31 stycznia 2013

Śpi się. Albo się próbuje...










Pod kocem/kołdrą jest oczywiście człowiek;-)

29 stycznia 2013

Nietypowy kalendarz


Pierwszy raz zobaczyłam multiplaner na Targach w Warszawie. Zatrzymałam się na chwilę, wzięłam wizytówkę, by nie zapomnieć o czymś tak nietypowym, jak to, co widziałam i... zapomniałam o tym, że ją mam. Dopiero robiąc porządki późną jesienią wróciłam do pomysłu i zainteresowałam się bliżej, czym tak naprawdę jest multiplaner i co go różni od kalendarza.

Po pierwsze - jest podzielony na trzy poziome części.




Pierwsza z nich ma zakładki, na nagłówku których piszemy o ważnych dla siebie sprawach, by później - w odpowiednich zakładkach - pisać o realizacji zadań właściwych owym sprawom. Poniżej jest kalendarz, którego obsługi tłumaczyć chyba nie trzeba :-) Ostatnia część to notatnik nieco fikuśnie numerowany.


Na szczęście jest instrukcja obsługi. Zarówno taka zamieszczona w kalendarzu, jak i filmowa, która być może wyjaśnia więcej:


Prawda, że łatwe i przyjemne?

W multiplanerze jest duży, przestrzenny kalendarz obejmujący okres od października 2012 roku do marca 2014, co mnie pozwala zapamiętać, gdzie i kiedy wyjeżdżam ;-)


Pracuję z multiplanerem codziennie (albo codziennie się staram) i dostrzegam jak bardzo przydatny jest dla osób, które realizują własne pomysły zawodowe, zmiany stylu życia, uczą się języków, kształcą nowe umiejętności.

Przeczytajcie list do użytkowników multiplanera i zastanówcie się, czy z kalendarza nie przesiąść się na jego bardziej rozbudowaną wersję :-)


[klik w zdjęcie]

27 stycznia 2013

Nawyki żywieniowe

Kiedyś w rozmowie z dziewczynami odwiedzającymi koty w schronisku poruszyłyśmy temat kotów, które zestresowane nowym otoczeniem, osamotnieniem i ogólnie rzecz ujmując - zamianami życiowymi, odmawiają jedzenia. Pracownicy i wolontariusze szukają wówczas czegoś, na co koty się skuszą. Surowe i gotowane mięsa, suche i mokre jedzenie, a także jedzenie "ludzkie", na przykład makaron. Gdy okaże się, że kot chętnie je to ostatnie, niemal automatycznie pojawia się myśl o tym, że był kiepsko karmiony w domu, bo skoro je makaron...

Gdyby poddać analizie obyczaje żywieniowe Wojtka należało by dojść do wniosku, że jest biednym, byle jak karmionym kotkiem. Dlaczego? Oprócz mięsa pod każdą postacią Wojtuś gustuje w makaronie, ziemniakach, dyni, marchewce, fasoli strączkowej, maśle, zielonym groszku, płatkach kukurydzianych, serze, żółtku jajka. Ostatnio próbował poczęstować się także kaszą jaglaną (ale chyba szczypała go w język), ale za to zarzucił jedzenie jogurtu naturalnego. Wszelkie szeleszczące maszkieciory (chrupki czy chipsy) powodują stan wzmożonego zainteresowania kotka, więc nie jadamy tego typu przekąsek. 


Dla Wojtka świat składa się z rzeczy jadalnych i takich, których jeść się nie da. Mam wrażenie, że jego zdaniem więcej jest tych pierwszych.

P.S. Ostatnio, chyba nieco proroczo, wyraziłam opinię o tym, że strach myśleć o tym jaki Wojtek będzie duży. Z. odrzekł - "Dopiero będzie?", co przyjęłam ze śmiechem. Odwiedzająca nas wczoraj koleżanka powiedziała - "Wiecie, jaki on będzie duży?" :-)

24 stycznia 2013

Status zwierzęcia. Zagadnienia filozoficzne i prawne.


Wydane przez
Wydawnictwo Adam Marszałek


Na książkę składają się teksty z rozmaitych dziedzin, a wiele tekstów pisanych jest w kontekście prawniczym, co jest jak najbardziej zrozumiałe w świetle tego, że tom jest owocem projektu realizowanego przez Wydział Prawa Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.

Znajdziemy w książce referaty na temat przepisów prawnych dotyczących zwierząt, natomiast mnie najbardziej podoba się tekst prof. Huberta Izdebskiego zatytułowany „Prawa zwierząt czy prawo zwierząt?”. Izdebski wyjaśnia, że tytuł nie jest grą słów, tylko ma ukazać poważny problem. W języku angielskim nie mielibyśmy kłopotów z tytułem, bo tam mowa jest o „animal rights” oraz o „animal law”, czyli o podmiotowych prawach zwierząt i przedmiotowym prawie zwierząt. W języku polskim zarówno na „law” jak i „rights” mówimy „prawo” lub „prawa”.

Autor proponuje koncepcję, w myśl której podstawą prawa zwierząt rozumianego jako „law” nie są prawa zwierząt w rozumieniu „rights” tylko szczególny status zwierząt. Stanowisko Izdebskiego jest bardzo ważne, jakkolwiek być może pozbawione swoistego romantyzmu i naiwności, ale za to jest to stanowisko dobrze przemyślane i solidnie uargumentowane. Izdebski trafia w punkt:
Problem sprowadza się zatem nie do tego, czy powinniśmy – i tu cytat z Deklaracji Praw Zwierząt przyjętej przez UNESCO w Paryżu 15 października 1978 roku - "obserwować, rozumieć, szanować i kochać zwierzęta", ale tego, jakie z tego wynikają wnioski dla sfery normatywnej, w szczególności dla unormowań prawnych. [s. 35]
Bardzo dobry tekst zatytułowany „Sześć zasad prawa ochrony zwierząt” daje Justyna Zwolińska. Autorka (i nie tylko ona w tej książce) znakomicie pisze o mocno ugruntowanym antropocentryzmie w postrzeganiu zwierząt i proponuje wykorzystać ów antropocentryzm z największym pożytkiem dla ochrony zwierząt.

Pierwszym, nie licząc „Wstępu”, tekstem książki jest artykuł prof. Jana Woleńskiego zatytułowany „Podmiotowość zwierząt w aspekcie filozoficznym”. Na początku autor stwierdza, że nie jesteśmy zdolni do wyartykułowania filozofii zwierząt (w sensie: o zwierzętach) z innego niż antropologiczny punkt widzenia. [s. 13] Woleński jednak nie poddaje się i utrzymuje, że coś z tym antropologicznym, albo lepiej – antropocentrycznym punktem widzenia można zrobić. Przede wszystkim trzeba poznać mechanizmy:
Podnosi się, że zwierzęta nie mają praw, gdyż nie są świadome. Dane psychologii wskazują jednak, że jest to teza fałszywa. Możemy co najwyżej powiedzieć, że świadomość zwierząt jest inna niż ludzka, ale po prawdzie nie bardzo potrafimy wskazać, o jakie różnice chodzi, gdyż wyprowadzamy wnioski tylko z samoobserwacji. [s. 22]
Wiedzieć to, o czym pisze autor, to już bardzo dużo. Woleński proponuje zoologię filozoficzną, na początek pojmowaną jako narzędzie, za pomocą którego można prowadzić rozważania nad podmiotowością zwierząt oraz ich praw.

„Status zwierząt” to książka cenna, mówiąca o zwierzętach, ich prawach i naszym podejściu do zwierząt w wielu aspektach. Nie trzeba zgadzać się z każdą tezą zaprezentowaną przez autorów, bowiem istotne jest to, że mamy kolejny głos w dyskusji o statusie zwierząt i to głos bardzo ważny.

23 stycznia 2013

SPA

Przed Świętami przestawiliśmy w pokoju. Stoły wylądowały pod oknem, a koty znalazły w tym ustawieniu wielką szansę na własny relaks. Wystarczy jedynie położyć się na krawędzi stołu, tuż za komputerem, by móc pochłaniać całe ciepło unoszące się znad grzejnika. Do miejsca oferującego usługę nagrzewanie całego ciała jest zazwyczaj kolejka. Sisi rozważa pozycję walcząc z ogarniającą ją sennością.



Po nagrzewaniu należy zdecydowanie oddać się relaksującemu leżeniu na półce na koty. Z naszego doświadczenia wynika, że na półce nie może stać nic więcej niż stoi. Chyba, że chcemy ćwiczyć wielokrotne podnoszenie różnych przedmiotów z podłogi.


Czas na pełnię relaksu. Masaż stóp i przestrzeni międzyplczastych połączony z głaskaniem ogona i przeczesywaniem sierści.





A na koniec - zabieg stabilizujący temperaturę ciała. Umywalka chłodząc zapewnia w optymalnym czasie powrót do stałej temperatury, a jednocześnie daje szansę na nawilżenie uprzednio wymasowanych stóp.

20 stycznia 2013

Niedziela z psami

Zgodnie z zapowiedzią odwiedziłam dziś II Zimową Krajową Wystawę Psów Rasowych. Ludzi było mnóstwo, psów również, a ja przez ponad dwie godziny nie mogłam oderwać wzroku i aparatu. Niespodziewanie zostałam podczas rozmowy zachęcona do głaskania akity japońskiej, nieco później natknęłam się na przyjacielskiego owczarka podhalańskiego, na wodołaza, czyli nowofunlanda, a także na radośnie usposobioną pieskę rasy... Hm, tu mam kłopot - może jakaś buldożka? W każdym razie raźnie oparła się o moje kolana, próbowała dosięgnąć językiem mojej twarzy, a na koniec wystawiła brzuszek do głaskania. To ta sunia:

Psy lubię raczej duże, więc próbując nie dostać oczopląsu, fotografowałam:






Miło było zobaczyć sympatię jaka łączy ludzi z ich psami:





Zachwycona spotkaniem z tak wieloma czworonogami nie mogę jednak nie wyznać, że czuję się lekko zmieszana widząc:





Najbardziej w oczy rzucały się tzw. berneńczyki. Gdy zerknęłam na listę psich ras i ich przedstawicieli zaczęłam przypuszczać, ze ta rasa stała się w Polsce modna. Tak jak kiedyś yorki, labradory, czy inne. Z niepokojem patrzę na taką modę.

Berneński pies pasterski - 48
Labrador Retriever - 47
Buldog francuski - 44
Golden Retriever - 39
Yorkshire Terrier - 38
Staffordshire Bull Terrier - 33
Siberian Husky - 32
Border Collie - 25
Chihuahua krótkowłosy - 21
American Staffordshire Terrier - 21

Przedstawiciele pozostałych ras byli reprezentowani w liczbie poniżej 20.

A oto pies, który zasłużył na miano najradośniej pozującego:


P.S. Pozostałe zdjęcia.

19 stycznia 2013

Midas Dekkers. Poczwarka. Od dziecka do człowieka.



Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

W książce „Zrozumieć psa” John Bradshow pyta: - Skąd psy wiedzą, że dzieci są małymi ludźmi, a nie całkowicie innym gatunkiem?

 I odpowiada: - Nie wiedzą.

A Midas Dekkers pisze tak:
Jeśli się dobrze przyjrzeć, to okaże się, że pomiędzy hodowaniem zwierząt i dzieci jest więcej podobieństw niż różnic. W supermarketach dla jednych i drugich wydzielono odrębne półki. Puszek dla kotów i psów nie należy szukać w pobliżu jedzenia dla człowieka, także odżywki dla dzieci stoją daleko od produktów dla ludzi, żeby się klient przypadkiem nie pomylił. [s. 350]
Mamy tu zatem opozycję: dzieci – ludzie. Czy Dekkers mówi nam, że dzieci nie są ludźmi? Rzecz jasna Dekkers doskonale wie, że każde dziecko jest egzemplarzem Homo sapiens sapiens, ale jednocześnie ciągle podkreśla, że małe dziecko jest niejako postacią larwalną, która dopiero przeobrazi się w dojrzałego osobnika.

Teza Dekkersa może wydawać się kontrowersyjna, ale czy kontrowersyjne jest twierdzenie, że larwa i poczwarka motyla nie są motylem? Dekkers utrzymuje, że dzieci nie należy traktować jak dorosłych, tyle, że małych ludzi i kładzie nacisk na to, że wychowywanie larwy (czyli dziecka) na człowieka nie ma sensu, bo i tak nie może się udać, natomiast ta larwa sama dojdzie do tego, jak przepoczwarzyć się w człowieka.

Moim zdaniem nie należy przejmować się retoryką Dekkersa, tylko uważnie czytać jego książkę, bo jest to książka znakomita. Autor kapitalnie pisze o zwierzętach, podaje, w przystępnej formie, mnóstwo informacji na temat tego, jak zwierzęta funkcjonują. Właściwie większość tekstu dotyczy zwierząt, a nie ludzi i bardzo dobrze, bowiem jeśli nawet da się w ogóle zrozumieć ludzi, to z pewnością nie da się ich zrozumieć bez zrozumienia zwierząt.

Wiele jest w książce pięknych fragmentów; oto jeden z nich, na zachętę:
Wydaje się to mało przyjemne, ale bądźmy szczerzy: widzisz w psie czy kocie człowieka, tak jak twój pupil widzi w tobie zwierzę. Dlaczego więc mówisz do zwierzaka w ludzkim języku? Miłość między ludźmi i zwierzętami opiera się na czystym pomieszaniu języków, ale w najwspanialszy z możliwych sposobów. [s. 221]

O ludziach Dekkers też pisze, bardzo celnie, z wielkim humorem; na przykład o ludziach i małpach pisze tak:
Mamy blisko 99 procent wspólnego DNA. Jeżeli chcemy nadal utrzymywać, że każde stoi po dobrej stronie kratek w zoo, to ten 1 procent musi mieć bardzo decydujący głos. [s. 340]
„Poczwarka. Od dziecka do człowieka” to świetna książka, przekazująca kawał rzetelnej wiedzy. Jednocześnie jest to książka – i kto chce, uzna to za stwierdzenie tak patetyczne, że aż zęby bolą – która uczy pokory.

18 stycznia 2013

Przed nami...

weekendowy czas na przytulańce, głaskanie, robienie "dawać tego kota", "poka brzuszek" i wszelkie inne przyjemności wynikające z tego, że mamy dużo czasu dla siebie.

Dziękuję serdecznie za wszystkie głosy oddane przez Was w konkursie. Jest nam bardzo miło, że wsparliście Kociokwik.

Oprócz bycia Wielką Miłośniczką Kotów jestem również Miłośniczką Zwierząt Wszelkich. I jako taka wybieram się w najbliższą niedzielę na Wystawę Psów Rasowych. Nigdy nie byłam na tego typu wydarzeniu z psami w roli głównej i choć nie łudzę się, że będzie mi dane głaskanie wszystkich tych czworonogów, które bym chciała, chcę pooglądać psy. 1271 psów.

Skoro już o psach mowa... Codziennie rano, na dużym skrzyżowaniu w centrum miasta widzę berneńczyka z panem. I to, niejako automatycznie, skłania mnie do zadawania sobie pytania, czemu ludzie postępują bezrefleksyjnie wybierając psiego przyjaciela? Wokół tego skrzyżowania pełno jest bloków, a najbliższy park nikczemnych rozmiarów jest o przystanek dalej (porządny jest o 4 przystanki, ale nie sądzę, aby właściciel psa o 6:50 jeździł z nim do dużego parku). Czy berneńczyk może mieszkać w bloku? Pewnie może. Ale czy musi? Mając koty wiem, że raczej nie powinnam zapraszać do domu psa rasy husky. W naszym mieszkaniu mało komfortowo czułby się mastif, kaukaz, czy dog.

W części "Książki o zwierzętach" zamieściłam link do książki "Etyka a to, co jemy". Zapraszam.

Udanego weekendu!

17 stycznia 2013

Mika Waltari. Trylogia rzymska. Tajemnica Królestwa.

Wydane przez
Wydawnictwo Książnica

Marek Mezencjusz Manilianus spędzając zimę w Aleksandrii szczególnie mocno interesuje się przepowiedniami i proroctwami zapisanymi w księgach zgromadzonych w aleksandryjskiej bibliotece. Z zapisków wynika, że około 30 lat temu narodził się Mesjasz. Po wielu dyskusjach z uczonymi Marek wyjeżdża do Jerozolimy. Do miasta dociera w przeddzień Paschy, w dzień ukrzyżowania trzech mężczyzn na wzgórzu poza miastem. Mężczyzna stoi pod krzyżem z przybitą tabliczką "Król Żydowski" i widzi jak kona Jezus. Zafascynowany reakcją ludzi, pomny przepowiedni pragnie zgłębić słowa jakie zagadkowy Nauczyciel przekazywał swoim uczniom.

Bohater książki z pamiętnikarską dokładnością zapisuje wszystkie informacje zasłyszane na temat Jezusa. Wędruje w ślad za zwiększającą się grupą zwolenników Nazarejczyka, spotyka tych, którzy mieli okazję znać Go osobiście, rozmawia z kobietami, których Jezus nie odtrącił i zmienia się pod wpływem tego, co słyszy i czego oświadcza.

"Trylogia rzymska" należy do tych lektur, które się smakuje, przez które nie przebiega się w poszukiwaniu rozrywki, strachu, czy wzruszających historii miłosnych. Historia początków chrześcijaństwa opowiadana przez Mika Waltariego jest na tyle sugestywna, że trudno uwierzyć, iż Autor nie napisał tego będąc uczestnikiem wydarzeń z I wieku naszej ery.

P.S. Przede mną, co mnie cieszy, jeszcze dwa tomy:

   

16 stycznia 2013

Charlotte Link. Dom sióstr.


Wydane przez
Wydawnictwo Sonia Draga

Nieco z przestrachem myślałam o tym, jak wiele czasu zajmie mi wysłuchanie książki, której nagranie ma 1335 minut. Słucham tylko 2 godziny dziennie, w drodze do i z pracy, co znacznie oddala moment zapoznania się z całością lektury. Odważyłam się jednak i kolejny raz - nie żałuję.

Barbara i Ralph przyjeżdżają z Niemiec do niewielkiego i uroczego domu położonego w Yorkshire. Małżeństwo, separując się od rodziny, przyjaciół i przede wszystkim pracy,  podejmuje nieco rozpaczliwą próbę ratowania swojego związku. Odcięci przez śnieżycę od świata zewnętrznego muszą przeżyć w domu pozbawionym prądu, ciepłej wody i z minimalnymi zapasami jedzenia. Ralph ambicjonalnie podejmuje się zadbania o to, by w domu było ciepło, a Barbara - odnalazłszy przez przypadek zapiski właścicielki domu - zgłębia historię Westhill House i jego mieszkańców. Wraz z Barbarą obserwujemy świat z początków XX wieku, rodzący się ruch sufrażystek, wydarzenia I i II wojny światowej. Wydarzenia światowe stanowią doskonałe tło dla przedstawienia losów Frances Gray i jej najbliższych.

"Dom sióstr" to saga rodzinna z elementami sensacji, czy tematyki wojennej. Książka, której postaci są różnorodne, barwne, a ich postępowanie wymyka się niejednokrotnie ocenom moralnym. Powieść Charlotte Link to lektura, której doskonale poprowadzone wątki sprawiają, iż trudno rozstać się z jej bohaterami.

Bywały momenty, szczególnie na początku słuchania, że drażnił mnie głos lektorki. Później przywykłam i tylko w scenach, które wymagały podniesienia głosu odczuwałam dyskomfort. Zdumiewało mnie to, jak przekonująco brzmiała Joanna Jeżewska wcielająca się w kolejne osoby powieści. Najkrótszy z fragmentów książki trwał nieco ponad 10 minut, najdłuższy - aż 42 minuty i 16 sekund. Średnio odcinki liczyły koło pół godziny.

Polubiłam "Dom sióstr" na tyle, że wracając po Świętach po pracy cieszyłam się, że będę mogła, jadąc autobusem, słuchać książki. I już dziś wiem, że to spotkanie z Charlotte Link nie będzie moim ostatnim  spotkaniem z Autorką.

15 stycznia 2013

Peter Singer, Jim Mason. Etyka a to, co jemy.


Wydane przez
Wydawnictwo Czarna Owca


Petera Singera znam, Jima Masona poznałam dopiero przy okazji tej książki. Po przeczytaniu informacji o książce spodziewałam się, że autorzy opiszą warunki, w jakich trzymane są zwierzęta hodowlane, że opisy te będę pełne makabrycznych faktów i że będzie mi bardzo trudno czytać to wszystko.

I rzeczywiście, Singer i Mason pokazali szczegółowy obraz ferm przemysłowych i jest to obraz straszny, natomiast autorzy nie mieli na celu epatowania czytelników okropnościami, bowiem książka poświęcona jest przede wszystkim etyce. Oto czytamy we „Wstępie”: 
Rzadko uważamy, że to, co jemy, jest kwestią etyki. Kradzież, kłamstwo, wyrządzanie krzywdy innym – owszem, te postępki możemy oceniać jako moralne lub niemoralne. Wielu zaliczyłoby do tej grupy także naszą działalność społeczną, wspaniałomyślność wobec bliźnich w potrzebie oraz – a może przede wszystkim – życie seksualne. Ale jedzenie – sfera ważniejsza niż seks, która dotyczy nas wszystkich – jest na ogół postrzegana inaczej. Zastanów się, czy kariera polityka mogłaby być przesądzona po ujawnieniu tego, co on jada? [s. 13]
Singer i Mason są zdania, że kwestia jedzenia mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego powinna być przedmiotem namysłu etycznego; autorzy wyróżniają tu wiele kwestii szczegółowych. Są przecież ludzie, którzy jedzą mięso każdego pochodzenia i nie przejmują się tym, w jakich warunkach żyją zwierzęta przeznaczone na ubój; są tacy, którzy nie jedzą mięsa zwierząt hodowanych przemysłowo, i są wreszcie ci, którzy mięsa nie jedzą w ogóle. Jedni jedzą ryby pochodzące z każdego źródła, inni nie jedzą ryb hodowlanych. Kolejny ciekawy problem, na który wskazują autorzy, to ten, że nieprzemysłowe metody produkcji żywności zwykle są droższe, czasami nawet znacznie, od metod przemysłowych, dzięki którym wielu ludzi może w ogóle jeść mięso.

W książce zostało przedstawionych mnóstwo kwestii, o których większość ludzi, w tym ja, nie ma pojęcia. Nie zajmowało mnie nigdy zjawisko przyłowów, polegające na tym, że w sieci statków wpadają gatunki niechciane przez rybaków; ów przyłów, zwany „chłamem”, najczęściej jest wyrzucany za burtę, a wyrzucane zwierzęta w dużej części są już martwe. Nie wiedziałam, że na jednego złapanego dzikiego łososia przypada trzysta sprzedanych łososi pochodzących z hodowli. Nie wiedziałam, że łososiom hodowlanym podaje się sztuczny barwnik po to, aby ich szarawe mięso zabarwić na różowo, tak, by wyglądało na mięso dzikiego łososia. Nie wiedziałam mnóstwa rzeczy, o których piszą Singer i Mason i właśnie przede wszystkim te nowe dla mnie informacje stanowią o wartości książki.

Singer i Mason potrafią sprawić, żeby czytelnik wiele kwestii związanych z jedzeniem zaczął postrzegać w kontekście etycznym i to jest wielka zasługa autorów, za których poglądami nie idę jednak w ciemno, bo przecież pamiętam, jakie propozycje, dotyczące nie tylko i nie przede wszystkim zwierząt, przedstawiał w przeszłości Singer. Książka, jak mi się wydaje, jest po prostu rzetelnym opracowaniem ważnego problemu, materiałem do dalszych studiów i przemyśleń i za to autorom należą się duże brawa.

14 stycznia 2013

Pamięci Petunii



Od piątku, tego po Nowym Roku, jeździliśmy z Petunią do doktora. Kotka źle się poczuła we wtorek, w środę była u lekarza na wyjeździe, a od piątku odwiedzała gabinet doskonale nam znany. Istniało podejrzenie (a nawet diagnoza postawiona przez doktora na wyjeździe), że jest to FIP. Była pod stałą opieką lekarską - i w gabinecie, i w kontakcie telefonicznym. Piątek, poniedziałek, wtorek, środa. W środę zrobiono mofrologię i wykluczono FIP. Badania wskazały na chłoniakomięsaka. Petunia w środę poczuła się lepiej, sama zjadła, była nieco ożywiona. W czwartek od rana też było dobrze. Niestety - jeszcze przed południem kotka poczuła się bardzo źle i musiano pomóc jej odejść [tu jest wpis forumowy człowieka Petunii].

Petunia trafiła do naszej łazienki 30 stycznia 2012 r. Kilka dni później okazało się, że ma białaczkę. 22 lutego trafiła do swojego domu, gdzie jakiś czas później trafił też białaczkowy Ptyś. Teraz dom jest już pusty... Ptyś zmarł 30 września.

*********************************************************************************

Ostatnie kilka dni spędziłam wśród tysięcy ludzi i tysięcy gołębi. Ilekroć wracałam do domu zastanawiałam się jak wielką radość miałyby nasze koty widząc tyle ptactwa. 

Dobrze było mi dziś spędzić dzień w domu i z kotami. Bardzo dobrze...

13 stycznia 2013

Diane Chamberlain. Szansa na życie.

Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Odrzuciwszy teorię o programach komputerowych podpowiadających autorowi, co powinien napisać i kiedy tworząc powieść, mam niecne podejrzenie, że Diane Chamberlain uczęszczała na ten sam kurs pisarstwa, na którym kształciła się Jodi Picoult.

Córka Janine od 3 roku życia zmaga się z ostrą niewydolnością nerek. Dziewczynka marzy o codzienności, której nie odmierzają dializy, opuchlizna i szybkie zmęczenie. Szansa na normalność pojawia się wraz z eksperymentalną, ziołową terapią, której jednak przeciwny jest ojciec Sophie i jej dziadkowie. Mimo sprzeciwu innych Janine kieruje córkę na terapię, a widząc doskonałe rezultaty pozwala dziewczynce wyjechać na weekendowy obóz. Samochód, którym Sophie wracała z obozu nie dociera jednak na umówione miejsce i od tej chwili zaczyna się wyścig z czasem - dziewczynka musi przyjmować lekarstwo i uczestniczyć w terapii.

Książkę Diane Chamberlaine czytało mi się błyskawicznie. I choć obawiam się, że równie błyskawicznie będzie mi się o niej zapominało, pewnie spotkawszy na bibliotecznej półce książki amerykańskiej pisarki, nie będę potrafiła ich nie wypożyczyć i nie przeczytać.