31 stycznia 2012

Pressje. Teka 26-27.


Dopiero teraz, przy czwartej recenzowanej tece PRESSJI, przyszło mi do głowy pytanie o to, po co ja te recenzje piszę. W końcu w każdej tece Grzegorz Lewicki zamieszcza "Summary", więc jak ktoś po angielsku rozumie, to może sobie wejść na stronę pisma i Lewickiego poczytać. Zaraz jednak pomyślałam sobie, że nie każdy rozumie po angielsku, a poza tym nigdy za wiele streszczeń czy recenzji, więc dalej będę te swoje notki o PRESSJACH wieszać.

Teka XXVI/XXVII traktuje o Europie, o postEuropie. Gdybym miała napisać jakieś tagi do tej teki, to byłyby to: Europa, postEuropa, przyszła Europa, sekularyzm, religia. Do tego dodałabym: kryzys, niepewność, wróżenie. To wróżenie dotyczy przyszłości Europy.

Który z Autorów wróży najbardziej? Trudno powiedzieć, ale na przykład Wojciech Czabanowski w tekście "Europejska dialektyka. Pięć poziomów sporu o tożsamość Europy" bardzo mocno wróży. Czabanowski robi taką opozycję: silne tożsamości vs queer, po czym stwierdza, że polityczne tożsamość queerowa, jako zupełnie płynna, zmienna, niedookreślona i pozbawiona jednolitej podstawy filozoficznej, jest bardziej pojemna. W jej ramach mieści się wszystko. I dodaje, że wygląda na to, iż tożsamość queerowa może doskonale sprawdzić się w roli wspólnototwórczej. Pod koniec tekstu Czabanowski zapewnia, że najlepsza Europa to taka Europa, która jest najbardziej abstrakcyjna i wyrafinowana epistemicznie.

Myślę sobie, że jednych wróżenie Czabanowskiego ucieszy, a drudzy na Mszę dadzą, żeby się te wróżby nie sprawdziły.

Bardzo dobry, klarowny artykuł napisał Witold Wilczyński, który, między innymi, porusza podstawowe kwestie, takie jak to, że czynnikiem faworyzującym Europę na tle innych regionów jest klimat, albo to, że cywilizacje więcej siły czerpały z wody, niż z lądu.

Wilczyński pisze, że idee i wartości, na których wyrosła zachodnia cywilizacja, ulegają coraz szybszej erozji. Nasze systemy prawne mają coraz mniej wspólnego z prawem rzymskim, a nasz wymiar sprawiedliwości ze sprawiedliwością, którą zastępuje tak zwana sprawiedliwość społeczna. Wygląda na to, że profesor Wilczyński nie podchodzi z entuzjazmem do wizji Europy queerowej.

Profesor Andrzej Nowak bardzo ciekawie napadł na organizatorów ekspozycji Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. W tekście "Świnie i Myszy w Fabryce Schindlera" Nowak nie tylko zaatakował organizatorów ekspozycji, ale dał mnóstwo kapitalnych uwag na temat muzeów w ogóle. Zarzuty Nowaka odpiera Jacek Salwiński, zastępca dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Tekst Nowaka jest lepszy, ale tekst Salwińskiego także jest ważny.

Na koniec trochę wesołości. Jan Maciejewski napisał świetną recenzję z "Krytyki Politycznej" nr 27-28. Maciejewski stwierdza, że radykalizm środowiska KP, to radykalizm koncesjonowany, albo - wedle gustu - dotowany. Moim zdaniem nie da się lepiej ująć istoty problemu :)

30 stycznia 2012

Nusiowy nosek

Weekend spędziłam najlepiej jak tylko można - obłożona kotami, pod ciepłym kocem, z książką:-) Jako, że Nusia nie odstępowała mnie prawie wcale, miałam okazję dobrze jej się przyjrzeć.

Nusia ma zadrapany nosek. Kiedy go rozlizała poleciało jej trochę krwi, ale ponieważ strupek jest coraz mniejszy to od dwóch dni krwi już nie ma. Przestaliśmy smarować maścią, bo posmarowane Nusia natychmiast zlizywała i pozwoliliśmy aby goiło się samo. No i się zgoiło:-)

Oczko zakraplamy wg zaleceń doktora. Opracowałyśmy z Nusią idealną technikę współpracy i dobrze nam idzie.

Dziś odwiedziły nas koleżanki - kociary. Jedna z nich, będąca u nas po prac pierwszy powiedziała do Nusi, którą trzymałam na rękach: - "Ale cię zapaśli". Na co Nusia wydała obrażony syk i zeskoczyła z moich rąk.

29 stycznia 2012

Wełniany koc bije rekordy popularności...

bez względu na to, gdzie leży. Czy przy lustrze:
czy na mnie:
Nad ranem konfiguracja kocia zmieniła się o tyle, że Nusia poszła do koszyka, a jej miejsce zajęła Sisi.

28 stycznia 2012

Sobota, choć nie mogę się oprzeć wrażeniu, że niedziela.

W klinice z rentgenem możemy zjawić się dopiero w środę i to bez gwarancji, że nasz przyjazd równał się będzie zrobieniu zdjęcia. Poza tym zdjęcia robione są zawsze po premedykacji, a to sprawia, że zaczynamy myśleć o tym, jak bardzo jest to niebezpieczne dla Nusi. Na razie obserwujemy koci nos.

Po raz pierwszy od bardzo dawna byłam dziś w schronisku. Na chwilę, w innej niż kocia sprawa. Dobrze jest widzieć, że klatki w części poświęconej kwarantannie w większości są puste. Niestety nie wszystkie. Jedną z nich zajmuje kotek zwany pieszczotliwie "Pchlarzykiem"; to powinno dać Wam obraz tego w jakim był stanie, kiedy zjawił się w schronisku. Dziś już nie ma pcheł, ale wciąż wymaga pracy - trzeba go wykąpać, wyczesać, zakraplać oczy, odrobaczyć i zaszczepić. Jest maleńtasem, ale mimo tego, że ludzie szukają małych kotów (a nie jest to sezon na małe kotki) nikt nie zdecydował się przez trzy tygodnie na to, by go przygarnąć. Pewnie w domu tymczasowym nabrałby uroku, ale domu tymczasowego też nie ma.
Może ktoś?

Dziś mam wyjątkowo senny dzień, a wraz ze mną śpi Nusia. Zwinęła mi się na brzuchu w kłębuszek i tak przespałyśmy chyba z godzinę. Jak dobrze mieć koty...

Rano Gusia, Nusia i Sisi domagały się wyjścia na balkon. Były dzielne - wytrwały tam około 5 minut. Natomiast wczoraj po powrocie z balkonu Gusia od razu wskoczyła na kaloryfer. Miło widzieć jak ko-córki są czyms tak bardzo zaaferowane jak tym, że na dworze jest zimno.

Ewa Gil-Kołakowska, Henryk Szareyko. Opowieści wigilijne o wieczerzy, kolędach, Herodzie...


Wydane przez
Wydawnictwo Bukowy Las

W zasadzie powinno się czytać tę książkę około miesiąca temu. Co więcej, czytałam "Opowieści wigilijne" w okresie świątecznym. Tylko już czasu mi nie starczyło, by usiąść i o niej napisać.

Dwadzieścia sześć rozmów, dwadzieścia sześć osób zaproszonych do tego, by wspominały i dzieliły się z czytelnikami swoim dziecięcym patrzeniem na Święta i świętowaniem w życiu dorosłym. Ilu rozmówców, tyle historii, choć oczywiście wiele elementów wspólnych, szczególnie gdy rozmowa skupiała się na kulinariach, na dwunastu potrawach jakie powinny się pojawić na stole podczas Wieczerzy (a nie wszędzie są to te same potrawy).

Zaglądanie ludziom sławnym w życie nie jest moja ulubiona czynnością. podczas tej lektury miałam jednak wrażenie, że opowiadający czekają na czytelników, chcą się z nami podzielić tym, co dla nich ważne, czasami aż na granicy intymności.

Na słowa uznania zasługuje szata kolorystyczna książki, jej wydanie. Z przyjemnością podejmowałam próby rozpoznania na zamieszczonych przy tekstach zdjęć znajomych z mediów rysów twarzy.

Z pewnością najlepszym czasem na czytanie tej książki jest druga połowa grudnia, ale tak naprawdę na rozmawianie o tym, jak magiczny klimat miały świąteczne dni, gdy byliśmy dziećmi, czas jest zawsze.

Marcin Przewoźniak. Wielka księga zagadek.


Wydane przez
Wydawnictwo Book House

Zagadki zebrane w tomie pogrupowano w dwunastu rozdziałach. Rozdziały zawierają zagadki dopasowane tematycznie i dlatego też mamy zagadki o domu, o roślinach i zwierzętach, sprawdzające znajomość alfabetu i wędrówek (cóż, ze palcem po mapie), przedstawiające różne dyscypliny sportowe, samochody, czy baśnie.

Zagadki są ciekawe, barwie zilustrowane i wszystko byłoby ok, gdybym nie wczytałam się intensywnie w rozdział poświęcony kuchni zawierający piętnaście zagadek. Kilka z nich dotyczy wyposażenia kuchennego takiego jak durszlak, deska, czy tłuczek. Pozostałych osiem dotyczy jedzenia, jedna - witamin. Czemu tak skrupulatnie liczę? Otóż na zagadkowej liście potraw znajdują się chipsy, pizza, hamburgery, frytki, kawa... Ów zestaw w książce dla przedszkolaków budzi mój gwałtowny sprzeciw.

Co sądzicie o umieszczaniu w książkach dla dzieci produktów, które dla dzieci nie są? Czy książkę, taka jak ta, należy potraktować jako edukacyjną? Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii.

27 stycznia 2012

Natalia Bobrowska. Nikt nie jest samotną wyspą, ale wszyscy bardzo się staramy.


Wydane przez
Wydawnictwo AMEA

Książkę czytałam, przyznaję, na dwa razy. Za pierwszym razem nie umiałam odnaleźć znaczenia słów wypowiadanych przez bohaterów, nie potrafiłam poczuć postaci i ich znaczenia dla opowiadanych historii. Lektura wróciła na półkę, a ja obiecałam sobie, że wkrótce do niej wrócę. Owo "wkrótce" zajęło mi kilka tygodni" i gdy ponownie otworzyłam debiutancka powieść Natalii Bobrowskiej poczułam, że teraz pasują mi wszystkie elementy, potrafię przyjrzeć się bohaterom, potrafię nadążyć za ich, nieco pogmatwanym, życiem  i niemniej pogmatwanymi myślami.

Przychodzi taki moment w życiu kiedy zastanawiamy się co dalej. Zatrzymujemy się sami lub życia znienacka nam zwalnia i oczekuje od nas deklaracji świadczącej o dojrzałości, ustabilizowanych poglądach, odpowiedzialności. A co jeśli w sytuacji wspomnianego zatrzymania nie mamy w sobie tego, czego się od nas oczkuje, a jedynie tysiące pytań, których nie chcemy zadać sobie, a nie wiemy kogo innego moglibyśmy zmusić, by udzielił nam na nie odpowiedzi.

W takiej właśnie chwili, chwili na zastanowienie się nad sobą, znajdują się bohaterowie powieści. Dodatkowym utrudnieniem dla postrzegania życia jakie preferują jest to, że wokół nich są jacyś ludzie, którzy a to chcą rozmawiać, bo barmanka jest od rozmawiania przecież, a to nie chcą rozmawiać na tematy, które interesowały by słuchacza - Wiktora zbierającego plotki, a to oczekują dostrzegania prozy życia podczas, gdy ów niedostrzegający w mniemaniu swoim jest wielkim artystą i w nosie ma prozę życia dążąc ku lepszemu przez literaturę, którą tworzy... stworzy, gdyż na razie nie umie; są też ludzie, którzy od Ryszarda wymagają uczuć, emocji, zaangażowania, podczas gdy on angażować się może tylko w pracy, bo tylko tak potrafi.

Na każdym z etapów życia inaczej oceniamy ludzką obecność wokół nas. Sąsiedzi, to są nam potrzebni, to irytują nas swoim wścibstwem, znajomi męczą gadulstwem lub pocieszają milcząc ze zrozumieniem. Kiedy jednak dzieje się z nami coś niedobrego cieszymy się, gdy nie zostajemy z tych złym sami; wówczas nie przeszkadza nam to, że nie jesteśmy - mimo wielu starań - samotną wyspą.

Książka niewątpliwie zapraszająca do myślenia. Polecam.

Stefan Friedmann. Przygody podróżnika Pipsa i jego przyjaciół: papugi Terefery i psa Klipsa.


Wydane przez
Wydawnictwo Olesiejuk

Podróżnik Pips znany był z różnych wędrówek oraz tego, że towarzyszą mu pies i papuga. Niezwykłe obyczaje i częste podróże Pipsa pozwalają niektórym sądzić, iż podróżnik jest bogaty, że wie, gdzie ukryte są skarby. Gdy zatem pewnego dnia Pips zapowiada przyjaciołom wyprawę po skarby, pewien przebiegły kot kradnie mapę, a pewni mało sympatyczni panowie dążą do tego, by do skarbów dotrzeć pierwszymi.

"Przygody podróżnika Pipsa" to sprawnie opowiedziana historia z zaskakującym finałem. Z pewnością tekst z książki dałoby się łatwo przerobić na słuchowisko, czy nawet przedstawienie teatralne. Główny bohater wraz z przyjaciółmi podśpiewuje, przekomarza się i - w zupełnej zgodzie ze swoim roztargnieniem - myli pewne kartki.

Dobre w czytaniu.

P.S. Moje kociolubne serce zaoponowało widząc Kota przedstawionego jako negatywną postać.

26 stycznia 2012

Czwartek

Nusia wczoraj rozdrapała nosek, który już zaczął przysychać. Krew zaczęła kapać, przeszkadzało to kotce w jedzeniu i ogólnie funkcjonowaniu. Dziś pojechaliśmy pojechać Nusiowy nosek panu doktorowi. Oczywiście, Nusia tuż po zamknięciu w transporterze zaczęła szturmować kratkę nosem i do doktora dojechaliśmy z krwawiącym kotem.

Istnieje ryzyko, że Nusia może mieć w nosie polipy, nadżerkę lub inne zmiany. Jutro będziemy dzwonili do kliniki, w której zrobić można prześwietlenie rentgenowskie. Później, być może, czekają nas, a właściwie Nusię, kolejne badania.

Potrzymajcie kciuki, co?

Jonas Jonasson. Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął.


Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Allan Karlsson kończy 100 lat. Mieszka w domu opieki, więc tam wybierają się wszyscy goście. Tyle tylko, że Allan nie ma chęci świętować urodzin w otoczeniu zmierzłej pielęgniarki, staruszków i oficjeli, którzy sądzą, że muszą się na urodzinach mężczyzny pojawić. Wyskakuje przez okno i rusza przed siebie, w nieznane.

Życiorysem głównego bohatera książki można by obdzielić kilka osób. Allanowi dane było poznać głowy państw, dyktatorów, piękne kobiety, szpiegów, żyć jak nędzarz i jak bogacz, mieszkać w najdroższych hotelach i w więzieniu. Objechał, obszedł cały świat (Za wyruszenie przez Himalaje z kompasem i odręcznie narysowaną mapą zyskał moją wieczną sympatię; ja chciałam kiedyś pod Krakowem łapać stopa z kartką "Albania".), od gór, po morza, od Syberię po Bali i choć wyruszył ze szwedzkiej prowincji nie miał obaw przed zdobywaniem świata. W zasadzie użycie słowa "zdobywanie" nie oddaje w pełni tego, jak żyje Allan; on podąża od miejsca do miejsca porywany zbiegiem okoliczności, łutem szczęścia, pechem, czy jak to tylko - w zależności od sytuacji - nazwać. 

Allan stulatek żyje tak samo barwnie, jak wówczas gdy był młodszy. Dość powiedzieć, że w prasie ukazują się nagłówki o tym, iż dziarski starszy pan winien jest potrójnego morderstwa.

Książka jest napisana tak, że nie ma się chęci na nic poza jej czytaniem. Ironia, ów wycyzelowany humor jakim Jonas Jonasson posługuje się opowiadając historię Allana i jego przyjaciół, sprawia, że lektura powieści zapewnia dobry nastrój. Podczas lektury zdążyłam polubić bohaterów (tak, nawet Ślicznotkę), a rozstanie z nimi sprawiło mi przykrość.

Zdecydowanie polecam:-)

Magda Fres. Bulgur.


Wydane przez
Wydawnictwo Foka

Izka jest osobą totalną. Dokonuje selekcji w tym, co jest modne i wybierając jeden z trendów zapada się w nim, daje się mu pochłonąć, podporządkowuje każdy aspekt swojego życia temu, co wybrała. Tak było z makrobiotyką i zasadami Pięciu Przemian. Tak jest z książką "Zmierzch" zaczynającą serię literacką..

Szukam formy. Z tego akurat świetnie zdaję sobie sprawę, że mojemu życiu formę nadają powieści. Każda z nich kształtowała moje życie, odkąd tylko nauczyłam się czytać. [s. 6]

Fascynacja postacią Belli powoduje, że bohaterka książki przyjmuje cechy nastolatki zakochanej w wampirze. Szuka ubrań podobnych do tych opisanych w powieści, w jej menu śniadaniowym pojawiają się płatki z mlekiem, bo takie jada Bella, kupuje na allegro odtwarzacz CD, by, jak ulubiona bohaterka, słuchać muzyki leżąc w łóżku. 

Izka ze swojego zapatrzenia w Bellę wytrącana jest przez dwóch młodych mężczyzn. Eryk jest pewny siebie, pochodzi z majętnej rodziny, przyzwyczajony do tego, że dostaje to, po co sięga. Alan prezentuje zupełnie inny, niż Eryk, typ wrażliwości - jest chłopcem, który potrafi stworzyć atmosferę serdeczną, przyjacielską, a przy tym bardzo lubi Izkę, akceptuje jej dziwactwa i troszczy się o nią. Ku komu silniej bije serce Izki?

Magdzie Fres udało się dobrze sportretować rozterki nastolatki, poszukiwania tożsamości, walkę o akceptację rówieśników, ale także o samoakceptację. Na tyle dobrze, że wielokrotnie podczas lektury westchnęłam z ulgą ciesząc się, iż wiek w jakim jest Izka mam już dawno za sobą:-)

Do podsunięcia nastolatkom. Zdecydowanie.

P.S. Bardzo polubiłam babcię Alana.

25 stycznia 2012

Balsam dla Duszy miłośnika kotów.


Wydane przez
Wydawnictwo Rebis

Historie o kotach mają to do siebie, że ilu ludzi, ile kotów, tyle wzruszających historii. W ludzkich losach próbujemy zazwyczaj dostrzegać pewną prawidłowość, powtarzalność, by nie rzec - schematyczność, na życie czworonożnych przyjaciół (także psów) patrzymy odmiennie niż na ludzkie. Gotowi jesteśmy przypisywać zwierzętom mistyczne, nadprzyrodzone moce, niewyobrażalną wręcz dla ludzkiej świadomości mądrość, a nawet pewną zdolność podporządkowywania sobie ludzi i innych zwierząt.

Teksty zebrane w "Balsamie..." to historie współistnienia kocio-ludzkiego opowiedziane przez tych, którzy z kotami mieszkali lub wciąż mieszkają. Nie sposób spośród nich wybrać tych, o których warto wspomnieć, bo w zasadzie każda z opowieści wskazuje na niezwykłość kociego towarzysza, na jego przebiegłość, mądrość, oddanie. Niemniej wyraźnie z tekstów wyłania się miłość jaką ludzie darzą swoje koty.

Lektura wzruszająca. I w zasadzie czytana po to, by się upewniać, że koty są ze wszech miar warte naszego uznania i troskliwości. Nawet jeśli niektórzy próbują temu zaprzeczyć...

Środa

Wizyta u doktora minęła spokojnie. Transporter ze zdejmowanym dachem zdecydowanie zwiększył komfort wyjmowania Nusi na stół, a na stole, pod dłońmi lekarza, to ona już jest idealnie grzeczna. I tylko po cichutku, nieśmiało próbuje zejść ze stołu. Jutro jedziemy znów.

W oczku jeszcze nie ma poprawy; za mało czasu minęło od chwili przyjmowania leku. Nosek się goi, ale Nusia ma tendencje do kichania i niestety - kichając rozrywa sobie gojące się miejsce. Trochę to błędne koło.

Opanowaliśmy już też aplikowanie leków, na takie mniej kłopotliwe. Nusia szybciej jest wolna, pozwala się w miarę bezpiecznie smarować i zakraplać, a i nam jest lżej, gdy kocinka nie wyrywa się i nie płacze rozpaczliwie.

Duszka posmutniała, gdy nasz gość wyjechał. Na szczęście szybko wrócił i Dusia jest noszona i przytulana przez tego, przez kogo sobie życzy. Gusia też korzysta z obecności gościa. Leży na jego kolanach, burczy i miłośnie spogląda mu w oczy.

Sisi przypomniała sobie, że za drzwiami jest długi, szalenie atrakcyjny korytarz. Stoi pod drzwiami i zaśpiewuje nostalgicznie prośby o zabranie jej na spacer. Nieskutecznie, rzecz jasna, ale bardzo donośnie.

Anna Łacina. Czynnik miłości.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Napisanie zajmującej powieści młodzieżowej, wyjaśniającej jakby przy okazji czym jest hemofilia i czemu życie osób z hemofilią jest utrudnione w Polsce, jest prawdziwym majstersztykiem.

Partycja mieszka w zamożnym domu, którego funkcjonowanie podlega zachciankom i interesom pana i władcy, czyli ojca Patrycji. Ojciec robi karierę i robi ją w przedziwny, by nie rzecz szlachciursko-polski , sposób poprzez goszczenie tych, co trzeba, "załatwianie" tego, co trzeba i wszelkie możliwe czynności balansujące na granicy dobrego smaku i prawa. Mamie Patrycji i jej samej pozostaje podporządkowywanie się decyzjom ojca.

Do niewielkiego domku zlokalizowanego na terenie posiadłości zamieszkiwanej przez rodzinę Patrycji pewnego dnia wprowadza się oszałamiająco przystojny i tajemniczy chłopak. Dziewczyna, zafascynowana powieściowo-filmową serią "Zmierzch", dostrzega w chłopaku podobieństwo do Edwarda Cullena i próbuje odgrywać rolę Belli. Literacki pierwowzór jest jednak naiwną opowieścią wobec tego, co dzieje się między Patrycją a Erykiem.

Dobrze się czytało.

24 stycznia 2012

Katarzyna Michalak. Powrót do Poziomki.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Po "Roku w Poziomce" przyszedł czas na "Powrót do Poziomki". Kilka miesięcy jakie minęło od lektury pierwszej książki sprawiło, że trudno było mi wczuć się w atmosferę powieści. 

Ewa szuka dla Julii niani. Witold wyjeżdża na kontrakt do Seulu. Andrzej, w którym nieustająco podkochuje się Ewa, ma żonę i z tą żoną jest szczęśliwy. Karolina, zaaferowana zagrożoną ciążą, nie dostrzega zauroczenia Ewy swoim mężem i traktuje główną bohaterkę po przyjacielsku.

Albo znacząco zmienia mi się gust czytelniczy, albo trafiam ostatnio na książki, które nie do końca mnie przekonują. Akcja "Powrotu do Poziomki" wydała mi się nazbyt chaotyczna, bohaterką chętnie potrząsnęłabym z całej siły w celach uspokojenia wybujałego ego i zdławienia rozbestwienia emocjonalnego. Ewa jest irytująco zapatrzona w siebie, a przyzwyczajona do zdobywania tego, o czym marzy, beztrosko sięga po coś, co powinno być dla niej zakazane.

Pewnie, powodowana ciekawością, sięgnę po kolejne książki Katarzyny Michalak. Tylko, czy ciekawość zastąpi zainteresowanie?

Ewa Nowak. Dane wrażliwe.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

Książki Ewy Nowak czytam, bo lubię jej sposób pisania i wrażliwość z jaką jej bohaterowie postrzegają świat. 

Ninie Petrykowskiej w banalnie prosty sposób przychodzi mijanie się z prawdą. Tu powie coś o chłopaku, tam nazmyśla w innej sprawie, zerkając na koleżanki szepnie to i owo, gdy nagle dopadnie ją strach. W tej sytuacji Nina też radzi sobie nieźle; wypieranie różnych rzeczy ze świadomości dziewczyna ma opanowane do perfekcji.

Autorka w przekonujący sposób pokazuje w jaki sposób rzeczywistość wykreowana przez kłamstwa zaczyna przerastać bohaterkę, jak to, co powiedziała,wraca do niej zwielokrotnione. Drugą, bardzo istotną, kwestią poruszoną w książce, jest kwestia funkcjonowania w społeczeństwie (a szczególnie w rodzinie) dorosłych niepełnosprawnych. 

Jeśli chcecie młodym ludziom wyjaśnić znaczenie przysłów "kłamstwo ma krótkie nogi" i „słówko wyleci wróblem, a powróci wołem” podsuńcie im książkę "Dane wrażliwe". Zrozumieją.

23 stycznia 2012

Jayne Ann Krentz. Pensjonat Maggie.


Wydane przez
Wydawnictwo Mira

Pewien zgorzkniały detektyw dostaje nietypową propozycję. W zamian za utrzymanie ma sprawdzić kto i w jaki sposób chce zaszkodzić pensjonatowi Peregrine Manor. Josh January pewnie zlekceważyłby propozycję, ale z ostatniej akcji wyszedł poturbowany i odpoczynek jest tym, co z pewnością mu się przyda. Na miejscu okazuje się, że pensjonat zamieszkują oprócz właścicielki starsi rezydenci, a ona sama - choć szalenie pociągająca - jest, zdaniem detektywa, trudna w kontaktach.

Trafiłam na "Pensjonat Maggie" przeczytawszy zapowiedź. Fabuła wydała mi się interesująca i choć wiedziałam, że spodziewać się mogę lektury lekkiej, zostałam zaskoczona.

Podstawy fabularne powieści Jayne Ann Krentz stanowią wcale udany zalążek powieści. On - detektyw po przejściach. Ona - wiedziona poczuciem obowiązku i miłością do pensjonatu walcząca o niego wszelkimi znanymi sobie środkami. Spotykają się, by działać na rzecz wspólnej sprawy, a ich znajomość rozkwita pod czujnym, acz rozbawionym, spojrzeniem przyjaciół. Ku mojemu żalowi powieść potoczyła się wg najprostszych schematów. Z tak przyjemnego pomysłu wykluła się treść prosta, pozbawiona głębszych emocji, rozbudowanych postaci bohaterów. Co gorsza, w dwóch miejscach brakowało mi czegoś, tak jakby tekst był czyimś zdaniem zbyt obszerny i postanowiono wyeliminować kilka scen.

Maggie i Josh chwilami zachowywali się niezbornie, jakby przecząc swoim wcześniejszym słowom, czynom. Huśtawka nastrojów jaka opanowała obydwoje bohaterów byłaby łatwiejsza do zrozumienia, gdyby ich postacie zbudowane były pełniej.

Rozumiem, że charakter serii nie zakłada pogłębionych psychologicznie postaci bohaterów, szerokiego tła obyczajowego i tego wszystkiego, co sprawia, że mamy czas, by poczuć się związanymi z czytana powieścią. I choć przyjmuję, że czasami potrzebuję książki lekkiej, "Pensjonat Maggie" okazał się być zbyt lekki.

Złota Zakładka 2012


Przyszła pora, by powrócić do tematu naszych blogerskich, nagród literackich. Podobnie jak w ubiegłym roku finał naszej pracy - wręczanie nagród odbędzie się podczas Targów Książki w Katowicach, 8 września 2012 roku. Ale zanim nastąpi wrzesień czeka nas dużo pracy...

Zapraszam na forum, gdzie jest miejsce na wskazywanie tego, co warto poprawić, na dyskusję o kategoriach w jakich chcemy nagradzać książki i na wszelkie rozmowy o tym jak podkreślić nasze blogerskie znaczenie w świecie zwanym rynkiem książki. 

A gdyby ktoś zapomniał jak było w minionym roku i skąd w ogóle idea Nagrody Blogerów Ksiązkowych - zapraszam na stronę.

Małgorzata Strękowska-Zaremba. Detektyw Kefirek rozgryza prawnusia.


Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Moje pierwsze spotkanie z detektywem Kefirkiem uznaję za udane. Nadaktywne śledczo dzieciaki, sąsiedzi, którzy wzajemnie się znają i lubią, troskliwe babcie, zapracowani rodzice, przyjaciele związani wspólna ideą to świat, którego wokół nas coraz mniej i chwała Małgorzacie Strękowskiej-Zarębie za to, że postanowiła opisać kilka dni z życia mieszkańców ul. Krótkiej.

Podczas nieobecności jednej z sąsiadek Jasiek zauważył, że na jej domu, jacyś mężczyźni montują "satelitę". Nie byłoby to aż tak dziwne, gdyby nie fakt, iż Pani Elżbieta, zwana Księżną, nie posiada telewizora. Bystrym dzieciakom udaje się zdobyć informację o tym, że ich sąsiadka jest spadkobierczynią znacznego majątku, a z tego wysnuwają wniosek, że ktoś chce Księżną owego bogactwa pozbawić.

Śledztwo odbywające się w przeddzień testów szóstoklasisty i prowadzone w tajemnicy przed dorosłymi (którzy jak wiadomo - potraktowaliby lekceważąco sprawę) to wyzwanie, z którym dzielni młodzi ludzie radzą sobie... dobrze. Więcej pisać nie będę, choć kusi:-)

Kim jest tajemniczy prawnuś? Kto nosi wdzięczne imię Emilek? Dlaczego Młodszy Kefirek uznany został za sadystę? Odpowiedzi na te pytania (i wiele innych informacji) znajdziecie w powieści "Detektyw Kefirek rozgryza prawnusia".

22 stycznia 2012

Roland Brown. Motocykle wczoraj i dziś.


Wydane przez
Wydawnictwo Olesiejuk

Dawno temu marzyłam o podróżach motocyklem i podśpiewywałam "Harley mój" z liderem zespołu Dżem. Dziś już polubiłam cztery kółka, ale wciąż mam sentyment do motocykli. Efektem tego sentymentu jest goszczący na blogu album przedstawiający historię jednośladów. 

Autor książki zabiera nas w podróż do początków XX wieku. Przedstawiając pierwsze motocykle nakreśla podstawy fascynacji motoryzacyjnej skupiającej się na dwóch kółkach. Przytacza opisy pierwszych motocykli, w tym na przykład Harleya-Davidsona F11, który osiągał maksymalną prędkość 95 km/godz.

Każdy z motocykli (rozdziałów jest 7, a w każdym opisano kilkanaście modeli) jest sportretowany na fotografiach, a w ich opisie, oprócz tabeli z parametrami danego modelu, przedstawiona jest wyczerpująco historia stworzenia konkretnego modelu, jego zastosowania, procesy udoskonalające. 

"Motocykle wczoraj i dziś" to bogate źródło wiedzy o tym szczególnym wycinku historii motoryzacji. Do oglądania, czytania, zachwycania się wielokrotnego.

Mariusz Niemycki. Ktoś bardzo podejrzany. Policjanci i złodzieje.

Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Kolejne dwie książki z serii Piątka w Bukowej Góry zabiera nas w czasy beztroskiego dzieciństwa, wakacji i pozwala nam zajrzeć w relacje między kilkorgiem zaprzyjaźnionych młodych ludzi.

W Bukowej Górze pojawia się ktoś bardzo podejrzany podający się za kolegę z lat szkolnych taty Basi i Maćka. Równie ważną, a może i ważniejszą sprawą - przynajmniej w opinii Baśki - jest to, komu Patryk podarował bursztynowy prezent przywieziony z wakacji w górach. Młodzi ludzie ochoczo tropią tajemnice - nieco z zamiłowania, a nieco dla zabicia nudy. 

W "Policjantach i złodziejach" dzielni detektywi z Bukowej Góry okazują się być zbyt mało sprytni jak na towarzystwo z jakim przyszło im się stykać. Młodzi ludzie chętnie angażują się w śledczą pracę, a gdy ktoś wabi ich obietnicą edukacji związanej z ich pasją tracą czujność. Na szczęście ktoś kogo uważają za nieprzyjaciela okazuje się być przyjacielem i dobre imię Piątki z Bukowej Góry pozostaje niezagrożone.

Książki Mariusza Niemyckiego czyta się doskonale. Akcja jest wartka, dzieciaki entuzjastyczne i rozbrajająco zafascynowane różnymi tajemnicami, rojące czasami coś nierealnego, ale i też mające intuicję detektywistyczną. "Piątka z Bukowej Góry" to dobrej klasy literatura przygodowa.

21 stycznia 2012

Mika Waltari. Złotowłosa.


Wydane przez
Państwowy Instytut Wydawniczy

W tomie "Złotowłosa" zgromadzono cztery mikropowieści fascynującego fińskiego pisarza traktujące o różnych obliczach miłości.

Tytułowa powieść opowiada historię młodej, pięknej kobiety, która wywodząc się ze rodziny o wątpliwych postawach etycznych. Ów kulturowy, czy moralny ciężar determinuje wybory Złotowłosej, jej zachowanie, dążenia, a wreszcie - czyny.

Kobieta z ciemności zjawia się w pewnym gospodarstwie nie wiedząc skąd jest, kim jest, nie znając swojego imienia. Uciekając ze szpitala trafiła do domu starszego, samotnego mężczyzny wiedziona instynktem, a może mimowolna pamięcią. Początkowa złość mężczyzny zamienia się w sympatię, przerażenie i wreszcie zgodę na to, co dzieje się z nim i odwiedzająca go kobiet.

W Zapachu kaliny ważną role odgrywają wspomnienia. Narrator gubi się między kobietą, którą ma przy sobie, a tą, która wyłania się ze starych listów, marzeń i wspomnień. Nie mogąc się uwolnić od dawnej miłości traci powoli zainteresowanie kobiety, która chciała z nim być.

W białym winie było ci do twarzy [s. 166]

Panna van Brooklyn, tytułowa bohaterka, to zarozumiała, pewna siebie nastolatka, której jedyną pasją jest dręczenie mężczyzn. Niczym Lolita Fine van Brooklyn celnie używa swoich atrybutów, wykorzystuje na ile się da zainteresowanie mężczyzn i bawiąc się ich uwagą szkodzi chyba jednak sobie niż im.

Mikropowieści Mika Waltari'ego są zdumiewająco inne od tych z jego książek, którego dotychczas przeczytałam. Mimo, że ich akcja, podobnie jak powieści opisujących wydarzenia z Helsinek komisarza Palmu, dzieje się w czasach współczesnych pisarzowi, z tekstów zgromadzonych w "Złotowłosej" wyłania się smutek, brak poczucia nadziei, a miłość portretowana w tych tekstach ma gorzki posmak i nie nosi w sobie przekonania o szczęściu.

Dorothy Howell. Torebki i morderstwa.


Wydane przez
Wydawnictwo Bellona

Mimo całego mojego umiłowania prozy Mika Waltariego potrzebowałam zrobić przerwę. Szukałam czegoś lekkiego, niezobowiązującego, czegoś co da się przeczytać w jeden wieczór. Mój wybór padł na książkę o maniaczce torebkowej, która szuka zabójcy.

Haley Randolph wydaje bajońskie sumy na torebki. Zna każdy model, każdego liczącego się projektanta, potrafi po jednym spojrzeniu wydać opinię na temat oryginalności danej torebki i w ogóle - jest torebkową świrfanką. Jednak to, ile chciałaby wydawać i ile wydaje, nijak się ma do tego, ile Haley zarabia. Praca w księgowości kancelarii prawniczej pozwala jej co prawda na pewną swobodę finansową, ale w pewnym momencie okazuje się, że debety na koncie i kartach trzeba spłacić i Haley znajduje dodatkową pracę w jednym z marketów. Pracuje niechętnie i gardząc swoim zajęciem do chwili, w której znajduje jednego z szefów sklepu martwego. W tym samym czasie traci pracę w Pike Warner i rzuca się w wir śledztwa, a właściwie dwóch.

Trudno polubić Haley Randolph - jest egoistką, zapatrzoną we własne ego, przyzwyczajoną do dużych pieniędzy i traktującą innych jak istoty niższego gatunku. Nawet jej zauroczenie mężczyzną chwilami przegrywa z potrzebą pokazania swojej wyższości. Zdarza się jednak, i to trzeba zaliczyć jej na plus, potraktować koleżanki z pracy po ludzku.

"Torebki i morderstwo" czyta się sprawnie, choć chwilami można odczuć dyskomfort z powodu nierównego prowadzenia fabuły. Są fragmenty nieco słabsze, dla których trudno znaleźć uzasadnienie, ale są i takie, które swą błyskotliwością dodają uroku postaci Haley.

Od książki Dorothy Howell dostałam to, czego szukałam - niezobowiązującą historię do przeczytania w jeden wieczór.

Sobota

Duszka jest kotem bardzo osobnym. W zasadzie nie zdarza się jej domagać pieszczot, a brana na ręce wykazuje tylko odrobinę cierpliwości. Dotyka nas tylko wówczas, gdy przychodzi budzić lub gdy to my, niejako "na siłę" chcemy ją poprzytulać lub poczynić niezbędne zabiegi zdrowotno-higieniczne. Od kilku dni mamy jednak w domu gościa, który najbardziej z naszych czterech ko-córek ukochał sobie Duszkę. I oto kocinka jest brana na ręce po wielokroć w ciągu dnia, co więcej -  łaskawie pozwala się brać, a podczas przytulania ona i nasz gość szepczą sobie różne rzeczy przyjemnie zjednoczeni wzajemną sympatią.

Nusiowy nosek kilka dni temu zmienił wygląd. Podejrzewaliśmy, że to zadrapanie, ale na wszelki wypadek pojechaliśmy do doktora. Dała się spokojnie obejrzeć panu doktorowi (zupełnie inaczej niż nam w domu) i okazało się, że co do powstania ranki na nosie nie można mieć pewności, więc dostaliśmy maść. Niestety, jedno z oczek Nusi (to, które we wczesnym dzieciństwie Nusia miała stracić) miewa się nieco gorzej, naczynia krwionośne zaczęły wzrastać w rogówkę. Mam wyrzuty sumienia, że nie zaglądałam jej w to oko tak dogłębnie jak zrobił to doktor, bo może wówczas odkrylibyśmy nieprawidłowość wcześniej? Na razie, trzy razy dziennie, zakraplamy oko, a w poniedziałek jedziemy na wizytę kontrolną.

Gusia znów śpi na mnie. Układa się w pozycji na kokoszkę na moim krzyżu i śpi tak całą noc, co daje taki skutek, że rano mam problem z podniesieniem się z łóżka. Pięciokilogramowy nacisk na plecy przez kilka godzin wywołuje protest mojego kręgosłupa. Pewnie mogłabym kota przegnać, ale mam na tyle mocny sen, że gdy już usnę, nic nie czuję, a o ułożeniu się Gusi na moich plecach dowiaduję się albo od Z., albo w chwili dzwonienia budzika (Gusia wówczas zniesmaczona schodzi ze mnie).

Sisi zaaprobowała Nusię koło siebie podczas spania, co bardzo nas cieszy. Czasami zdarzały im się próby sił - mentalne lub fizyczne, na szczęście ostatnio jest ich jakby mniej. Poza tym Sisuleńka wciąż dzierży władzę w domowym stadzie i nic jej z pozycji królowej nie jest w stanie zepchnąć. Codziennym rytuałem jest już to, że gdy tylko siadam Sisi wskakuje na moje kolana, ociera się o moją twarz głową i potem, mrucząc donośnie, pozwala oddać sobie hołd, poprzez głaskanie i mówienie czułych słówek.

U Lusi, jak donoszą wieści e-mailowe, wszystko dobrze. Zaprzyjaźnili się z Szymkiem tak bardzo, że ten jest w stanie podzielić się z młodszą koleżanką swoim skarbem - kapsułką tranu. Prawda, że to szczęście?

20 stycznia 2012

Miłość we Wrocławiu.

Wydane przez
Wydawnictwo EMG

Truizmem byłoby twierdzenie, że zbiory opowiadań są zawsze trudne w ocenie, bo mimo jedności tematyki (i jak w tym przypadku) miejsca każdy z pisarzy decydujących się na pisanie tematyczne ma swój styl, swój sposób postrzegania i realizowania tematu. 

"Miłość we Wrocławiu" to okazja by piętnaścioro pisarzy, znanych pisarzy, stworzyło teksty o miłości w mieście nad Odrą. Mieście, którego historia nie jest łatwa, które pobudza wyobraźnię i którego charakter ma duży wpływ na jego mieszkańców i ich wzajemne relacje.

Nie będę opisywała tego, co który z autorów o miłości napisał i jak ową miłość rozumie, bo to doskonale zrobiono na stronie wydawnictwa, ale napiszę - podobało mi się. Przyznaję jednak od razu, że co do Wrocławia i miłości jestem zupełnie nieobiektywna. Dzięki lekturze spotkałam się z autorami, których cenię, a których, moim zdaniem, czytam zbyt rzadko, ale i poznałam tych, z których prozą dotychczas nie miałam okazji się zapoznać, a którzy zaintrygowali mnie na tyle, by chcieć pogłębić znajomość.

Eva Ibbotson. Pies i jego chłopiec.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

Z pewnością znacie dzieci, które maja wszystko. W zasadzie owo "wszystko" nie obejmuje tylko jednego - uwagi i troskliwości rodziców.  Takim chłopcem jest Hal, bohater książki Evy Ibbotson. Wydaje się, że chłopiec otoczony luksusami i najdroższymi zabawkami powinien być szczęśliwy. Jednak nie jest, a powodem tego jest jego wielkie niespełnione marzenie; Hal chce mieć psa.  Na dziesiąte urodziny tata daje mu psa. Szkoda tylko, że nie wspomina, iż jest to pies wypożyczony, który po trzech dniach musi wrócić tam skąd go przywieziono.

To cudowna, na poły magiczna opowieść o miłości i odpowiedzialności. Historia o chłopcu wędrującym w towarzystwie psów pobudza wrażliwość, przekonuje o potrzebie walki o swoje szczęście i potwierdza to, o czym pisał de Saint-Exupery; oswoiwszy coś stajemy się za to odpowiedzialni.

"Pies i jego chłopiec" to książka, przy której można płakać. Myślę, że warto czytać ją razem z dzieckiem, by pomóc mu zrozumieć emocje rodzące się podczas lektury. 

19 stycznia 2012

Szewach Weiss, Tomasz Dostatni OP. W dwóch światach.


Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka

Kiedyś, dawno temu, słuchałam w radiowej Trójce cyklicznych rozmów pewnej pani z Szewachem Weissem. Poglądy ambasadora Izraela w Polsce wydały mi się wówczas na tyle interesujące, by teraz sięgnąć po kolejne rozmowy Weissa, tym razem z zaprzyjaźnionym dominikaminem.

Jeśli ktoś szukałby w tej książce uporządkowania, sztywnego trzymania się tematyki zapowiedzianej w zaplanowanym odpowiednio wcześniej rozdziale - zawiedzie się. Panowie bowiem rozmawiają o rzeczach najróżniejszych, o tym, co w judaizmie i chrześcijaństwie determinuje człowieka, o tym, jak  mamy, jako społeczeństwa i jednostki, żyć po tragediach będących naszym udziałem podczas II wojny światowej.


Lubię swobodny, nieuporządkowany styl rozmowy przedstawione w książce. Umiem wyłowić sobie z niego rzeczy dla mnie istotne i cieszy mnie odkrywanie smaczków w tym, co mówią rozmawiający panowie. A to jak silnie związany jest Izrael z Polską uświadomiła mi ta rozmowa cytowana przez Szewacha Weissa:

I wtedy premier Ehud Barak zaproponował mi "Szewach, Ty będziesz moim ambasadorem". Powiedział to premier, generał. Lubię go, to mój przyjaciel. "W Berlinie - na przykład" Odpowiedziałam: "Jeszcze nie czas. Moja córka tak, ja jeszcze nie." A potem on mówi mi: "W Moskwie - może". Odpowiedziałem: "W Moskwie - może". (...) Ja mówię Barakowi "Nie, jak chcę do Warszawy". On na to odpowiada: "Zwariowałeś?" A ja się go pytam: "Ehud, gdzie się urodziła Twoja mamusia?", on mówi mi: "W Warszawie". I wtedy wszystko zrozumiał. [ss. 61 - 62]

Koniec książki to felietony zamieszczone naprzemiennie - raz tekst Weissa, raz Dostatniego. Stanmowią doskonałe uzupełnienie wcześniejszych rozmów będąc dialogiem felietonistów na łamach dostępnych sobie mediów.

Pozostaję pod dużym wrażeniem.

Elsa Beskow. Zimowa wyprawa Ollego.


Wydane przez
Wydawnictwo Zakamarki

W otoczeniu śniegu dobrze się czyta historię Ollego, chłopca, który dostał nowe narty i nie mógł się doczekać białej zimy. Gdy już spadł śnieg, Olle przypiął nowe narty i pojechał do lasu, by tam - zachwycony aurą - zawołać Dziękuję, dobry Królu Zimy, że nareszcie przybyłeś! I dalej - jak w bajce - chłopiec spotyka Wuja Szron, Ciotkę Odwilż, odwiedza Króla Zimy w jego pałacu i doskonale bawi się na śniegu i śniegiem. 

Elsa Beskow, znana polskim czytelnikom dzięki "Słonecznemu jaju" stworzyła kolejną baśniową opowieść. Olle to szczęśliwe dziecko, dziecko, którego świat realny przenika się ze światem magicznym, i który czerpie radość z owego przenikania się światów. 

Zimowa aura pozwala uwierzyć, że wszystko - nawet to najbardziej niespodziewane i niezwykłe - jest w zasięgu naszych rąk, że spełnianie marzeń jest możliwe.

18 stycznia 2012

Lois Battle. Pensjonat.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Bohaterowie "Pensjonatu" to ludzie tacy jakich wielu. Starsza pani, której córki rozjechały się w różne strony, a mąż od dawna nie żyje, jej siostra - nieco uciążliwa dla otoczenia z racji swoich przechwałek i wieszczącego tonu, wspomniane córki Josie, które znacząco różnią się od siebie, przyjaciółki Josie i jej znajomi równie dobrze jak karty książki mogli by zapełnić sąsiadującą ulicę. Dzięki książce Lois Battle podglądamy ludzi takich, jak my i dostrzegamy rzeczy, które trudno byłoby nam dostrzec we własnym życiu.

Fascynujące w tej książce było to, że autorka opowiadając nam historię swoich bohaterów nie dąży do stopniowania napięcia, nie stosuje klasycznych zasad - dążenia do punktu kulminacyjnego, jego osiągnięcia oraz gwałtownego opadania napięcia. Nie, Lois Battle po prostu opisała czyjeś życie,  z jego wszelkimi miłym i  mniej miłymi cechami i zrobiła to tak udanie, jak gdyby siedziała z lornetką przy oknie podglądając codzienność mieszkańców domu z przeciwka.

Rolf Toyka. Uwaga, budowa!


Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina

Rodzice Marka kupili ziemię i będą budowali na niej dom. Działka, na której ma stanąć nowy dom Marka mieści się między innymi domami i na razie jest na niej nieczynna od dawna stacja benzynowa. Stację należy zburzyć, a później rozpocząć mozolną, ale i satysfakcjonującą pracę nad tym, by z niczego stworzyć miejsce będące spełnieniem marzeń Marka i jego rodziców o tym, jaki jest wygodny i funkcjonalny dom. 

Rolf Toyka dał młodym (i nieco starszym) czytelnikom szansę na obserwowanie procesu powstawania domu. Od wyburzania pozostałości po stacji, po projektowanie, poprzez kolejne etapy wznoszenia ścian, aż do robót wykończeniowych Marek bacznie przygląda się pracy ekipy budowlanej, robi notatki, zdjęcia, rysunki, by zapamiętać jak powstawał jego dom. To, że o powstawaniu domu mówi kilkulatek, sprawia, iż całość staje się łatwiejsza do zrozumienia, a jego spojrzenie na zmiany zachodzące w powstającym budynkiem przekonują, że nie zawsze remont/budowa muszą być udręką, a co więcej - mogą być doskonałą zabawą i ważnym elementem w tworzeniu relacji rodzinnych.

"Uwaga, budowa!" zasługuje na pochwały nie tylko za treść, ale także za sposób w jaki została wydana. Każda ze stron ma skrzydełko, w którym skrywają się istotne, rozrysowane graficznie, wiadomości dotyczące budowy domu.

Książka warta jest polecenia. A wszystkim tym, którzy planują remont i/lub budowę pozostaje życzyć, aby trafili na takich pracowników jacy opisani zostali w książce:-)

17 stycznia 2012

Adrianna Ewa Stawska. Karmiąc zło.


Wydane przez
Wydawnictwo Pi

Pierwsza książka Adrianny Ewy Stawskiej zabrała mnie na ukochane Wigry, w drugiej autorka stworzyła czytelnikom szansę na wejście w świat celebrytów kulinarnych. Jeden z nich, znany, wielbiony i majętny, kucharz (wypada użyć takiego określenia?) umiera nagle podczas przyjęcia fetującego zakończenie pracy nad nagraniami do programu rozrywkowego. 

Leon Antałowicz i Czesław Wituła prowadzący śledztwo różnią się tak bardzo, jak tylko przyjaciele mogą się różnić. Dzieli ich poczucie obowiązku, poczucie estetyki, sposób bycia. Te właśnie odmienne osobowości spajają ich w całkiem zgrany duet, a to dobrze służy rozwiązywaniu zadań jakie przez sympatycznymi warszawskimi policjantami stawia życie.

Czyta się sprawnie, przyjemnie. Formuła publikacji w serii super kryminał nie sprzyja wydaniu dopieszczonemu edytorsko, ale idealnie nadaje się na książkę torebkowo-podróżną.

P.S. Od dziś w kioskach druga książka z tej serii - "Zły sen" Jacka Krakowskiego.

Hervé Tullet. Naciśnij mnie.


Wydane przez
Wydawnictwo Babaryba

Chciałabym oznajmić wszem i wobec, że Hervé Tullet wielkim artystą jest, a jego książka - wydana w Polsce niedawno - stanowi, szczególnie na tle książek zwanych interaktywnymi, a piszczącymi i grającymi, stanowi prawdziwy majstersztyk.

"Naciśnij mnie" opiera się na prostym pomyśle. Na każdej stronie jest obrazek i instrukcja tego, co z danym obrazkiem trzeba zrobić (dwujęzyczna: polska i francuska). Niby proste, a tak fascynujące, że testowi książki poddajemy wszystkich odwiedzających nas gości, bez względu na ich wiek, i wszystkim zabawa z książką sprawia ogromną radość.

Wyobraźcie sobie zatem kolejne osoby, które naciskają barwne plamy, dmuchają na karty książki, potrząsają książką, obracają nią to w prawo, to w lewo, a robią to z podejrzliwością, rosnącym uśmiechem i ciekawością. Przekonana jestem, a moje przekonanie wspiera fakt, że książka znajduje się na listach bestsellerów już w ponad dwudziestu krajach, że podobnie jak dorosłym "Naciśnij mnie" spodoba się dzieciom.

Jeśli cenicie sobie mądre, uczące kreatywności książki koniecznie sprezentujcie dzieciom (i sobie) "Naciśnij mnie".

16 stycznia 2012

Braki w czułościach

Przez ostatnie kilka dni bywałam w domu tylko nocą. Na szczęście koty miały towarzystwo i to rozbudowane; miały nie tylko Z. Ale nocami manifestowały tęsknotę - Sisi spała mi na nogach, Nusia na biodrach, a Gusia polowała na mnie wraz z dźwiękiem budzika i towarzyszyła mi w łazience.

Teraz zaczyna się już normalna codzienność, więc wszystkie ko-córki będą miały mnie dostępną nie tylko nocą. Choć nie będę udawała - co wieczór czekam, która z kotek pierwsza przyjdzie się na nas położyć:-) 

Mika Waltari. Błąd komisarza Palmu.

Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Ze smutkiem przyjęłam przeczytana gdzieś wiadomość o tym, że Mika Waltari napisał tylko trzy książki, których bohaterem jest komisarz Palmu. Póki co - przeczytałam drugą i jestem nią zauroczona tak samo, jak pierwszą

Gdy do policji dociera informacja o nagłej śmierci bogatego i dość nietuzinkowego mężczyzny na miejsce wydarzeń jedzie Palmu z nieodłącznym Virta. W domu zmarłego znajduje się sporo osób, które - już po pierwszych rozmowach - wydaja się być żywotnie zainteresowane Bruno Rygseckiem i jego sposobem bycia.  Mimo psychologicznych tropów podsuwanych przez młodego policjanta komisarz twardo obstaje przy swoich przekonaniach i pogrąża się w wątkach niekoniecznie słusznych.

Przy czytaniu prozy Mika Waltariego ważna jest treść, ale o wiele ważniejszy jest sposób w jaki pisarz przedstawia świat. 

Ponury, szary poranek jesienny, samotny dom, tak porażająco cichy pośrodku wielkiego miasta, więdnące na rabatach kwiaty - wszystko to wzbudziło we mnie złe przeczucia i po plecach przebiegł mi dreszcz. Zacząłem rozmyślać o pieniądzach, o rozkoszach i występkach, które do dziś oplatały to miejsce swoja aurą, zanim nagła śmierć jak nadziemska zemsta nie położyła wszystkiemu kresu. [ss. 17-18]

Oczywiście, Mika Waltari równie przejmująco i dokładnie jak uczucia i miejsca, opisuje ludzi. Autor ma tę niebywałą zdolność do portretowania, niczym fotograficznego, bohaterów opisywanych przez siebie wydarzeń. Smaku powieści dodaje fakt, iż po raz pierwszy została opublikowana w 1940 roku.

P.S. "Tydzień z..." wydłużył mi się znacznie ponad 7 dni. Teraz czytam "Złotowłosą", a przede mną jeszcze "Egipcjanin Sinuhe".

11 stycznia 2012

Diane Chamberlain. Prawo matki.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Sięgnęłam po tę książkę zwabiona tekstem Świetna powieść! Równie porywająca co książki Jodi Picoult. Sięgnęłam i teraz nie wiem, co mam z tym fantem zrobić...

Faktycznie - formuła książki przypomina te, które pisze przywołana pisarka. Historię rodziny Andy'ego Lockwooda opowiadają poszczególne osoby, a każda z nich zabiera głos będąc narratorem kolejnych rozdziałów. Śledzimy zatem losy Laurel, jej męża i dzieci, przedstawianych wielostronnie, a przez to - odsłaniających przed czytelnikiem wiele faktów, o których wiedzą tylko niektórzy z bohaterów. 

I to podobieństwo do prozy Picoult oraz prowadzenie akcji powieści w sposób trzymający w napięciu, szczodrze sięgający do emocji czytelników, wzbudziło we mnie mieszane uczucia. Tym bardziej, że gdy zaczęłam czytać "Prawo matki" dowiedziałam się (O naiwności!) o programach, które piszącym scenariusze podpowiadają, co warto napisać, aby scenariusz był taki, jaki autor chciałby mieć. A może istnieją też programy, do których wrzucamy wytyczne i które "napiszą" za autora dobrze poukładany schemat powieści?

Przytłoczona powyższymi wątpliwościami nie umiem zdecydować, czy "Prawo matki" podobało mi się, czy też nie. Choć przyznam - czytało się błyskawicznie.

Paweł Beręsewicz. Zawodowcy.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Zastanawiam się czasem, czy gdyby ktoś zrobił ankietę na temat: "O co najczęściej dorośli pytają dzieci na całym świecie?", to odpowiedź nie brzmiała by przypadkiem: "Kim chcesz zostać jak dorośniesz?". Mam wrażenie, że Paweł Beręsewicz mógłby się ze mną zgodzić i może właśnie dlatego napisał  "Zawodowców"?

U Beręsewicza lubię to, że pisze dla dzieci, jak do ludzi. Z poczuciem humoru i fantazją bez granic. Co ważniejsze (dla mnie i może dla Was też?) autor używa żeńskich końcówek w nazwach zawodów. I co z tego? - ktoś zapyta. Ano to, że może dzięki temu, że dziś przeczytam mojej córeczce opowieść o informatyczce Irence lub przewodniczce Patrycji, to nikt nigdy jej nie wmówi, że jakieś zawody nie są "kobiece" i nie może być kim zechce.

Wszystkie historie z "Zawodowców" są nieco zwariowane i każda z nich kończy się radą od autora: "Radzę wam, zastanówcie się dobrze. Na waszym miejscu w ogóle bym nie dorastał". Jeśli lubicie pokazywać dzieciom ile różnych możliwości daje życie  i zależy wam na tym, żeby nie trzymały się jedynie utartych schematów, przeczytajcie razem tę książkę! Co prawda istnieje szansa, że po lekturze ostatniego rozdziału pod tytułem "Pisarz Paweł", każde dziecko będzie chciało zostać pisarzem. Przeczytajcie sami, a przyznacie mi rację - taki pisarz to ma ekscytujące życie!

P.S. A Wy? Kim zostaniecie w przyszłości? ;)

10 stycznia 2012

Dennis Lehane. Mila księżycowego światła.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Z prozą Dennisa Lehane'a zetknęłam się w czasach przedblogowych i było to spotkanie na tyle udane, bym przeczytałam wszystko, co wydane tego autora w Polsce, nie tracąc zapału do kolejnych lektur. Udało mi się również obejrzeć dwie ekranizacje powieści Lehane'a, w tym "Gdzie jesteś Amando?", którego kontynuacją jest historia opowiedziana w "Mili księżycowego światła".

Angie i Patrick czternaście lat wcześniej szukali czteroletniej dziewczynki skradzionej z domu matki. Dziś po wielu latach znów zostają poproszeni o pomoc; szukanie młodej kobiety stanowi dla nich pewnego rodzaju zadośćuczynienie za pewne zło jakie wyrządzili dawniej. Detektyw i jego żona, starsi niż w chwili, w której poznali Amandę, stoją na życiowym rozdrożu zastanawiając się, czy warto w dojrzałym życiu wciąż otaczać się kryminalistami, stykać się ze śmiercią, brudem świata.

Dennis Lehane tworzy fikcję, która brzmi jak prawda. W której emocje bohaterów są niczym emocje czytelnika. Fikcję, która staje się podczas lektury wentylem bezpieczeństwa; zło z tej książki pozwala nam oczyścić się ze zła istniejącego w rzeczywistości.

Mika Waltari. Chiński kot.


Wydane przez
Wydawnictwo Bona

Pewien młody kot mieszkający nieopodal Błękitnej Rzeki zasłyszał rozmowę Manda-rynów. Zdumiał go wielce przedmiot rozmowy, bo Manda-ryni opowiadali o państwach, które nie są Chinami, rzekach, które nie są Błękitną Rzeką i o wielu innych miejscach, które nie są miejscami znanymi bohaterowi opowieści. Kot zamyślił się i zatęsknił za nieznanym. A gdy dostrzegł statek zmierzający ku morzu wskoczył na niego i tym jednym skokiem wyruszył w długą, pełną przygód i pouczającą podróż.

Interpretacji tej historii może być wiele. Pierwsza i najprostsza - to opowieść o podróżującym kocie.   Kolejna sugerować może, iż jest to literackie zobrazowanie przekonania, że dobrze jest wracać do domu. Trzecia i ta, która mnie odpowiada najbardziej, choć wydawać się może nadinterpretacją w kontekście tego, że "Chiński kot" jest książką dla dzieci, stanowić będzie metaforę życia ludzkiego. 

Chiński kot, inteligentny i z natury skromny, dąży do zaspokojenia ciekawości świata, wkracza w ów świat odważnie i jednocześnie z pokorą. Wyrusza w nieznane, opierając się tylko na tym, co zasłyszał. Wędruje zmagając się z niebezpieczeństwem, głodem, gnany pragnieniem Poznania. Ciekaw nowych kultur, nowych postaci docenia to z czego się wywodzi. Poznawszy ocenia, co ważne i z ulgą powraca do domu, by zaznać spokoju.

Nie ma bowiem na świecie zajęcia bardziej uszczęśliwiającego niż siedzenie nad rzeką, snucie marzeń i ssanie dużego palca u nogi. Do tego potrzebne jest jednak osiągnięcie szczególnego stanu ducha zrodzonego dzięki długotrwałym rozmyślaniom i spożywaniu kwiatu lotosu - i nie każdy jest w stanie posiąść ten wyższy rodzaj szczęścia. Udaje się to tylko duszom szczególnie leniwym i spokojnym, które wzniosły się ponad wszystkie walki i dążenia tego świata. [s. 43]

09 stycznia 2012

Sisi też kibicowała


Pani Justynie gratulujemy:-)

Mika Waltari. Cztery zmierzchy.


Wydane przez
Państwowy Instytut Wydawniczy

"Cztery zmierzchy" to książka, która zmieści się do każdej torebki i do kieszeni marynarki. To książka, w której dobrze jest się zaczytać, z którą trudno się rozstać i która pochłania.

Pewien mężczyzna, który niegdyś fabrykował gwoździe miał dobrą żonę, udaną córkę, która hodowała króliki, i wiernego psa, co nocami strzegł domu [s. 5]. Fabrykę porzucił, by pisać. Życie pisarza toczyło się powoli i jedynie ów przymus pisania, nachodzące go postacie z przyszłych książek sprawiały, że musiał znaleźć odosobnienie, by oderwać się od wszelkiej codzienności, by oddać się tylko pisaniu, a w zasadzie słuchaniu historii opowiadanych przez nawiedzających go Egipcjan i zapisywaniu tychże opowieści.

Dziwna to książka. Niby biograficzne impresje, niby fabuła przedstawiająca pobyt pisarza na wsi, a to wszystko przeplecione rozmowami z kotem, obserwacjami popadającego w chorobę psychiczną psa, korespondencją z przyjaciółką, u której narrator przypadkowo zostawił serce, wsłuchiwaniem się w słowa świniarki. Do tego jeszcze dochodzą wspomniani już Egipcjanie, którzy nachodzą, ku jego złości, narratora, a z którymi się ostatecznie autor zaprzyjaźnia ceniąc sobie ich obecność.

Z mieszaniny, z tego, o czym powyżej wyrasta Książka. Zamknięta w niepozornych okładkach kryje w sobie ważne słowa, poetyckość, której na próżno szukać w wielu dzisiejszych bestsellerach. 

"Cztery zmierzchy" chciałabym Wam przeczytać; fragment po fragmencie dzielić się z Wami frazami sprawiającymi, że jakoś tak wokół robi się piękniej, spokojniej, inaczej. Czytać Wam jednak nie mogę, więc wybiorę jeden z urywków książki, by zacytować i z tym cytatem Was zostawię z nadzieją, że podobnie do mnie, rozsmakujecie się w prozie Mika Waltariego.

Bo noce były już zupełnie jasne, powierzchnia jeziora miała wtedy lustrzaną gładź, trzciny wznosiły się na mulistym wybrzeżu giętkie i zielone i nie było już dużej różnicy między nocą i dniem. Noce te rozpalały we mnie gorączkę pracy i dużo słów rzucałem na biały, miękki papier. Prawda jest, że pisałem wiele rzeczy zbędnych, ale jeśli wyjść z założenia, że w zasadzie słowa pisane w ogóle są zbędne, to najlepiej skończyć z pisarstwem i pozostać na zawsze fabrykantem gwoździ. Nie jest to wcale najgorsze wyjście, bo fabrykant gwoździ zaoszczędza sobie sporo smutku i rozczarowań, męki i tęsknoty i nie musi znosić upokorzeń albo być wiecznie niezadowolonym z siebie i żyć w ciągłej sprzeczności między ciałem i duchem, lecz prowadzi spokojny i syty żywot własnie wtedy, gdy zdolny jest produkować choćby gwoździe do trumien. [ss. 57-58]

Ludwik Cichy. Kolorowe liczenie.


Wydane przez
Wydawnictwo Wilga

Uwielbiam książki, które uczą nie wiadomo kiedy. Przyznajcie sami, czy można lepiej nauczyć dzieci cyfr pokazując im, że 2 to łabędź, 9 to 6, które stanęło na rękach, a 5 to trupa aktorska z teatrzyku 'Pięć palców'? 

Autor przedstawia czytelnikom liczby od jednego do dziesięciu. Każda liczba opisana jest odpowiednim wierszykiem ("Cześć, jestem sześć!"), a obok niego pokazany jest sposób zapisu. Wszystko kolorowe, zabawne i duże (co przy nauce pisania cyfr może okazać się naprawdę ważne). Bardzo podoba mi się końcowa historia o urodzinowych ciastkach i gościach, który po kolei je zjadają (nauka liczenia od dziesięciu do zera). 

"Kolorowe liczenie" to druga, po "Kolorowym alfabecie" książka z serii napisana przez Ludwika Cichego. Warto mieć obie, bo dzięki nim - i dla nas i dla naszych dzieci nauka będzie przyjemnością i zabawą.