chciała... 

To świetna książka dla tych dzieci, które mają problem z utrzymywaniem porządku wokół siebie i nie do końca rozumieją po co w ogóle sprzątać (skoro i tak za chwilę "się" pobrudzi). Lubię Basię za to, że jest zwykłą dziewczynką, a nie wyidealizowaną "bohaterką z książeczki". Basia jest dzieckiem z krwi i kości. Takim, z którym mogą się utożsamiać mali czytelnicy. 

Wielkie brawa dla autorek - po raz kolejny udowodniły, że dorośli są w stanie popatrzeć na świat oczami dziecka.

Izabela, mama Heleny

19 sierpnia 2011

Ali Mitgutsch. 1001 drobiazgów. W mieście., 1001 drobiazgów. Na wsi



Wydane przez
Wydawnictwo Tatarak


Co jakiś czas zmienia się moja lista "hitów książkowych dla dzieci przyjaciół", tzn. książek, które po prostu trzeba kupić idąc w odwiedziny do maluchów. Od niedawna w czołówce są książki z serii 1001 drobiazgów Wydawnictwa Tatarak. 

Pamiętam, że w dzieciństwie, kiedy jeszcze nie umiałam czytać, uwielbiałam oglądać przeróżne wydania albumowe i encyklopedie - setki fotografii, mnóstwo szczegółów, za każdym razem coś nowego... Też tak mieliście? Właśnie takie są książki 1001 drobiazgów - można je oglądać w kółko i zawsze odkryjemy coś, czego wcześniej nie zauważyliśmy! Chyba nie da się niby znudzić, można wymyślać przy okazji różne zabawy (policz ile jest piesków na obrazku... pokaż to, co jest czerwone...). 

Świetne książki, idealne do podróży (twarde kartki!!!) i na deszczowe popołudnie w domu. Dzięki tym książkom trzygodzinna podróż pociągiem minęła Helence nie wiadomo kiedy. Ilustracje ładne i zabawne (poszukajcie na przykład "kuzyna z miasta" w książce o wsi). Warto, warto i jeszcze raz warto!!!

Izabela, mama Heleny

18 sierpnia 2011

Zmywarka i szczur

Zmywarkę w naszym domu uruchamiam zawsze ja hołdując zasadzie* przez wiele pokoleń funkcjonującej wśród kobiet w mojej rodzinie. Jakież było moje zdumienie, kiedy po powrocie do domu, próbowałam włożyć coś do zmywarki. Otworzyłam urządzenie, a moim oczom ukazały się czyste (na pierwsze wrażenie) naczynia i zaparowane ścianki. Z. zapytany o włączanie zmywaki wyparł się dodając: "Ktoś włączył, bo pracowała. I nie sądzę, żeby to była Tunia".

Otóż jedna z kocich tajemnic...

A szczur? - zapytacie. Uwieczniony na zdjęciach poniżej:


* zrobię sama, bo umiem/wiem lepiej;-)

Antoinette van Haugten. Dotknąć prawdy.


Wydane przez
Wydawnictwo Mira

Gdy szesnastoletni syn Daniell Parkman podczas wizyty u lekarza zachowuje się w stosunku do matki agresywnie, doktor sugeruje konieczność poddania go obserwacji w szpitalu psychiatrycznym. Daniell oddając Maxa pod opiekę specjalistów czuje jednak pewien niepokój i pozostaje w pobliskim motelu, by móc nadzorować pobyt syna w szpitalu. Napięta sytuacja w kancelarii prawniczej, w której próbuje uzyskać status wspólniczki nie ułatwia jej sytuacji. Jest coraz gorzej, szczególnie wówczas, gdy nagle okazuje się, że Max jest zupełnie inny niż dotychczas - zachowuje się agresywnie, ma depresję i myśli samobójcze. W chwili, w której dochodzi na terenie szpitala do morderstwa Daniell - z pełną świadomością wykonywania czynów zabronionych przez prawo - podejmuje walkę o syna.

Sięgnęłam po tę książkę zwabiona tym, że u Maxa zdiagnozowano zespół Aspergera. Okazało się jednak, iż ZA był jedynie zgrabnie użytym pretekstem do tego, by stworzyć odpowiednie tło fabule powieści. 

"Dotknąć prawdy" to książka kryminalno-prawnicza. Sprawnie napisana, dobra w czytaniu i gdybym tylko nie nastawiła się na to, że znajdę w niej coś podobnego do tego z powieści J.Picoult, z pewnością odebrałabym ją lepiej. A tak miałam w głowie nieustające porównania.

Eksperymentalne metody leczenia psychiatrycznego, syndromy zaburzeń psychicznych, sala sądowa i szpital psychiatryczny to elementy, które tworzą zgrabną, intrygującą całość.

*   *   *

Marianna Oklejak, Zofia Stanecka. Basia i Dziadkowie.


Wydane przez
Wydawnictw Egmont

Basia jest chora. Musi leżeć w łóżku. Co gorsza - miała jechać na wakacje do ulubionych dziadków, a przez chorobę z planów nici. Tak zaczyna się kolejna książka z serii o Basi, "Basia i Dziadkowie". 

Na szczęście dziadkowie Basi są ukochani nie bez powodu i przyjeżdżają umilić Basi czas choroby. Bardzo podoba mi się to, że autorki łamią stereotyp - w tej książce to dziadek jest wymarzonym towarzyszem zabaw. Dziadek jest pokazany jako ciepły, wesoły i lubiący spędzać czas ze swoją małą wnuczką pomysłowy starszy pan (babcia wyjątkowo stanowi jedynie tło i dopełnienie opowieści). Mimo ciemnych chmur pojawiających się na horyzoncie (nie zdradzę jakich, żeby nie psuć Wam lektury), książka jest bardzo pozytywna i pokazuje, że leżenie w łóżku też może być ciekawe. Szczególnie, jeśli ma się przy sobie kogoś bliskiego. 

Po przeczytaniu kolejnej książki z serii dochodzę do wniosku, że książki o Basi to pewniaki - można kupować je w ciemno w zależności od potrzeb i upodobań. Koniecznie trzeba dodać: dobre i polskie ;)

Izabela, mama Heleny

17 sierpnia 2011

*

Uzupełniłam listę książek w stosownym dziale - zapraszam:-)

David Dosa. Oskar.


Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Autor książki jest doktorem geriatrą. Pracuje w domu opieki, czy - jak gdzie indziej określono - hospicjum,  specjalizującym się w opiece nad osobami z demencją. Pewnego dnia przełożona pielęgniarek zwróciła uwagę doktora na jednego z kotów mieszkających w Ośrodku Pielęgnacyjno-Opiekuńczym Steere House. Oskar, z nieznanych nikomu powodów, pojawiał się zawsze w pokoju osób mających wkrótce pożegnać się z życiem.

Książka Davida Dosy porusza dwa główne, równorzędnie mnie interesujące, tematy. Po pierwsze - fascynujące zdolności zwierząt, a osobliwie kotów. Oskar, poprzez swoją obecność stawał się wsparciem dla umierających i ich bliskich.Po drugie - zmiany w ludzkim umyśle. To, co robi z człowiekiem choroba, jak demencja zmienia osobowość i relacje międzyludzkie, opisane w rzeczowy, acz życzliwy, sposób - jest wstrząsające.

Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zainteresowała - stosunek ludzi do kotów. Marzę o dniach, w których w Polsce będzie podobnie jak tam.

"Oskar" to mocna książka. Daje do myślenia... A mnie brak słów, by ją opisać.

P.S. Tytuł oryginalny: Making rounds whit Oskar. The Extraordinary Gift of an Ordinary Cat.

Anita Głowińska. Kicia Kocia na basenie.


Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina

W przedstawianej książeczce Kicia Kocia wybiera się na basen. Pakuje co trzeba (Helena uwielbia wymieniać to, co widać na obrazku), szykuje kanapki i rusza na wodne szaleństwo. Bardzo podoba mi się to, że autorka opisuje wyprawę na basen krok po kroku, dzięki czemu dzieciaki, które wybierają tam pierwszy raz mogą "poćwiczyć" cały rytuał na sucho :) Kicia Kocia trochę się boi, ale w końcu pokonuje strach i świetnie się bawi. 

Proste, ale nie nudne, ładne, ale nie przesłodzone - takie są książki o Kici Koci. Idealne dla młodszych dzieci, choć Helenka (prawie czterolatka) też je bardzo lubi.
Izabela, mama Heleny

16 sierpnia 2011

Raul Pérez Torres. Ostatnie dzieci bolera.


Wydane przez
Ambasadę  Republiki Ekwadoru w Polsce

Osiem opowiadań składających się na tom ekwadorskiego prozaika stanowi, dzięki swoistemu klimatowi, zabiera czytelników w ekscytującą podróż przez relacje międzyludzkie.

Chodzi o to, że jej oczy pachniały miętą, możesz w to uwierzyć? To jedyne, co pamiętam. Zapach jej oczu, który powraca do mnie wraz z podmuchami wiatru. Nie, nie pewnie, że nie, to nie wszystko, ale to najbardziej pamiętam. Oczy pozbawione złudzeń, wypłowiałe.

W tym, co pisze Raul Pérez Torres czuć pragnienie i żarliwość. Nie sposób wyobrazić sobie, że mogłaby w ten sposób pisać kobieta, że takie słowa wyszłyby spod pióra kogoś niedoświadczonego. Pisanie Raula Péreza Torresa jest kreacją rzeczywistości namacalnej, pozostającej na wyciągnięcie ręki, dostępnej każdemu, kto umie dostrzec coś, co jest niedostrzegalne w zalewie banalności i kiczu.

Zabijała mnie myśl, że obecna kochanka zaczęłaby się stawać przewidywalna, codzienna, pozbawiona tych początkowych zamętów, które były moimi układankami, moim ulubionym zajęciem, permanentna manią, którą czułem, budując, rozszyfrowując zdekomponowany zegar odarty z braku równowagi, samotności.

"Ostatnie dzieci bolera" to namiętność. To mężczyzna zdobywający kobietę. To taniec iskrzący się erotyzmem.

Czytajcie.

Eric. Carle. Moja pierwsza książka o słowach. Moja pierwsza książka o liczbach.



Wydane przez
Wydawnictwo Tatarak

Książki Erica Carle towarzyszą Helence od początku przygody z czytaniem. Każda z nich to nasz murowany hit. Carle to nie tylko świetny ilustrator, ale przede wszystkim mistrz pomysłowości. 

"Moja pierwsza książka o słowach" i " "Moja pierwsza książka o liczbach" to dwie książeczki, z których nie wiadomo kiedy, dziecko uczy się czytać i liczyć. Wiem, wiem - brzmi to raczej nieprawdopodobnie, ale wierzcie mi, to działa! Owoce, zwierzęta, dzieci - najprostsze symbole, które wprowadzają dzieci w świat liczb i liter. Niewiarygodne, jakie to proste, a równocześnie genialne: każda ze stron książki podzielona jest na dwie części, dziecko musi dopasować cyfrę lub wyraz do obrazka obracając poszczególne części strony.

Jeśli lubiliście "Bardzo głodną gąsienice" to te książki pokochacie. Spróbujcie sami!

Izabela, mama Heleny

15 sierpnia 2011

Relaks



Tatiana Polakowa. Mąż do zadań specjalnych.


Wydane przez
Wydawnictwo Weltbild

Żenia i Anfisa, znane czytelnikom książek Polakowej z "Pułapki na sponsora", włączają się w kolejną sprawę kryminalną. Pewnego dnia z podwórka znika dziewczynka, córka przyjaciółki obydwu kobiet. Panie, lekceważąc nieco pracę milicji, postanawiają prowadzić swoje śledztwo i dzięki swojej dociekliwości, zwanej przez męża Anfisy wścibstwem, docierają do wstrząsającej prawdy. A wszystko zaczyna się do relaksu na daczy...

Niezbyt skomplikowana, acz zajmująca fabuła powieści, była nieco mniej żartobliwa od tej z poprzedniej książki. Tematyka związana z porwaniem dziecka nie może być przecież rozweselająca. Czyta się jednak Polakową dobrze, a dużą zaletą jej tekstu jest szerokie tło obyczajowe.

Ciekawe, czy pragnienie Romana, męża Anfisy dotyczące tego, by i Żenia znalazła męża zrealizuje się w "Niezidentyfikowanym obiekcie chodzącym". Już się cieszę na tę lekturę:-)

*   *   *

Ewa Kozyra-Pawlak. Od Sasa do Lasa.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura


W tej książce "Od Sasa do Lasa" jest wszystko to, co dzieci lubią najbardziej. Rymowane zagadki, piękne ilustracje, zwierzęta i magiczna sztuczka (żeby odczytać rozwiązanie zagadki, trzeba użyć lusterka). 

Ewa Kozyra-Pawlak, do tej pory znana głównie ze swoich przepięknych ilustracji-patchworków tym razem szyje nie igłą, a językiem. Gwarantuję, że "Zagadki..." nie znudzą się wcale - ani dorosłym ani dzieciom. Autorka operuje słowami z taką lekkością i swobodą, że czytanie zagadek sprawia czystą przyjemność! Jeśli dołożymy do tego zachwycające ilustracje, to mamy książkę idealną. 

Polecam na podróże, czas minie Wam na pewno szybciej! Na deser jedna z zagadek:

Co to za zwierzę,
jedyne na świecie:
śmieje się ogonem - 
myślę, że już wiecie.


Izabela, mama Heleny