30 września 2011

Olga Rudnicka. Martwe Jezioro.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Mroczna tajemnica, bezwzględni ludzie, refleksyjna tęskniąca za ciepłem i serdecznością główna bohaterka próbująca zrozumieć zachowanie swojej rodziny względem siebie.

Beata, ceniona pracownica kancelarii finansowej, postanawia sprawdzić kim jest. Pytanie wydaje się być może dziwne, ale nie wówczas, gdy uświadomimy sobie to, że Beata znalazła akt śmierci ze swoim nazwiskiem i imieniem wystawiony przed wielu laty.

Element humorystyczny wśród tematów wcale poważnych i tchnących grozą stanowi pewna stażystka, Kinga, o której wyczynach opowiada sobie całe biuro, w którym pracuje Beata.

To bodajże najpoważniejsza z książek Olgi Rudnickiej jakie czytałam. Najpoważniejsza, trzymająca w napięciu i relaksująca.

Paweł Beręsewicz. Kiedy chodziłem z Julką Maj.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Książka Pawła Beręsewicza wprawiła mnie w dobry nastrój. Opisując pierwsze drżenia serca, pierwsze zakochanie z punktu widzenia piętnastoletniego Jacka Karasia Autor dokonuje wyłomu - bodaj pierwszy raz mam szansę przeczytać, jak reaguje nastolatek szykując się na randkę, co i czy w ogóle mówi rodzicom o swojej dziewczynie i czy tylko dziewczyny martwią się o to, w którą stronę skierować nos przy pocałunku.

Jacek Karaś, którego czytelnicy mieli okazję poznać w książce "Jak zakochałem Kaśkę Kwiatek", kończy gimnazjum i w ostatniej klasie dostrzega niezwykły urok swojej klasowej koleżanki, Julki Maj. Zdobywając się na straceńczą odwagę pyta Julkę, czy zechciałaby być jego dziewczyną. Później, wbrew temu, co myślał Jacek, bywa trudniej - nagle trzeba myśleć o wielu sprawach, nad którymi nigdy nie było powodu się zastanawiać, funkcjonować w inny niż dotychczas sposób.

Cenię sobie ostatnie rozdziały powieści. Nie powiem nic więcej - czytajcie.

Mnie wiedza o zakochujących się nastolatkach na nic się nie przyda, ale serdecznie rekomenduję książkę Pawła Beręsewicza czytelnikom odpowiednio młodszym ode mnie. Na zachętę cytat:

Na szczęście miałem w szafie tylko dwie koszule. Gdybym miał więcej, w życiu nie zdążyłbym zdecydować się na którąś do wpół do szóstej. Wybór spośród tych dwóch zajął mi dobrą godzinę. Ściągnąłem przez głowę bluzę z quadem i włożyłem zieloną koszulę. Zdjąłem zieloną, włożyłem brązową. Zdjąłem brązową, włożyłem zieloną. Zdjąłem zieloną, włożyłem brązową. W końcu w brązowej urwał się guzik i zielona wybrała się sama. [s.55]

29 września 2011

Sposób na ciepłą noc i wielkokot.

Dzisiejszą wizytę Duszki u doktora znam tylko ze słyszenia. Wiem, że była grzeczna, że pan doktor pobrał krew do badań - sprawdzane będzie funkcjonowanie tarczycy i oznaczany poziom fruktozaminy.  Za kilka dni będą wyniki i wówczas z pewnością zapadnie decyzja o dalszej terapii Duszki.

Koty pochowały się dziś w koszyki i pościel. A gdy wczoraj zastanawiałam się nad czym, czy powinnam dogrzewać się w nocy wełnianymi skarpetkami, na stopach położyła mi się Gusia. Uwielbiam, gdy koty śpią z nami:-)

Rozmawiałam wczoraj z ludźmi Tuni. Zaprzyjaźniła się z kocurkiem, śpi wtulona w niego i szaleje w jego towarzystwie. Koce dziewuszki pozwalają jej spać ze sobą, ale uciekają przed jej entuzjazmem. Ponoć Tuńka zarządza stadem. A tak wygląda:
Trudno uwierzyć, że to ona, prawda? Ciekawe, czy gdy już dorośnie będzie tak duża jak Nusia.

Już się cieszę na weekend. I jak sądzę Gusia - która w każdy weekend okupuje moje kolana - też się cieszy. Musimy tylko obciąć kociastym pazurki.

Andrzej Sapkowski. Wieża Jaskółki.

Wydane przez
Wydawnictwo SuperNowa

Aż boję się pomyśleć kiedy zaczęłam czytać od nowa Sapkowskiego. Wiosną? Po trzech tomach odsunęłam na bok kolejne i dopiero teraz miałam czas, a może nawet bardziej ochotę, na to, by w świat wykreowany przez Sapkowskiego wrócić.

W "Wieży Jaskółki" dowiadujemy się, co stało się Falce, by znów poczuła się Ciri, wiedźminką nauczoną zabijać. Śledzimy losy ekipy wędrującej z Geraltem i tych wszystkich, którzy próbują wokół Dziecka Starszej Krwi zacisnąć pierścień obławy, którzy chcą wykorzystać dziewczynę do swoich celów.

Wciąż na nowo podziwiam kunszt Andrzeja Sapkowskiego. Jego książki są idealne na chwile, gdy chcę wrócić do czegoś, co już znam, do świata z dużym pierwiastkiem magii i jeszcze większym pewnego, honorowego, porządku.

Olga Rudnicka. Zacisze 13.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Dziwaczny splot wydarzeń, równie dziwaczni sąsiedzi i panowie, którzy nagle z żywiołowych i groźnych stają się wychłodzonymi trupkami zalegającymi w zamrażarce dwóch wyważonych, zdawać by się mogło, nauczycielek.

Książka Olgi Rudnickiej, mniej humorystyczna niż wcześniej czytana przeze mnie "Natalii 5",  stanowi dobrą, niezobowiązującą lekturę na pachnące jesienią popołudnie. Bohaterki, raczej nieprzewidywalne, kpiąc z zasobów informacyjnych sieci i mężczyzn, próbują poradzić sobie z nietypowymi doświadczeniami z właściwym kobietom dystansem do rzeczywistości i racjonalizatorstwem.

Ku odprężeniu:-)

28 września 2011

Janosch. Cholonek czyli dobry Pan Bóg z gliny.

Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Gdybym w domu miała półkę z książkami regionalnymi to w części poświęconej Śląskowi jedno z czołowych miejsc zajmowałby "Cholonek". Specjalnej półki nie mam, ale książka Janoscha zdobyła wyjątkową pozycję w moim o Śląsku ciepłym myśleniu.

Świat opisany przez Janoscha to dzielnica jednego ze śląskich miast, Zabrza. Dzielnica, a właściwie miejsce, już nie istniejące, pochłonięte przez trasę łączącą miasta aglomeracji. Nie ma miejsca, nie ma klimatu opisywanego przez Autora, bo choć wędrując między familokami ma się poczucie bezpiecznego otulania się tradycją, to świat opisywany przez Janoscha był światem o tyleż minionym, że przedstawia wydarzenia z lat trzydziestych, z rejonu, który podzielony był na ziemie autonomiczne, śląskie, i niemieckie.*

Życie bohaterów książki Janoscha różni się od nam współczesnego. I nie chodzi o nowinki technologiczne, a o myślenie o wielu sprawach, o traktowanie pewnych zjawisk odmiennie niż my dziś je traktujemy. Oczywiście, pisanie Janoscha jest przepełnione ironią, przedstawia codzienność mieszkańców Zaborza z nieco groteskową prostotą, kpiarskim tonem, być może z obawy przed tym, by temat potraktowany zbyt serio nie stał się przyczynkiem wspomnień nadto bolesnych.

Właściwie trudno mi pisać o "Cholonku". Jego czytanie stało się dla mnie wzruszającą wędrówką przez historię, przez mentalność ludzką, przez przeszłość miejsca bliskiego mi z wyboru. Czytanie książki Janoscha, jak mało której, stało się dla mnie doświadczeniem intymnym.

* Wczoraj miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu organizowanym przez MDK Bogucice zatytułowanym "Polska unitarna czy federalna?". Jeden z panelistów, dr Zygmunt Woźniczka, powiedział wspominając lata dwudzieste powiedział, że w Katowicach zbudowano wysokościowiec po to, żeby widać go było w Bytomiu.

27 września 2011

Codzienność bez Tuni

Minął już tydzień odkąd nie ma z nami Tuni i dziwnie nam tak bez niej. Niby już przywykliśmy, że jej nie ma, ale zamiast żywiołowej Kocinki jest uczucie pustki i nie sądzę, abyśmy dali radę szybko je zasklepić.

Koty jakby odżyły. Po pierwsze - Sisi i Nusia wymagają zabaw, Gusia zaczęła przychodzić na kolana, a Duszce stało się coś z żołądkiem - wciąż się pojawia i wciąż chce jeść; zagląda nawet w nasze talerze, czego nigdy wcześniej nie robiła.

Nie wiem, czy to chłodniejsze noce, czy nieobecność Tuni sprawiły, że ko-córki śpią z nami w nocy. Mamy szczęście i nie musimy się wcale kręcić w nocy;-)

Duszka (a właściwie jej cukrzyca) wymaga dodatkowych, pełniejszych niż prowadzone dotychczas, badań. Umówieni jesteśmy na czwartek rano.

21 września 2011

Wolność czytania

Jutro w Chorzowie odbędzie się święto książek pod hasłem "Wolność czytania". Wybieracie się? Mnie najbardziej kusi kiermasz :-)

Szczegółowy program podlinkowany w obrazku.

Romuald Pawlak. Związek do remontu.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Romuald Pawlak bezbłędnie opanował sztukę tworzenia bohaterów ze wszech miar irytujących. W "Związku do remontu, podobnie jak w "Póki pies nas nie rozłączy" Autor poddaje naszemu osądowi dwoje ludzi, trzydziestolatków, którzy na pewnym etapie wspólnego życia stwierdzają, że ich oczekiwania względem siebie rozmijają się i wiodą w innych, niż im się wydawało, kierunkach.

Iśka jest bibliotekarką. Z racji piastowania kierowniczego stanowiska może często wymykać się z pracy na spotkania z ... przedszkolakami. Młoda kobieta coraz silniej odczuwa potrzebę urodzenia dziecka. Rafał, niegdyś rozmiłowany w wycieczkach górskich, pracuje w sklepie ze sprzętem agd i rtv i zniechęca żonę do posiadania potomstwa. Towarzyszy im kot, który wypuszcza się na wędrówki po okolicy i zaprasza na dokarmianie kocicę sąsiadów. 

Książka krąży wokół dwóch tematów. Pierwszy z nich stanowi moim zdaniem pretekst do prowadzenia fabuły i dotyczy tego, czy zdziczały ogród przed oknami bohaterów przerobić na plac zabaw dla dzieci, czy na coś innego. Drugi temat wydaje się być kluczowym; jest to temat zgody lub niezgody na dziecko w małżeństwie.

Czy to, jak w kontekście posiadania dzieci ludzie umówią się na początku wspólnej drogi życiowej, ma jakieś znaczenie? Czy jeden z małżonków może zmienić zdanie? Co robić, gdy zdanie zostanie zmienione - przekonywać drugą osobę, uparcie tkwić przy swoim, poddawać się namowom wiedząc, że zmiana decyzji nas unieszczęśliwi?

Książka Romualda Pawlaka, pozornie lekka i powierzchowna, pozwala zajrzeć w głąb ludzkich pragnień i zależności. I choć trzecia książka oparta na podobnym schemacie mogłaby już się nie sprawdzić, to "Związek do remontu" powinien zyskać aprobatę czytelników; sprawdźcie:-)

20 września 2011

Magdalena Grzebałkowska. Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego.

Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Fraza "Śpieszmy się kochać ludzi..." zawładnęła powszechną myślą o księdzu Twardowskim. Wepchnięto go w pewne ramy, upupiono umniejszając to, że - zdaniem niektórych - był jednym z najwybitniejszych polskich poetów XX wieku.

Magdalena Grzebałkowska wykonała dobrą, godna podziwu pracę. Niełatwo, co widać z treści, było docierać do źródeł, ludzi, którzy ks. Jana znali i którzy - co wszak najważniejsze w tym przypadku - chcieli o nim rozmawiać. Autorka biografii musiała wykazać się potężną dawką cierpliwości (prawie rok czekała na akta księdza z IPN-u), zamiłowaniem do dzienników, listów i innych pism, które pozostają, gdy człowiek, który je tworzył, już odszedł, odpornością i samozaparciem, które pomagały przetrwać odmowne odpowiedzi słyszane w zaproszeniu do rozmowy o księdzu. Idea biografii księdza - poety przeradzająca się w kolejne strony książki wydaje się być karkołomnym zamierzeniem - trudno w Polsce pisać biografie, jeszcze trudniej pisać o księdzu. 

Ksiądz Jan Twardowski kojarzy się z pięknymi frazami, naiwną poezją z biedronkami, zeszytami w kratkę i prostym mówieniem o Bogu. Odsłonięte przez Magdalenę Grzebałkowską oblicze księdza nie wydaje się być tak dobroduszne. Nieśmiały w młodości, zagubiony emocjonalnie w dorosłym życiu mówił o Bogu i swojej wierze. Spragniony potwierdzenia własnego talentu, czasami nadmiernie się krygujący, spędzał wiele godzin na słuchaniu ludzkich historii. Mówił niewiele, wolał wypowiadać się w wierszach lub listach, ale czasami zdarzało mu się powiedzieć zbyt wiele. Dzielący przyjaciół wedle dni tygodnia, zachłanny na życie i życzliwość umierał wśród ludzi i jednocześnie w odosobnieniu.

Książka Magdaleny Grzebałkowskiej to dobra książka. Nie narzuca czytelnikowi opinii o księdzu Twardowskim, pozwala na własne myśli i własne emocje. Doceniając pracę Autorki stwierdzam, że trudno zrozumieć mi Jana Twardowskiego, księdza - poetę, księdza, którego w tytule książki określono Księdzem Paradoksem.

19 września 2011

Tunia w nowym domu

W piątek zadzwonił telefon: - "Ja w sprawie koteczki, czy to jeszcze aktualne?". Zabrakło mi słów, nie wiedziałam co powiedzieć. W sobotę po drugiej pojawili się ludzie, którzy chcieli dać dom Tuńce. Zakoceni, z doświadczeniem, bardzo mocno spragnieni małego ruchliwego kota. Chcieli zabrać Tunię od razu, umówiliśmy się na niedzielę.

Za niedługi czas kolejny telefon - "A czy mogą nam Państwo przywieźć Tunię dziś?". Do szóstej, na którą się umówiliśmy nie umieliśmy sobie znaleźć miejsca. Zostawiając Tunię w dobrych rękach i wśród innych kotów wierzyliśmy, że małe_czarne szybko poczuje się w nowym miejscu swobodnie.

Nieco gorzej było z naszym samopoczuciem. Mały kot, będąc u nas zaledwie 6 tygodni, wpadł w nasze serca bardzo intensywnie. Wciąż łapiemy się na myśli, że Tunia to już by zajrzała do kubka z kawą, ugryzła Nuśkę w ucho, pogoniła Gusię i podszczypała Duszkę w łydki. Bardzo aktualny staje się tekst, którego użyczyła mi jedna z blogerek, a który widnieje w zakładce "Tymczasy".

Tunia wszystko je, wzorcowo korzysta w kuwety, wspina się po siatce założonej na okna, śpi z ludźmi, zaprzyjaźniła się z kocurem i gania kotki. 

Szukając domu Tuńce zleciłam przez miau zrobienie 160 ogłoszeń w necie i wydrukowałam ogłoszenia, do których miałam dokleić wywołane zdjęcia. W papierze powiesiłam tylko jedno ogłoszenie - na kartce formatu a5 przykleiłam zdjęcie i dopisałam info, że Tunia szuka domu z numerem telefonu. To ogłoszenie zawisło na tablicy u naszego doktora weterynarii. I to jedno, jedyne papierowe ogłoszenie przyniosło efekt. Dodatkowym bonusem całej sytuacji jest to, że mamy blisko i do nowego domu Tunieczki, i do doktora, którego odwiedzają też ludzie Tuńki ze swoimi kotami.

18 września 2011

Niedzielnik nr 27


Piszę dziś niedzielnik przy porannej kawie. Kawie, którą piję już zimną, bo piję ją od siódmej. W dłuższym spaniu przeszkadzały koty domagające się jedzenia i brak Tuni, którą wczoraj odwieźliśmy do nowego domu.

*   *   *

Do wyzwań różnej maści dołączyło kolejne, któremu nie mogłam się oprzeć. Okazuje się, że tych kilka książek Agathy Christie, które ostatnio kupiłam lub dostałam idealnie wpisały się w czas:-)

*   *   *

Przy nowym wyzwaniu - refleksja. Zapisuję się do wyzwań, a później - nawet jeśli książki, które czytam pasują do tematyki wyzwania, to najczęściej zapominam, że powinnam daną książkę oznaczyć w odpowiedni sposób, a co gorsza - że recenzję powinnam zamieścić również na blogu wyzwaniowym. Macie podobnie?

*   *   *

Waszej uwadze polecam stronę akcji "Czytam, bo lubię to", która z okresie jesiennych wyborów przybrała formułę "Popieram czytanie". Na stronie znajdziecie informacje o akcji i podpowiedź w jaki sposób wesprzeć promocję czytelnictwa.

*   *   *

Do oddania głosów na książkę nagrodzoną Złotą Zakładką zostało 12 dni. Zagłosowaliście już? I kolejna refleksja - czujecie choć trochę, że to Wasza nagroda? Czujecie się nieco za nią odpowiedzialni? Interesujecie się tym, które książki zostaną nagrodzone, kiedy wręczone zostaną nagrody i jakie to będą to nagrody?

*   *   *

Lubię wczesną jesień. Za śliwki i paprykę, pomidory i winogrona, za obfitość i delikatny chłód o poranku. Lubię słońce prześwietlające zażółcone liście. Udanego dnia!

*   *   *

Dopisek z 14:20.
Jutro o 18:05 na Ale Kino! będzie film "Kobiety bez mężczyzn".

*   *   *

17 września 2011

Dziwne odgłosy

Dziś kilkanaście minut po piątej obudziły nas dziwne odgłosy. Okazało się, że to Tunia wtuliwszy się w kołdrę burczy i ciamka. Zdarzało jej się czasami ssać ogonek, czy łapkę, ale nigdy nie robiła tego tak głośno i wytrwale. Przygarnęłam ją bliżej, a ona złapała za mój palec wskazujący i zaczęła go ssać. Biedna mała - za szybko zabrana od mamy.

15 września 2011

Barbara Gawryluk. Mali bohaterowie.


Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Barbara Gawryluk zebrała w dedykowanej Januszowi Bobakowi (chłopcu, który zginął ratując siostry) książce kilka historii o dzieciach. Dzieciach nazywanych bohaterami, bo w trudnych sytuacjach - pożaru, zaczadzenia, włamania, zasłabnięcia - wiedzą, gdzie zadzwonić, by wezwać pomoc i mają na tyle dużo hartu ducha, by nie wpaść w panikę.

Młodzi wiekiem rodzice czytający dzieciom lub z dziećmi "Małych bohaterów" otrzymują książkę, która stanowi świetne narzędzie do rozpoczęcia rozmowy na temat bezpieczeństwa, jego braku i sposobów reagowania na sytuacje niebezpieczne, z nauką numerów alarmowych na czele. Jestem przekonana, iż książkę cenić należy ze względu na jej walory edukacyjne; pewnie równie chętnie będzie czytana w domach, jak i w szkołach.

Ze względu na to, że mam tyle lat ile mam, i pamiętam retorykę haseł stosowanych w edukacji w latach osiemdziesiątych, podeszłam do tej książki wyjątkowo ostrożnie. Okładka i wymowa treści niepokojąco przypominają obraz radzieckich gierojów.

Zapewniam jednak, że ktoś kto odrzuci moje uprzedzenia i sięgnie po "Małych bohaterów" bez obciążeń historyczno-społecznych, doceni historie dzieciaków ratujących ludzi bez oglądania się na dorosłych. Mądrze ratujących.

D. Sumińska, D. Krzywicka, I. A. Stanisławska. Jak wychować dziecko, psa, kota... i faceta.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Na książkę skusiłam się przez to, że wśród autorek jest Dorota Sumińska. Gdy książka dotarła do mnie i przeczytałam kilka pierwszych stron zaczęłam się zastanawiać, czy  warto było sięgnąć po spisaną rozmowę psychologa, lekarza weterynarii i dziennikarki. Odłożyłam książkę, wróciłam do niej następnego dnia i ... nie mogłam się oderwać.

Panie, których rozmowę zapisano w książce mówią o wartościach częstokroć zapomnianych, o cechach relacji międzyludzkich, o narastającym zniecierpliwieniu, szybkim tempie życia i tym, co dzieje się z ludzkimi uczuciami i osobowościami współcześnie.

Człowiek, który tonie w rzece, powinien modlić się, by brzegiem szedł ktoś impulsywny (bo modlitw o przypadkiem przechodzącego ratownika WOPR nawet nie warto wznosić), ponieważ tylko tez rzuci się na ratunek, nie rozważając, czy zniszczy sobie nowe buty i drogi zegarek, czy woda jest bardzo zimna i czy ma szansę, czy nie ma. [s. 45]

W rozmowie poruszona jest tematyka troski o ciała przy jednoczesnym braku zatroszczenia się o stan ducha i umysłu, zwierząt, którym - biorąc je do domu - zaburzamy funkcjonowanie natury, przywoływana jest opozycja kota wciąż mogącego żyć dziko, jak jego przodkowie, i psa, który bardzo różni się do dzikich przodków.

A prawdziwy macho ma rachitycznego ratlerka czy małego pokurczonego kundelka, którego kocha, bierze na ręce i całuje. [ s. 130]

Książka zachęca do przemyśleń, wywołuje uśmiech i łzy. I spodobała mi się tak bardzo, że gdy odwróciłam ostatnią stronę zaczęłam otwierać w różnych miejscach i podczytywać po kawałku. Pewnie będę tak podczytywała jeszcze nie raz.

Polecam - zdecydowanie.

14 września 2011

Nie mogłam się powstrzymać...

Pierwszego dnia Bóg stworzył Kota,
drugiego - człowieka, aby się nim opiekował,
trzeciego - zwierzęta, aby Kot miał co jeść,
czwartego - pracę, by człowiek mógł kota utrzymać...
...siódmego dnia Bóg chciał odpocząć, ale trzeba było zmienić Kotu żwirek w kuwecie.
(wyszperane na forum)

Jean-Claude. Carriere, Umberto Eco. Nie myśl, że książki znikną.


Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Książka o książkach sygnowana nazwiskiem Umberto Eco jest tym, co mole książkowe lubią, prawda?:-) Panowie rozmawiają o czytaniu, pisaniu, o miłości do książek, o księgozbiorach, czytnikach, nowym sposobie funkcjonowania książek w naszym życiu i sposobie starym, swoim ulubionym. 

Jedną z perełek wyszperaną (niczym w dobrym antykwariacie) w tej dyskusji jest taka, że stare książki, pisane łaciną są zupełnie nieatrakcyjne dla amerykańskich kolekcjonerów, którzy nie potrafią pojąć czemuż ich europejscy koledzy walczą o jakiś utwór napisany w języku dawno zarzuconym. Urocze...

Szczególnie podobał mi się podrozdział zatytułowany "Pochwała głupoty", w którym autorzy rozmawiają o systemach edukacyjnych i ich znaczeniu dla rozwoju umysłowości uczniów. 

Czytając o książkach, które znikają w czeluściach pieców, bo ktoś ich nie ceni, ktoś nie zna ich wartości (i to nie tej rynkowej, ale mentalnej), które gniją na śmietniskach, cieszyłam się, że lubię odwiedzać antykwariaty, że wynoszę z nich za niewielkie pieniądze starocie radujące moje serce.

Wędrówka przez rozmowy zebrane pod wspólnym tytułem "Nie myśl, że książki znikną" sprawiła mi wiele przyjemności. Zdecydowanie jest to książka, do której można i warto wracać, której czytanie "po kolei" nie jest obowiązkowe, a i - jak mniemam - taka, która za każdą kolejna lekturą odsłania przed czytelnikiem coś nowego.

Serdecznie polecam.

13 września 2011

Kate Morton. Milczący zamek.

Wydane przez
Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz

Po raz kolejny przekonałam się, że nie znoszę czytać książek dłużej niż 2 dni. Gdy mam coś, czego czytanie zajmuje mi więcej czasu, historia zaczyna mnie nużyc, a książka zniechęcać. I zła jestem na ów mechanizm, co więcej - zamierzam z nim walczyć, bo sytuacja, w której "Milczący zamek" staje się uciążliwy jest skandaliczna w moim prywatnym rankingu spraw nie do zaakceptowania.

Między Edith Burchill i jej matką nie panowały przyjacielskie stosunki. Kobieta niewiele wiedziała o młodości swojej matki i gdyby nie dziwny list, dostarczony po wielu latach, po zbyt wielu latach, pewnie nigdy nie poczułaby się zainteresowana tym, jaka była Meredith w przeszłości. Dzieciństwo Meredith wiąże się z zamkiem Milderhurst, którego właścicielem był autor ulubionej książki Edith "Człowieka z błota" Raymond Blythe. Edith trafia do zamku na poły przypadkowo, na poły zaciekawiona, a później już na wyraźne życzenie jego mieszkanek, doskonale znających przebywających u nich w czasie wojny matkę Edith.

Lubię sposób w jaki pisze Kate Morton. Jej ładne, wyważone zdania, za którymi - częstokroć - poza dającą się w prosty sposób odczytać treścią, kryją się znaczenia ukryte, nadające całości swoisty klimat. 

Jej doskonałość tkwiła w jakiejś nieuchwytnej esencji, w pewności siebie, w sile, jakby coś ją bezpośrednio łączyło z samymi fundamentami świata. Była wiatrem w letni dzień, pierwszą kroplą deszczu na spieczonej ziemi, światłem Gwiazdy Wieczornej. [s. 421]

Świat kreowany przez australijską pisarkę zachwycił mnie drobiazgowością, pielęgnowaniem słów, szczegółów, osobowościami bohaterów. 

Zajrzałam na stronę Kate Morton z nadzieją, że istnieją książki już przez nią napisane, ale wciąż nie opublikowane w Polsce. Niestety, nie ma takich. Pozostaje mi, w oczekiwaniu na kolejną (mam nadzieję już pisaną) powieść Autorki, wracać do raz już czytanych. A Was namawiam do poznania tajemnicy "Milczącego zamku".

12 września 2011

Magdalena Kulus. Blondyn i Blondyna.

Wydane przez
Wydawnictwo SOL

Nie jest łatwo pisać o książce przedstawiającej życie drugiej osoby. Słów brak, gdy trzeba pisać o postaciach powszechnie znanych, stojących na piedestale, ale równie mocno drżą palce, gdy pisać przychodzi i kimś, kto zapiski z dnia codziennego prowadzone na blogu przekuwa w książkę.

Magdalena Kulus na pewnym etapie swojego życia zdecydowała się zauważyć, że choruje na rdzeniowy zanik mięśni Werdniga-Hoffmanna. Pozostaje się tylko domyślać jak trudna była to decyzja, choć podjęta w pełni świadomie.

Tytułowy Blondyn towarzyszący Blondynie to pies asystujący. Autorka opisuje swoje życie przed, a przede wszystkim po tym, gdy Igor, golden retriver, zamieszkał z nią, jej rodzicami dołączając tym samym do zwierzyńca Magdy.

Zapis bloga, a tym samym zapis książki to codzienność z chorobą, która po prostu jest, a nie staje się pretekstem do żądań stawianym otoczeniu. Magda ma lepsze i gorsze dni, podobnie jak jej najbliżsi - Rodzice, czy Igor. Nie traktuje swojego wózka jako uzasadnienia, ale domaga się tego, by wszyscy wokół nie decydowali za nią narzucając jej gdzie nie może wjechać elektrykiem i gdzie nie może towarzyszyć jej pies.

Podziwiam hart ducha Magdaleny Kalus i cieszę się, że jej życie w towarzystwie psiego asystenta zostało ubrane w słowa i opublikowane. Mając fioła na punkcie zwierząt nie mogę nie docenić tego, że ktoś inny podziela mojego fioła:-)

P.S. Za godzinę w Bibliotece Śląskiej można spotkać się z Magdaleną Kulus. Na kolejne spotkanie zapraszam do 24 września do Empiku w SCC.

Agnieszka Wiszniewska-Matyszkiel. Fundacja dobrego diabła.





Wydane przez
Wydawnictwo Stentor
w dziale Kora


Rozbestwiona książkami dobrze napisanymi o trudnych sprawach spodziewałam się i po "Fundacji dobrego diabła" równie wysokiego poziomu. 


Mama Szymka jest malarką, a życie rodzinne w ich domu toczy się torem zupełnie innym niż w tak zwanych normalnych rodzinach. Gdy pewnego dnia mama zaprasza synka do wspólnego malowania spod ich pędzli wychodzi arcydzieło, które tchnie czymś, co trudno nazwać, ale co kojarzy się z miłością łączącą rodzinę Szymka. Podczas wernisażu prac okazuje się, że największym zainteresowaniem znawców sztuki cieszy się wspomniana wcześniej wspólna praca Szymka i jego mamy, zatytułowana "Marzenie". Gdy obydwoje odmawiają sprzedaży, a na wystawie pojawia się dziwny jegomość mówiący coś o nęceniu, ceny prac wykonanych przez mamę Szymka szybują w górę. Baltazar, bo tak miał na imię ów jegomość, okazuje się być diabłem, ale przedziwnym, dobrym i dążącym do tego, by na świecie było jak najlepiej.


Trochę mi szkoda, że doskonałe pomysły na pomaganie ludzkości (nie chcę tu oceniać na ile słusznie podnoszone) zostały jedynie wzmiankowane, a tylko kilka z nich Autorka nieco rozbudowała. Czułam niedosyt - moim zdaniem historia Dobrego Diabła Baltazara mogłaby zapełnić solidny tom, a zamknięcie jest w dwustu stronach uważam za nadmierne skracanie. Na tyle nadmierne, że gubią się w nim emocje i idee deklarowane w początkowej części książki. 


Spodziewałam się po "Fundacji dobrego diabła" równie wysokiego poziomu jaki reprezentowały ostatnio czytane przeze mnie książki Stentora. Książka Agnieszki Wiszniewskiej-Matyszkiel zaczyna się dobrze, niesie w sobie mądre przesłanie, ale gdzieś po drodze gubi nieco rytm. W ostatecznym rozrachunku ważne jest jednak to, że promowanymi przez Autorkę wartościami są miłość i przyjaźń, a to niweluje wszystkie ewentualne potknięcia.

11 września 2011

Peter Pezzeli. Dom w Italii.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Książki Petera Pezzelliego są moim zdaniem idealne na jesienne, zadeszczone dni. Choć nie twierdzę, że czytanie ich kiedy indziej jest problematyczne, bo - oczywiście - nie jest. 

Peppi po wielu latach szczęścia u boku żony zostaje sam; jego Anna umiera. Mężczyzna uświadamia sobie, że małżeństwo blisko czterdziestoletnie było jedynym elementem trzymającym go w Stanach Zjednoczonych. Teraz, gdy nie ma już żony, postanawia wrócić do rodzinnych stron, do małego włoskiego miasteczka. Po dotarciu do Europy i Villa San Giuseppe Peppi próbuje na nowo nauczyć się żyć w pojedynkę. Na szczęście otaczają go przyjaciele, którzy dbają o jego dobre samopoczucie i nie dają mu odczuć, że wiele lat jego nieobecności zmieniło coś w ich relacjach.

Oprócz atmosfery włoskiej mieściny mamy w książce rodzące się burzliwie uczucie podszyte wyrzutami sumienia, kolarskie wyścigi, przyjaźń, serdeczność i to coś, co sprawia, że do książek Petera Pezzelliego ma się sentyment.

Barbara Kosmowski. Pozłacana rybka.


Wydane przez
Wydawnictwo Stentor
w dziale Kora

Trudne tematy zdają się być, czymś z czym autorzy wydawani przez Stentor doskonale sobie radzą. Tym razem, w książce Kosmowskiej, stykamy się ze chorobą i śmiercią dziecka.

Rodzice Alicji rozstają się, tata ponownie się żeni, a nowa żona rodzi mu dziecko. Przyrodni brat Alicji szybko staje się jej ulubieńcem, choć dziewczyna wciąż nie może polubić jego mamy. Wszystko zaczyna się zmieniać, gdy Fryderyk zaczyna chorować i długie dni spędza na oddziale dziecięcego szpitala zamiast w domu.

Barbara Kosmowska pisząc o dziewczynie, która ze szczęśliwej jedynaczki staje się, przy wielkiej niechęci starszą siostrą i która po pewnym czasie oddałaby wszystko, by nie być już nigdy jedynym dzieckiem swojego ojca, odsłania przed czytelnikami emocje, nie tylko nastolatki, ale również osób z jej otoczenia.

Mocna, warta przeczytania książka.

Jakub Wędrowycz przywędrował


Dawno, dawno temu zgłosiłam się do akcji Książka Wędrowniczka. Losy książek wędrujących przez Polskę były dla mnie niejasne do chwili, w której dostałam list z pytaniem, czy jestem gotowa przyjąć Jakuba pod swój dach. Byłam:-) I tak się zaczęło...

Jakub na powitanie wskoczył na dach auta. Zaintrygowała go porośnięta bluszczem latarnia, dopatrywał się w jej kształcie mistyczno-tajemniczych znaczeń i zastanawiał, czy to rośliny tym razem próbują przejąć kontrolę nad ludzkimi umysłami.
Gdy weszliśmy do domu Jakub doznał szoku. Koty! Pięć kotów! I w dodatku jeden robi dziwne rzeczy z językiem.




Jakub chciał iść na nielegal, pograndzić, ale u nas ciężko wyjść niepostrzeżenie.
Zabraliśmy go na wycieczkę. Odwiedziliśmy kukurydzę:
 Biuro mocno kulturalne (a fuj!)

 Spodek
 Gdzie zobaczyliśmy maszyny górnicze
 I rozważaliśmy pójście na mecz
Blisko nas jest dolina dinozaurów, ale bałam się, że odwiedziny w niej nadwyrężą zbyt mocno stan umysłowy Jakuba.

Zarówno ja, jak i Jakub, jesteśmy gotowi do rozstania. Czekamy na adres (nie)szczęśliwca, którego odwiedzi Jakub:-)

Dziwność i ciasteczko

Pewnie czekacie na wieści dotyczące Tuni... Było tak. W środę odwiedzili nas gości zainteresowani adopcją małego_czarnego. Mili, sympatyczni, zakoceni i dobrze się z nimi rozmawiało. Wychodząc zadeklarowali, że kota chcą i poczekają aż ją zaszczepimy pierwszą szczepionką w najbliższym tygodniu. W czwartek popołudniu zadzwonili z prośbą, aby jednak nie brać ich pod uwagę, bo kota wezmą z innego miejsca. Miło, że zadzwonili, ale przyznam - zatchnęło mnie i nie wiedziałam co powiedzieć.

Mamy teorię, czemu sympatyczni S. i K. nie zdecydowali się na zabranie Tuni od nas. Otóż, gdy nas odwiedzili i S. usiadła na wersalce, tuż obok niej, na jej kurtce ułożyła się do snu wdzięcznie wyglądając Tunia. Nusia czując, że ci ludzie nie przyszli do nas ot tak sobie, przywędrowała, odsunęła torebkę S., usadowiła się obok Tuńki, wypucowała ją i położyła się koło niej, kładąc na niej łapki. Wizytę gości tak właśnie przespały... Myślicie, że to dobry powód?

Wczoraj udało mi się namówić Duszkę na sikanie do słoiczka, więc mogłam zawieźć próbkę do badania. Nie ma ciał ketonowych, wiec jeśli dobrze rozumiemy to, w czym się naczytaliśmy, Duszka ma ten typ cukrzycy, który nie reaguje na insulinę. Muszę znów poczytać mądre książki, żeby czymś sensownym wypełnić czas do wizyty u naszego doktora.

Od wczoraj mamy gości, takich na kilka dni. Sisi reaguje bodaj największą niechęcią na takie zmiany i żeby to zademonstrować przychodzi do mnie się przytulać. Pozostałym kotom zwiększona obecność ludzi nie sprawia kłopotu, a Tunię wręcz cieszy - więcej ludzi = więcej rąk do głaskania. 

Wczoraj przed snem usłyszałam płacz. U nas płacze tylko Duszka, więc czym prędzej wyruszyłam na jej poszukiwania. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, iż Duszka poczęstowała się ciasteczkiem i niesie je w zębach skarżąc się, że jest za duże. Ciasteczko zabrałam, ale nie pomyślałam, że trzeba je schować na noc. I rano zobaczyłam coś, co wcześniej miało kształt owalny:
Oczywiście, nikt się nie przyzna do obgryzienia.

Dziś obudziły mnie dziwne dźwięki. Gusia leżała na krześle i wściekle machała ogonem, a Tunia próbowała podskoczyć na tyle wysoko, by ten ogon złapać. I jak tu nie mieć dobrego nastroju po takiej pobudce?:-)

10 września 2011

Agnieszka Krawczyk. Napisz na priv.


Wydane przez
Wydawnictwo SOL

Fascynuje mnie to, jak wiele wycierpiała Autorka pisząc książkę, którą dziś przedstawiam. Podejrzewam, że wycierpiała, bo nie sądzę, by ktokolwiek o zdrowych zmysłach był w stanie przebrnąć przez fora internetowe bez uszczerbku na samopoczuciu.

Laura, matka Dziecięcia, czytuje fora dla matek ewentualnie dla tych, które nieco mniej czują się matkami, a bardziej kobietami. Poza tym - szuka pracy. No i oczywiście - matkuje, choć zdaniem wielu wypowiadających się na odwiedzanych przez nią forach, jej matkowanie byłoby jakieś wybrakowane.

Życie Laury, mimo różnych chwil nadwyrężających jej poczucie rozsądku, układa się całkiem przyjemnie i toczy się swoim radosnym, nieco szalonym torem. 

Książkom Agnieszki Krawczyk zawdzięczam miłe odprężenie. Jeśli ktoś ma chęć zamienić z Autorką kilka słów zapraszam dziś na 17:00 do Empiku w SCC w Katowicach.

06 września 2011

Zdrowotnie

Sobotnia wizyta u doktora trwała długo, bo też pytań mieliśmy wiele. W poniedziałek było krócej, bez Duszki, a rozmowa w dużej mierze dotyczyła funkcjonowania kota z cukrzycą. Od razu zapowiem, że we wrześniowym numerze Kocich Spraw z 2008 roku są artykuły o tej chorobie. Dzięki temu, co usłyszałam od doktora uświadomiłam sobie jedną rzecz - jeśli chodzi o moje zdrowie to nie przejmuję się, nie czytam, nie odwiedzam lekarzy. Zupełnie inaczej jest w przypadku kotów. Dotarłam już do publikacji naukowych, wyśledziłam w bibliotece "Weterynarię w praktyce", a osobliwie numery opisujące opiekę nad kotem cukrzycowym. W przypadku kotów, mam silną potrzebę zrobienia czegoś, żeby im pomóc, a skoro nie potrafię, to chcę się chociaż naczytać...

Ogłoszenia Tuni puszczone w świat zaczynają procentować. Dziś mieliśmy pierwszy telefon od osób zainteresowanych; w środę spotykamy się zapoznawczo. Kocinka jest już odrobaczona, w przyszłym tygodniu będziemy ją szczepić.

Nusia ma wciąż "płaczące" ślepka. Brakuje nam już pomysłu na poradzenie sobie z tym. Może macie jakąś podpowiedź, czym leczyć oczy z herpeswirusem?

Ivona Brezinova. Cukierki dla dziadka Tadka.


Wydane przez

Wydawnictwo Stentor
w dziale Kora

Przyznam, że dotychczas niespecjalnie dostrzegałam to, iż Stentor w dziale książki dziecięcej wydaje literaturę "oswajającą" różne problemy. Jednak każda kolejna książka, po rewelacyjnej "Wyspie mojej siostry", przekonuje mnie, że warto przyglądać się uważnie temu, co przygotowują redaktorzy.


Janek wychowuje się w rodzinie wielkopokoleniowej. Mieszka z rodzicami, dziadkiem Andrzejem i pradziadkiem Tadkiem. I to własnie temu ostatniemu zaczynają się przydarzać różne sytuacje, które początkowo wydają się być mało znaczącymi, a później po diagnozie lekarskiej, nabierają wcale poważnej rangi.

Choroba Alzheimera jaka dotyka dziadka Tadka najmniej zaburza życie prawnuczka. Chłopcu zapatrzonemu w ukochanego pradziadka wydaje się, że wszystko co robi starszy pan jest interesujące, choć czasami kłopotliwe. Pięciolatek spogląda na chorobę dziadka zupełnie innym spojrzeniem niż czynią to dorośli, a sposób w jaki opisała to autorka, czyni z tej książki prawdziwą perełkę.

Świat osoby, która zapomina jest potworny. Ale nie wiem, czy świat tych, którzy muszą obserwować owo zapominanie nie jest po stokroć gorszy. Książka Ivony Brezinovej nie da nam ukojenia, ale pozwoli  przygotować dziecko na to, że jego dziadek lub babcia któregoś dnia zapomną kim ono jest.

05 września 2011

Jacques Le Goff. Średniowiecze i pieniądze.


Wydane przez
Wydawnictwo Czytelnik


Jacquesa Le Goffa znałam z książek "Kultura średniowiecznej Europy" oraz "Długie średniowiecze". Teraz porwałam sie na książkę bardzo specjalistyczną, bo ukazującą historię pieniądza w średniowieczu. Le Goff wychodzi od tego, że pojęcie pieniądza w omawianej epoce nie było wyrażane za pomocą jednego tylko słowa, czy to po łacinie, czy w językach narodowych. W ogóle w średniowieczu pieniądz postrzegano inaczej niż dzisiaj, nie odgrywał roli takiej, jaką dzisiaj odgrywa, ani w kontekście ekonomicznym, ani politycznym, ani psychologicznym ani wreszcie etycznym.

Średniowieczne pojęcie bogactwa odnosiło się nie tylko, a może nawet nie przede wszystkim do pieniądza, ale też do ziemi, ludzi i władzy. Le Goff pisze wręcz, że średniowiecze to okres regresu pieniądza.

Przy okazji omawiania historii pieniądza Le Goffporusza wiele tematów. Pisze o rozwoju miast i o rodzących się państwach. Rozważa kwestie tego, czy w średniowieczu był już kapitalizm (zdaniem Le Goffa nie było). Autor pisze:

Będziemy teraz poszukiwać u historyków negujących istnienie w średniowieczu kapitalizmu, a nawet prekapitalizmu, poglądów, z którymi zasadniczo się zgadzam, a które próbują inaczej rozważać pojęcie wartości w tej epoce. Myślę, że główne miejsce w tym systemie trzeba przyznać pojęciu caritas, a jeśli chcemy określić typ gospodarki, do którego należała średniowieczna gospodarka, to moim zdaniem należy szukać go w dziedzinie daru.

W rozdziale zatytułowanym "Pożyczka, zadłużenie, lichwa" ukazuje Le Goff to, w jaki sposób w średniowieczu podchodzono do wymienionych w tytule rozdziału zjawisk. Pisze o fenomenach takich, jak zyski z pracy czy wynagrodzenie związane z ryzykiem występującym przy udzielaniu pożyczek.

Le Goff stwierdza, nie po raz pierwszy zresztą, że ogólnie biorąc, ludność średniowiecza w większości dziedzin indywidualnej i zbiorowej egzystencji postępowała w sposób, który czynił ją nam obcą, a współczesnego historyka zmusza do rozjaśniania swej pracy światłem antropologii, po czym podkreśla, że "ta 'egzotyka' średniowiecza znajduje potwierdzenie szczególnie w dziedzinie pieniądza.

Jest to teza bardzo intrygująca, a obszar, którego dotyczy, jest bardzo szeroki, bo wiem, na co Le Goff kładzie nacisk, pieniądz w znaczeniu nieoznaczającym szlachetnego kruszcu, czyli takim, jakiego Le Goff używa w książce, jest zjawiskiem trudno definiowalnym.

Kogo interesuje pieniądz, niech u Le Goffa czyta o pieniądzu; kogo pieniądz nudzi, niech czyta o średniowieczu.
Niedziela upływająca na tym, że co dwie godziny wbijam kotu igłę w ucho i pobieram krew do badania, jest paskudnym dniem.

04 września 2011

Niedzielnik nr 26


W lipcu 2010 roku zamknięto, w celu wyremontowania, filię biblioteki mieszczącą się dwa bloki od naszego, w budynku poprzedszkolnym. Termin otwarcia wyznaczono na grudzień. Kolejny termin to kwiecień, późniejszy - czerwiec. Koniec końców drzwi biblioteki dla czytelników otworzono 1 września.

Odwiedziliśmy bibliotekę wczoraj. Owszem - są nowe drzwi. Szafki ubraniowe wystawiono do oszklonego przedsionka. Budynek został ocieplony, pomalowano poszczególne sale i albo położono coś nowego na podłodze albo wycyklinowano parkiet (aż tak się nie przyglądałam). Regały z nowościami wystawiono na korytarz, bo też korytarz jest taki, że poloneza spokojnie można tańczyć. Czemu o tym piszę? Są dwa powody. Po pierwsze - po remoncie trwającym tak długo spodziewałam się modyfikacji pomieszczeń (choćby powiększenia wypożyczalni kosztem w/w korytarza). Po drugie - na przywitanie udało się paniom bibliotekarkom wyprowadzić mnie z równowagi (a to duża sztuka). Wchodzimy rozglądając się ciekawie i mówimy głośne "dzień dobry". Panie odpowiadają, patrzą na nas i nic więcej nie mówią. Wobec powyższego kierujemy się do sali z książkami, a co słyszymy gromki okrzyk nawołujący nas przed oblicze bibliotekarki i zarzut, że omijamy ją specjalnie. Kolejne co słyszmy, to "Proszę dać mi karty" tonem wykluczającym sprzeciw. Na moją uwagę, że jeszcze nie wiemy, czy zdecydujemy się coś pożyczyć, usłyszeliśmy, że pani musi wiedzieć, kto przyszedł i między regałami chodzi.

I wiecie, jakoś mi się przykro zrobiło. To świetna biblioteka, z bardzo dobrym księgozbiorem i naprawdę czekałam na dzień, w którym zostanie otwarta. Początek nie jest zachęcający, ale przecież do biblioteki nie chodzi się dla bibliotekarek, a dla książek.

*   *   *

Mam kupon do Gandalfa. O ile pamiętam - upoważnia do 10% zniżki na produkty nie objęte promocją. Ktoś reflektuje? 
*   *   *

Miałam przyjemność uczestniczyć w spotkaniu organizowanym przez bibliotekę w Piekarach Śląskich. Było bardzo interesująco. Tak bardzo, że już wpisałam w kalendarz wszelkie wydarzenia okołoliterackie, które w tym miesiącu będą się odbywać w Katowicach i ościennych miastach. Pierwszym jest spotkanie z Agnieszką Krawczyk w katowickim empiku - w najbliższą sobotę.

*   *   *

Rozpoczął się wrzesień, a wraz z nim głosowanie w plebiscycie Złota Zakładka. Przypominam, że na oddanie głosu jest miesiąc, a o tym, które z książek zdobyły największe uznanie blogerów piszących o literaturze, dowiemy się podczas Targów Książki w Katowicach. Mam nadzieję, że w dniu wręczania nagród będzie nas w Spodku bardzo dużo:-)

Greg Mortenson, David Oliver Relin. Trzy filiżanki herbaty.


Wydane przez
Wydawnictwo Sonia Draga

Zafascynowała mnie okładka tej książki i przede wszystkim ze względu na nią zdecydowałam się na lekturę. Książka opisująca historię Amerykanina budującego w Pakistanie i innych równie mało popularnych rejonach świata szkoły okazała się być czymś, nad czym warto się zatrzymać, opowieścią nietuzinkową i poruszającą.

Greg Mortenson podjął trud zdobycia K2. Gdy schodził z przewodnikiem po nieudanym podejściu stracił z oczu opiekuna i trafił do maleńkiej wsi, której nikt nie zaznaczył na mapach. Tak zetknął się z wielką życzliwością i równie wielką biedą. Serce himalaisty szczególnie poruszył widok dzieci, które tylko raz w tygodniu spotykają się z nauczycielem, a w pozostałe dni karnie powtarzają to, czego się dotychczas nauczyły, dzieci, które wiedzą, że tylko dzięki edukacji mogą żyć lepiej niż ich przodkowie. Greg wymyślił, że zbuduje im szkołę i od tego się wszystko zaczęło.

To, czego dokonał Greg Mortenson jest po pierwsze godne podziwu, a po drugie - zapoznane. Gdyby nie ta książka, też niezbyt mocno popularna w Polsce, nigdy nie wiedziałabym, że w Kabulu, podczas amerykańskich nalotów, pewien ogarnięty ideą powszechnie dostępnej szkoły Amerykanin szacował straty i walczył o pieniądze na odbudowywanie zniszczonych budynków.  Nie wiedziałabym o tym ile kosztuje miesięczna edukacja jednego dziecka w Pakistanie i Afganistanie (1$) i wielu jeszcze innych rzeczy, na które oczy otworzyła mi ta lektura.

Równie ważne jak książka są strony internetowe: Trzech filiżanek herbaty, Instytutu Azji Centralnej, Organizacji Grosik dla Pokoju.

Na końcu książki znajduje się poradnik dla osób chcących przysłużyć się idei, o którą walczy Greg Mortenson. Jedną z porad jest ta, by - jeśli jesteśmy przekonani o wartości książki - napisać pozytywną recenzję. Mam nadzieję, że to, co napisałam uznacie za pozytywne - a ja pozostaję pod dużym wrażeniem.

*   *   *

Niedzielnie słów kilka

Świętowanie wyszło nam średnio, bo akurat 1 września wybraliśmy się na spotkanie, z którego wróciliśmy późnym wieczorem. Sisi wyraziła swoje niezadowolenie naszą obecnością, ale dała się ugłaskać :-)

Wczoraj byliśmy z Duszką u doktora. Omówiliśmy wszystkie niepokojące nas rzeczy, wypytaliśmy doktora o milion spraw i słuchaliśmy cierpliwie nam tłumaczącego różne zawiłości choroby. Temperaturę Duszka miała dobrą, ale zaniepokoiło mnie to, że schudła. Teraz waży 3,4 kg.

Małe_czarne ma się świetnie. Galopuje radośnie, zaczepia nas i koty i zdobywa nowe umiejętności. Żebyście ją widzieli jaka dumna spaceruje po obydwu parapetach balkonu:-)

Dopisek:

01 września 2011

Rocznica

1 września 2006 roku, po południu, pojechaliśmy do pewnego domu, z którego wyszliśmy bogatsi. O wiele bogatsi (choć wówczas chyba nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy) i z zapowiedzią mnóstwa szczęśliwych dni.

Z tego domu, pięć lat temu, wyszliśmy z Sisulką.