31 października 2011

Sławomir Cenckiewicz. Długie ramię Moskwy.


Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka


W recenzji z "Długiego ramienia Moskwy" Cezary Gmyz napisał, że książki traktujące o historii służb specjalnych, niezależnie od tego, czy chodzi o CIA, KGB, Stasi czy inne służby, na całym świecie (Gmyz
dodaje: czytającym świecie) cieszą się wielką popularnością; podobnie jest u nas, z tym, że jak zauważa Gmyz, u nas książki te na ogół przemilczane są przez recenzentów.

Nie jestem znawczynią dziedziny, której książka Cenckiewicza jest poświęcona i nie wiem, jak to na świecie jest z książkami o historii służb specjalnych, natomiast jestem skłonna przyznać racje Gmyzowi w tym, że wielkiego szumu związanego z wydaniem "Długiego ramienia Moskwy" nie ma. Owszem, na youtube można obejrzeć zapisy filmowe spotkań Cenckiewicza z czytelnikami, które wyraźnie pokazują, że ludzi temat interesuje (podczas spotkania z czytelnikami na Targach Książki w Katowicach Cenckiewicz rozmawiał z czytelnikami półtorej godziny, najpierw występując na scenie, a później już w warunkach kameralnych podczas kawy z pisarzem), ale na przykład w telewizji o książce cicho. Ktoś może zapytać, po co o książce miałoby być w telewizji głośno, a ten, kto zadałby to pytanie albo niczego nie rozumie albo przeciwnie - rozumie doskonale na dodatek lubuje się w pytaniach retorycznych, na dodatek postawionych niejako a` rebours :-))

Temat książki jest jasny: historia wywiadu wojskowego Ludowego Wojska Polskiego, czyli historia z lat 1943-1991, przy czym Autor kończy swoją opowieść na latach 2006/2007, kiedy to zostały zlikwidowane WSI. Obraz wyłaniający się z tej historii jest przerażający - Cenckiewicz stawia i udowadnia tezę, że LWP, a szczególnie wywiad wojskowy, to było środowisko kompletnie zsowietyzowane, a obraz wojskowych-polskich patriotów, którzy prowadzili jakiekolwiek działania wymierzone przeciwko Moskwie i w interesie Polski, to obraz zupełnie nieprawdziwy. Przykładów na tę tezę jest mnóstwo, a jednym z najdobitniejszych jest ten oto, że pierwszym polskim szefem Sztabu Generalnego był Wojciech Jaruzelski, który objął to stanowisko w roku 1965. Wcześniej szefami Sztabu Generalnego LWP byli sami Rosjanie - Jaruzelski zastąpił generała pułkownika Armii Czerwonej Jurija Bordziłowskiego. Kiedy o tym przeczytałam, to pomyślałam sobie między innymi i to, że wtedy, pół wieku temu, ludzie mieli przynajmniej jasność w kwestii tego, kto w Polsce rządzi. Nie mam pojęcia, czy to była wtedy lub jest dzisiaj jakakolwiek pociecha i dla kogo. W każdym razie Cenckiewicz opisuje historię smutną, historię, która jeszcze się nie skończyła, aczkolwiek nie ma już LWP. Pytania, które Autor stawia we "Wprowadzeniu" również, jeżeli można tak powiedzieć, są smutne:

Postanawiam ustalić i zrozumieć, jak to się stało... Jak to się stało, że w Warszawie, w gmachu przy al. Niepodległości, przez tyle lat funkcjonował jeden z najważniejszych instrumentów podległości naszego kraju. Jak to się stało, że dopiero w siedemnastym roku budowania demokratycznej Polski rozmontowano tę postsowiecką redutę zlokalizowaną w najdalej na wschód położonym kraju zachodniej części Europy.

Książka napisana jest bardzo dobrze, tekst główny liczy 434 strony, a kolejnych około 100 stron to Aneksy, Słownik ważniejszych pojęć, Bibliografia (której jest 25 stron) oraz Indeks nazwisk. Przypiski
robione są tak, jak lubię - na dole strony, a zatem w czasie czytania nie trzeba żonglować zakładkami i nieustannie otwierać  książki to w jednym, to w drugim miejscu.

Na koniec zdanie Andrzeja Zybertowicza zamieszczone na tylnej okładce:

Gdyby polskie nauki społeczne miały więcej takich badaczy jak dr Cenckiewicz, znacznie trudniej byłoby manipulować Polakami.

Adam Wajrak, Nuria Selva Fernandez. Kuna za kaloryferem.


Wydane przez
Agora SA

Odwiedzający mojego bloga wiedzą, że na punkcie zwierząt mam fioła nie mniejszego niż na punkcie książek, a wszelkie książki traktujące o zwierzętach mają w moim sercu specjalne miejsce. Chcąc poczytać polską historię o zwierzętach sięgnęłam do bibliotecznej półki po książkę o bocianach i kunie oraz innych żyjątkach.

Pierwszą część książki zapełniają bociany. Autorzy opisują ptaki, którym dali schronienie, wszelkie niedogodności płynące z tego, że trzeba bocianiątka wyniańczyć, wykarmić, odchuchać, ale i radość wielką wynikającą z faktu, że się udało, że bociek zimujący przy domu unosi się, leci, umie o siebie zadbać. Dzielą się smutkiem utraty bociana i satysfakcją z jego uratowania. Druga część związana jest, między innymi, z tytułowym zwierzęciem.

Niestety, w połowie książki odłożyłam lekturę. Nie podejrzewałabym nigdy, że książkę o zwierzętach można nasączyć ideologią inną niż prozwierzęcą, a w tym przypadku tak własnie się stało. Nie umiałam czytać dalej.

30 października 2011

Toaleta przedsenna

Zasypialiśmy wczoraj przy akompaniamencie mruczącego dwugłosu. Lusia myła Nusię, Nusia myła Lusię i obydwie burczały z zadowolenia. Nie muszę dodawać, że zasnęłam w kilka sekund?

Katarzyna Lewcun. Wyznania pizzonosza.


Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Nową serię "Smak dorosłości" zaczęłam czytać od książki o niebanalnie brzmiącym tytule. Zastanawialiście się kiedyś jak nazwać kogoś, kto dostarcza pizzę? Katarzyna Lewcun znalazła trafne  określenie, które wzbudziło moją ciekawość.

Mateusz, wbrew oczekiwaniom mamy lekarza i taty nauczyciela, nie bierze udziału w wyścigu po sukces, a po skończonej szkole średniej podejmuje pracę w pizzerii. Przygotowuje jedzenie, a najczęściej je dowozi pod wskazany w zamówieniu adres. Mieszka sam, świetnie sobie radzi i w zasadzie nie ma powodów do zmartwień. Bohater mimo, iż bywa dość mocno skupiony na sobie, ma jednak zdolność dostrzegania spraw innych, poza sobą, osób. Zauważa uczucie rodzące się między koleżanką i kolegą z pracy, doświadcza zainteresowania, ale i odrzucenia ze strony dziewczyn, komentuje z refleksyjnym zacięciem spotkania związane z życiem zawodowym i prywatnym.

Katarzyna Lewcun stworzyła jednorodną, dobrze zbudowaną postać bohatera. Tak dobrze, że aż w pewnym momencie poczułam przerażenie. Mateusz dowiadując się od zapłakanej siostry, iż ich matka jest aborterką, zdobywa się na konstatację "nie mam w ogóle wyrobionego zdana na ten temat".  Mój niepokój obudziło to, że dla bohatera taka wiadomość wydaje się być tożsama z wszelkimi innymi jakie otrzymuje ze świata zewnętrznego. Owszem - prezentowane zachowanie idealnie koresponduje z tym, co o Mateuszu wiemy, ale z drugiej strony - gdzie miejsce na samoświadomość młodego człowieka? Jakaż ona jest?

Książka  przedstawiająca jedynie wycinek życia zwykłego, młodego mężczyzny tylko pozornie nie poddaje czytelnikowi tematów do zadumy. "Wyznania pizzonosza" można czytać na dwa sposoby - albo jako luzacką opowiastkę o zapatrzonym w siebie dwudziestolatku albo jako historię młodego mężczyzny, który u progu dorosłości wydaje się nie rozumieć co znaczy owa "dorosłość".

28 października 2011

Dni mijają zbyt szybko

A w naszym domu pozornie bez zmian, codziennie wydarza się coś, co wzbudza naszą ciekawość, radość lub po prostu zadziwia.

Obecność Lusi pokazuje bardzo wyraziście jak różne są kocie osobowości. Tunia to kociak ciekawski, związany z ludźmi. Lusia jest kotkiem bardzo osobnym. Od kilku zaledwie dni sypia w towarzystwie pozostałych na tapczanie, zdarza jej się przyjść także do nas, podczas gdy śpimy. Tunia lubiła być w naszym towarzystwie, cieszyła się mogąc leżeć tuż obok nas pracujących. Lusia potrzebuje nas najczęściej w czasie karmienia; dopomina się o jedzenie płacząc długo i rozpaczliwie.


Tydzień temu odwiedziła nas Hela z rodzicami. Dziewczynka oszalała na punkcie Lusi, a i Lusia nieźle skorzystała z obecności ludzkiego dziecka. Kociątko dawało się nosić, zwijało się w kłębuszek i uroczo burczało. Do tego stopnia Lusia zawładnęła sercem Heli, że dziewczynka niemalże płakała odjeżdżając.

Dziś pokazaliśmy Lusię doktorowi; koteczka waży 1250 g. Została osłuchana, obejrzana i dostała szczepionkę. Pan doktor ocenił wiek kotki na 3 miesiące. Dopadł Lusię herpeswirus i na dodatek ma podwójne kiełki, co dodaje jej uroku.

Nusia nie czuje sie tak związana z kocim dzieckiem jak czuła się związana z Tunią, ale i Lusię wymyła dokładnie wczoraj wieczorem. Zdarza im się też spać razem. Poza tym Nusia sypia z nami; trudno mi opowiedzieć swoistą radość i spokój jakie daje mi świadomość obecności Nusi układającej się na mnie wieczorem.

Widzieliście już oczywiście nowy film z Kotami Simona?


:-)

Tony Judt. Żle ma się kraj. Rozprawa o naszych współczesnych bolączkach.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarne

O czym jest ta książka, to pokazuje tytuł. Judt zaczyna od stwierdzenia, że „w naszym obecnym sposobie życia jest coś głęboko błędnego” i wyjaśnia, co ma na myśli: „przez trzydzieści lat z dążenia do dobrobytu uczyniliśmy cnotę, a dziś nasze kolektywne poczucie celu sprowadza się już właściwie tylko do niego. Wiemy, ile rzeczy kosztują, ale nie mamy pojęcia, ile są warte”.

Ładnie powiedziane, a postawiony problem jest tyleż szeroki, co ważny. Kiedy czytałam tę książkę to na przemian zżymałam się na Autora i biłam Mu brawo. Irytowały mnie, dość licznie, swoiste niedoróbki. Judt pisze o „darmowym szkolnictwie” czy o „bezpłatnej opiece medycznej”. Moim zdaniem kto pisze w ten sposób, ten psuje język, niezależnie od tego, czy pisze jak pisze z tego powodu, że ma intencje namieszać ludziom w głowach, czy najzwyczajniej w świecie nie rozumie, że lekarze, pielęgniarki, nauczyciele, woźni w szkołach czy kierowcy karetek dostają pensje, że ktoś płaci za prąd, wodę, uiszcza czynsze, kupuje lekarstwa itd., a zatem nie ma darmowego szkolnictwa i bezpłatnej opieki medycznej.

W innym znowu miejscu Judt stwierdza, że „spośród wszystkich konkurencyjnych i tylko częściowo możliwych do pogodzenia celów redukcja nierówności powinna stać na pierwszym miejscu”, po czym pisząc w kontekście owej nierówności ubolewa nad tym, że „czy to w Delhi, czy w Detroit ludzie biedni i głęboko upośledzeni społecznie nie mogą oczekiwać sprawiedliwości”. Moim zdaniem trzeba by się mocno napracować nad udowodnieniem tezy, iż sprawiedliwość jest tożsama z równością; co więcej, uważam, że tego udowodnić się nie da.

Jest w książce wiele świetnych miejsc, a jeden z najlepszych tekstów Judt daje na początku, kiedy pisze o dzisiejszym sposobie życia, w którym jest coś głęboko błędnego:

„Nie patrzymy już, czy orzeczenie sądu lub akt ustawodawczy są dobre. Czy są sprawiedliwe. Czy pomogą zbudować lepsze społeczeństwo albo lepszy świat. Kiedyś to właśnie były pytania polityczne, nawet jeśli brakowało na nie łatwych odpowiedzi. Znowu musimy nauczyć się je zadawać.”

Moim zdaniem Judt ma rację i aż się prosi w uzupełnieniu tego, co stwierdza Judt, przytoczyć słowa Bernarda Cricka zaczerpnięte z jego książki „W obronie polityki”:

„Starając się zatem zrozumieć wielość form rządów, spośród których tylko jedna jest polityczną, szczególnie łatwo jest wziąć retorykę za teorię. Stwierdzenie, że sprawowanie każdej władzy wymaga działań politycznych, jest albo figurą retoryczną, albo wyrazem zamętu w głowie. Dlaczego na przykład nazywać "polityką" walkę o władzę, skoro jest to tylko walka o władzę?”

Na koniec taka uwaga – mnie Judt bardzo przypomina Naomi Klein, autorkę „No Logo” i „Doktryny szoku” – często daje kapitalne diagnozy, ale jeśli chodzi o recepty, to… Powiem tak – te recepty są znakomitym punktem wyjścia do naprawdę ważnych dyskusji.

25 października 2011

Targi Książki w Katowicach

W dniach od 20 do 23 październikach w katowickim Spodku odbyły się Targi Książki. Po raz pierwszy miałam okazję śledzić przygotowania "od kuchni" i przyznam szczerze, że jest to szalenie satysfakcjonujące. W ferworze przygotowań udało mi się pstryknąć takie zdjęcie:

Gdy już nadszedł czwartek wszystko czekało na Gości - gotowe stoiska, książki wabiące błyszczącymi okładkami, tron dla Pań z Uniwersytetu Trzeciego Wieku czytających dzieciom bajki, wystawy na oglądających, a sale konferencyjne na słuchaczy i uczestników warsztatów.




Zanim jednak miłośnicy czytania, dotarli wszędzie tam gdzie ja, zatrzymałam w kadrze uśmiechniętych przedstawicieli wydawnictw i bibliotek oraz, nieco później, Targowe spotkania .















Autorów na Targach było wielu - na zdjęciach zatrzymałam tylko kilku:






Wśród wielu wydarzeń towarzyszących na blogerską uwagę zasługiwało wręczanie Złotej Zakładki 
(zdjęcie: Bartłomiej "Draakhan" Szymański)
Relacje z czterech dni Targów odnaleźć możecie na wielu stronach autorskich, blogach i w doniesieniach prasowych. Dziękuję za wszystkie miłe spotkania, przepraszam tych, z którymi nie zdążyłam solidnie porozmawiać.  Miło mi było, że odwiedziliście Targi Książki w Katowicach.

24 października 2011

Służące

Książkę czytałam czas jakiś temu i pozostając nieustannie pod jej dużym wrażeniem czekałam niecierpliwie na jej ekranizację.

"Służące" w reżyserii Tate Taylor są doskonałym przedstawieniem wątków istotnych w powieści. I, choć jak to zazwyczaj bywa, film nieco różni się od książki, owe różnice nie działają negatywnie na postrzeganie filmu.  Co więcej - moim zdaniem - reżyser rezygnując z niektórych scen obecnych w książce doskonale wybrał te najważniejsze, te najbardziej kluczowe dla spójności opowiadanej historii.

Ekranizacja powieści Kathryn Stockett trwa ponad dwie godziny i jest to czas, w którym śmiech, wzruszenie, złość, szczęście zawładną Wami, a bohaterki przykuwać będą to Waszą sympatię, to antypatię. Dawno nie widziałam filmu, który tak mnie pochłonął i wzbudził we mnie tak wiele emocji jak lektura książki.

"Służące" trzeba obejrzeć. K o n i e c z n i e !

19 października 2011

Książki czekające na recenzję

Dwie książki nowej serii dla młodzieży Wydawnictwa Skrzat zdumiały mnie różną głębokością potraktowania tematu. Agnieszka Frączek bawiąca się słowami sprawiła mi wielką frajdę. Podobnie jak wyprawa do Australii z Williamem Brynsonem, którego poczucie humoru sobie wielce cenię. "Rico, Oskar i Głębocienie" to książka, na którą koniecznie trzeba zwrócić uwagę. Najnowsza publikacja Małgorzaty Szejnert proponująca czytelnikom wędrówkę po historii Zanzibaru odkrywa wstrząsające losy mieszkańców i "zdobywców" tej części świata.

Wszystko to zrecenzuję - obiecuję. Tyle tylko, że jutro zaczynają się Targi Książki w Katowicach i to wydarzenie pochłania mój czas:-)  Będzie relacja:-)

18 października 2011

Mamy nową tymczaskę.

Nie wiem jak to się dzieje, ale trafiają do nas same dziewczynki. Tak jest i tym razem. Lusia z mamą i bratem mieszkała na działkach. Mama urodziła się tam i w tym samym miejscu powiła dzieciaki. Synek, rezolutny, silny i prawidłowo rosnący. Córeczka nieco gapciowata, malutka i słabsza od brata. 

Trafiła do nas kilka dni temu. Samodzielnie je, bawi się i mimo, że jest dość śmiała, czasami na nasz widok ucieka pod szafkę w przepokoju, Starszych kotek nie zaczepia i jeszcze nie można dostrzec wielkiego zaprzyjaźniania się w resztą stada. To już prędzej Nusia obwąchuje i próbuje lizać Luśkę.


Pozostałe informacje wkrótce:-)

10 października 2011

Wasza_Wszystko_Wiedząca. dam_rade.blog


Wydane przez
Wydawnictwo Akapit Press

Kilka razy zdarzyło mi się podczas wędrówek po Sieci trafić na blogi prowadzone przez nastolatki. Te o książkach czasami podczytuję, tych o tzw. życiu - nie. Żaden nie okazał się być na tyle interesujący, by przykuć moją uwagę na dłużej.

Pomna takich doświadczeń z pewnym dystansem sięgałam po zapiski blogowe autorstwa Waszej_Wszystko_Wiedzącej. I... To, co skrywa się pod błękitną okładką, ma pazur.

Anya Buxton ma młodszego brata i rodziców, którzy się rozstali. Dziewczyna wraz z mamą i bratem przeprowadziła się w nowe miejsce, a tata z drugą żoną zostali w miejscowości, w której Anya dotychczas chodziła do szkoły i gdzie ma znajomych. Próbując odnaleźć się w zmienionej sytuacji obserwuje krytycznie otoczenie, a na łamach bloga udziela porad różnym osobom, które zwracają się do niej po pomoc. W swoich wpisach jest bezkompromisowa, szczera i zdarza się jej walczyć z mitami dotyczącymi nastoletniej miłości. O tym, jak wielkie znaczenie dla innych mają jej słowa oraz o tym, jak to, co pisze, zmienia życie innych, Anya dowiaduje się przypadkiem i jest to dla niej bodźcem do przemyślenia własnych czynów. Jakie wnioski Wasza_Wszystko_Wiedząca wyciągnęła z tego, co ją spotkało doczytacie w książce, której Autorką jest WWW.

Z przyjemnością przeczytam "lato_w_mieście.blog".

09 października 2011

Niedzielnik nr 28

W powietrzu czuć już jesienny chłód. Dla mnie to pora, w której muszę zacząć nosić rękawiczki. Na szczęście mam Mamę, która potrafi robić na drutach i robi takie cuda:
(różowe są dla mnie, pozostałe na wspomożenie funduszu leczenia Duszki).

*   *   *

Czytam nieco mnie i nieco mniej piszę, co wyraźnie widać. Moje życia zawodowe nieco zmieniło tor i teraz pracuję więcej przy komputerze. Po powrocie do domu staram się pozwolić oczom odpocząć, a że wstaję mocno rano, to i zasypiam wcześnie. To wszystko sprawia, że na czytanie książki w jeden dzień mogę sobie pozwolić tylko w weekendy. A w weekendy ostatnio mamy gości;-)))

*   *   *

Zastanawialiście się kiedyś jak dzieci postrzegają to, że je się zwierzęta? Helena (moja siostrzenica), wychowana przez mamę wegetariankę i przyzwyczajona, że i ja nie jem mięsa, zapytała kilka dni temu babcię w sklepie mięsnym o to, czyje nóżki leżą za szybą. Na wieść, że świnki ze łzami w oczach postawiła pytanie o to jak chodzi świnka skoro w sklepie leżą jej nóżki. Czy Wasze dzieci zadają podobne pytania? Jak sobie radzicie z odpowiedziami?

*   *   *

Dziś wybory. Byliście głosować?

*   *   *

Rzadko bywam w kinie, ale ostatnio miałam przyjemność obejrzeć "Legendy przestworzy" w 3D. Przed seansem wyświetlono zapowiedzi i już wiem, co muszę koniecznie zobaczyć:


Kolejnym filmem, który, moim zdaniem, trzeba zobaczyć jest najnowsza produkcja Marka Koterskiego "Baby są jakieś inne". Planujecie to obejrzeć?

*   *   *

Miłego wieczoru. U nas będzie gwarnie:-)

Ciepło, miło i sennie

Zdjęcie Sisi jest kwintesencją ostatnich godzin. Ciepło, przytulnie (także w tym kontekście, że się przytulamy) i jakoś tak miło. 

Kociaste śpią z nami. W poprzednie noce towarzyszyły nam Nusia i Gusia, dziś Sisi. Nad ranem zawsze przychodzi Gusia - dziś wyjątkowo mocno się czuliła, burczała i zaglądała mi w oczy. Wczorajszy ranek spędziła na moim biodrze i - jak mawia Z.  - miałam wielkie szczęście, że nie musiałam się ruszać;-) Sisi już każdego dnia przywędrowuje, by pomruczeć na początek dnia. Duszka słysząc, że już nie śpię siada za mną i dotyka moich pleców nakłaniając mnie do wstawania i karmienia.

Nusia ostatnio stała się kotkiem mocno przyjacielskim. Przy wizycie kogokolwiek kładzie się na podłodze brzuchem do góry i oczekuje głasków. Zaskakujące to, ale bardzo miłe. Duszka natomiast najchętniej nie odchodziłaby od talerzy. Odsuwana (jest tylko na jedzeniu diabetycznym) wraca niczym bumerang.

Kilka nocy temu obudziłam się o trzeciej i nie mogłam zasnąć. O 4 wstałam i po tym, gdy przeszłam do drugiego pokoju z myślą o zrobieniu sobie kawy i czytaniu książki, na widok śpiącej Nusi postanowiłam się do niej przytulić. Zasnęłam w twarzą wtuloną w ciepły, koci brzuch (ale musiałam zapłacić daninę - Nusia wyszorowała mi czoło) i spałam aż do budzika.

No, jakże nie dać się uwieść takiemu kotu:

Izabela Szolc. Strzeż się psa.


Wydane przez
Wydawnictwo Oficynka

Kryminał Izabeli Szolc tchnie nowatorskim podejściem do bohatera. Albrecht, pies św. Huberta (inaczej bloodhound) snuje opowieść o Laurze, kobiecie, z którą mieszka, o jej związkach i komentuje podwórkowe wydarzenia.

Narracja Albrechta wskazuje na wyjątkową obszerną znajomość literatury, tradycji kulturowej Europy oraz trzeźwe podejście do współczesnych przemian społeczno-obyczajowych. Jego podejście do Laury i spojrzenie na życie cechuje wyraźnie zauważalny erotyzm; rozumiany tym bardziej, że - jak się okazuje - Albrecht został wykastrowany.

A gdzie tu kryminał? Na terenie przylegającym do nowoczesnego apartamentowca, w którym Al mieszka z Laurą, od pewnego czasu znajdowane są kolejne psie zwłoki. Nie ma podejrzanego, a szukający tropów czują tylko ludzki strach. 

Izabela Szolc w nader ironiczny sposób sportretowała kondycję współczesnego społeczeństwa. Czyniąc narratorem psa podkreśliła dystans wobec szaleństwa jakie ogarnia nas ludzi, owo zatracenie się w tym, co "modne", co wydaje się być przynależne osobom z pewnych sfer.

Udana powieść, wielce udana.

05 października 2011

Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Cukiernia pod Amorem. Hryciowie.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Ostatni tom trylogii pozostawił mi niedosyt. Mimo, że czytelnik wie więcej o wydarzeniach w Gutowie niż bohaterka książki, Małgorzata Gutowska-Adamczyk pozostawiła niektóre z wątków otwarte zapraszając czytelników do zaangażowania się w powieść, do snucia fantazji na temat tego, co stało się z Igą, jej babką, jakie były dalsze losy tytułowej rodziny.

W "Hryciach" plan wydarzeń historycznych toczy się w latach II wojny światowej i latach powojennych. Adam Toroszyn z młodzieńca staje się mężczyzną wobec tego z czym codziennie musi zmierzać się w okupowanej Warszawie. Autorka dotyka tematów trudnych; szczególnie gdy pisze o nastawieniu Polaków wobec Żydów w Gutowie i okolicach lub o wykorzystywaniu osoby popularnej do podkreślania pozytywnego obrazu przywódcy nazistowskiego. Oczywiście, w "Cukierni pod Amorem" nie brakuje silnych emocji, miłosnych wzruszeń, pragnień, które wykraczają poza to, czego wcześniej doświadczali bohaterowie.

Czytanie najnowszej powieści Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk jest udanym spotkaniem z literaturą. Nieco zdziwiły mnie przypisy do słów "riksza" i "szaber", ale być może po książkę sięgają ludzie tak młodzi, że poza ich słownikiem znajdują się słowa wymienione powyżej. Zakładam, że wydawnictwo wie lepiej niż ja.

Trochę mi żal, że to już koniec. Ech, trochę? Polubiłam Igę i Celinę, więc trudno mi się z nimi rozstać. Na szczęście książki zostają na półce - zawsze będę mogła wrócić do świata stworzonego przez Małgorzatę Gutowską-Adamczyk. Czego i Wam życzę:-)

P.S. Kto jest Waszym ulubionym bohaterem sagi?

04 października 2011

4 października

Dziś Światowy Dzień Zwierząt i wspomnienie św. Franciszka. Czytając najnowszy numer Kocich Spraw uświadomiłam sobie, że pierwsze dni października są dniami dedykowanymi zwierzętom, które odeszły za Tęczowy Most.
***
Po konsultacji lekarskiej i wynikach badań zwiększamy Duszce dawkę insuliny.
***
Koty coraz więcej śpią. I mają obłędnie ciepłe brzuchy;-) A Nusinka wstająca ze mną, na dźwięk budzika, jest doprawdy przeurocza.
***
Niekochane w najbliższy weekend organizują kolejną akcję adopcyjną. Tym razem w Silesia City Center. Zajrzyjcie, jeśli możecie - zapraszamy:-)
***
Książka, która musi - musi, trafić na naszą półkę jest "Kot Simona i kociokwik". Zgodzicie się?;-)))

02 października 2011

Tatiana Polakowa. Niezidentyfikowany obiekt chodzący.


Wydane przez
Wydawnictwo Weltbild

Kolejna, trzecia już, część przygód Żeńki i Anfisy, wiedzie nas na prowincję. Mieszkańcy Lipatowa piszą do redakcji listy skarżąc się na most, który zerwała rzeka, na bagna, po których złe wodzi i na inne - niemniej tajemnicze zjawiska oraz krwiożercze skutki tychże. Wyjazdowi przyjaciółek z miasta sprzyja fakt, że Anfisa kłóci się z mężem i czuje, iż przyda się im oddalenie na czas jakiś.

Samozwańcze śledcze zamieszkują w pensjonacie i próbują zrozumieć co spowodowało, że w Lipatowie zaczęło straszyć, że dawne legendy ożyły, a wycie rozbrzmiewające nocami nad wsią w niczym nie przypomina znanego komukolwiek wycia zwierzęcia.

Rozwiązanie zagadki okazuje się być zaskakujące, ale zanim czytelnik wraz z bohaterkami dotrze do finału, przedzierać się musi przez bagna, chaszcze, odganiać komary, zaglądać do starego młyna i ukrywać się przed myśliwym bez twarzy. Całość jest dobrze wyważona; jest nieco śmiesznie, nieco strasznie i odpowiednio lekko, by uprzyjemnić sobie jesienny dzień.

 *   *   *