28 listopada 2012

Dni

Są takie dni kiedy szczególnie trudno wyjść z domu. Dni, w które nie chce się opuszczać łóżka i drugiej osoby, a puchate kocie brzuchy skłaniają do tego, by się zatrzymać i wtulić twarz w burczące szczęście.

Dziś jest taki właśnie dzień...

Jimmy Liao. Dźwięki kolorów.



Wydane przez
Wydawnictwo Officyna

Nastolatka tracąca wzrok i zachowująca pogodę ducha stała się bohaterką kolejnej, doskonale zilustrowanej książki Jimmy'ego Liao. 

Jak to jest  - nie widzieć? Poruszać się po świecie opierając się na zmysłach innych niż wzrok? Dziewczynka z książki "Dźwięki kolorów" wkracza śmiało do korytarzy metra i choć na początku czuje się nieco onieśmielona, po jakimś czasie zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele daje jej wyobraźnia i to, że rzeczy, które mogłaby zobaczyć, teraz może widzieć za pomocą fantazji.

Wędrówka skłania do refleksji. Gdziekolwiek idziemy, jedziemy mamy czas, by pobyć z samymi sobą i zastanowić się nad życiem i naszym do niego podejściem. Gdy pozwolimy sobie na koncentrację, jeśli odrzucimy wszystko to, co mogłoby nas rozpraszać - możemy zaskoczyć samych siebie.

Wędrówka ociemniałeś dziewczynki przez labirynt świata jest metaforą naszego życia. Teraz tylko pozostaje nam zapytać, co z tym zrobimy. Czy tak jak ona będziemy doceniać każdą dobrą chwilę, upatrując szczęścia w tym, co nas spotyka, czy też świat pozostanie dla nas na zawsze szary, a my - kalecy.


27 listopada 2012

Jodi Picoult. Pół życia.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

W tej książce, jak w żadnej wcześniej czytanej, miałam szansę w pełni zobaczyć to, w jaki sposób Jodi Picoult kreuje historie opowiadane w swoich powieściach. 

Z wielogłosu snującego narrację wyłania się obraz nieszczęśliwej rodziny. Ojciec jest owładnięty chęcią zgłębiania tajemnic funkcjonowania wilków, matka czuje się znużona tym, że dla męża bliskimi osobami są dzikie czworonogi, córka, która z fascynacją podziwia pracę ojca i syn, który wiele lat temu opuścił dom i odwrócił się od wartości wyznawanych przez rodziców. Wszyscy oni spotykają się nad szpitalnym łóżkiem, w którym Luke Warren leży wspomagany przez aparaturę medyczną. Spotykają się oni i zderzają różne opinie, zadawnione żale, emocje, niewytłumaczone decyzje, a ta konfliktowa sytuacja utrudnia decyzję jaką rodzina musi podjąć w sprawie kontynuowania terapii ojca.

Pierwowzorem dla postaci Luka Warrena jest Shaun Ellis, autor książki "Żyjący z wilkami". Bohater powieści Picoult podobnie jak Ellis zostawia życie w cywilizacji, by wędrować ze stadem dziko żyjących wilków, a w rezerwacie, którym się opiekuje, prowadzi badania nad życiem zwierząt w niewoli. Niestety, podobnie jak u Ellisa, ma to odbicie w jego relacjach z rodziną, z najbliższymi ludźmi.

Jodi Picoult, podczas procesu twórczego, dodaje losom realnej postaci dramatyzmu. I dzięki wykorzystaniu znanej mi z literatury postaci mogłam w pełni docenić, to jak Autorka tworzy swoje opowieści, jak - poprzez zastosowanie wielu narratorów - pokazuje sprawy takimi jakimi są w miarę obiektywnie, a nie takimi, jakimi widzi je tylko jedna osoba z zaangażowanych w problem.

Z jednej strony znajomość życia Shauna Ellisa pomagała mi w odbiorze książki, z drugiej - nieco w nim przeszkadzała. O ile, jak pisałam powyżej, mogłam z lektury odnieść korzyść ściśle poznawczą, a dotyczącą warsztatu pisarskiego Picoult, tak w kwestii przyjemności płynącej z oddania się czytanej historii odczuwałam pewien dyskomfort. Wciąż wydawało mi się, że wiem za dużo, że czytam "Pół życia" tak, jakbym czytała je już wcześniej we fragmentach i to czytała bardzo wnikliwie.

"Pół życia" to nie tylko opowieść o człowieku oddanym wilkom. To także głos w dyskusji na temat kresu ludzkiego życia, na temat transplantologii. Głos, który choć ważny, mnie nieco umknął w odbiorze tej powieści. Pozwólcie, że winę zrzucę na wilki. Wątki opisujące zwierzęta zawsze mocniej, niż inne, przykuwają moją uwagę.

A "Pół życia" Picoult? Oczywiście, polecam.

26 listopada 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Podróż do Miasta Świateł. Róża z Wolskich.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Kiedy dwa tygodnie temu jechałam na urodziny Heleny zabrałam na podróż książkę, która - jak zakładałam - pozwoli mi zapomnieć o ewentualnym znużeniu jazdą. W autobusie spędziłam 4 godziny i 40 minut, a z całej drogi pamiętam, gdy wsiadałam, wysiadałam i dwa przystanki, które dostrzegłam tylko dlatego, że autobus przestał buczeć. Nie zauważałam ludzi wokół, mijanych kilometrów, upływu czasu. Nie mogłam - wszak cały ten czas spędziłam w Paryżu obserwując dzieciństwo i dorosłość Róży i Zajerzycach, towarzysząc Ninie.

Pamiętacie charakterystyczną malarkę, która pojawiła się w cyklu powieściowym "Cukiernia pod Amorem" i którą - jak plotka głosi - łączyła bliska znajomość z Tomaszem Zajezierskim? Kobietę, która wyemancypowanym sposobem myślenia oburzała nieco zaściankową rodzinę z Polski? W "Podróży do Miasta Świateł" poznajemy życie Róży, dowiadujemy się czemu jako dziecko znalazła się w Paryżu i jakie były jej dalsze losy.

W powieści prowadzony jest także drugi wątek. Jego akcja dzieje się współcześnie i przyznam, że znacznie mniej, od wydarzeń paryskich, interesowały mnie wydarzenia z życia Niny. Owszem, zauważyłam, że obydwie bohaterki mają trudną, by nie powiedzieć toksyczną, relację z matką i zmusiło mnie to do zastanowienia się nad tym, jako elementem łączącym Ninę i Różę, ale za chwilę znów dałam się porwać Paryżowi.

Co ciekawe, Paryż w powieści nie jest tylko miastem bogactwa i sukcesu. To także miasto bezlitosne, miasto, które kusi uciechami i jednocześnie skazuje tych, których na owe uciechy nie stać, na wieczne pragnienie, na mrzonki i dążenia do spełnienia marzeń. Gdy czytałam o Róży projektującej suknie na myśl przyszła mi od razu bohaterka wyśmienitej powieści Emila Zoli "Wszystko dla pań".

Małgorzacie Gutowskiej-Adamczyk za "Podróż do Miasta Świateł" należą się wielkie brawa. Po raz kolejny  swoją książką sprawiła, że świat realny zniknął mi z oczu, a fikcja literacka stała się rzeczywistością.

Aleksandra Woldańska-Płocińska. Drugie urodziny Prosiaczka.

Wydane przez
Wydawnictwo Czerwony Konik

W życiu Prosiaczka zaszła wielka zmiana. Prosiaczek ma już dwa lata. I kolejne urodziny, które trzeba uczcić. Oczywiście z przyjaciółmi.

Tylko, co zrobić w dniu urodzin, żeby były prawdziwie świątecznym dniem? Jak mają mijać kolejne godziny urodzin? Jak uczcić to, że Prosiaczek ma już dwa lata? Propozycje padają najróżniejsze, a - co zabawne - każdy z przyjaciół proponuje coś, co on uważa za szczególnie atrakcyjne, wyjątkowe i co dla niego jest czynnością ulubioną. A, że Prosiaczek przyjaciół ma wielu trudność z wyborem sposobu świętowania zamiast maleć - rośnie.

Lubię uroczego Prosiaczka i jego przyjaciół. Lubię niebanalny humor Aleksandry Woldańskiej-Płocińskiej, humor, który wyraźnie widać nie tylko w tekstach, ale też w ilustracjach.

"Drugie urodziny Prosiaczka" to książka kartonowa, przeznaczona dla czytelników rozpoczynających przygodę z lekturą.

Serdecznie polecam.

25 listopada 2012

Daniel Kahneman. Pułapki myślenia.


Wydane przez
Wydawnictwo Media Rodzina


To jest książka o heurystyce wydawania sądów i jej konsekwencjach. Pod pojęciem heurystyki Kahneman, laureat nagrody Nobla z ekonomii, a także długo z nim współpracujący, nieżyjący już Amos Tversky, rozumieją uproszczone reguły wnioskowania, którymi ludzie posługują się nieświadomie.

Bohaterami książki są dwa systemy, dwa tryby myślenia, czyli System 1 i System 2. Mówiąc w największym skrócie: System 1 działa szybko, automatycznie; to jest źródło naszych intuicji, źródło, którego nie kontrolujemy. System 2 rusza do akcji wtedy, kiedy trzeba dokonać jakiegoś bardziej skomplikowanego wyliczenia czy zanalizować trudną sytuację; kiedy działa System 2, mamy poczucie, że dokonujemy świadomych wyborów, że świadomie działamy.

Kahneman prezentuje rozmaite błędy poznawcze, opisuje podstawowe zasady, wedle których funkcjonuje ludzki umysł; pisze między innymi o zasadach „mniej znaczy więcej”, „istnieje tylko to, co widzisz”, o torowaniu, czy o zastępowaniu pytań.

Z tym zastępowaniem pytań chodzi o to, że ludzie bardzo często nie odpowiadają, nawet sobie, na pytanie właściwe, tylko zadane im pytanie, nieświadomie, zastępują pytaniem heurystycznym i właśnie na to heurystyczne pytanie udzielają odpowiedzi. Przykład, zaczerpnięty z książki: pytamy jakiegoś speca od finansów, czy jego zdaniem kondycja i perspektywy jakiejś firmy produkującej samochody są na tyle dobre, że warto kupić akcje tej firmy, na co finansowy ekspert odpowiada, że ostatnio na targach samochodowych widział auta tego koncernu i te auta bardzo mu się podobały, a zatem tak, warto kupować akcje tego producenta samochodów.

Zrobiłam test polegający na tym (polecam), że dwa programy telewizyjne, w których rozmawiano z politykami, obejrzałam pod tym kątem, żeby sprawdzić, czy politycy pytania właściwe zastępują pytaniami heurystycznymi. Wyszło na to, że politycy działają wedle zasady zastępowania pytań bardzo często; właściwie to nigdy nie działają inaczej.

Kahneman referuje wyniki badań i tezy z wielu dyscyplin, ale to dzisiaj norma, przynajmniej to powinna być norma. Autor pisze o psychologii, statystyce, teorii podejmowania decyzji, ekonomii, w tym ekonomii behawioralnej itd. Książka napisana jest świetnie, a najlepszy smaczek to opisy mnóstwa doświadczeń i testów przeprowadzonych przez naukowców rozmaitych dziedzin.

W pierwszym akapicie Kahneman stwierdza:
Chyba każdy autor zaczyna pracę z myślą o miejscu, w którym czytelnicy jego książki będą mogli zrobić z niej najlepszy użytek. Według mnie takim miejscem jest po prostu biurowa kuchnia, gdzie pracownicy wymieniają się opiniami i plotkami. Liczę, że uda mi się wzbogacić słownictwo, którym rozmawiamy o rozumowaniu i decyzjach innych osób, o nowej polityce firmy albo inwestycyjnych decyzjach znajomych. [s. 9]
A w ostatnim akapicie czytamy:
Między bardziej wyrafinowanymi plotkami w biurowej kuchni a lepszymi decyzjami istnieje bezpośredni związek. Czasami osobom podejmującym decyzje łatwiej jest wyobrazić sobie, co o nich powiadają plotkarze i przyszli krytycy, niż usłyszeć niepewny głos własnych możliwości. [s. 557]
Moim zdaniem te dwa cytaty już wyglądają dobrze, ale najlepiej kiedy przeczytacie wszystko to, co zawiera się między przytoczonymi fragmentami.

Paulina Wilk. Przygody Misia Kazimierza.


Wydane przez
Wilk & Król Oficyna Wydawnicza

W dniu Święta Pluszowego Misia trudno pisać o kimś innym niż Miś. Misie są znane literaturze od dawna, a ich pochodzenie jest szeroko znane. Misie biorą się ze Stumilowego Lasu, z Peru, z Francji (Coralgol), czy z miasteczka o nieznanej nazwie, ale zamieszkanej przez Zajączka, Prosiaczka i wyposażonej w przedszkole, do którego Uszatek i przyjaciele chodzili. Ale, jak uczy historia Misia Kazimierza, misie biorą się także ze sklepu.

Miś Kazimierz, nie chcąc być taki sam jak inne sklepowe misie, żegna się z kolegami i przy pomocy, nieświadomego owej pomocy, człowieka opuszcza Wielki Sklep. Wędrując trafia pod drzwi Ani, która zaprasza go do swojego domu i która uczy Misia różnych ważnych rzeczy, przy okazji sama oswajając się z codziennością spędzaną w towarzystwie drugiej osoby.

Miś Kazimierz uczy się, że nie należy dotykać lekarstw, co to jest teatr i jaką przyjemnością jest oglądanie spektaklu, uczy się czym jest przyjaźń i na czym polega dbałość o przyjaciół, tego, że praca w ogrodnictwie jest ciężka, ale bardzo satysfakcjonująca oraz wielu innych, ważnych, rzeczy.

Kazimierz, to miś współczesny, ale jednocześnie stworzenie cechujące się misiowym charakterem jaki znamy z charakterów innych literackich misiów. Jest ciekawy świata, lubi dowiadywać się czegoś nowego, lubi uczestniczyć we wszystkim, co robi Ania. Autorka wyraziście podkreśliła emocje jakie odczuwa Kazimierz - bardzo prawdopodobnie opisuje jego lęk, gniew, smutek. Co ważne, opisuje także sposób komunikowania o tych emocjach i to, jak można sobie z nimi, przy pomocy osoby bliskiej, poradzić.

Miś Kazimierz w błękitnej piżamce ma szanse stać się kolejnym ulubionym misiem wielu dzieci. I tego życzę zarówno młodym czytelnikom, jak i Misiowi.

P.S. Strona Misia Kazimierza.
P.S.2. Kolorowanki z różnymi misiami.

24 listopada 2012

I jak tu nie spać?




Wm. Paul Young. Rozdroża.


Wydane przez
Wydawnictwo Nowa Proza

Pamiętacie "Chatę"? Książkę, która wzbudziła dyskusję, która wiele osób zmusiła do przemyślenia własnych poglądów na temat Boga, na temat religii. Podobnie jest z nową książką Williama Paula Younga.

Anthony Spencer to człowiek, którego trudno polubić. Zapatrzony w siebie, w pieniądze, z potężnie rozrośniętą potrzebą sprawowania władzy, z równie mocno rozbudowaną podejrzliwością i obsesją bezpieczeństwa. Człowiek, który krzywdzi wszystkich wokoło, szczególnie najbliższą rodzinę, który rozkoszował się odzieraniem z resztek godności otaczających go ludzi, zwłaszcza pracowników, którzy ze strachu, jeśli nie z szacunku, wypruwali sobie żyły. [s.9]

Bohater ulega wypadkowi i w stanie śpiączki trafia do szpitala. Tkwi tam jego ciało, podczas gdy dusza wyrusza w wędrówkę. Wędrówkę stanowiącą istotę "Rozdroży". Anthony trafia w miejsce zrujnowane, zaniedbane i w nim spotyka postacie, które - jak się okazuje później - są postaciami Boskimi. Jednocześnie mężczyzna ma zdolność i możliwość, wnikania w innych ludzi, słyszenia ich myśli, podejmowania z nimi dialogu i obcowania z drugiem człowiekiem tak bardzo, jak nigdy przedtem.

Young stawia swojego bohatera w sytuacji granicznej. Pokazując mu to, co stworzył podczas swojego życia, nakłania go refleksji, do zastanowienia się nad tym, co robi w życiu, jak traktuje innych, siebie, i jakie miejsce w tym wszystkim zajmuje Bóg. Rozmowy, jakie prowadzi ze spotykanymi postaciami Anthony Spencer, zmierzają do wyjaśnienia tajemnicy Trójcy Świętej, do zrozumienia czym jest śmierć, do wytłumaczenia roli wolnej woli w życiu człowieka i do zaprezentowania tego, czym jest miłość i co dzięki niej otrzymujemy.

Zestawienie dotychczasowego sposobu życia Spencera z tym, czego dowiaduje się podczas rozmów, ma przełożenie na to, co czyni wnikając w chłopca z zespołem Downa, którego siostra umiera na białaczkę,  a także wnikając w pielęgniarkę przepełnioną potrzebą kochania kogoś, czy w mężczyznę pragnącego pożegnać się ze swoją zabraną przez chorobę Alzheimera matką.

"Rozdroża" to książka do czytania powolnego, do rozważania słów w niej zamieszczonych, do sprawdzania, co z nami robią prawdy przekazywane przez bohaterów. To książka, nad którą - niczym nad uwspółcześnioną "Opowieścią Wigilijną" - warto się zadumać.

P.S. Wywiad z Autorem.

22 listopada 2012

Małgorzata Kalicińska, Basia Grabowska. Irena.


Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Dwie pisarki - matka i córka, dwie bohaterki powieści - matka i córka. Zadając sobie pytanie związane z komfortem pisania i tworzenia spójnej historii, zdecydowałam się przeczytać najnowszą książkę autorstwa Małgorzaty Kalicińskiej.

Dorota to kobieta dojrzała wiekiem. Trudno jednoznacznie określić jej dojrzałość emocjonalną, bo też zachowanie kobiety czasami może budzić zdumienie. Dorota ma czas dla siebie, może realizować własny pomysł na życie, bo córkę ma dorosłą, wnuków nie ma, a mąż pozostawia żonie dowolność i stabilizację finansową. Wobec tego, że Dorota może robić wszystko, ma kłopot z wyborem tego, czy owo wszystko mogło by być. Co więcej - wciąż czuje się odpowiedzialna za losy córki i próbuje przeszczepić swoje poglądy jedynemu dziecku. Córka, odnosząc sukcesy zawodowe, w pełni zdyscyplinowana,uporządkowana jest przeciwieństwem matki i nie zgadza się z tym, co sądzi Dorota. Jedynym elementem, który łączy obydwie kobiety, jest trzecia kobieta - Irena. Starsza od obydwu bohaterek, znająca doskonale ich życie, mądra doświadczeniem i wieloma latami obcowania z ludźmi chciałaby pomóc Dorocie i Jagodzie w znalezieniu sposobu na ich wzajemne zrozumienie; nakłania je do rozmowy o wzajemnych oczekiwaniach, o zawiedzionych nadziejach, o tym, czego matka i córka spodziewają się po sobie, a czego nie komunikują pełne niespełnionych pragnień.

Czytając "Irenę" miałam wrażenie, że Dorota i Jagoda działają wbrew rodzinnemu dobru. Ukrywanie tajemnic sprzed lat, wydarzeń, które rzutują na relacje między matka i córką przypomina grę zmierzającą ku przekonaniu się kto kogo mocniej umie zranić. Chwilami obydwie bohaterki irytowały mnie niepomiernie, czasami akcja książki skłaniała by współczuć jednej lub drugiej.

Niejako obok historii matki i córki pojawia się wątek prozdrowotny. Ogólnej wymowie książki, kwestie związane z wysiłkowym nietrzymaniem moczu, nadają charakteru pozytywistycznej powieści z tezą. I choć wiem, że poruszanie tematyki tabu w popularnych powieściach, czy serialach, służy uświadamianiu o wiele skuteczniej niż działania służby zdrowia, to nie oswoiłam się jeszcze z taka strategią.

Lektura "Ireny", powodowana ciekawością, zabrała mnie w głąb międzyludzkich konfliktów motywowanych nieszczerością. Konfliktów, których nie da się rozwiązać bez wytężonej pracy każdej ze stron.

Agnieszka Tyszka. Zosia z ulicy Kociej na tropie.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Polubiłam rezolutną dziewczynkę mieszkającą z rodzicami i siostrą na ulicy Kociej w Łomiankach. Polubiłam i wiedziona ciekawością sięgnęłam po drugą o niej książkę.

 Zosia, znana z pierwszej książki opisującej jej przygody, zaczyna naukę już w czwartej klasie. Wspomnienia o miłej wychowawczyni z wcześniejszych klas pogłębiają niechęć do nowej nauczycielki, groźnej Wandy Mrocznej-Pęśko. Dzieci się jej boją, a rodzice - w trosce o samopoczucie swoich pociech - postanawiają zorganizować spotkanie integracyjne. To oczywiście nie wszystko, co spotyka Zosię. Na lekcjach języka polskiego zaczyna wraz z koleżankami pisać książkę, próbuje zrozumieć co łączy kunę z patelnią i wspiera Manię w trosce o Motyleum. Brzmi zagadkowo? Interesująco?

Spotkałam się z różnymi opiniami o "Zosi z ulicy Kociej". Przychylam się do tych, które w prozie Agnieszki Tyszki widzą żartobliwą, acz mądrą opowieść o niesztampowej rodzinie, o ludziach, których łączy coś więcej niż tylko wspólny adres zamieszkania (zmieniany, gdy poznajemy bohaterów książki). Rodzina Zosi - ta bliższa i nieco dalsza - tworzy barwny obraz ludzi o najróżniejszych charakterach i bliskich sobie.

Stosując modną terminologię wywodzącą się z serwisu społecznościowego - lubię "Zosię z ulicy Kociej", lubię, że dziewczynka jest na tropie i lubię pisanie Agnieszki Tyszki.

21 listopada 2012

Tomasz Cyrol. Transsibem nad Bajkał.


Wydane przez
Wydawnictwo LTW

O podróży nad Bajkał marzyłam już dawno temu. Ucieszyłam się mogąc zamienić kilka słów z Autorem, który nad Bajkał pojechał, który wędrował koleją transsyberyjską, który na własnej skórze sprawdził jak to jest spełnić marzenie o tak dalekiej i interesującej podróży.

W dwunastu skromnych rozdziałach Tomasz Cyrol zmieścił całą historię o egzotycznej, wciąż jeszcze, wyprawie. Skupiając się raczej na praktycznej stronie podróży, na niedogodnościach jakie czyhają na nazbyt pewnych siebie wędrowców snuł opowieść opisując dzień po dniu w drodze. Ważną obserwacją jaką Autor podzielił się z czytelnikami, jest ta, iż dobór towarzyszy podróży jest kluczowy dla przyjemności czerpanej z wędrówki.

Niestety, nie czuje się usatysfakcjonowana lekturą książki "Transsibem nad Bajkał". Zabrakło mi lekkości w opowiadaniu, oderwania się od rzeczywistości (wiem, że kwestia noclegu jest istotna, ale chciałabym móc przeczytać o czymś więcej niż kłopot z tym, gdzie będą nocowali podróżnicy, albo ile alkoholu wypili z prowadnicą w pociągu), tego czegoś co przejawia się w umiejętności opowiadania ciekawych historii, czegoś co sprawia, że z zainteresowaniem czytamy czyjąś opowieść. Co gorsza, mam wrażenie, że gdyby z książki wyciąć nazwy geograficzne, to można by wstawić tam cokolwiek, także nazwy miejscowości w Polsce.

Kazimierz Szymeczko. Czworo i kości.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Gry RPG to dla mnie świat zupełnie nieznany. Wiem, że jest mistrz opowieści i postacie, o istnieniu których decydują biorący udział w grze oraz scenariusz zaproponowany przez wiodącego narrację. Nigdy nie grałam i przyznam szczerze, że nawet nie wiem, czy chciałabym. Doceniam jednak to, że Kazimierz Szymeczko stworzył bohaterów zafascynowanych czymś innym niż komputery.

Patryka, Kamila, Zosię i opowiadającego ich historię kolegę nastolatków łączy przyjaźń zadzierzgnięta podczas seansów gier fabularnych. Młodzi ludzie rozpoczynają naukę w tym samym liceum i dzięki temu mają szansę na spotkania, dzielenie się wrażeniami z życia szkolnego oraz łatwość kontaktu. Mimo wielu zajęć dodatkowych przyjaciele znajdują czas na spotkania i prowadzenie gry. Zgadzają się także, na prośbę wychowawcy, zaprosić na spotkanie kolegę, który dotychczas czas wolny podporządkowywał grom komputerowym. Wśród uczniów liceum znajdują się i tacy, którzy nie rozumieją potrzeby wspólnego, sensownego, spędzania czasu i kpią z przyjaciół.

Kazimierz Szymeczko sportretował młodych ludzi, którzy - jak to się niegdyś mówiło - mają hobby. Jego bohaterzy podchodzą z szacunkiem do życia, są refleksyjni, obdarzeni dużą wyobraźnią i ciekawi. Oczywiście, są też antybohaterzy - ludzie bez pomysłu na siebie, kierujący się agresją i traktujących innych w sposób pełen kpin i ironii. Tomek,chłopak uzależniony od gier komputerowych, jest trudny do zakwalifikowania. W nim chyba najpełniej Autor pokazał trudy dojrzewania w dzisiejszym świecie.

"Czworo i kości" to książka, którą się czyta dobrze. I która porusza bardzo poważne tematy.

20 listopada 2012

Szewach Weiss w rozmowie z Anną Jarmusiewicz. Takie buty z cholewami.


Wydane przez
Wydawnictwo M

Mam wielki szacunek do Szewacha Weissa. Czytam, co pisze, słucham wypowiedzi i utrwalam się w przekonaniu, że to wielki człowiek. Miałam niebywałą przyjemność, i zaszczyt, przywitać się z nim podczas targów w Warszawie.

"Takie buty z cholewami" to rozmowa o wszystkim, co w życiu Szewacha Weissa istotne. Są wspomnienia z czasów dzieciństwa i próba określenia tego, co nazywa się ziemią rodzinną. Jest czas na opowieść o misji ambasadora, o spotkaniach z wieloma ważnymi w polityce światowej postaciami, o pracy ze studentami, projektach, które tworzą płaszczyznę porozumienia między Żydami i Polakami. Nie brakuje w książce także akcentów prywatnych - rozmów o żonie, dzieciach, wnukach. Ważną rolę odgrywa w rozmowie Anny Jarmusiewicz z Szewachem Weissem tematyka tożsamości narodowościowej, językowej, terytorialnej.

Nie jest tak, że zgadzam się ze wszystkimi opiniami, czy poglądami Szewacha Weissa. To jednak nie umniejsza mojego do niego szacunku. Zachęcam i Was do sięgnięcia po książki Ambasadora Izraela w Polsce i ambasadora Polski w Izraelu.

19 listopada 2012

Lidia Ostałowska. Bolało jeszcze bardziej.


Wydane przez
Wydawnictwo Czarne

Dwanaście reportaży z miejsc, o których - jak się zdaje - zapomniał świat, Bóg, Los, czy jak tylko chcecie. Z miejsc, w których mieszkają ludzie niby tacy jak my, ale jednocześnie tacy, którymi chciałoby się potrząsnąć, by im powiedzieć "Zróbcie coś ze sobą". Z miejsc, które nawet gdy leżą na odwiedzanych przez turystów szlakach zrażają swoim marazmem, poczuciem beznadziei, niemocą.

Pracowałam w miejscach podobnych do tych, które opisuje Ostałowska. Czas się tam zatrzymał, a w kalendarzu ważny był tylko dzień płacenia zasiłku. Jedyną atrakcją był przyjazd autobusu (choć rzadko zdarzało się, by wysiadł z niego ktoś obcy), a każda zmiana w powolnie toczących się dniach powodowała ekscytację, lęk i wywodzącą się z niego agresję.

Książka Lidii Ostałowskiej zmusiła mnie do zastanowienia się nad tym, czy potrzebujemy, aby literatura odzwierciedlała rzeczywistość. Co ma nam dać spisana historia nastolatków z Bałut, którzy nie mając pieniędzy ograniczają swój świat do wersalki stojącej na jednym z podwórek? Czy opowieść o nastolatkach z Białej Podlaskiej gotowych oddać się didżejowi za jego konsolą na jednej z dyskotek uczyni nas wrażliwszym na otoczenie? Zburzy nasze samozadowolenie (o ile je mamy)? Czy potrzebujemy literatury, by przejrzeć się w brzydszej stronie naszej rzeczywistości? Czy nie lepsza jest fikcja?

Podczas czytania reportaży Lidii Ostałowskiej myślałam o wielu sprawach. Myślałam także o tym, że ja już je znam, że czytałam je niegdyś w drukowanej prasie. I znów pojawiły mi się refleksje, tym razem dotyczące wyboru tekstów do książki. Przypomniał mi się ten wpis i uznałam, że - niestety - coś w tym jest.

Zofia Stanecka. Tajemnica namokniętej gąbki.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont
Seria Księżycowy Kamień

W szkole Bratka i Ziutka dzieją się dziwne rzeczy. Kreda jest mokra, gąbka śmierdzi błotem, a w trampkach można znaleźć glony. Chłopcy wiedzeni ciekawością próbują wyjaśnić tajemnicę i trafiają na przedziwną postać skrywającą się w łazience dziewczyn. Spotkana przez chłopców istota ma na imię Majka i jest syreną.

Zofia Stanecka bardzo zgrabnie uwspółcześniła baśń Hansa Christiana Andersena opowiadającą o syrence pragnącej być człowiekiem. Odrzuciwszy to, co mogło nie przemówić do młodych czytelników wykorzystała baśniową postać i mechanizm przemiany, zmieniając wszystko to, co młodych czytelników może zainteresować i jest im bliskie. I tak - syrenka gra z chłopakami w piłkę, wiedźma za umożliwienie przemiany życzy sobie udziałów w firmie ojca Majki, a syreni śpiew ma magiczne właściwości.

Bardzo lubię serię Księżycowy Kamień i cieszę się, że książki w niej wydawane zachowują dobry poziom. "Tajemnica namokniętej gąbki" jest tego potwierdzeniem.

18 listopada 2012

Odliczam dni

Subtelnie skarcona przez Zu za milczenie na blogu zasiadam do pisania myśląc jednocześnie o tym, że trudno pisać o kociastych gdy się bywa poza domem i okazje do obserwowania ukochanych zwierzątek ma się nikłe.

W miniony weekend odwiedziłam Lulu, która nieustająco rozbraja mnie umiłowaniem łazienki (najcieplejszego miejsca w domu) i, w towarzystwie której, spędziłam noc. Tydzień temu odwiedził nas także P.; nie było go u nas ponad rok, ale koty doskonale o nim pamiętały i Gusia czym prędzej wykorzystała  dobre serce (i kolana) P. zalegając na nim na kilka godzin. Wraz ze mną, do domu, przyjechał Tata. Zachwycił się Wojtkiem i z radością poddał się zaszczytowi - jeden z kotów na nim spał:-)

Duszce wyładniała sierść. Chyba nie jestem zbyt baczną obserwatorką, skoro zauważyłam to dopiero teraz. Mam wrażenie, że jeszcze jakieś 2-3 tygodnie temu Duszkowa sierść była w znacznie gorszym stanie. Zmieniliśmy niedawno karmę, czyżby od tego? Musze poobserwować, bo zamierzałam wrócić do takiej, która koty jadły kilka miesięcy temu.

Wyliczyliśmy ostatnio, że Wojtek stojący na dwóch nogach, próbujący ukraść coś dobrego ze stołu, liczy sobie 75 cm. A dziś w nocy śnił mi się Wojtek dorosły, wyrośnięty. Nieodmiennie zastanawiamy się nad  pochodzeniem przodków Wojtusia. Może, mimo umaszczenia, płynie w nim krew serwala?;-))) 


Ostatnio w naszym domu pojawił się nowy koc. Został obejrzany i schowany przed wpływem kociej sierści. Dziś jednak postanowiłam się nim przykryć, bo zmarzłam podczas czytania. Czas jakiś później obudziło mnie bulgotanie. Sisi z rozanieloną miną ugniatała koc, a przy tym mnie leżącą pod nim. Szykowała sobie miejsce do spania dość długo, więc zostawiłam ją samą z kocykiem. Niedługo trzeba było czekać na pojawienie się Nusi, która zaciekawiona obwąchiwała nowe w odpowiedniej od Sisi odległości. Wojtek też wyraził zainteresowanie, ale uznał, że na fotelu śpi się lepiej. Gusia ułożyła się na krześle, a Duszka... Cóż Duszka ostatnio porzuciła miejsce do spania na toaletce na rzecz:


Mam niedosyt kociego towarzystwa i już cieszę się na święta.

P.S. Kwiatek wygląda jak wygląda skutkiem wcześniejszych działań Wojtusia. 

12 listopada 2012

Pressje. Teka XXIX.



Na początek przestraszyłam się tytułu XXIX teki PRESSJI. No bo nie dość, że tytuł zapowiada ekonomię, to na dodatek teologię. Nota Redakcji autorstwa Pawła Rojka (notę, podobnie jak spis treści oraz niektóre teksty znajdziecie tutaj) trochę spraw mi wyjaśniła i nieco mnie uspokoiła, ale tylko trochę :-)

Teksty w części zatytułowanej „Ekonomia trynitarna” to była dla mnie mordęga, ale ja takich tekstów nigdy nie nauczę się czytać. Nie martwię się tym, bo przecież nie muszę kwalifikować się do każdego targetu w każdej dyscyplinie.

Teraz o tym, co mnie zainteresowało najbardziej. Z pewnością świetna rozmowa, którą z ojcem Maciejem Ziębą przeprowadził Marek Przychodzień.  Zięba w dobrej formie. Opowiada, jak to ksiądz Józef Tischner nie znosił św. Tomasza z Akwinu i że on, Zięba, tę niechęć od Tischnera przejął, a dopiero później odkrył, że Tischner Tomasza najzwyczajniej w świecie nie znał.

Kiedy Przychodzień powiedział coś takiego: - „Dziś powiedzieć, że celem państwa jest wychowanie do cnoty, to herezja, nawet w środowiskach chrześcijańskich” – to zastanawiałam się, co na to ojciec Zięba. A ojciec Zięba odpowiedział tak: - „Celem wspólnoty politycznej nie są cnoty, ale dobro wspólne”.

Jak już przeczytałam o tym dobru wspólnym, to zrobiłam sobie przerwę w czytaniu. I pomyślałam, że może trzeba osobnej teki PRESSJI traktującej o dobru wspólnym. A może jeszcze kolejnej. Ciekawe, gdyby tak zapytać ludzi, wielu ludzi, o to, jak rozumieją dobro wspólne… Jak myślicie – co by mówili?

Ciekawa rozmowa Karola Kleczki z Richardem Swinburne’m, filozofem religii (chyba najbardziej znanym jako autor książki „Czy istnieje Bóg?”) oraz artykuł „Dotknąć Boga. O możliwości teologii empirycznej”, to kolejne dobre teksty. Dobre dla mnie. Marcin Suskiewicz zestawia myśl Rogera Scrutona, którego znam z książki „Kultura jest ważna”, z myślą Karola Wojtyły. Autor tekstu bierze na warsztat wykłady Scrutona – tzw. Wykłady Giffordowskie oraz Wykłady Stantonowskie, a także zapis rekolekcji, które w roku 1962 arcybiskup Wojtyła wygłosił dla studentów.

W części zatytułowanej „Spór o Logos niepojęty” kłócą się ojciec Mateusz Przanowski, ksiądz Janusz Królikowski oraz Piotr Sikora. Właściwie to duchowni napadają na Sikorę, autora książki „Logos niepojęty”, ale Sikora daje odpór. Czy skutecznie? Oceńcie sami.

Cały spór zanurzony jest w kontekście teologii apofatycznej i ciągnie się od teki XXVI/XXVII poprzez tekę XXVIII; najpierw Rojek zrecenzował książkę Sikory, później Sikora odpowiedział Rojkowi.

Duży tekst o teologii apofatycznej, zatytułowany „Logika teologii negatywnej” daje Rojek. 

Z teologią apofatyczną jest ciężka sprawa. Rojek stwierdza, że jednym z nielicznych logików, którzy próbowali zmierzyć się z doktryną teologii negatywnej, był ojciec Józef Bocheński. Bocheński ostatecznie doktrynę teologii negatywnej odrzucił, ale jego analizy są cenne.

A zatem – ciężka sprawa. Mam różne przemyślenia na temat teologii apofatycznej, ale daleko mi do sformułowania jakiegoś spójnego stanowiska; pewnie takiego stanowiska nigdy nie sformułuję.

Na koniec chcę przyznać pierwszą nagrodę Marcinowi Suskiewiczowi. Jest to nagroda w kategorii najlepszy przypisek. Pierwszy przypisek w tekście Suskiewicza brzmi tak: „Chciałbym podziękować Panu Bogu za moje istnienie, a Michałowi Kępie, Pawłowi Rojkowi i Andrzejowi Wysockiemu za uwagi do tego tekstu w trakcie jego pisania”. 

11 listopada 2012

I znów minął rok...

Minął kolejny rok i choć to odliczanie mogłoby wybrzmiewać żalem za upływającymi dniami, patrzę z optymizmem i zamierzam świętować. Świętować, Mili Moi, piąte urodziny bloga.

Przez minione 5 lat zmieniło się moje czytanie, zaangażowanie w czytanie i pisanie, upodobania literackie. W świecie książek wydaje się inne niż kilka lat temu, choć na szczęście wraca się także do tego, co było modne lat temu kilkanaście. Blogosfera książkowa rozrosła się tak, że już dawno przestałam nadążać za nowymi blogami. Z czytania książek, najprościej rzecz ujmując, wynikają odmienne od poprzednich obowiązki zawodowe.

Dumna jestem z tego, że towarzyszycie mi przez 5 lat. Niektórzy z Was są ze mną od początku, inni dołączali nieco później. Każda osoba, która bloga czyta, która odzywa się lub nie w komentarzach, bardzo mnie cieszy i nadaje sens mojemu pisaniu. Dziękuję Wam bardzo serdecznie za obecność.

Z racji pięciolecia mam propozycję. Wypiszcie swoje ulubione cytaty - albo w komentarzach albo na kartkach, którym zrobicie zdjęcie i prześlecie do mnie. Te z komentarzy przepiszę i sfotografuję. Ze zdjęć z cytatami zrobię album. Udostępnię go Wam. Chciałabym napisać za kolejne pięć lat, ale nie wiem, czy damy radę powstrzymać ciekawość, więc napiszę - udostępnię go Wam za rok. Poczytamy sobie i zastanowimy się, czy nam się cytaty nie zdewaluowały. Co Wy na to?

Czekając na Wasze cytaty zachęcam do poczęstowania się słodkościami.


P.S. Jestem dziś poza domem, wracam późno wieczorem.

10 listopada 2012

Tak jakby niedzielnik

Znów doceniam biblioteki. Po czasie, w którym z różnych powodów nie odwiedzałam bibliotek, wracam do nich i od razu mi jakoś lepiej na sercu. Mają klimat o jaki trudno gdziekolwiek indziej. I nie robi różnicy, czy to biblioteka mocno otwarta, gromadząca wokół siebie mnóstwo ludzi starszych i młodszych, czy lekko zapomniana przez ludzi i czas. Po prostu lubię biblioteki. Cieszy mnie szperanie między półkami, wędrówka od biblioteki do biblioteki, cieszy nawet przeglądanie katalogu bibliotecznego na ekranie komputera. Tydzień temu, zachwycona urokliwą pogodą, wędrowałam od półki do półki zgarniając książki zgodnie z tym, co mi w duszy grało. 

A grało - jak zobaczycie na poniższym zdjęciu - jakoś tak kryminalnie, nieco obyczajowo w ciepłych klimatach i troszkę poważniej. Oczywiście, zaraz po tym gdy wyciągnęłam książki z toreb, Sisi postanowiła sprawdzić, co przyniosłam.

Wiem, że pewnie już o to pytałam, ale - lubicie biblioteki? Lubicie książki, które już pachną czytaniem? Książki pokryte kurzem i zapiskami wcześniejszych czytelników?

P.S. Kiedy to czytacie świętuję urodziny Heleny. Już piąte :-)
P.S.2. Zanim na stole stanął tort poukładałyśmy z Helą książki na jej regałach:


Ewa Nowak. Szarka.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

Głośno ostatnio w książkowym świecie o nowej serii wydawniczej Wydawnictwa Egmont - "Czytam sobie".  Książki opublikowane w tej serii podzielone zostały na trzy poziomy i od trzeciego, najbardziej zaawansowanego, zacznę obecność książek z charakterystycznym logotypem na blogu.

Ferie zimowe Gabrysi zapowiadają się mało atrakcyjnie w porównaniu z tym, jak planują spędzać czas jej koleżanki z klasy. Dziewczynka po prostu pojedzie na wieś, do babci i dziadka. Niby nic ciekawego, prawda?

Okazuje się jednak, że dziadkowe mają dla wnuczki niespodziankę. Szary szczeniaczek sprawia, że dziewczynka zapomina o całym świecie i przyczynach ewentualnego niezadowolenia. Spędza dni na zabawach z czworonożną przyjaciółką. Pojawienie się wilków w otoczeniu wsi budzi grozę wśród mieszkańców, ale - jak się okazuje - owa obecność ma swoje wyjaśnienie.

O tym, że książki wchodzące w skład serii są doskonale przygotowane pod względem metodycznym, że ich konstrukcja jest dostosowana do wieku i umiejętności dziecka pozwalając każdemu z młodych czytelników odnieść sukces czytelniczy, przeczytacie pewnie wielokrotnie. Ja, będąc - jak wiecie - zwichrowaną na punkcie zwierząt, chcę zwrócić Waszą uwagę na wymowę treści historii opowiedzianej przez Ewę Nowak młodym czytelnikom.

Zachęcam.

09 listopada 2012

Jakub Ćwiek. Chłopcy.


Wydane przez 
Wydawnictwo SQN

Jakub Ćwiek tworząc "Chłopców" zaczerpnął szeroko z opowieści o Piotrusiu Panu, doprawił do smaku inspiracjami filmowymi z gangami motocyklowymi w roli głównej, a dla osiągnięcia wyjątkowego efektu odwołał się do tego, co w każdym z nas drzemie - do naszej dziecięcości. Jest jednak tak, że my, czytelnicy, w większości dorośliśmy, a bohaterowie książki - nie. Chłopcy pod przewodnictwem Dzwoneczka wciąż się bawią, choć czasami te zabawy są dość krwawe.

"Chłopcy" to różne historie powiązane ze sobą fabularnie. Kolejne rozdziały noszą tytuły związane z dziecięcymi, podwórkowymi zawołaniami, a - jak wiem dzięki uczestniczeniu w spotkaniu z autorem - niektóre z nich znajdą swoje dopełnienie w kolejnych tomach cyklu.

Nigdy nie lubiłam "Piotrusia Pana" i może na dobre wyszedł mój zwyczaj omijania wzrokiem tego, co na okładce o książce piszą wydawnictwa. Może bym się zraziła? A tak - ominęłam, nie przeczytałam i dzięki temu miałam udany wieczór z Chłopcami. Aż pomyślałam, że świetnym uzupełnieniem książki byłaby mini płyta z wybraną np. przez Autora płytą.

Ilekroć czytam książki Jakuba Ćwieka zastanawiam się, czy on podczas pisania ma tyle samo zabawy, co ja podczas czytanie tego, co napisał. Jeśli tak - to gratuluję wyboru sposób zarabiania na życie. Każdy by tak chciał :-)

Katarzyna Terechowicz, Wojciech Cesarz. Przygody Filipka.


Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Duet Katarzyna Terechowicz, Wojciech Cesarz pojawił się już na blogu, o czym piszę z dużą przyjemnością. Chętnie sięgnęłam po kolejną książkę Autorów wiedząc, że mogę spodziewać się dobrej opowieści.

Kryzys finansowy trafia też na strony książek dla dzieci. Mama Filipa traci pracę i podejmuje decyzję o emigracji zarobkowej. Syna planuje oddać pod opiekę swojej starszej siostry, która wraz z mężem i dziećmi mieszka na wsi. Filip początkowo nie rozumie powodów wyjazdu mamy, a może bardziej, nie chce ich zrozumieć i buntuje się przeciwko przeprowadzce do cioci i wujka. Niespodziewanie okazuje się, że chłopcu towarzyszyć będzie pies, a życie na wsi, choć bez telewizora, jest ciekawsze niż mogło się to wydawać.

Najwłaściwszym słowem na określenie rodziny Filipa jest  słowo "normalna". Mądrzy rodzice i poukładane dzieci budujący wspólnotę rodzinną podczas posiłków, czy innych wspólnych zajęć. Młodzi ludzie są wrażliwi na losy zwierząt, na innych ludzi, czują się odpowiedzialni za to, za co odpowiedzialni obiecali, sobie i innym, być.

Autorzy w wyważony sposób pokazują przemianę Filipa. Nie jest to przemiana diametralna, bo chłopak miał dobre podstawy do tego, by doceniać wartości wyznawane przez rodzinę swojej mamy, ale aż miło obserwować jego dojrzewanie mentalne do pewnych przekonań, rozwój jego samoświadomości i empatii.

Zabrzmiało poważnie? To tylko komentarz do treści, która z pewnością przypadnie do gustu czytelnikom mającym,według rekomendacji wydawnictwa, około 10 lat. 

Jeśli szukacie książki promującą dobre wzorce, to właśnie ją znaleźliście:-)

08 listopada 2012

Stacey O'Brien. SowaWesley.


Wydane przez
Wydawnictwo Fontanna

Cóż za urocza książka! Opowieść o codziennym życiu z sową płomykówką o bogatej osobowości, o niebywale rozwiniętych zmysłach, o blaskach i cieniach wynikających z dzielenia mieszkania z dzikim ptakiem, pochłonęła moja uwagę na kilka dni.

Stacey O'Brien, asystentce laboratorium w Catlech, zaproponowano zaadoptowanie kilkudniowego sowiego pisklęcia. Młoda kobieta zdecydowała się podjąć wyzwanie i dopasowała swoje życie do potrzeb sówki. Dopóki Wesley był mały oznaczało to zabieranie go wszędzie ze sobą, gdy podrósł - izolowanie od niego obcych, których obecność mogłaby Wesleya zdeprymować.

Życie ze zwierzętami niesie ze sobą wiele radości, wiele wzruszeń, ale i wiele utrapień czy zmartwień.  To, że Weseley - inaczej niż dotychczas obserwowane sowy - uwielbia wodę jest miłe do chwili, w której dorosła sowa upiera się, by w wannie towarzyszyć Stacey. Przygotowując (eufemizm!) myszy dla Wesleya autorka książki boryka się ze zdumiewającymi problemami; musi pilnować, aby myszy nie rozbiegły się po samochodzie, czy po domu.

Stacey O'Brienpisząc o swoim przyjacielu nie przestaje być biologiem i dostarcza czytelnikom swojej książki dużej dawki wiadomości naukowej i dzięki temu czytanie o Wesley'u wydaje się cenniejsze.


Pozostając pod wielkim wrażeniem serdecznie polecam.

P.S. W serii "Zwierzęta i ludzie" opublikowano jeszcze historię o kojocie Charlie'm. Szkoda, że poprzestano tylko na dwóch książkach.

Paulina Wierzba. Oto Kot.


Wydane przez
Wydawnictwo Albus

Idealna książka dla mnie! Pełna kotów i to w doskonałym ilustratorskim wydaniu. Licząc na to, że i Wam się spodoba (wszak różne okazje obdarowywania się wzajemnie książkami zbliżają się szybko) będę zachęcać do lektury i oglądania.

Paulina Wierzba prezentuje w książce najróżniejsze aspekty kociego życia dając solidne podstawy kociologii dzieciom, młodszym i starszym. Autorka opowiada o udomowieniu kota, o jego czczeniu przez Egipcjan, o kotach, które - choć spokrewnione z domowym mruczkiem - żyją dziko. Ważną częścią książki jest, według mnie, ta, która opowiada o cechach fizycznych i osobowościowych kota. W książce "Oto Kot" znajdziemy także opis niektórych kocich ras, kilka słów na temat związków kota i człowieka oraz przysłowia, przesądy i zabawy graficzne, których kot jest głównym bohaterem.

Czy wiecie, na którym kontynencie nie mieszkają dzikie koty? Co to jest felinoterpia? Koty, której rasy bardzo lubią wodę? Po co kot ma ogon? To oczywiście tylko niektóre z wiadomości, które przekazuje książka Pauliny Wierzby. Pewnie poznawanie wszelkich informacji o kotach nie było by aż takie przyjemne gdyby nie ilustracje Marianny Sztymy - cenionej polskiej graficzki. Różnorodność technik ilustracyjnych zastosowanych w tej książce robi wrażenie.


Chciałabym bardzo, by wśród polskich przesądów dotyczących kotów zadomowił się przesąd irlandzki mówiący o tym, że gdy zabije się kota ma się 17 lat nieszczęścia. Bardzo, bardzo...

07 listopada 2012

Nagroda :-)

Kfiatek z Mruczącej Krainy dała nam nagrodę, za którą pięknie dziękujemy.


Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawana blogom o mniejszej liczbie obserwatorów co daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im swoje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.

Pytania zadane przez Kfiatka i odpowiedzi znajdziecie poniżej:

1. Wasza ulubiona pora roku? Każda, w której da się wizytować balkon i polować na ptaszory.
2. Film, który zawsze doprowadza Was do łez to... Jakikolwiek o nieszczęśliwych zwierzętach.
3. Ulubiony sposób na spędzenie wieczoru? Ukochany człowiek, koty, koc, książka.
4. Czy macie domowy sposób na przeziębienie? Jeżeli tak to jaki? Jak wyżej :-)
5. Gdybyście mieli zabrać ze sobą na wyjazd do lasu 5 rzeczy byłyby to...? Latarka, zapas baterii, koc, książka, nóż.
6. Coś czego w tej chwili chcielibyście się nauczyć robić  to...? Myśleć jak kot.
7. Jakiego zwierzęcia najbardziej się boicie? Żadnego.
8. Komedie czy dramaty? Co wolicie? Komedie.
9. Ulubiony kolor na jesień? Kolorowy - jak koty.
10. Z czym kojarzy Wam się cyrk? Z męczeniem zwierząt.
11. Wymarzony kierunek podróży? Tam, gdzie dużo kurzu. Zresztą gdziekolwiek pod warunkiem, że będzie ukochany człowiek i koty.

Chciałabym nagrodzić wymienione poniżej blogi, choć wcale nie jestem przekonana, czy akurat w ich przypadku można mówić o mniejszej liczbie odwiedzających:
Elę i http://jutrofutro.blogspot.com/
Ankę Wrocławiankę  i http://zamoimidrzwiami.blogspot.com/
Damę Ya  i http://nadrapaku.wordpress.com/
Ewko77 i http://kotototek.blox.pl/html
Rzekę  i http://mojkotija-beata.blogspot.com/
Chciałabym poprosić o udzielenie odpowiedzi na pytania:

  1. Za co kochacie swoje zwierzęta?
  2. Co Was irytuje w swoich zwierzakach?
  3. Co najdziwniejszego podjadają Wasze zwierzęta?
  4. Książka o zwierzakach, którą możecie polecić?
  5. Film o zwierzakach, który polecacie?
  6. Co zadecydowało o tym, że Wasze zwierzaki noszą takie imiona jakie noszą?
  7. Czy podróżujecie ze swoimi zwierzętami?
  8. Gdzie w Waszym domu chowają się zwierzęta przyprawiając Was o zawał serca spowodowany strachem, że na pewno zapomnieliście zabrać psa ze spaceru/uciekł Wam kot?
  9. Jakie jest najdziwniejsze upodobanie/zwyczaj Waszego zwierzaka?
  10. Gdybyście mili dać dom zwierzęciu egzotycznemu to jakiemu?
  11. Potrafisz sobie wyobrazić swój dom bez zwierząt? Jak by to było?

Zapraszam do zabawy:-)

Dorota Sumińska. Dalej na czterech łapach.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

W najnowszej książce Doroty Sumińskiej wyodrębnić można dwa wątki: zwierzęcy i ludzki. I choć obydwa przeplatają się, nie mogą istnieć bez siebie, niektóre z rozdziałów "Dalej..." są historiami zwierząt Autorki, a niektóre opisami wędrówek po świecie, które to wędrówki - oczywiście - i tak w końcu wiodły do tego, by się ze zwierzętami spotkać.

Dobrze czyta się o miłości i szacunku jakie łączyć mogą człowieka i zwierzę. Dobrze i z dużą radością, bo nieczęsto można znaleźć w polskiej literaturze takie pisanie. W wielu przypadkach owa radość mieszała się ze łzami, bo też zwierzęta trafiające do Cybulic nie miały łatwego życia, a i Dorota Sumińska opisuje ich losy mówiąc o pożegnaniach ze swoimi zwierzęcymi domownikami.
Większość ludzi nie docenia psów. Nie umieją lub nie chcą wczuć się w ich duszę. Niektórzy nawet nie dają jej prawa bytu. Może sami nie mają duszy, no to jak mają wejrzeć w cudzą? W każdym razie psia dusza jest wrażliwsza niż ludzka. Skromna i cicha. Delikatna jak porcelana i jak porcelanę łatwo ją skruszyć. [s.22]
Podziwiam Dorotę Sumińską. Jej rzetelność, opanowanie, siłę i zarazem wrażliwość. Cieszę się, gdy czytam jej pisanie, bo uważam, że wśród Polaków wciąż trzeba prowadzić krucjatę uświadamiającą istnienie Zwierząt, a nie przedmiotów o wyglądzie zwierzęcia, trzeba walczyć o to, by dostrzegano ból, cierpienie, radość, zdolność odczuwania emocji, inteligencję. Zadziwia mnie czasami to, jak bardzo ludzie, którzy nawet mieszkają pod jednym dachem ze zwierzęciem, są głusi na osobowość swojego zwierzaka, jak nie zależy im na tym, by poznać tego, z kim dzieli się dom.

Przeczytajcie książkę Doroty Sumińskiej i zastanówcie się nad tym, co myślicie o zwierzętach.

Jimmy Liao. Księżyc zapomniał.


Wydane przez
Wydawnictwo Officyna

Trudno mi pisać o książce Jimmy'ego Liao, bo wciąż mam wrażenie, że jeszcze nie jestem gotowa na pisanie o nim, jeszcze nie dość napatrzyłam się na ilustracje niepokojącej urody, nie dość dobrze rozważyłam przekaz jaki w swojej książce Autor nam daje.

"Księżyc zapomniał" i zagubił się. Odnalazł go pewien chłopiec, który - zabrawszy księżyc do domu - stał się jego nieodłącznym towarzyszem. Chłopiec i księżyc bawili się, podskakiwali, zasypiali w dzień, przy szkolnej ławce, a tym samym chłopiec odsuwał się od innych dzieci przedkładając nad ich towarzystwo towarzystwo księżyca. A ów, mieszkając z chłopcem i spędzając z nim czas nie zdawał sobie najwyraźniej sprawy z tego, co jego brak na nocnym niebie oznacza dla ludzi, dla przyrody, dla świata.

Ilustracje Jimmy'ego Liao doceniono już w wielu częściach świata. Są wyraziste, lekko niepokojące, pobudzające do myślenia i skłaniające do tego, by do nich wracać.

Książka Jimmy'ego Liao jest dla mnie opowieścią o tęsknocie i o tym, że nie sposób zaspokoić potrzeby czyjejś obecności, czyjegoś współistnienia żadnymi namiastkami. Opowieścią o tym, że czasami coś dane wielu jest lepsze niż to samo ograniczone tylko do jednego człowieka, o tym, że szczęście bardziej cieszy, gdy dzielimy je z innymi. 

Ciekawa jestem, o czym Wam napisał Jimmy Liao w książce "Księżyc zapomniał".

06 listopada 2012

Małgorzata Kursa. Ekologiczna zemsta.


Wydane przez
Wydawnictwo Prozami

Książki Pani Małgorzaty Kursy dobrze mi robią na samopoczucie. I w zasadzie mogłabym tym zdaniem skończyć, ale nie umiem odmówić sobie przyjemności przedstawienia Wam najnowszej powieści jednej z moich ulubionych pisarek.

Malwina Letycja Pędziwiatr to kobieta w słusznym wieku, która po wielu latach mieszkania na obczyźnie wraca do Polski. Ku swojemu zdumieniu akceptuje (by później polubić) zięcia i bez żadnych zadrażnień mieszka w jednym domu wraz z córką i jej mężem. Zadrażnienia pojawiają się jednak w zupełnie innym aspekcie życia i jest to ściśle związane z dawno niewidzianą przyjaciółką Malwiny, Elizą.

Jak ukarać złodzieja napadającego na kobiety i wyrywającego im torebki? Czy da się nauczyć opornego buca troski o środowisko? Przekonać opornego męża, że rodzina jest ważniejsza niż alkohol?

Mimo poważnej tematyki opowieść o dwóch kobietach porządkujących świat wokół siebie z szkodników przy pomocy ekologicznych metod budzi radość. Autorka nasyciła swoje bohaterki niebywałą żywotnością, przekonaniem o mocy działań prowadzonych w dobrej wierze, siłą wywodzącą się z przyjaźni, co sprawia, że pozostaje zazdrościć obydwu paniom ciekawego życia. Tym, którzy w książkach szukają wątków romantycznych nie zawiodą się; dwoje młodych, szalenie przytomnych życiowo, bohaterów z pewnością przypadnie do gustu czytelnikom "Ekologicznej zemsty".

Pani Małgorzato, pozostaje mi kolejny raz podziękować Pani za książkę. Sprawiła mi dużo radości.

Małgorzata Musierowicz. McDusia.


Wydane przez
Wydawnictwo Akapit Press

Znajomość z Jeżycyjadą zaczęłam od "Kwiatu kalafiora" dawno, dawno temu. Od tamtej pory przeczytałam wszystkie książki Małgorzaty Musierowicz darząc większą lub mniejszą sympatią poszczególnych bohaterów.

Akcja "McDusi" rozgrywa się w ostatnich dniach 2009 roku. Do Poznania przyjeżdża wnuczka profesora Dmuchawca, cudownego wychowawcy i wspaniałego nauczyciela. Magda, miłośniczka szybkiego i niezdrowego jedzenia, przyjeżdża, by uporządkować mieszkanie dziadka; nie czuła się z dziadkiem związana. Ów brak związku widać, podobnie jak widać - korespondującą z przezwiskiem - osobowość dziewczyny.

Życie w domu Borejków, bo tu trafia Magda, toczy się swoim normalnym, szalonym rytmem. Przy stole jest zawsze dużo osób, niektóre z dzieci przejawiają nadmierne, jak na swój wiek, zainteresowanie kulturą wysoką, gwar i rozgardiasz panuje nad codziennością, a bliski ślub Laury nie wprowadza spokoju w życie rodziny.

Czytałam wiele wypowiedzi oceniających "McDusię". Zgadzam się z tymi, które twierdzą, że bohaterowie najnowszej powieści Małgorzaty Musierowicz, są inni, charakterologicznie, od bohaterów z dawniejszych książek. Dziwiłabym się, gdyby byli wciąż tacy sami. Niektórzy, ortodoksyjnie śledzący rozwój wydarzeń w kolejnych tomach serii, wytykają Autorce pomyłki. Z tymi się nie zgadzam - fikcja literacka nie musi być jednolicie zgodna z wcześniejszymi założeniami.

Z przyjemnością obserwowałam dorastanie kolejnego pokolenia w, szeroko rozumianej, rodzinie Borejków.  I choć wątpię, aby najmłodsi bohaterowi "McDusi" skłonni byli do tworzenia powiedzonek typu "Kto mlaszcze, dostanie w paszcze", cieszę się z lektury. I będę czekała niecierpliwie na kolejny tom Jeżycyjady.

05 listopada 2012

Aida Amer. Rantis.


Wydane przez
Wydawnictwo Amea

Rzadko sięgam po powieści, których akcja dzieje się w odmiennej od naszej przestrzeni kulturowej. Najczęściej dzieje się tak z powodu moich ograniczeń; boję się, że nie dostrzegę idei przekazywanych przez autora, że nie będę umiała docenić piękna opowieści. W przypadku "Rantis" też miałam obawy, ale ta recenzja przekonała mnie, że warto przeczytać to, co napisała Aida Amer.

W niewielkim, palestyńskim miasteczku, o którym w Ewangeliach pisano jako o Arymatei, życie toczy się tylko pozornie w spokojnym tempie. Codzienność mieszkańców toczy się utartymi szlakami, które jednak co jakiś czas zaburza, a to poszukiwanie zagubionego chłopca, a to dziecko przychodzące na świat, wojsko detonujące domy lub śmiertelny wypadek. Niezmiennymi elementami wydają się być Fatima, Miriam i Jaser. "Wydają się" to kluczowe słowa poprzedniego zdania.

Baśniowość prozy Aidy Amer zdumiewała mnie w momentach, gdy w fabułę wplatane były motywy przetargu na budowę drogi, czy kształcenie uniwersyteckie. I mimo, że autorka pozwala na umiejscowienie czasu opisywanych przez siebie w określonym czasie, skłonność od traktowania opowieści o Palestynie jako o kraju na poły mitycznym, sprawiała mi niespodzianki.

Spodziewałam się, że "Rantis" będzie powieścią oderwaną od realności, od czasu, od świata, który znam. Dostałam przepięknie napisaną opowieść o społeczności małej miejscowości, społeczności, która poza zmaganiami z relacjami pomiędzy poszczególnymi mieszkańcami musi mierzyć się z uwarunkowaniami wielkiej historii.

Ach, jak nam było dobrze...

Gusia nadal przychodzi spać ze mną na poduszce. Nie zawsze, dość grymaśnie, ale przychodzi. Wie jednak kiedy będzie mnie budził budzik i w te noce opuszcza mnie gdzieś nad ranem, by tylko nie być budzoną piszczącym telefonem. Zanim jednak nastanie ten niemiły moment doby, Gusia rozciąga się wzdłuż poduszki, omiata mnie ogonem i cichutko burczy. Głaskana zaczyna burczeć głośniej i wówczas najczęściej zasypiam. Nie dam rady mieć burczącej Gusi koło ucha i nie spać. Po prostu się nie da...

Zaczęłam dziś od Gusi, bo o ile jej spaniem na mojej poduszce się nie przejmuję, martwi mnie nieco Guziolkowa odmowa jedzenia pokarmu suchego. Kupiliśmy jedno - jadła, by po 2-3 dniach powiedzieć, że jej nie smakuje. Dobra dusza, ciocia Z., zamówiła koteczce inne żarełko, a które Gusia rzuciła się z zapałem. Zapał minął po 3-4 dniach. Próbowałam obejrzeć Gusiowe zęby, jeden wydał mi się nieco podejrzany, ale dziąsła ma ładne, a poza tym - jak wiedzieć, czy ząb jaki właśnie dotykam kota boli, jeśli kot krzyczy na mnie podczas całego, bardzo skomplikowanego, procesu zaglądania do kociej paszczy?

Podczas czterech dni wolnych pławiliśmy się w luksusie bycia razem. Sisi nie mogła się zdecydować kogo bardziej lubi ugniatać i gryźć w nos, Duszka zwabiona "dobrym" zdecydowała się opuścić swoją ulubioną podusię i towarzyszyła nam w pokoju. Nusia a to szalała z Wojtkiem, a to wylegiwała się nadstawiając puszysty brzuszek (Jak z watki - mówi Z.) do głaskania. Gusia większość czasu spędzała na bocianim gnieździe (Widzieliście te kocie meble? Ale bym chciała!) na krześle lub na naszych kolanach. Wojtek szalał z Nusią, ganiał pozostałe kotki, bawił się piłkami, skakał z drapaka na niewyobrażalną odległość i z solidną prędkością. Miał oczywiście też chwile wyciszenia; nieliczne, choć długotrwałe.



  


















Wojtek burczy z gardła. Innym kotom dźwięk wydobywa się z brzucha, jemu zatrzymuje się na poziomie krtani. A poza tym... Na Wojtkowym nosie, po bokach, są dwie kropeczki. I z tych kropeczek wyrastają włoski. Zdumiało mnie to bardzo, bo żadna z kotek nie ma takiego dodatku. Czy to cecha tylko chłopięca? Wiecie coś o tym?

Duszka od pewnego czasu, razem z Sisi, czeka na mnie, gdy wracam z pracy, na przedpokojowej szafce. I teraz już muszę się nachylić od obydwu, by powąchały świat jaki ze sobą przynoszę do domu.

P.S. Tak, wiem - znów nawrzucałam mnóstwo podobnych sobie zdjęć. Ale wiecie..., rozumiecie...