29 marca 2012

Tunia


Już jest po sterylizacji, wszystko dobrze:-) Ale się cieszę z takich informacji:-)

28 marca 2012

Lech Kowalski. Jaruzelski. Generał ze skazą.

 
 
Wydane przez 
Wydawnictwo Zysk i S-ka 
 
Autor książki, Lech Kowalski, był pułkownikiem wojska polskiego i pracownikiem Wojskowego Instytutu Historycznego w latach 1986-1999. Te okoliczności mają swoje dobre i złe strony. Kowalski zna wojsko, zna warsztat historyka i miał dostęp do archiwów wojskowych. Te same okoliczności były jednak wykorzystywane przeciwko Autorowi, zwłaszcza po emisji filmu "Towarzysz Generał". Reżyser tego filmu, Robert Kaczmarek, stwierdził, że bez Kowalskiego ten obraz nie mógłby powstać, ale znaleźli się dziennikarze-znawcy przedmiotu, którzy od razu po projekcji filmu zakwestionowali wiarygodność Kowalskiego, bo przecież był on oficerem wojska, bo przecież należał do PZPR.

Film zawsze wzbudza większe emocje niż książka, gdyż wielu ludziom wydaje się, że rozumieją pokazywane im w telewizji ruchome obrazki, a książki mało kto czyta. W efekcie prawie wszystkie dyskusje o Jaruzelskim sprowadzają się do sporu o to, czy wtedy, w roku 1981, "Ruscy by weszli czy nie weszli" i czy to dobrze czy źle, że Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Smutne jest to, że takie właśnie dyskusje i tylko takie, prowadzone są w telewizji.
 
Książka Kowalskiego to najobszerniejsza biografia generała Jaruzelskiego. Na okładce z tyłu Sławomir Cenckiewicz stwierdza, że analiza zebranych w książce materiałów pokazuje "prawdziwy przebieg kariery Jaruzelskiego w armii", w tym etapy takie, jak "polowanie na działaczy ruchów antykomunistycznych, walkę z Kościołem katolickim, antysemickie czystki w armii oraz krew przelaną podczas stanu wojennego".  I jeszcze jedno, zdaniem Cenckiewicza, pokazuje książka Kowalskiego, mianowicie to, że Jaruzelski "za wszelką cenę dążył do realizowania wytycznych radzieckich przywódców".

W swojej notce nie mam zamiaru dokonywać ocen jakichkolwiek posunięć Jaruzelskiego, natomiast na koniec stwierdzę jedną rzecz: dla mnie Jaruzelski nie jest postacią tragiczną; w życiu tego człowieka nie ma żadnej tragedii w znaczeniu takim, w jakim powinno się rozumieć to pojęcie. W życiu Jaruzelskiego jest natomiast określona sekwencja podejmowanych wyborów. Przemyślanych, bardzo spójnych wyborów. Tę sekwencję Kowalski pokazał.

27 marca 2012

Rosamund Lupton. Siostra.


Wydane przez
Wydawnictwo Weltbild

Jedną z książek, przy której zrobiłam sobie przerwę w czytaniu książek o zwierzętach, była "Siostra". Pewnie nie trafiałabym na tę książkę, a nawet jeśli - pewnie bym po nią nie sięgnęła, gdyby nie rekomendacja Padmy.

Bee na wieść o tym, że Tess zaginęła odstawia na bok swoje poukładane życie, przelatuje nad oceanem i zamieszkuje w artystycznie zaniedbanym, ciasnawym mieszkanku młodszej siostry, by być na miejscu, gdy młoda kobieta się odnajdzie. Niestety, starszą siostrę czeka szok - Tess znaleziona w parkowym szalecie ma pocięte ręce i policja orzeka, iż popełniła samobójstwo. Czy łatwo jest przyjąć opinię, że człowiek, z którym łączą Cię więzy krwi, postanowił zakończyć swoje życie? Beatrice nie wierzy. Nie dowierza suchym policyjnym raportom, nie dowierza tym, którzy szukając sensacji udają współczucie, drąży, wypytuje, węszy. 

"Siostra" to powieść napisana emocjami. Powieść, w której siła miłości siostrzanej góruje nad wszystkim. Padma pisała, że chyba nie umiałaby czytać tej książki mając siostrę. Mnie spotkał ten zaszczyt; mam siostrę i przyznam, że podczas lektury często porównywałam nasze relacje do relacji bohaterek stworzonych przez Rosamund Lupton. 

"Siostra" to powieść o równie silnym, co wątek kryminalny, wątku obyczajowym. Całość tworzy 319 stron, które trudno porzucić. 

Wiosna

I wszystko rośnie...
 

26 marca 2012

Gość

Przyjechał do nas wczoraj Tata, zwany Panem L. Przywiózł różne różności, które Nusia natychmiast musiała obejrzeć i obwąchać:


W jednej z toreb były tez wyjątkowe prezenty dla kotów - materacyki wypełnione orkiszowymi plewami. Szeleszczą przecudnie, są - jak sądzić można po śpiących na nich całym dniem kotach - bardzo wygodne, a na dodatek - dwa z nich zdobią myszki.

Nusia jeszcze nie zdecydowała, czy woli materac z myszką, czy z kwiatkami. Przenosi się z jednego do drugiego z wyraźnym upodobaniem. Może nawet z wdzięczności za materacyki polizałaby Panią M., czyli Mamę, w nos?

John Maxwell Coetzee. Żywoty zwierząt.


Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Niewielka rozmiarami książka składa się z kilku części i niesie w sobie ogromne znaczenie. Pierwsza część - tożsama nazwą z tytułem książki - stanowi historię wykładu Elizabeth Costello i reperkusji po tymże wykładzie. Części kolejne to komentarze do "Żywotów zwierząt",  komentarze pięciorga znanych postaci.

Elizabeth Costello przyjeżdża wygłosić wykład do wyższej szkoły, w której pracuje jej syn. O ile John milcząc byłby gotów zgodzić się z poglądami matki, to jego żona - Norma - krytykuje teściową i jej sposób na życie, widząc w tym, co słyszy z ust Elizabeth, czczą gadaninę, służącą jedynie temu by kontestować rzeczywistość dla kontestowania.

A co czym mówi Elizabeth? Autor włożył w usta bohaterki wszelkie wątpliwości dotyczące tego, w jaki sposób człowiek traktuje zwierzę, w jaki sposób moglibyśmy zmienić owe relacje, gdybyśmy zadali sobie trud refleksji i potrafili spojrzeć na pewne rzeczy ostro i bez samooszukiwania. Kobieta posuwa się nawet do porównania nazistowskich fabryk śmierci z przemysłowymi hodowlami zwierząt.

Kto komentuje to, o czym mówi Costello? Majorie Garber, Peter Singer, Wendy Doniger i Barbara Smuts. Każdy z nich pisząc komentarz odnosiło się do wykładu zaprezentowanego w pierwszej części, do badań w dziedzinie, a także - jak chociażby w przypadku Singera - do własnych doświadczeń. Ich odniesienia do refleksji Costello nadają całości nowy wymiar i pozwalają uzyskać wielostronne określenie interesującego zagadnienia. 

W moim odczuciu, z książką Coetzee'go idealnie koresponduje film, który obejrzałam wczoraj. Film wstrząsający. "To tylko zwierzęta" opowiada o relacjach między ludźmi i zwierzętami. Twórcy pokazują nasze człowiecze krzywdzenie tych, których mamy wokół siebie. Z całą surowością przedstawia hodowców zwierząt przemysłowych, futerkowych, myśliwych, ale uświadamia też jeszcze jedno - nawet jeśli zrezygnujemy z jedzenia mięsa, a  nie wyeliminujemy z diety produktów pochodzenia zwierzęcego, przyczyniamy się do zadawania cierpienia.

Zarówno książka, jak i film, pobudzają do zadawania sobie pytań. Pozostawiam Was z nimi.

25 marca 2012

Niedzielnik nr 33

W poprzednim niedzielniku pisałam, że nie mogę czytać niczego poza literaturą dziecięcą, teraz chyba powinnam napisać, że nie czuję się na siłach opisywać wrażeń po lekturze  książek dla dzieci. Ale zmobilizuję się, obiecuję:-)
W marcu wiele się dzieje w mieście i miastach sąsiednich. Staram się być tam, gdzie jest moim zdaniem interesująco i skąd mam szansę wynieść coś ciekawego. O kilku spotkaniach już napisałam; pewnie będę kontynuowała tego typu wpisy pod wspólną etykietą "wydarzenie".
Wiosna przyszła, a wraz z nią słońce. Coraz trudniej usiedzieć w domu, coraz bardziej chce się korzystać z okazji do wygrzania się w słońcu, do wywąchiwania pachnącej ziemi. Dziś podczas spaceru podjęłam próbę słuchania słuchania jednej z powieści Aghaty Christie, kto wie - może z jakiś czas uda mi się skończyć.
Wewnątrzblogowa akcja "Tydzień z..." rozrosła mi się do kolejnego tygodnia. Książki o zwierzętach, niczym przez pączkowanie pojawiają się w moim domu, autorzy piszą powołując się na innych autorów, a ja nie mogę się powstrzymać i biegnę szperać wśród bibliotecznych półek. Też doświadczacie pączkowania książek?
W kwietniu obchodzimy Światowy Dzień Książki. Na razie słyszałam tylko o serii spotkań autorskich przygotowywanych przez empiki oraz o akcji "5 minut dla książki". Może wiecie o innych akcjach promujących czytelnictwo i realizowanych w tym czasie? W ubiegłym roku, w Bibliotece w Olsztynie przygotowano coś takiego:




Zabrana godzina powoduje, że dzień mija mi za szybko. Przede mną bardzo wymagający tydzień, ale później trochę jeszcze pracy i święta. Już się cieszę na świąteczny czas...

Romek Pawlak. Dziura w sercu.



Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Projekt "Tydzień z..." trwa i miewa się dobrze. Zawiesiłam go tylko na czas dwóch lektur. Jedną z  nich jest  "Dziura w sercu".

Fusia, uczennica gimnazjum, trafia do mieszkającej w Kalenicy ciotki po odejściu ojca, śmierci mamy. Osieroconą Faustynę przygarnia krewna, a życie dziewczyny zmienia się niemalże w jednej chwili. Brak matki, oschła ciotka, nowe miasto, nowa szkoła powodują, że Fusia czuje się źle z samą sobą. Zbyt często zdarza się jej rozpamiętywać przeszłość z jednoczesnym oskarżaniem teraźniejszości, zbyt często czuje się nikim.


Historia Faustyny jest świetnie opowiedziana. Podoba mi się jej przepoczwarzanie z "wybrakowanej" (jak się postrzega) w "potrzebną" (i tu bohaterka zdumiewa samą siebie), częściowo zachodzące w niej samej, częściowo jakby poza nią - bo dzięki temu jak postrzegają ją inni, życzliwi jej, i jak jej o tym mówią.

Relacje z ludźmi będącymi wokół Fusi- Ciotką, Jackiem, Hanką -  zmieniają się w ciekawy sposób. Towarzyszący dziewczynie w dorastaniu nabierają specjalnej wartości w jej oczach, co sprawia, że i siebie zaczyna traktować kogoś jak wartego uwagi.

Podoba mi się - jest ładnie opowiedziane, bez moralizatorstwa i sentymentalizmu, jednocześnie wzrusza, a nastolatki mogą identyfikować się z bohaterką. 

Słońce!

Lubię patrzeć na koty łapiące słońce. Bardzo lubię:-)

 
 
 
 
 
 
 
 
 
:-D

23 marca 2012

Radosny ranek

Nie cierpię zostawiać łóżka z nieułożoną pościelą. Wstaję po obudzeniu i od razu mam odruch poprawienia poduszek, strzepania kołdry, przykrycia pościeli kocem/kapą. Rzadko jednak udaje mi się zrobić tak jak nakazuje odruch. Czemu? 



Sisi wstaje między 5 a 6. Budzi nas domagając się jedzenia. Wraz z nią w kuchni pojawia się Duszka i najczęściej Nusia. Dziś jednak przy miskach były tylko dwie najstarsze kotki. Duszka po jedzeniu wróciła do koszyka, a Sisi zaczęła aktywny dzień. Kwiczała radośnie oznajmiając ochotę do zabawy, atakowała to wiklinowy kosz, to wydłubaną nie wiadomo skąd bezpieczną kopertę, która uroczo szeleściła w kocich łapkach, to stojące na parapecie drewniane figurki kotów. Gdy Nusia zainteresowała się zabawą i postanowiła do niej dołączyć - ucichło. Zasnęłam, by za chwilę zostać obudzoną przez upominającą się o śniadanie Nuśkę. Wstałam, nakarmiłam, wróciłam do łóżka. Wyrwana ze snu o pół do siódmej namówiłam Z., żeby to on nakarmił zwierzyniec. Po chwili poczułam układające się na mnie po kolei koty, które postanowiły zostać w łóżku nie bacząc na moje jego opuszczanie.

Spały do dziesiątej, bestie jedne!

P.S. W tym tygodniu miałam niewiele czasu na obserwację kocich zachowań. W przyszłym tygodniu będę go miała jeszcze mniej.

Doctor Honoris Causa Universitatis Silesiensis


Miałam dziś przyjemność uczestniczyć w uroczystości nadania honorowego doktoratu Uniwersytetu Śląskiego Sławomirowi Mrożkowi. Wydarzenie odbywało się w Teatrze Śląskim. Wraz z licznie zgromadzonymi gośćmi wysłuchałam laudacji, aktu nadania doktoratu i wszelkich innych przemówień. Pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w takiej uroczystości, więc przyznam się, że byłam poruszona atmosferą wydarzenia. Wzbudziło ono we mnie pewne przemyślenia. Mam wrażenie, że pewnych rytuałów, różnego rodzaju podniosłych obyczajów, strzegą już tylko dwie instytucje - Uniwersytet i Kościół. O ile w przypadku tej drugiej instytucji nie należy się martwić o porzucenie troski o rytuały, to w przypadku uniwersytetów podniosłość zestawiona z codziennością jest tak okazjonalna, że aż budząca dysonans. Ile razy słuchaliście "Gaudeamus igitur", "Gaude Mater Polonia"? Ile razy widzieliście rektora w gronostajach i skórzanych rękawicach? Rytuały bez idącego za nimi znaczenia są tylko pustymi gestami. Czy uniwersytety współcześnie dają jeszcze radę wypełniać owe gesty znaczeniem? 

22 marca 2012

Temple Grandin, Catherine Johnson. Zrozumieć zwierzęta.


Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina

Temple Grandin to instytucja. Nakręcono o niej film, o którym możecie poczytać tutaj i tutaj. Jak już o filmie poczytacie, to go raz dwa obejrzyjcie - jak na filmwebie oceniają obraz na 8.0, to musi to być dobra robota :-))

Grandin napisała w książce, że kocha zwierzęta, a najbardziej krowy. Jednocześnie współpracuje z przemysłem mięsnym, ustalając normy, wedle których muszą być prowadzone hodowle, sposób zabijania zwierząt itd. Do tego, choć trudno w to uwierzyć, nie jest wegetarianką.

A współautorka książki, Catherine Johnson, stwierdza, że Grandin o zwierzętach wie chyba wszystko. Nie wiem, czy Grandin wie wszystko o zwierzętach, ale nie czytałam ani nie słyszałam nikogo, kto o zwierzętach wiedziałby choćby jedną dziesiątą tego, co wie Grandin.

Autorka pisze o zwierzętach takie rzeczy, w które wręcz trudno uwierzyć, a wszystko to osadza w kontekście najnowszych badań naukowych i znakomicie wyjaśnia, tak, że nawet laik rozumie, o co chodzi. Grandin ma kapitalną umiejętność klarownego wykładania nawet trudnych rzeczy; w tej książce, jak napisała Jonson, omawiane są wyniki badań aż dziewięciu dyscyplin naukowych.

Przytoczę jeden tylko przykład na to, czego z książki można dowiedzieć się o zwierzętach. Oto Con Slobodchikoff przeprowadził badania nad nieświszczukami Gunnisona, takimi pieskami preriowymi. Okazuje się, że te zwierzaki mają taki system komunikacji, w którym da się wyróżnić rzeczowniki, czasowniki i przymiotniki. Nieświszczuki stojące na czatach potrafią poinformować swoich towarzyszy, że oto nadchodzi człowiek, a nawet, że człowiek ma strzelbę. Kiedy zauważą kojota, to sygnalizują, że jest to albo ten kojot, który zawsze przez kolonię nieświszczuków przechodzi szybko i łapie tego pieska, który jest najbardziej oddalony od nory, albo inny kojot, który kładzie się przed norą i potrafi tam czekać na swoją ofiarę nawet przez godzinę.

Takich rzeczy jest w tej książce mnóstwo, ale przeczytajcie je sobie sami :-) Trudno mi napisać recenzję, a powodem tej trudności jest... wzruszenie :-) To jest lektura, która mnie poruszyła bardzo mocno. Parę miesięcy temu napisałam artykuł do Kocich Spraw, w którym referowałam tezy Antonio Damasio zawarte w książce "Błąd Kartezjusza". Artykuł kończy się tak:
Damasio wyróżnia protojaźń, jaźń rdzenną i jaźń autobiograficzną. Najpierw są uczucia pierwotne, elementarne poczucie własnej egzystencji i one wypływają z protojaźni. Jaźń rdzenna zajmuje się działaniem, a mówiąc precyzyjniej, relacją między organizmem, a danym obiektem. I wreszcie jest jaźń autobiogaficzna, którą Damasio definiuje w kategoriach wiedzy biograficznej obejmującej przeszłość oraz przewidywaną przyszłość. Protojaźń i jaźń rdzenna tworzą "ja" materialne, a jaźń biograficzna tworzy "ja" społeczne i "ja" duchowe. Jaźnie rdzenna oraz autobiograficzna tworzą w umyśle wiedzącego. I teraz najważniejsze - Damasio stwierdza, że prawdopodobnie jaźnią autobiograficzną, poza ludźmi, obdarzone są niektóre ssaki: wilki, małpy, ssaki morskie, słonie, psy oraz koty.
Kocham swoje koty tak czy siak, ale od kiedy przeczytałam, co napisał Damasio, inaczej na nie patrzę. Nie umiem nazwać tego nowego uczucia. Z pewnością jest to większy niż wcześniej szacunek. Ale co jeszcze? Może pokora?


To samo uczucie mam po przeczytaniu książki Grandin i Johnson - pokorę.

21 marca 2012

Debata VII pod patronatem "Tygodnika Powszechnego". Teologia zwierząt

Doskonałym dopowiedzeniem mojego czytania książek o zwierzętach wydawała się być dyskusja pod patronatem Tygodnika Powszechnego i przywołująca tytuł opisanej już przeze mnie książki Andrew Linzey'a. Zaproszeni do dyskusji byli Zenon Kruczyński, prof. Dariusz Czaja, o. Stanisław Jaromi OFM Conv., Michał Olszewski, prof. Tadeusz Sławek, a spotkanie prowadził dr Grzegorz Jankowicz.

Idąc do Kina Kosmos miałam nadzieję, że rozmowa będzie albo dotyczyła książki i praktycznych wniosków jakie możemy z niej wysnuć albo relacji człowiek - zwierzę z naciskiem na szacunek, a niekoniecznie z podkreślaniem religijnego kontekstu. Niestety - moje oczekiwania nie zostały zaspokojone. Dyskusja wędrowała opłotkami, meandrowała bez wyraźnego celu i, chwilami nawet, sensu, a paneliści prezentowali najróżniejszy poziom przygotowania do tematu (o intelektualnym nie będę się wypowiadała). O ile prof. Czaja wydawał się najbardziej zainteresowany i zorientowany w kwestii samej lektury, a także tego jak w kontekście religijnym postrzega się zwierzęta, to o. Jaromi - którego już kolejny raz widziałam w dyskusji nad tą książką - czynił uniki. Najciekawszą, najradykalniejszą postawę prezentował Michał Olszewski, który stwierdził, że "nie można chronić środowiska i być mięsożercą", by później wyznać, iż wegetarianinem nie jest i jest mu z tym źle.

Nie wyniosłam z tego spotkania zbyt wiele. Miałam wrażenie, że nie wszyscy uczestnicy debaty przeczytali Linzay'a, że uciekają w temat zmiany paradygmatu językowego w mówieniu o relacjach zwierzę - człowiek, bo tym sposobem nie muszą zaprezentować niczego więcej poza erudycyjnymi popisami. Wydawało mi się także, że nazwisko Temple Grandin, przywołane podczas pytań z widowni, nic panom dyskutantom nie mówiło. 

Zastanawiam się nad celem tej debaty. Dr Jankowicz stwierdził, że dzięki tej rozmowie zamazaliśmy białe plamy w terminologii chrześcijańskiej dotyczącej zwierząt i ich miejsca w Stworzeniu. Ja niestety odnoszę wrażenie, iż debata przypominała rozmowę o czymś, na czym nikt się specjalnie nie zna (tak, ojciec franciszkanin również ) i co więcej - mało komu zależy, aby ten stan zmienić. A rozmawiać trzeba...

P.S. Kusiło mnie, by zapytać, czy któryś z panów ma zwierzę.

20 marca 2012

Susannah Charleson. Tropem zaginionych.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Bardzo ciekawa książka, której - ku mojemu zdumieniu - nie czyta się łatwo. Autorka, pilot z uprawnieniami, postanawia dołączyć do zespołu SAR (szukaj i ratuj), którego praca opiera się na zaufaniu wypracowany między ludźmi i psami. Pierwotnie Susannah uczy się przez obserwację, później zaczyna szukać psa dla siebie, a gdy już znajduje odpowiedniego szczeniaka decyduje się na to, by aktywniej włączyć się w pracę zespołu.

Fascynujące są opisy codzienności z psem, którego, wychowywanego od szczeniaka, dorastanie obserwujemy wraz z narratorką. Patrzymy jak Puzzle reaguje na pozostałe psy mieszkające z autorką, jak z niesfornego szczeniaka zamienia się w uważnego, troskliwego i chętnego do pracy czworonoga. Równie interesujące jest to, w jaki sposób narratorka zmienia się pod wpływem Puzzle, jak baczną obserwatorką się okazuje, by móc właściwie pracować z psiakiem.

Owa, wspomniana przeze mnie, trudność w czytaniu ma chyba podstawy w braku chronologii opowieści. Czasami Autorka pisze o przypadkach poszukiwania, czasami o własnej chorobie, kiedy indziej o domowej codzienności z psami, o szkoleniu Puzzle.

"Tropem zaginionych" to historia bohaterów. Tych na czterech łapach i tych, którzy im towarzyszą. To historia niezwykłych przyjaźni, ciężkiej pracy, niecodziennych umiejętności. Historia, którą warto poznać.

19 marca 2012

Anna Łacina. Telefony do przyjaciela.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Powieści Anny Łaciny czyta się doskonale. "Telefony do przyjaciela" wzięłam do ręki późnym popołudniem, a ostatnią kartkę odwróciłam w nocy. Ta pozornie spokojna historia o dwóch siostrach okazuje się poruszać ważne tematy, interesująco przedstawiać relacje rodzinne Ani i Marzeny oraz tematykę różnego rodzaju niepełnosprawności.

Marzena to ta starsza, bardziej - jak by się mogło wydawać - pokrzywdzona przez los i, zdaniem Ani, czasami lepiej traktowana przez rodziców. Ania, spokojniejsza, bardziej nieśmiała od starszej siostry, rozmiłowana w grze w szachy i komputerach, wstydząca się dysleksji i marzeń o miłości.

Siostry, związane ze sobą, jednocześnie żyją w nieco odmiennych rzeczywistościach. I nie chodzi tu tylko o dzielące je lata życia. Autorka nakreśliła obydwie bohaterki bardzo starannie, tworząc z nich postaci zajmujące, wciąż odkrywające przed czytelnikami kolejne tajemnice. Także postacie towarzyszące Marzenie i Ani są skonstruowane w nietuzinkowy sposób; nawet jeśli niektórzy z nich są pozornie łatwi do rozszyfrowania, ostateczna ocena osobowości i zachowania może zaskakiwać.

Podobała mi się ta książka. Wielką zaletą powieści Anny Łaciny jest to, że z każdym kolejnym ich czytaniem (choćby fragmentów) odkrywa się coś nowego, na nowo postrzega się pewne cechy bohaterów, dostrzega inne, niż wcześniej, niuanse relacji łączących postacie ożywające na kartach książek popularnej Autorki.

Serdecznie polecam.

18 marca 2012

Wszystkie odloty Cheyenne'a


Niezbyt często piszę o filmach, bo choć je czasami oglądam to rzadko trafiam na taki, który budzi we mnie chęć podzielenia się emocjami jakie wywołał.

"Wszystkie odloty Cheyenne'a" to film - niespodzianka. Doskonała rola Seana Penna potwierdza klasę tego aktora. Frances McDormand w roli żony, która od trzydziestu pięciu lat kocha swojego męża, która troszczy się o niego i wspiera nieco rozchwianą psychikę, porywa serce.

Cheyenne to gwiazdor rocka. O wielu lat nie występuje, nie lata samolotem, nie odwiedza ojca, żyje w oddaleniu od ludzi. Ma jednak niesamowitą zdolność zdobywania zaufania - ludzie zwierzają się mu, opowiadają o intymnych sprawach, mówią z nim o rzeczach oczywistych w sposób nieoczywisty.


Jeden z dialogów, który pokazuje jakie rozmowy bohater prowadził ze spotykanymi osobami brzmi:

- Co robiłeś w moim wieku?
- Wciągałem heroinę.
- A w żyłę brałeś?
- Nie. Boję się igieł.

Film trwa prawie dwie godziny. Dwie godziny, podczas których nawet do głowy nie przyszło mi, że jest mi niewygodnie, że chce mi się pić, że... Cokolwiek... 


Cheyenne wędruje przez Stany Zjednoczone szukając nazisty, który skrzywdził jego ojca. Wędruje, a widzowie wraz z nim. I trudno jest oderwać się od tej wędrówki. Ona trwa mimo, że film już się skończył.

17 marca 2012

Prośba

Mili czytelnicy Kocio-kwika! 

Zdecydowałam się przystąpić do programu partnerskiego sklepu Zooplus. W związku z tym - mam prośbę. Korzystacie z tego sklepu? Jeśli tak - czy moglibyście wchodzić na stronę Zooplusa przez link zamieszczony w prawej szpalcie Kocio-kwika? Wam, mam nadzieję, nie sprawi to kłopotu, a nam zapewni parę groszy na rozmaite kocie potrzeby.

Będę wdzięczna :-)

P.S. Nusia, tu dwumiesięczna, pewnie też :-D
P.S.2. Program partnerski polega na tym, że wynagradza się nas za zrobione przez Was zakupy w zooplusie - jeśli do zooplusa weszliście  za pośrednictwem linku zamieszczonego na blogu.

14 marca 2012

Janet Evanovich. Jak upolować faceta. Po pierwsze dla pieniędzy.


Wydane przez
Wydawnictwo Fabryka Słów

Potrzebowałam czegoś, co czyta się szybko i jednocześnie zanadto nie obciąża umysłu. Postanowiłam sięgnąć po książkę, która wraz z filmem, zrealizowanym na podstawie fabuły powieści, wchodzi przebojem na polski rynek.

Stephanie Plum straciła pracę, wyprzedaje wyposażenie mieszkania, by mieć na chleb, windykator odholowuje jej auto, a jej mama uważa, że jedyne czego brak córce, to mąż. Kiedy młoda kobieta pojawia się w biurze swojego kuzyna, by błagać go o pracę, szantażuje go i udaje jej się otrzymać zlecenie godne doświadczonego łowcy nagród. Stephanie ma złapać i doprowadzić na posterunek policjanta, który oskarżony o zastrzelenie świadka ukrywa się i ucieka przed kolegami po fachu. Stephanie łapie Morellego znanego sobie od dziecka, próbuje nie wpaść w łapu maniakalnego boksera i porusza się po mieści czymś, co budzi postrach najtwardszych miłośników motoryzacji.

O "Jak złapać faceta" powiedzieć można przede wszystkim to, że to lekka, amerykańska powieść. Akcja poprowadzona jest w "filmowy" sposób - często zmieniają się sceny, napięcie budowane jest także w ujęciu scenicznym. Opowieść o młodej kobiecie, która w niczym nie przypomina groźnego (i skutecznego) łowcy nagród pozwala się odprężyć, zapewnia lekturę na czas, w którym ze zmęczenia nie mamy sił na czytanie czegoś bardziej wymagającego.

Książce w Polsce towarzyszy film. Zainteresowanych odsyłam do trailera: