30 listopada 2011

Monika Szwaja. Matka wszystkich lalek.


Wydane przez
Wydawnictwo SOL

Kiedy sięgałam po tę książkę usłyszałam, że to najlepsza powieść Monika Szwai. Zaintrygowało mnie to i rzuciłam się do czytania.

Klara, w połowie będąca Polką, w połowie Francuzką, mieszka na Il de Sein, niewielkiej wyspie na Atlantyku z rodzicami, siostrą i babcią. Dziewczyna uzdolniona manualnie dzierga przepiękną odzież, wykonuje równie udaną biżuterię i pomaga rodzicom w prowadzeniu restauracji. Gdy pewnego dnia na wyspie pojawiają się dwaj Polacy i przekazują Klarze  niecodzienną wiadomość, życie dziewczyny ulega zmianie. Ale czy jest to zmiana na dobre?

W powieści śledzimy również losy Elżuni, którą w czasie wojny organizacja Lebensborn odebrała rodzicom i przekazała do adopcji niemieckiemu małżeństwu. Dziecko posługujące się do szóstego roku życia tylko językiem polskim staje się z dnia na dzień Niemką i wychowywane jest w nienawiści do Polaków.

Monika Szwaja w delikatny, acz wiele mówiący, sposób zestawia losy dwóch kobiet o rozszczepionych tożsamościach narodowych. Każda z nich na nowo, w sobie właściwy sposób odkrywa Ojczyznę, wsłuchuje się we własną osobowość, słucha głosów przyrody, osób bliskich, a wreszcie swoich pragnień. 

"Matka wszystkich lalek" to historia naznaczona dramatami ludzkich decyzji  pozwalająca z nadzieją patrzeć w przyszłość. I to naprawdę najlepsza z czytanych przeze mnie książek napisanych przez Monikę Szwaję. Nie dajcie się zniechęcić tajemniczym opisem na okładce. Tej książce trzeba zajrzeć pod okładkę, by się z nią zaprzyjaźnić.

Ulf Stark, Mati Lepp. Jak tata się z nami bawił.


Wydane przez
Wydawnictwo Zakamarki

Kiedy tata zostaje sam z dziećmi to... To się z nimi bawi. Na przykład w ciepło-zimno. Z dodatkowym utrudnieniem, czyli ptak, ryba, pomiędzy. 

Ulf i Janne, początkowo nieco nieufni, zaczynają się dobrze bawić i szukają ukrytego klucza, by za chwilę chować go samemu. Kiedy nadchodzi pora na to, by Ulf schował klucz chłopiec postanawia położyć klucz w obszarze "ryby", czyli znajdującym się poniżej nosa Taty, i to w miejscu, które choć oczywiste wydaje się być trudne do odgadnięcia. Nie zdradzę kto, kiedy i czy znalazł klucz do sekretarzyka, ale zapowiem, że możecie przygotować się na niespodziankę.

"Jak tata się z nami bawił" to historia opowiedziana z przymrużeniem oka. Warto spędzić z jej bohaterami trochę czasu:-)

29 listopada 2011

Brandon Mull. Baśniobór. Gwiazda Wieczorna wschodzi.


Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Kiedy w maju pisałam o "Baśnioborze" dałam się porwać magii opowieści snutej przez Brandona Mulla. Nie inaczej było teraz - niedziela spędzona w rezerwacie wraz z Kendrą, Sethem, ich dziadkami i przyjaciółmi okazała się być nader ekscytująca.

Do klasy Kendry przychodzi nowy uczeń. Jej koleżanki zachwycają się jego urodą i tylko ona, dzięki mocy wróżek, widzi postać Casey'a takim jak jest naprawdę, odrażającym goblinem. Nieco później dziewczynę zaczepia na ulicy dziwnie ubrany mężczyzna, któremu udaje się przekonać Kendrę i jej brata, że jest przyjacielem przyjaciela dziadka i zjawił się, by im pomóc. To do czego ich namawia zemści się jeszcze na obydwojgu młodych ludzi, którzy zmuszeni są uciekać do Baśnioboru, którym tym razem nie zagwarantuje im bezpieczeństwa.

Och, jakże Seth mnie złościł. Zastanawiałam się nad tym, czy chłopak się kiedyś zmieni, czy już zawsze będzie nieposłusznym, zadufanym, przekonanym o własnych możliwościach młodszym bratem, choćby po to, by móc ukazać dysproporcje między charakterami obydwojga głównych bohaterów.

Brandon Mull umiejętnie buduje napięcie, wplata nowe postacie, odsłania przed czytelnikami wątki dotychczas nieistniejące lub niewyjaśnione. Pozwala się bać, zachęca do emocjonalnego zaangażowania w opowieść, każe zastanawiać się nad sobą samym, poddaje w wątpliwość przekonanie o pewności osądów. Fascynujące...

Pozostaje mi powtórzyć - gdy bierzecie "Baśniobór" w ręce zadbajcie o to, byście zostali z powieścią sami. Wszyscy i wszystko będzie Wam przeszkodą w lekturze.

Opowiadania z uśmiechem. Polscy pisarze dzieciom.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Siedemnastu autorów i dwadzieścia cztery teksty. Dłuższe, krótsze, śmieszniejsze, refleksyjne, dla nieco młodszych i ciut starszych, ku nauce i pod rozwagę. Doskonałe w czytaniu.

O rogaliku, który marzył by być księżycem. O kotopsie najukochańszym ze wszystkich zabawek. O świnkach bałaganiarach i wilku. O wartościowym guziku, torcie marchewkowym, słowach, które wywołują lawinę złości, o placku Zgody i Pogody, o Dniu Taty i o wielu, wielu innych ważnych sprawach.

Wyjątkowo ucieszyła mnie historia napisana przez Joannę Papuzińską "Jak nasza mama hodowała potwora", czyli fragment książki "Nasza mama czarodziejka". Moja radość po pierwsze wzięła się stad, że czytałam tę opowieść będąc dzieckiem, po drugie - bo to naprawdę udana opowieść:-)

Trudno zresztą byłoby wskazać opowiadanie mniej zajmujące, czy mniej ciekawe. Idea zebrania tekstów wielu autorów w jednym tomie daje gwarancję tego, że każdy znajdzie w "Opowiadaniach z uśmiechem" coś dla siebie, coś co sprawi, że w trakcie lektury na jego twarzy pojawi się uśmiech.

Miłego czytania:-)

28 listopada 2011

Maria Ewa Letki. Czarusia.


Wydane przez
Wydawnictwo Bajka

Czarusia ma na imię Czarosława i jest po pierwsze czarownicą, po drugie właścicielką zaczarowanej chatki oraz Kota i Kruka. Podwójne imię wzięło się zaś stąd, że Czarosława mimo poważnego wieku postanowiła zaprzyjaźnić się z pewną dziewczynką i sama przybrać postać przedszkolaka (chciałam napisać przedszkolaczki, ale chyba nie ma takiego słowa, prawda?)

Sympatyczna czarownica żongluje udanie swoimi - to młodszym, to starszym - wcieleniami. Opiekuje się  Natalką podczas nieobecności rodziców dziewczynki jako Czarosława, a już jako Czarusia gra w dziewczynką w gumę i jeździ z nią na rowerze. Poza tym pomaga tym, którzy zachodzą do gderliwej chatki z kłopotami.

Książka Ewy Marii Letki odczarowuje postać złej czarownicy, Baby Jagi pokazując, że nawet czarownice maja marzenia, lubią grać w piłkę i smakuje im pomidorowa. 

Z "Czarusi" dowiedzieć się możemy, że nie taki wilk... Przepraszam - nie taka czarownica straszna jakby się wydawać mogło:-)

Andrzej Pilipiuk. Aparatus.


Wydane przez
Wydawnictwo Fabryka Słów

Jakże miło było wrócić w świat wykreowany przez Andrzeja Pilipuka. "Aparatus" to zbiór skupiający osiem opowiadań, akcja których dzieje się w różnych przestrzeniach czasowych i różnych miejscach.

W opowiadaniach spotkać się można z doktorem Pawłem Skórzewskim, który albo szuka zaginionego klasztoru, albo szczepiąc mieszkańców dalekiej północy przeciw ospie jest świadkiem uderzenia w zaginiony, przeklęty dzwon, albo próbuje znaleźć sposób na wampiry. Miło także było poczytać o sympatycznym poszukiwaczu staroci, Marcinie; aż pozazdrościłam mu umiejętności. Bardzo lubię, czytane już wcześniej w SFFiH, opowiadanie o Niemcach mieszkających podczas wojny w Parku Łazienkowski i zwierzątkach, które niekoniecznie są przyjazne zwiedzającym park. Chyba najmocniejsze wrażenie zrobił na mnie tekst "Ośla opowieść". Nie zdradzę zbyt wielu szczegółów, ale powiem - przydaje się znajomość "Pinokia".

Żywię przekonanie, że Pilipiuk jest dobry na wszystko. W tym także podróż pociągiem bez miejsca siedzącego; nawet nie zauważyłam kiedy dojechałam do celu:-)

27 listopada 2011

Zapasy na zimę i dziecięce lektury, czyli niedzielnik nr 30


Dzisiejszy niedzielnik jest mocno nietypowy, bo składa się przede wszystkim ze zdjęć.
 *   *   *
Zauważyłam ostatnio wyjątkowy urodzaj na książki obszerne. Czyżby znak nadchodzącej zimy?

W ramach wpisów sygnowanych podpisem "Poczytaj mi Mamo" chcę zaprezentować zdjęcia biblioteczki mojej siostrzenicy. Zgodzicie się ze mną, że gdzie jak gdzie, ale w dziecięcym pokoju książki na baczność stać nie powinny:


Półeczka z Zakamarkowymi lekturami:



Zapasy na listopadowo-grudniowe wieczory mamy poczynione. A Wy?

Jarosław Kaczyński. Polska naszych marzeń.


Akapit Sp. z o.o., Lublin


Kiedy na stronie 38. znalazłam to słynne zdanie: Nie sądzę, żeby kanclerstwo Angeli Merkel było wynikiem czystego zbiegu okoliczności, zdanie, które przez kilka dni w końcówce ostatniej kampanii wyborczej było cytowane przez media setki razy dziennie, znowu zadumałam się nad tym oczywistym faktem, że mnóstwo ludzi żyje w zupełnym matriksie. Jeżeli komuś nie podoba się sformułowanie "matrix", to niech je sobie zastąpi terminem "rzeczywistość symulakryczna" - będzie bardziej naukowo, a na jedno wychodzi :-)) Pomyślałam sobie, że jeśli już ktoś koniecznie chciał epatować publiczność strasznymi rzeczami, które Kaczyński napisał w swojej książce, to mógł sięgnąć po inne fragmenty, na przykład po ten: W dającej się przewidzieć przyszłości punktem odniesienia dla Polski powinna być Unia Europejska, a nie jakieś nowe wcielenie Rzeszy Niemieckiej. W tym kontekście orientowanie się na Niemcy jest niezgodne z polskimi interesami - jakkolwiek by je pojmować. [s. 121]

Tu jest dopiero pole do interpretacji - można wmawiać ludziom, że Kaczyński uważa, iż Niemcy tworzą kolejną Rzeszę, że chce wywołać wojnę z Niemcami itd. Tak sobie pomyślałam, ale zaraz oprzytomniałam - bo w końcu jakie znaczenie ma to, jakie słowa wezmą na tapetę medialne kombajny? W matriksie (rzeczywistości symulakrycznej) nie ma to najmniejszego znaczenia.

Książka ma dwie części - w pierwszej Autor daje nam swoją analizę obszarów ważnych dla państwa. Kaczyński pisze o Polsce podmiotowej, o elitach, sądownictwie, mediach, edukacji, polityce historycznej itd. Bardzo dobry jest przedostatni rozdział tej części zatytułowany "Leszek i Jarek, czyli kim jest narrator tej opowieści". To bardzo osobisty tekst, w którym Autor wspomina swojego Brata, ale też pisze o sobie. Dla mnie są to rzeczy ciekawe, bo o ile przeczytałam dużo wypowiedzi Lecha Kaczyńskiego i dużo o Lechu Kaczyńskim, to Jarosław Kaczyński jest mi o wiele mniej znany, w każdym razie od strony prywatnej.

Druga część książki to "Alfabet Jarosława Kaczyńskiego". Najobszerniejsza notka jest o Donaldzie Tusku (ponad 8 stron), ale są i notki jednostronicowe. Dobry jest tekst o Aleksandrze Kwaśniewskim, pełen anegdot, bardzo ciepło napisał Autor o Marii Kaczyńskiej. Jak na mój gust trochę za dużo jest notek o ludziach PiS-u, czy wywodzących się z PiS-u, bo z całym szacunkiem dla każdego, ale bardziej ciekawa jestem poczytać o Janie Krzysztofie Bieleckim czy Bronisławie Komorowskim, niż o Joannie Kluzik-Rostkowskiej.

Kaczyński pisze dobrze, daje ciekawe analizy, a do tego jest niezłym gawędziarzem i ma cięty język. W rozdziale dotyczącym sądownictwa czytamy na przykład: Sędziowie stali się nową grupą kapłańską. W momencie wejścia do zawodu nabierają nadzwyczajnych kompetencji zarówno w sferze intelektualnej, jak i moralnej [s. 101]. Można powiedzieć, że jest to najcelniejsze i najkrótsze streszczenie wykładu zatytułowanego "Mułłowie Zachodu: sędziowie jako arbitrzy moralni", który to wykład w sierpniu 2009 roku wygłosił w Warszawie Antonin Scalia, sędzia Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych (tekst pod linkiem jest po angielsku i po polsku).

Mnie nie wszystkie tematy poruszone przez Autora interesują w równym stopniu, więc książkę czytało mi się "nierówno", a poza tym odnoszę wrażenie, że ten tekst jest - mam nadzieję, że dobrze oddam to, co chce powiedzieć - trochę zbyt doraźny, zdaję sobie jednak sprawę z tego, że w tym konkretnym czasie i w tych konkretnych okolicznościach inny być nie mógł.


*   *   *   
Można kupić w:

26 listopada 2011

Zaułki zbrodni.


Wydane przez
Wydawnictwo Dolnośląskie

Czytanie opowiadań o zbrodniach we Wrocławiu podczas podróży późnym popołudniem do Wrocławia nie jest najrozsądniejszym pomysłem świata, prawda? Okazałam się nie być rozsądna, a gdy wędrowałam przez ulice i uliczki tytułowego miasta wzbraniałam się przed myśleniem o tym, co wyczytałam w lekturze.

"Zaułki zbrodni" to pokłosie warsztatów literackich organizowanych podczas wrocławskiego Festiwalu Kryminału w 2009 i 2010 roku. Opowiadań w tomie jest piętnaście, a wstęp je poprzedzający napisał Mariusz Czubaj, który nie dość że kryminały pisze, to jeszcze pisze o kryminałach w sposób mocno naukowy.

Chyba nie da się uniknąć tego, że podczas czytania zbioru opowiadań pisanych przez różne osoby, jedne z tekstów spodobają się bardziej, inne nieco mniej. Marta Broś-Rudnicka zabrała mnie w fascynująco spuentowaną wędrówkę po spokojnym miejskim osiedlu, "Leć ku niebu" Joanny Pachli potwierdziło moją antypatię wobec Piotrusia Pana, bohaterka opowiadania Katarzyny Zdeb zadziwiła mnie konsekwencją w działaniu, "Pułapka" wzbudziła we mnie poczucie podziwu dla dobrze wykorzystanej sztuki kamuflażu, Maciej Prochowski interesująco przedstawił objawy rycerskości u współczesnych mężczyzn i ... Jak się domyślacie mogłabym tak pisać o każdym z opowiadań.

Pozostaje mi odesłać Was do "Zaułków zbrodni". Już okładka wygląda zachęcająco, prawda?

Miłość i zmora

Współmieszkanie z kotami zapewnia stały poziom endorofin. Człowiek chodzi po domu uśmiechnięty i co więcej, daje się kotu tresować konstatując, że jego życie bez kotów byłoby smutne i jakieś takie...


Dziś w nocy przekonałam się, czemu w stereotypowych opiniach podejrzewa się koty o bliskie konszachty z wiedźmami. Na wpół obudzona zdumiałam się tym, że nie mogę się ruszyć. Zasnęłam i gdy znów się wydobyłam z głębokich snów nadal nie mogłam się ruszyć. Nieco mnie to zastanowiło, ale gdy  skupiłam znalazłam przyczynę - Gusia ułożyła się na moich plecach, na górnej ich części, niemalże na moim karku. Nic zatem dziwnego, że nie mogłam się ruszać, prawda? Dobrze, że nawet przez sen mam świadomość obecności kotów; w innym wypadku byłabym pewna zmory;-)

Pija Lindenbaum. Nusia i wilki.


Wydane przez
Wydawnictwo Zakamarki

"Nusia i wilki" to doskonałe i skuteczne antidotum na "Czerwonego Kapturka"! Jeśli twoje dziecko na słowo "wilk" zaczyna nerwowo się oglądać i lubi powtarzać "boję się" to koniecznie przeczytajcie tę książkę!

Nusia jest ostrożna. Nie robi nic, bo mogłoby być choć trochę niebezpieczne lub niehigieniczne. Nie głaszcze psów, nie skacze przez rowy, nie rozrabia jak jej rówieśnicy. Nusia po prostu się boi. Wszystko zmienia się tego dnia, kiedy dziewczynka gubi się na przedszkolnej wycieczce i zostaje sama. W lesie pełnym wilków!

Wilki, które opisała Pija Lindenbaum w niczym nie przypominają krwiożerczych postaci z baśni i bajek jakie znamy. Te wilki uwielbiają drapanie po plecach, są trochę marudne i niezbyt rozgarnięte. Po prostu nie można się ich bać.

Bardzo podoba mi się ta książka. Pokazuje, że to, co może wydawać się nam straszne, wcale takie nie jest, a odwaga tkwi w każdym z nas. A ci, do których podchodzimy z nieufnością, mogą okazać się naszymi przyjaciółki. Autorka zdaje się mówić dzieciom "nie sądź po pozorach, nie wierz w stereotypy, bądź otwarty", wspaniale, prawda?

To już drugie polskie wydanie, pierwsze rozeszło się błyskawicznie. Kupcie tę książkę dopóki jeszcze jest na półkach księgarni i nauczcie dzieci, że nie taki wilk straszny jak go malują.

Izabela mama Heleny

25 listopada 2011

Ewa Wilcz-Grzędzińska, Tomasz Wróblewski. Pisać skutecznie.


Wydane przez
Wydawnictwo Ossolineum

"Pisać skutecznie" to książka dziennikarzy tłumaczących jak pisać, by dobrze byłoby czytać to, co napisane zostało. Autorzy w rzeczowy, skrupulatny i poparty wieloma przykładami sposób przybliżają tajniki zawodu dziennikarskiego. 

Przyznam, że pewne rzeczy wydawały mi się oczywiste, pewne stanowiły coś nowego, choć chyba nie odkrywczego. Łatwo w oparciu o "Pisać skutecznie" uzupełnić i uporządkować wiedzę, sięgnąć po wzorce warte naśladownictwa, przeanalizować swoje teksty pod kątem poprawności, czy logicznych wywodów.

Książka podzielona została na cztery dłuższe i trzy krótsze rozdziały. W tych rozbudowanych porusza się temat tego, co co warto zrobić zanim weźmiemy się do pisania, jak skonstruować tekst, w jaki sposób tworzyć tytuł i śródtytuły, jaki język i styl sprzyjają tekstom dziennikarskim , jak używać cytatów i czy warto opierać się na anonimowych źródłach.

"Pisać skutecznie" to dobrze napisana książka. Trudno wszak, by było inaczej;-)


Martin Widmark, Helena Willis. Tajemnica biblioteki.


Wydane przez
Wydawnictwo Zakamarki

W uroczym, znanym z poprzednich opowieści traktujących o Biurze Detektywistycznym Lassego i Mai, miasteczku Valleby giną cenne książki z biblioteki.

Tajemnicze kradzieże zbiegają się w czasie z wizytami w bibliotece trojga czytelników: Pastora, profesor Brigitty Holm, elektryka Welmera Friska. Maja i Lasse w towarzystwie komisarza policji próbują przepytać bibliotekarkę i rozwikłać tajemnicę.

Podoba mi się w jaki sposób młodzi detektywi sprawdzają wszystkie możliwości, jak rozważają kto z podejrzanych jest winnym kradzieży książek. Obserwacja pastora, pani profesor i elektryka, śledztwo, angażujące na równo dzieci i dorosłych przynosi oczekiwane rezultaty - osoba wynosząca książki z biblioteki zostaje wykryta, a młody (wydawnictwo sugeruje wiek +6) czytelnik oddycha z ulgą - Lassemu i Mai znów się udało:-)

24 listopada 2011

Tim Harford. Sekrety ekonomii czyli ile kosztuje twoja kawa.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie


Tytuł książki może wskazywać na to, że Harford napisał tekst dowcipny, łatwy w czytaniu, a jednocześnie świetnie wyjaśniający meandry ekonomii – wiecie, chodzi o tytuły wielu podręczników z różnych dziedzin, w których pojawiało się sformułowanie „dla opornych”; tu z kolei Autor nęci, że powie nam, „ile naprawdę kosztuje nasza kawa”. Owszem, Harford pisze dowcipnie, daje świetny wykład, ale tekst nie jest  tak zupełnie łatwy; trzeba rzetelnie popracować, żeby w pełni skorzystać z pracy Harforda.

Książka nie jest podręcznikiem. Ja odebrałam ją w dużej mierze tak, jakby to był zapis wykładów prowadzonych przez kompetentnego nauczyciela, mającego duży dar komunikowania się ze swoimi słuchaczami. O samej ekonomii Autor pisze tak:

Ku zaskoczeniu niektórych osób, ekonomia zajmuje się związkami między różnymi zjawiskami: dobra i pieniądze nie pojawiają się i nie znikają tak po prostu. [s. 309]

Ekonomia, taka, jaką ją przedstawia Harford, to nie liczby i procenty, nie kursy walut ani cykle koniunkturalne, ale właśnie związki między zjawiskami. Nie znam się na branży na tyle, by stawiać jakieś mocne tezy, ale wydaje mi się, że Harford postrzega ekonomię podobnie, jak postrzegał ją Ludwig von Mises, który w dziele „Human Action” stwierdził, że ekonomia jest najbardziej rozwiniętą częścią prakseologii, czyli uniwersalnej nauki zajmującej się ludzkim działaniem.

W najbardziej oczywisty sposób o ludzkim działaniu, o podejmowaniu decyzji, traktuje rozdział siódmy, w którym mowa jest o teorii gier, ale też o pokerze i o tym, że dwaj eksperci od stosowania teorii gier w przetargach nie umieli poradzić sobie z licytowaniem zawartości portfeli.

Stwierdziłam, że tekst Harforda nie jest łatwy, ale po pierwsze – nie trzeba się tym zrażać, bo wystarczy rzetelnie przyłożyć się do lektury, a po drugie – całkiem łatwy być nie może ze względu na materię, której dotyczy. Harford kapitalnie objaśnia zjawiska, które widzimy na co dzień i nad którymi nie zastanawiamy się, albo ich nie rozumiemy. Dlaczego produkty firmowane przez supermarkety są brzydko opakowane? Po co do kawy proponują bitą śmietanę, rozmaite syropy i inne dodatki? Dlaczego czynsze za lokale w niektórych miejscach są horrendalnie wysokie? Dlaczego firmy wydaja kolosalne pieniądze na tworzenie reklam, które niczego nie mówią o produkcie? Na te i mnóstwo innych pytań Harford odpowiada i robi to świetnie. Majstersztykiem jest to, w jaki sposób Autor zreferował teorię George'a Akerlofa wyłożoną w opublikowanym w 1970 roku artykule „The Market for 'Lemons': Quality Uncertainty and the Market Mechanism”. Za swoją teorię, będącą analizą rynków cechujących się asymetrycznością informacji, Akerlof w roku 2001 dostał Nagrodę Nobla z ekonomii. Musiał dostać, skoro wykazał, że nie da się kupić dobrego auta na rynku samochodów używanych :-) Tekst Akerlofa jest TUTAJ – kto chce, niech czyta, a później niech oceni referat Harforda, który poradził sobie bez sięgania po choćby jeden wzór :-)

Krótko mówiąc – Harford napisał świetną książkę, z której można dowiedzieć się, co może nam powiedzieć kompetentny w swojej dziedzinie ekonomista. Oczywiście ekonomista nie może powiedzieć nam większości rzeczy, jednak to, co powiedzieć może, jest ważne. A co takiego ważnego może powiedzieć ów ekonomista? Zdaniem Harforda, ekonomista potrafi wam powiedzieć, kto i co dostanie, w jaki sposób i dlaczego. [s. 10]

Petra Finy. Biała księżniczka i Złoty Smok.

Wydane przez
Wydawnictwo Namas

Akcja tego opowiadania toczy się w Chinach. To tam żyła przecudnej urody księżniczka, która - zdaniem otaczających ją ludzi - miała tylko jedna wadę. Jej twarz różniła się od twarzy innych ludzi kolorem, była olśniewająco biała. W poszukiwaniu ludzi podobnych sobie księżniczka dotarła do tej części świata, w której ludzie mieli białe twarze. Ale wówczas okazało się, że kształt jej oczu jest przeszkodą, by uzyskać akceptację ludzi. I tak, wędrując po świecie, księżniczka szukała dobrego miejsca dla siebie.

Historia o poszukiwaniu akceptacji, o ludziach, którzy odtrącają innych z powodu odmienności, dzięki przeniesieniu jej w azjatycki klimat nabiera tajemniczego znaczenia. Mimo tej tajemniczości przekaz książki jest jasny, a to, że księżniczka stając się symbolem uzyskała akceptację pokazuje jak cienka jest granica między tym, co myślimy o sobie i tym, co inni o nas myślą.

23 listopada 2011

Biblioteczka z polskimi autorami

Od razu napiszę - na zdjęciach nie ma wszystkich książek rodzimych autorów. Mnóstwo książek wędruje po rodzinie i znajomych. Postanowiłam zaprezentować jednak to, co mam, bo akcja jaką zauważyłam na portalu społecznościowym spodobała mi się na tyle, by wziąć do ręki aparat.

P.S. Oczywiście, zdjęcie można powiększyć.
P.S.2. O ile wzrok mnie nie myli trzy książki ze sfotografowanych udają, że napisali je Polacy. Wybaczcie, w sobotę uporządkowałam całą biblioteczkę i nie chciałam wprowadzać zbyt wielu zmian.

Iwona Chmielewska. Pamiętnik Blumki.

Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina

Blumka to dziewczynka żyjąca w sierocińcu prowadzonym przez dr Janusza Korczaka. Na swój dziecięcy, prosty i przejmujący, sposób opowiada o koleżankach, kolegach i zwyczajach obowiązujących wśród mieszkańców domu doktora.

Iwona Chmielewska kojarzy mi się ze spokojem. Jej ilustracje wyciszają, powodują, że przestaje się myśleć o szalonym pędzie dnia, o czymś niepokojącym. Tematyka "Pamiętnika Blumki" nie jest optymistyczna, jednak autorce udało się nadać tekstowi charakterystyczny rys, stworzyć opowieść rozbudzającą emocje. Blumka opisująca dzieci mieszkające wraz z nią w domu prowadzonym przez Doktora, przedstawiająca zwyczaje panujące w domu, czyni to wszystko z dziecięcą prostotą naznaczoną grozą wojny.

"Pamiętnik Blumki" to niełatwa lektura. Niemniej - lektura, z którą zapoznanie się uznać należy za obowiązkowe.

Pan Doktor czyści nasze buty i bardzo to lubi. Uczy nas, jak robić to najlepiej.

22 listopada 2011

Michał Janczewski. CeWEBryci. Sława w Sieci.


Wydane przez
Oficynę Wydawniczą Impuls

O ile mamy świadomość tego kim są celebryci, tak określenie cewebryci nie wpisało się jeszcze w polski sposób na patrzenie na sławę. Cewebryci to celebryci, którzy sukces osiągnęli w internecie i są potwierdzeniem nowatorskiej tezy, że nie trzeba mieć tysięcy fanów - wystarczy mieć kilkudziesięciu wiernych, którzy angażują się w życie cewebryty.

 Książka bazuje na przykładach amerykańskich, co z jednej strony pozwala podejrzewać, że w Polsce to zjawisko nie jest zjawiskiem masowym, a ze strony drugiej - ukazuje zatrważającą - mnie przynajmniej - powszechność cewebrytów w Stanach Zjednoczonych.

Zainteresowała mnie klasyfikacja cewebrytyzmu. Można być cewebrytą świadomym oraz, jak łatwo się domyślić, nieświadomym. Aby było łatwiej zrozumieć fenomen bycia popularnym w Sieci wbrew swojej woli wystarczy sięgnąć do wypowiedzi Krzysztofa Kononowicza. Cewebryta świadomy musi na swoją popularność zapracować, a pracując tworzyć grono prawdziwych fanów.

Podczas lektury myślałam o tym, że niezbadanymi ścieżkami wędruje ludzkie zainteresowanie drugim człowiekiem. Z przytaczanych przez Autora przykładów osób, które można uznać za cewebrytów, podobały mi się działania, sposób nawiązywania relacji, jednej z osób. Cała reszta mnie zniesmaczyła. Ciekawe, czy to wynik innej niż polska wrażliwości amerykańskiej, czy też ja jestem daleko poza zasięgiem cewebrytów.

Pouczająca lektura.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel. Bzyk Brzęk.


Wydane przez
Wydawnictwo Bajka

Ogólnie rzecz ujmując: nie jest tak, abyśmy darzyli muchy sympatią. Odganiamy je, brzydzimy się ich i niespecjalnie zależy nam, aby gościły w naszych domach (ja na dodatek mam koty, które na muchy polują). A tu niespodziewanie, Roksana Jędrzejewska-Wróbel napisała książkę, której bohaterami są Bzyk Brzęk, mucha chłopiec i Rączyca Czarnonoga, tytułująca się ciotką Bzyk Brzęka, podróżująca przez świat z wieloma kuframi zawierającymi przedziwne rzeczy, zmieniając nieco naszą perspektywę patrzenia na muszą sprawę;-)

Czy mucha może być tygrysem? Czy istnieją bezdomne ślimaki? Co to jest, to straszne coś, co łapie nas, gdy kłamiemy? Czy trzeba wiedzieć wszystko o wszystkim? Czy dżdżownica może być fakirem? Czy zupa ogórkowa może zastąpić lodowisko?

Wiele pytań, wiele dręczących Bzyk Brzęka spraw, a dzięki temu, że mucha próbuje zrozumieć jak najwięcej, ucząc się od mądrej cioci, także młodzi czytelnicy książki (wydawnictwo zaleca +4) poznają rózne odc ienie świata.

Lubię pisanie Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel i lubię postacie, które stwarza w swoich bajkach. Ciekawskie, czasami zapalczywe i niesforne, jednocześnie życzliwe i chętne do pomocy, pozwalają każdemu dziecku odnaleźć w nich siebie. Jeśli doda się do tego ciepły, serdeczny klimat jakim cechują się historie opowiadane przez Autorkę, to chyba już nie trzeba szukać niczego więcej.

Serdecznie polecam:-)

21 listopada 2011

Zygmunt Miłoszewski. Ziarno prawdy.


Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Kiedy przeczytałam pierwszą powieść Miłoszewskiego bałam się jeździć windą. Druga jego książka odsłoniła przede mną obraz Warszawy, który korespondował z moja opinią o tym mieście. Powieść trzecia zabrała mnie do kompletnie nieznanego mi Sandomierza, ale jednocześnie zaintrygowała tematyką


Duchy nie przychodzą o północy. O północy trwają jeszcze wieczorne filmy w telewizji, nastolatkowie myślą intensywnie o swoich nauczycielkach, kochankowie zbierają siły przed następnym razem, stare małżeństwa odbywają poważne rozmowy o tym, co się dzieje z naszymi pieniędzmi, dobre żony wyciągają ciasto z piekarnika, a źli mężowie budzą dzieci, próbując po pijaku otworzyć drzwi do mieszkania. Zbyt wiele jest o północy życia, aby duchy zmarłych mogły robić należyte wrażenie. [s. 10]

Książka, która zaczyna się w ten sposób, nie może być zła, prawda?

Prokurator Teodor Szacki opuścił Warszawę stając się mieszkańcem Sandomierza. Wciąż spogląda na swoje nowe miejsce do życia z irytującym protekcjonalizmem warszawiaka. Nie mając jeszcze rozeznania w tym kto kogo zna i kto jest od kogo zależny próbuje pracować nie biorąc pod uwagę wzajemnych relacji w niezbyt dużym mieście. Szacki czeka znudzony na prawdziwą zbrodnię, a gdy ta już się wydarza rozwija cały swój prokuratorski kunszt, by złapać tego kto zabił szanowanych obywateli Sandomierza ożywiając jednocześnie jednocześnie antysemickie legendy. Szukanie mordercy zmusza prokuratora i jego współpracowników do zapoznawania się z historia przedwojennych mieszkańców miasta, do sprawdzania czym jest rodło i co symbolizuje, a także zgłębiania środowiska fascynatów broni białej. Szacki nie stroni od kobiet, co urozmaica wymowę powieści.

Miłoszewski prowadzi akcję umiejętnie, wodzi czytelników na manowce i rozpościera przed nami szerokie tło historyczno-obyczajowe miasta. Powieści dodaje pikanterii już nawet nie to, że Autor wplata wśród szeregi bohaterów ojca Mateusza, postać serialową, ale to w jaki sposób pokazuje różnice w codziennym funkcjonowaniu mieszkańca stolicy i mieszkańca miasta królewskiego, acz dziś już nie będącego miastem wojewódzkim.

Zygmunt Miłoszewski napisał, kolejny już raz, doskonały kryminał. Pozostaje mi życzyć Autorowi, aby nie opuszczała go ani wena, ani skłonność do ironii. 

Polecam "Ziarno prawdy".

Renata Piątkowska. To się nie mieści w głowie.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Twórczość Renaty Piątkowskiej ma dla mnie posmak czegoś dobrego, co w przedziwny sposób sprawia, że im więcej się go próbuje, tym okazuje się być lepsze. Kierując się takim przekonaniem z zapałem sięgam po każdą kolejną książkę Autorki, by rzecz jasna, popaść w zachwyt przy lekturze.

Wyobraźcie sobie kilkuletnią dziewczynkę z dwoma zawadiacko sterczącymi po bokach głowy kucykami, olbrzymimi oczyma. Albo w koronie. Ewentualnie dziewczynkę stojącą przed lustrem i przemierzającą sukienkę, klipsy i buty mamy. Widzicie?
(Hela, w dniu urodzin, 12 listopada)

A gdy już widzicie, to jeszcze wyobraźcie sobie dziewczęcy szczebiocik rozpoczynający każdą z opowieści słowami "Jak już będę dużą, to...". Tak przygotowani możemy zacząć rozmowę o książce Renaty Piątkowskiej.

Jeżdżenie na odkurzaczu, malowanie paznokci we wzorki, przechwalanie się wśród koleżanek tatą i tym, co się ma w domu, towarzyszenie żółwiowi podczas spaceru po ogródku, zabawa w zatrutą jabłkiem królewnę Śnieżkę... Chyba nie trzeba wymieniać wszystkiego, bo już macie ogląd na to, co robiła Tosia czekając na chwilę, gdy już będzie duża.

Przyznaję bogactwo pomysłów dziecięcych jest porażające. Coś, co mnie śmieszy, rodziców, których dzieci robiły to, co Tosia, śmieszyło pewnie o wiele mniej. Ale przyznajcie - tylko raz w życiu ma się kilka lat i gdy się już dorośnie, miło się słucha o najróżniejszych głupstwach, których jako dziecko, było się inicjatorem.

Podoba mi się, że Renata Piątkowska podsuwa współczesnym dzieciom metodę na robienie "widoczków", zwraca uwagę na dobrodziejstwo obecności zwierząt z życiu dziecka, podkreśla zalety wychowywania dziecka w rodzinie wielopokoleniowej.

Serdecznie polecam, a na zachętę przedstawiam jedną ze stron książki:

20 listopada 2011

Niedzielnik nr 29


Przede mną dylematy czytelnicze. W tym tygodniu czekają mnie dwie podróże pociągiem, które jak mało co sprzyjają zaczytaniu (mam nadzieję, że i tym razem tak będzie). Kusi mnie, by zabrać najnowszą książkę Andrzeja Pilipiuka albo eseje o kawie Jezernika. A może nowe książki Małgorzaty Kursy? Lub kolejny tom serii "44 Scotland Street"? Lubię takie wahania:-)

*   *   *

Lubię jesienne wieczory - czytanie w zapadającym szybciej niż latem zmroku smakuje lepiej, znaczy więcej i sprawia wrażenie ważniejszego. Dodatkowo - tworzy przyjemnie domowy klimat.

*   *   *

Marzą mi się lody piernikowe i kawa z bitą śmietaną :-)

*   *   *

W najbliższą sobotę w katowickim empiku będzie można spotkać Agnieszkę Lingas-Łoniewską. Będziecie?

Anna Fryczkowska. Kobieta bez twarzy.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Jako że poprzednie książki Anny Fryczkowskiej okazały się być wymagającą, ale bardzo odświeżającą lekturą z dużą ciekawością sięgnęłam po "Kobietę bez twarzy". Sięgnęłam i...

Hanna Cudny zostając, dzięki samobójstwu męża, wdową, szuka odmiany w życiu. Postanawia zamieszkać na wsi, którą odwiedzała będąc dzieckiem. Wszyscy ja tam znają, ona zna większość, ale dorosłe twarze dzieci, z którymi niegdyś się bawiła, wymagają dopowiedzeń "kto", "z kim", "o czym". Nadwrażliwa Michalina i nastoletni (a to również świadczy o dużej wrażliwości) Maks próbują zaaklimatyzować się w miejscu wybranych przez matkę na ich nowy dom, ale idzie im to opornie, a ów opór wzmagają trupy i mało przyjazne środowisko wiejskie.

W książkę bardzo łatwo się zaangażować. Fabułę Autorka skonstruowała w tak udany sposób, że obserwując wraz z narratorkami - Michaliną i Hanną - wieś i panujące w niej nastroje, skrywane tajemnice, czujemy strach, obrzydzenie, zdenerwowanie i pewną beznadzieję w owym mentalnym zestawieniu środowiska miejskiego i wiejskiego, które dostrzec można poprzez pokazanie losów rodziny Hanki na tle losów osób żyjących w Świątkowicach.

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że "Kobieta bez twarzy" jest zupełnie inna niż "Straszne historie o otyłości i pożądaniu" oraz "Trafiona-zatopiona" (i nie chodzi tu o różnice między powieścią obyczajową, a kryminalną). Anna Fryczkowska, będąc doskonałą obserwatorką, sięgnęła do ciemnej strony ludzkiego życia. Sięgnęła i - mam wrażenie - rozsmakowała się w niej nadając jej plastyczny wymiar w swojej powieści. 

Bałam się tej książki. W głowie pobrzmiewało mi skojarzenie z filmem "Osiem milimetrów" i nie umiem przez to określić, czy podobała mi się powieść Anny Fryczkowskiej. Ta książka wymyka się takiemu kategoryzowaniu.

Sarlota Szulyovszky. Wdzięczny kwiat.


Wydane przez
Wydawnictwo Namas

Kiedy czas jakiś temu czytałam gdzieś artykuł o tematyce śmierci w książeczkach dla dzieci ze zdumieniem dostrzegłam, iż wymieniono, czekający u mnie na czytanie, "Wdzięczny kwiat". To zmobilizowało mnie do lektury i przekonania się w jaki sposób potraktowano ów, trudny wszak, temat.

Trudno mi określić głównego bohatera tej opowieści. Nie jest nim z pewnością Hajnalka, wnuczka Dziadka Gezy i Babci Kato, do których należy ogród, po jakim dziewczynka biega. Dziadek Geza, starszy pan miłośnie dbający o rośliny w ogrodzie też chyba nie jest głównym bohaterem. Może zatem ten dziwny niezłomny kwiat, który nie uległ pogodzie, zmianie pory roku, który trwał, bo jego obecność dawała siłę starszej pani? A może to właśnie Babcia Kato, której wiek i choroba ograniczały radość z podziwiana ogrodu, jest główną bohaterką książki?

"Wdzięczny kwiat" to historia pokazująca ludzki los wpisany w toczące się koło natury. Nieuchronność tego, co przed nami, nieuchronność odejścia, stanowi jednocześnie zapewnienie o ponownych narodzinach. I nie ważne jakiej religii przypiszemy te zmiany, ważne jest byśmy wierzyli w to, że wraz ze śmiercią nie kończy się nasze istnienie.

19 listopada 2011

Ewa Białołęcka. wiedźma.com.pl

Wydane przez
Wydawnictwo Fabryka Słów

Reszka, która wydaje właśnie resztę zarobionych pieniędzy, a widmo głodu nie zagląda w oczy ani jej synkowi, ani jej samej tylko dzięki temu, że mieszka z rodzicami, dostaje list. List mocno niespodziewany i szalenie zaskakujący, gdyż zawierający informacje o spadku. Niczym w bajce, prawda?

Okazuje się jednak, że choć dom jest w doskonałym stanie, a okolica, mimo, iż nieco oddalona od cywilizacji, całkiem znośna, to sam spadek nie jest czymś, czym należy się nadmiernie cieszyć. Ofiarodawczyni była wiedźmą, która uprzykrzyła życie wszystkim wokół, a że i spadkobierczyni ma pewne cechy pozwalające sięgać w świat zwany pozazmysłowym, Reszka może nie być w Czcince mile widziana.

Lektura udana, z charakterem i ironią, z lekką kpiną z rzeczywistości, zabobonów i rzeczy, które traktujemy za stałe i niezmienne mimo, że takimi nie są. Nieco romansu, nieco grozy, nieco fantastyki, nieco historii - to miks jakim charakteryzuje się "Wiedźma.com.pl".

Annelore Parot. Aoki.

Wydane przez
Wydawnictwo Format

Przyznam szczerze, że gdy obejrzałam pierwszy raz tę książkę nie poczułam nic poza zdumieniem. Pewnie nie dałabym "Aoki" drugiej szansy, gdyby nie zasłyszana podczas Targów wypowiedź pewnej pani "Moja kilkuletnia córka oszalała na punkcie Yumi, muszę koniecznie kupić Aoki". Uznałam, że coś się za tym kryje i zajęłam się książką kolejny raz.

Aoki to kokeshi, czyli mała drewiana lalka. Wraz z Puny, misiem pandą, Aoki wyjeżdża do Tokio, gdzie mieszka jej przyjaciółka Yoko. Przygotowując się do podróży dziewczynka prosi o pomoc w spakowaniu walizki. Potem, w czasie podróży i podczas zwiedzania Tokio, jest podobnie - bohaterka angażuje czytelników w swoje przygody, zachęca ich, by pomagali jej w oswajaniu nieznanego świata, a przy tym - dobrze się bawili.

Wielki plus należy się tej książce za jej wizualną stronę. W książce jest mnóstwo miejsc, do których można zajrzeć, które należy odsłonić, by dostrzec sedno opowieści. 

"Aoki" przybliża Japonię z jej zatłoczonym, acz punktualnym, metrem, ogrodami zen, kwitnącymi wiśniami, superszybkim pociągiem, bogactwem witryn sklepowych i tradycją, która dla wielu z nas jest wciąż tajemnicza (tak, dla mnie też). 

P.S. Fascynuje mnie to, czy Helenie spodoba się ta książka:-)
P.S.2. Mam wrażenie, że niedawno w nieodległym centrum handlowym widziałam kokeshi. Muszę się im przyjrzeć.
P.S.3. Helena jest zachwycona książką:-)

18 listopada 2011

Justyna Bargielska. Obsoletki.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarne

Justyna Bargielska napisała książkę, która dotyka. Wypowiedzi proste, chwilami - wydawać by się mogło - zbyt proste, ale zapewne dzięki tej prostocie tak uderzające.

Teksty zebrane w tomie zatytułowanym "Obsoletki" traktują o kobiecości. Jednym z przejawów kobiecości jest macierzyństwo - spełnione i niespełnione, więc i oni w dosadnie przejmujących słowach pisze Autorka.

Zdumiało mnie, że książka tak chwalona ma tak niepozorne rozmiary ulegając stereotypowemu myśleniu. Gdy otworzyłam "Obsoletki" i zaczęłam czytać - przestałam się dziwić i poczułam wielki szacunek do Justyny Bargielskiej, która sięgnęła do głębi mojego czytelniczego jestestwa.

Pija Lindenbaum. Nusia się chowa.


Wydane przez
Wydawnictwo Zakamarki

Nusia ma koleżankę, która nie chodzi do przedszkola. Za to do niej, do Helenki, przychodzi duża dziewczyn - opiekunka zajmująca się także rodzeństwem Helenki. Nusia bardzo lubi odwiedzać koleżankę, gdy jest u niej Puma; dziewczynce imponuje to, że Puma z nią rozmawia, że umie robić wiele rzeczy, których ona jeszcze nie potrafi. Zależy jej na opinii Pumy i gdy wydarza się coś, co sprawia, że dziewczyna złości się na nią, Nusia czuje się bardzo, bardzo źle.

Pija Lindenbaum jak mało kto potrafi oddać bogactwo dziecięcych uczuć. Nusia bardzo mocno przeżyła to, że stała się przyczyną zdenerwowania osoby, na której jej zależy. Puma zdała sobie sprawę z tego, iż jej reakcja - mimo, że uzasadnienie żywiołowa - była mało czytelna dla małej dziewczynki.

Dla mnie w tej książce ważne jest przesłanie o tym, że uczucia każdego z nas są równie ważne, bez względu na to ile mamy lat.

17 listopada 2011

Mariusz Czubaj. Kołysanka dla mordercy.


Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Wiecie jak dziwnie czyta się powieść, której akcja częściowo rozgrywa się na osiedlu, na którym się mieszka? I jak kusi podczas lektury doszukiwanie się wśród kilku podobnych kształtem bloków tego jednego, sportretowanego przez pisarza? Mowa o tych blokach:
(zdjęcie stąd)
Komisarz Rudolf Heinz niechętnie patrzy na nowe porządki w pracy. Goryczy dopełnia fakt, że jego syn wyjechał na studia, najdalej jak się dało w obrębie Polski, czyli nad morze. Heinz pracuje, pije, śpi niespokojnie i pogrąża się w zniechęceniu. I nagle zostaje wezwany do Warszawy, gdzie dołącza do ekipy poszukującej mordercy eliminującego kloszardów. 

Lubie pisanie Mariusza Czubaja i nie da się tego wyjaśnić w żaden racjonalny sposób. Po prostu lubię i nie przeszkadzają mi makabreski przez niego opisywane, a co więcej - cenię sobie ów klimat, które mają powieści Mariusza Czubaja.

P.S. "Kołysankę dla mordercy" Autor poprzedził książką z tym samym bohaterem, pod znaczącym tytułem "21:37". Też polecam.

P.S 2.

Aleksandra Woldańska-Płocińska. Marchewka z groszkiem.


Wydane przez
Wydawnictwo Czerwony Konik

Jestem zachwycona! Dawno nie czytałam tak bezpretensjonalnie napisanej książki propagującą ekologiczny sposób życia.

Pewnego dnia Marchewkę smacznie śpiącą na swojej grządce budzi wrzeszczący groszek. Nieopodal warzywnego pola zalega potwór. Z jego wnętrza wychodzą przybysze z daleka: Los Burakos, Mr Chevka, Kala de Fior i inni. Gdy lokalne warzywa postanawiają otoczyć opieką gości okazuje się, że między swojakami, a przybyszami jest wiele różnic. Oj, wiele...

Zastanawiam się ile ironii jest w tym, co stworzyła Aleksandra Woldańska-Płocińska. Groźni Wegetarianie, przed którymi drżą warzywa, sprowokowali mnie do rozważań o istocie humoru w książce zachęcającej do stosowania zasady żywienia znanej od dawien dawna, a często, współcześnie, zapominanej. Zasada ta mówi, o tym,  iż najzdrowsze jest to jedzenie, które rośnie tuż obok nas;-)

Koniecznie sprawdźcie czym, zdaniem Autorki,  różnią się warzywa lokalne od warzyw z dalekich stron, a później przemyślcie swoje zakupy. Na zachętę:

(do powiększenia po kliknięciu)

16 listopada 2011

Wcale nie muszę się męczyć

Co noc, od kilku nocy, koty dbaja w wyjątkowy sposób o moje samopoczucie. Gdy tylko się kładę nadciąga Nusia, wchodzi na łóżko, układa się wygodnie moszcząc i zapierając o moją nogę. Chwilę później, jak pchełka, na tapczan i na mnie przy okazji wskakuje Lusia (zwana Karolcią lub Małą Kot). Poburczy, wtuli się w Nusię i zasypia. Pochód kotów zamyka Gusia, która najzwyczajniej w świecie sadowi się do snu na moich plecach.

I już do rana nie muszę się męczyć ruszaniem...

Anna Brzezińska. Opowieści z Wilżyńskiej Doliny.


Wydane przez
Wydawnictwo Runa

To moje drugie podejście do Babci Jagódki i tym razem - szalenie udane. Wilżyńska Dolina zamieszkiwana przez barwne postacie i pod czujną opieką wiedźmy okazała się być fascynującym miejscem.

Przyznam od razu, że jedna rzecz w książce spodobała mi się tak bardzo, że od razu postanowiłam ją sobie od Autorki pożyczyć i używać. Chodzi o Kota Wiedźmy. Kot Wiedźmy jest kotką i Anna Brzezińska pisząc o niej pisze np. Kot Wiedźmy spojrzała, odeszła, zasnęła... Formuła spodobała mi się tak bardzo, że Lusię* zaczęłam nazywać MałyKot i, wzorem książki, dodawać do tego słowa zdecydowanie wskazujące na płeć kociaka:-)

Babcia Jagódka obudziła moją sympatię. Istnieje jakaś kontynuacja, z która powinnam się zapoznać?

*Lusia jest tymczasem, szuka domu stałego. To tak dla przypomnienia.

Tove Jansson. Co było potem? Książka o Mimbli, Muminku i Małej Mi.


Wydane przez
Wydawnictwo EneDueRabe

Wierszowana opowieść o Muminku, który wracał do domu z mlekiem dla mamy jest historią angażującą młodego czytelnika. Doskonała, dzięki tłumaczeniu Ewy Kozyry-Pawlak, translatorsko książka zaprasza do czytania, a pytanie "Co było potem?" pobudza ciekawość.

Grafika książki wzbudza podobne zainteresowanie jak tekst. Ilustracje korespondujące z poszczególnymi wersami, przedziwne wycięcia, ścieżki, którymi Muminek i Mimbla szukający małej Mi przechodzą ze strony na stronę, stwarzają wrażenie jakby książka żyła, jakby czytelnikowi udało się wejść w historię i uczestniczyć w niej, krocząc obok bohaterów Tove Jansson.

Jestem przyjemnie zaskoczona książeczką "Co było potem?". Jej energia uatrakcyjni szarugę listopadową.

15 listopada 2011

Ewa Stec. Polowanie na Perpetuę.


Wydane przez
Wydawnictwo Otwarte

Agata pod siedzeniem kierowcy w samochodzie męża znajduje prezerwatywę. Spłoszona i zaniepokojona nie podejmuje rozmowy z Pawłem, tylko po pierwsze - opowiada o wszystkim przyjaciółkom, po drugie - próbuje zmienić siebie, po trzecie - bacznie obserwuje męża. Sytuację komplikuje fakt, że teściowa wyjeżdżając zostawiła dzieciom pod opieką ukochanego psa, a brat Agaty ma zając się kolumbijską zakonnicą przyjeżdżającą do Polski mimo, iż nie zna żadnego języka, którym mógłby się z nią porozumieć.

Akcja pędzi na łeb, na szyję, jest strasznawo, śmiesznie, zastanawiająca, ale przede wszystkim Ewie Stec udało się wyśmienicie przedstawić nasze, babskie, cechy. Specjalnie piszę "babskie", bo też stereotypowe postępowanie, które podkreśliła Autorka, na inne określenie nie zasługuje.

Ku odprężeniu:-)

Giovanna Zoboli, Camilla Engman. Zbyt późno.


Wydane przez
Wydawnictwo Entliczek

Książka, którą zadebiutowało Wydawnictwo Entliczek zwraca uwagę na słowo nader często używane przez dorosłych. O jakim słowie mowa? O "zbyt". Zróbcie szybko rachunek sumienia i zastanówcie się jak często mówicie, że coś jest zbyt mocne, zbyt gorące, zbyt głośne, zbyt rozbrykane, zbyt niedojrzałe lub, że jest zbyt wcześnie, zbyt późno, zbyt kolorowo, zbyt... Można by mnożyć, prawda?

"Zbyt późno" ukazuje to, jak ograniczamy samych siebie i osoby z naszego otoczenia. To, w jaki sposób stawiamy bariery wynikające z nadmiernej ostrożności, strachu, obaw nie mających żadnego logicznego wyjaśnienia.

Riccardo sprzeciwia się owym ograniczeniom. Chce dotrzeć do "zbyt późno" przekonać się jakie ono jest i przy wsparciu przyjaciół realizuje swoje zamierzenie.

Czasami ulegamy przekonaniom innych. Czasami sprawdzamy, co kryje się za ich słowami. Jak myślicie - co daje większą satysfakcję?

14 listopada 2011

Elizabeth Gaskell. Północ i południe.


Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Z porównywaniem książek do innych książek jest zawsze problem. Na okładce powieści "Północ i południe" podsunięto aż trzy skojarzenia. Gdybym miała zatrzymać się na przywołanym nazwisku Jane Austen nigdy, przenigdy nie sięgnęłabym po książkę Gaskell. To, iż na okładce pojawia się nazwieko sióstr Bronte zrobiło mi nadzieję na dobrą literaturę, a ukryte na tyle książki hasło o podobieństwo do "Ziemi obiecanej" zapewniło o trafieniu w dziesiątkę w doborze lektury.

Margaret Hale, córka pastora i mającej pretensje do lepszego życia kobiety, dorasta w Helston, niewielkiej, nieco sennej i cudownie naturalnej mieścinie na południu Anglii. Skutkiem decyzji głowy rodziny życie Margaret zmienia się - wraz z rodzicami przeprowadza się na północ, do fabrycznego Milton.

Nowe miejsce, nowe obyczaje, a także nowe obowiązki i nowi znajomi. Dziewczyna ze zdumieniem dostrzega jak wielki rozdźwięk istnieje między robotnikami a fabrykantami, jak bardzo jedna grupa nie pojmuje interesów drugiej.  Margaret, mając okazję znać przedstawicieli obydwu grup przechodzi błyskawiczny kurs życia w północnej części kraju, a osobiste tragedie czynią ją dojrzalszą i odporniejszą na panującą w salonach londyńskich dam.

Poddałam się urokowi dziewiętnastowiecznej Anglii, świata już minionego, który rządził się konwenansami, świata pełnego emocji, w którym słowo wiele znaczyło, a namiętności ukrywały się pod panieńskimi rumieńcami.

Doskonała lektura:-)

Danuta Zawadzka. Tea time stories. Moje pierwsze angielskie czytanki.

Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Uwielbiam słowo podwieczorek. Imbryk - czy to nie brzmi pięknie? 

"Tea time stories" to seria książeczek dla najmłodszych odbiorców do nauki języka angielskiego (my mamy cztery: "Cathy the mouse is sad at night", "George the kitten goes on holiday", "Milly the monkey likes bananas", "Benjamin the bear bakes a cake"). Każda książeczka zbudowana jest wokół tego samego schematu - najpierw poznajemy głównych bohaterów, potem całą historię, a następnie dzieci odpowiadają na pytania. 

Wszystko jest w tych książeczkach udane - i sam pomysł (Pan Imbryczek opowiadający historię na podwieczorek - chyba trudno o coś bardziej "brytyjskiego"), i pokrzepiające opowieści, i ilustracje i metoda nauki. Jestem nimi zachwycona! 

Do każdej książeczki dołączona jest płyta z nagraniem tekstu (głosu użyczył Kevin Aiston) - czego chcieć więcej? Moim zdaniem to strzał w dziesiątkę, dzieci uczą się poszczególnych słówek i zwrotów nie wiadomo kiedy. My słuchamy ich co wieczór. Oczywiście z imbrykiem pełnym herbaty obok.

Izabela, mama Heleny


13 listopada 2011

Jerzy Przystawa. Odkryj smak fizyki.


Wydane przez
Wydawnictwo Naukowe PWN


Całe szczęście, że nie wszyscy "humaniści" są zdania, że to bardzo chwalebne, kiedy w szkole było się nogą "z przedmiotów ścisłych" i nie wszyscy lubią o tej swojej nogowatości opowiadać publicznie. Co więcej - są i tacy "humaniści", którzy chcą się czegoś o tych "przedmiotach ścisłych" dowiedzieć. Dla takich właśnie humanistów-dziwaków Uniwersytet Wrocławski otworzył semestralny wykład zatytułowany "Miejsce i znaczenie fizyki w poznaniu i rozumieniu świata". Prowadzenie wykładu powierzono prof. Jerzemu Przystawie, a książka powstała właśnie na kanwie tego, co Przystawa studentom wydziałów humanistycznych i społecznych o fizyce powiedział.

Prof. Andrzej Holas w "Przedmowie" chwali Autora książki za świetny poziom merytoryczny i ujęcie tematu w sposób wyczerpujący. A co jest owym tematem? Rzecz jasna fizyka, ale nie tylko. Nie zrozumiałam wszystkiego, co Przystawa wyłożył o fizyce, jednak specjalnie się tym nie martwię; najpewniej już nigdy wielu wzorów się nie nauczę i mnóstwa kwestii szczegółowych nie pojmę. Popracowałam jednak nad książka rzetelnie i trochę nowych rzeczy do głowy mi weszło.

Wielka wartością tekstu jest to, co Holas określa mianem wątków "pobocznych" książki. W końcowej notce Przystawa pisze tak:

Nie było moją ambicją ani przedstawienie historii fizyki ani wyjaśnienie jakichkolwiek z kluczowych zagadek nauki i świata, jakich rozwiązywaniem zajmuje się fizyka. Chciałem tylko czytelnikowi przybliżyć urok tej trudnej i - zdawałoby się - niedostępnej dyscypliny, którą tak wielu utalentowanych i inteligentnych młodych ludzi odrzuca na samym wstępie, ponieważ gruntownie zniechęciła ich do tego nieumiejętność mówienia o niej. [s. 363].

Niezależnie od tego, jakie Przystaw miał ambicje, dał nam piękną historię fizyki. Kapitalnie czyta się historie niemieckich naukowców, z których niektórzy brali udział w projekcie Manhattan, a inni zostali po wojnie wywiezieni do ZSRR. Przystawa świetnie nakreślił sylwetki sławnych naukowców. W ogóle wątki fabularne to dla mnie jeden z największych atutów książki, gdyż jeśli chodzi o samą fizykę kompetencji mam najmniej.

Książka Przystawy pokazuje, że fizyka jest ważna, jest ważna dla rozumienia świata. Nie można nawet rzetelnie uprawiać epistemologii czy w ogóle filozofii, jeśli nie zna się najnowszych osiągnięć nauk kognitywnych, ale też i fizyki. O tym już dawno temu pisali Bertrand Russell czy ojciec Bocheński, ale wciąż mało ludzi rozumie, co Russell czy Bocheński twierdzili. Książka Przystawy bardzo pomaga takie rzeczy zrozumieć.

P.S. Książka będzie w księgarniach od 28 listopada.

Ewa Kleszcz, Aleksandra Chabros. Księżniczki z różnych stron świata.


Wydane przez
Wydawnictwo Wilga

Książka "Księżniczki..." budzi we mnie uczucia dwojakie. Aby opisać jakie muszę dokonać wyraźnego podziału na ilustracje i tekst.

Ilustracje doskonale pasują do dziewczęcego pokoju, dziewczynki w pewnym wieku. W takim wieku, w którym lubi się barwy różowe, fioletowe, sukienki z falbanami i koronę na głowie. Kiedy mała kobieta potrzebuje mieć wokół siebie "śliczne", nieco cukierkowe. Nie czuję się na siłach, by oceniać, czy warto dziewczynkom pozwalać na owe cukierkowe otoczenie.

Teksty w tej książce niestety nie należą do najszczęśliwszych. Pomijam już to, że wynika z nich, iż sensem życia księżniczek (a co z tym idzie - wszystkich kobiet) jest zdobycie męża. Na dodatek, wyraźnie czuć niechęć autorki do pisanych opowiastek; zdania tchną sztucznością i nijak nie zachęcają do tego, by puścić wodze wyobraźni rozważając co fascynującego mogłaby robić księżniczka.

To pierwsza książka Wydawnictwa Wilga, która zdumiała mnie swoją - szeroko pojętą - nieczytelnością. Mam gorącą nadzieję, że ostatnia.