28 lutego 2013

Wiem, że...

to znów Gusia. Ale nie mogłam się oprzeć - stąd też trzy zmodyfikowane graficznie odsłony. Półka na koty zastawiona książkami; miejsce powoli się nam kończy...




Agnieszka Stelmaszyk. Tata i ja.


Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Wciąż rzadkim w literaturze dziecięcej jest temat ojcostwa. Owszem, zdarzają się pojedyncze tytuły, ale nadal królują matki. Tym bardziej cieszy pojawienie się książki Agnieszki Stelmaszyk opisującej dni, jakie córka spędza z tatą.

Sześć historii, które swój początek mają w zwykłych, codziennych sytuacjach, a które rozwijają się w przedziwne, magiczne wydarzenia, z pewnością pobudzi wyobraźnię niejednego dziecka i jego taty. Przykład Milenki pokazuje, że więź łącząca rodzica i dziecko może stać się podstawą do przeżywania wspólnych chwil z pasją, radością i w niesztampowy sposób.

Czytanie książek, plażowanie nad jeziorem, seans w planetarium, zabawy na piaszczystym brzegu morza, zwiedzanie średniowiecznego zamku to sytuacje jakich wiele w czasie weekendowych, czy wakacyjnych wędrówek. A jednak - dzięki kreatywności ojca i córki mogą przerodzić się w przygodę przez wielkie "P". I przecież o to chodzi, prawda? Ważny jest czas jaki rodzina może spędzić ze sobą, ważna bliskość, która sprawia, że wspólny czas jest świętem.

Podsuńcie książkę Agnieszki Stelmaszyk ojcom swoich dzieci. Niech Przygodę rozpoczną od wspólnej lektury.

27 lutego 2013

Renata Piątkowska. Zbój. Opowiadania o koniach i konikach.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

O tym, że cenię bardzo Renatę Piątkowską pisałam już kilkukrotnie. Cieszę się, że dziś mam okazję kolejny raz wyrazić swoje uznanie.

Dziesięć opowiadań o koniach to doskonały prezent dla tych wszystkich dzieci, które lubują się w zapachu stajni i na widok koni uśmiechają się najradośniej jak mogą.

Konie w tekstach Renaty Piątkowskiej są mądre, czują, zawierają przyjaźnie, porozumiewają się bez słów z ludźmi, dla których są ważne. Dzięki koniom dzieci uczą się obowiązkowości, a dorosłym zdarza się uchronić od niezbyt szczęśliwej przyszłości. Konie, koniki... Pracujące na polach, w wojsku, kopalniach, w miastach, zaprzęgnięte do dorożek, w zawodach hippicznych - z człowiekiem i w służbie człowiekowi. W zbiorze "Zbój" są jak żywe i budzą pozytywne emocje.

Polubiłam czworonożnych bohaterów opowiadań Renaty Piątkowskiej. Mimo, że nie miałam nigdy okazji by zaprzyjaźnić się z końmi, doceniam kunszt w jaki Autorka opisała zwierzęta, jak udanie poprowadziła ich historie podkreślając wielką rolę szacunku jaki człowiek powinien okazywać koniom.

26 lutego 2013

Lucy Dillon. Psy, Rachel i cała reszta.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Rachel ma doskonale płatną pracę i mężczyznę, który jest czyimś mężem. Życie, choć w biegu i nieco pustawe, sprawia jej satysfakcję; być może dlatego, że nie ma czasu zastanowić się nad tym, co ją mentalnie uwiera, a być może dlatego, że zastanawiać się po prostu nie ma ochoty.

I nagle - zmiana. Diametralna, można rzec. Nie ma pracy, nie ma faceta, nie ma także mieszkania, które było mieszkaniem służbowym. Jest za to konieczność ostatniego pożegnania wyalienowanej rodzinnie ciotki, której całe życie podporządkowane było psim nieszczęśliwcom.

Rachel z pani na szpilkach i w stylowym kostiumie niepostrzeżenie przeradza się w aktywną obrończynię psich istnień. Zauważa nagle, że ludzie po prostu są, gdy ktoś ich potrzebuje, że relacje między psami i ich opiekunami są pełniejsze niż jej zdarzyło się mieć z mężczyzną, któremu poświęciła sporo swoich lat, że psie towarzystwo czasami jest tym, co człowiekowi potrzebne najbardziej.

Lucy Dillon, o czym się przekonałam czytając "Szczęśliwe zakończenie" pisze lekko, ale na mądrym poziomie. Swoimi bohaterami czyni, obok ludzi, psy i to dla mnie najważniejszy czynnik rekomendujący. Dobrze jest wiedzieć, że istnieje Autorka, który oprócz pisania ku pokrzepieniu serc ciepłych powieści z dobrym zakończeniem, realizuje ideę związaną z propagowaniem przyjaźni ludzko-psiej.

Książki Lucy Dillon maja też wartość w warstwie socjologicznej. I nie chodzi tu o związek głównej bohaterki z żonatym mężczyzną, czy próby wychowawcze jakie podejmuje Zoe i jakie torpeduje jej były mąż. I nawet nie o to, jak wiele złego w małżeństwie Natalie i Johnny'ego zrobił przemilczany kłopot z płodnością. Istotniejsze dla mnie jest to, w jaki sposób podchodzi się do zwierząt, w jaki sposób w społeczności małego miasta funkcjonuje prywatne schronisko, jaką rolę odgrywają wolontariusze, osoby wyprowadzające psy na spacer. Interesujące jest obserwowanie rosnącej społeczności zwolenników, czy wręcz miłośników psów, którzy nie są nastolatkami i nie zbierają punktów w szkolnym programie wolontariackim, ale są dorosłymi osobami, który własny czas i serce poświęcają, bo chcą.

Ciekawa lektura, przy której łatwo się wzruszyć do łez i łatwo się uśmiechnąć.

Edith Nesbit. Pięcioro dzieci i "coś".


Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Z książkami Edith Nesbit spotkałam się dość późno. Miałam jedenaście, dwanaście lat i wydawało mi się, że już jestem zbyt dorosła na opowieść o piątce dzieci, Piaskoludku i spełnianych życzeniach. Oczywiście nie byłam zbyt dorosła wówczas, a i teraz - czytając Nesbit w autobusie wiozącym mnie do pracy - zapomniałam o zewnętrznym świecie i dałam się porwać przedziwnej, magicznej historii.
I wszystko w Londynie ma wygląd nieprzyjemny - proste linie i proste ulice zamiast tego, żeby wszystko było niezwykłe i urozmaicone, jak to się dzieje na wsi. Każde drzewo, jak wiecie, jest inne i z pewnością musieliście już słyszeć, że trudno znaleźć dwa jednakowe źdźbła trawy. A na ulicach, gdzie trawa nie rośnie, wszystko jest podobne do siebie. Dlatego właśnie w miastach jest tyle dzieci tak strasznie niegrzecznych. [ss. 7-8].
Antea, Cyryl, Janeczka, Robert i chłopię zwane Barankiem wraz z rodzicami wyprowadzili się z miasta na wieś. Zamieszkali w przepięknym Białym Domku i pędzili od tej pory prawdziwie radosne, pełne przygód życie. Owe przygody rozpoczęły się w kamieniołomie, w którym dzieci, podczas zabawy, odkopały przedziwnego stworka. Oprócz tego, że przedziwnie wyglądał, miał bardzo nietypową zdolność - mógł spełniać jedno dziecięce życzenie dziennie.

Fascynujące, prawda? Wyobraźcie sobie, że to Wy rozmawiacie z Piaskoludkiem i to Wasze życzenia spełnia. Jego magia znika wraz z nastaniem nocy. Czego byście sobie życzyli? Pieniędzy? A co powiecie Urzędowi Skarbowemu? Nowego domu, super samochodu? Wciąż pozostaje US;-) Trudne zadanie, prawda?

Bohaterowie książki Edith Nesbit metodą prób i błędów (choć częściej jak się okazuje - błędów) określają własne pragnienia. Z ich ciekawości i chęci przygody nie zawsze rodzą się mądre pomysły, ale to przecież dziecięce życzenia. Piaskoludek jest jednak konsekwentny - spełnia życzenia i zarazem nie zdejmuje z dzieci obowiązku doświadczenia konsekwencji owych życzeń. A to, w dzisiejszym świecie, może niektórych zwolenników bezstresowego wychowania zaskakiwać i oburzać.

Z przyjemnością wróciłam do dziecięcej lektury. I na dodatek dowiedziałam się, że powstał film na podstawie powieści.

25 lutego 2013

Cesar Millan, Melissa Jo Peltier. Zaklinacz psów. Jak zostać przywódcą stada.


Wydane przez
Wydawnictwo Illuminatio

Nie umiem pisać o tych książkach w dwóch odrębnych recenzjach. Czytałam je, jedną po drugiej, w niewłaściwej kolejności, i pozostał mi ogólny obraz całego przesłania Cesara Millana zwanego "Zaklinaczem Psów", a nie skrupulatnie pojmowane porady przypisane do poszczególnych stron poradników.

O metodach i poglądach Cesara Millana słyszałam wiele dobrych, ale też niezbyt dobrych, rzeczy.  Temple Grandin wskazuje na sukcesy jakie rehabilitant odnosi w pracy z psami, podkreślając jednocześnie, że wychodzi on ze złych przesłanek traktując psy jako zwierzęta żyjące w stadach i potrzebujących mieć przywódcę. Grandin, opierając się na badaniach, twierdzi, że wilki żyją w rodzinach, skąd łatwo wysnuć wniosek, że i psom bliższa jest hierarchia rodziny niż stada z przewodnikiem alfa. 

Czy faktycznie Cesar Millan pragnie być przywódcą stada dla swoich psów? Owszem, i tłumaczy czytelnikom w jaki sposób mają być przywódcami w życiu biznesowym i relacji z domowymi psami. Wyjaśniając konieczność takiego postępowania wobec psów Millan podaje przykład dzieci, które potrzebują, aby ustalić im zasady funkcjonowania w rodzinie, by czuły się bezpiecznie. Cesar twierdzi, że psy powinniśmy traktować podobnie jak dzieci i to pozwoli nam ustawić odpowiedni poziom relacji.

W obydwu książkach znaleźć można sporo prostych do realizacji i prostych w wymowie gestów, które pozwalają na właściwe ustawienie więzi zwierzę - człowiek. Pozornie oczywiste, dla mnie - od kilku lat mającej z psami kontakt sporadyczny - stały się pewnego rodzaju odkryciem. Wiadomo, nie należy psu mieszkającemu w odwiedzanym domu rzucać się na szyję, ale nie należy też robić niczego więcej - to pies ma podejść do człowieka. Kiedy karmić psa? Po długim, wyczerpującym energię psią, spacerze lub treningu. 

Cesar Millan podaje sporo przykładów pisząc o psach, z którymi ludźmi - z powodu swojego niewłaściwego zachowania - mają problemy. Wskazuje cechy zaburzonych psów, opisuje jak sobie z nimi radzić, a także wskazuje na sytuacje, w których konieczna jest pomoc specjalisty. Psy, które rehabilitował Cesar to często psy zamożnych osób z pierwszych stron gazet, osób, które sprawiając sobie towarzystwo psa nie widzą w nim zwierzęcia kierującego się naturą, a jedynie wyrwaną ze swoich instynktownych zachowań zabawkę.

"Zaklinacza psów" i "Jak zostać przywódcą stada" czytałam powoli, bo większość z tez Cesara Millana musiałam sobie dobrze przemyśleć. Porównywałam jego twierdzenia wynikające z praktyki z teoriami badaczy i naukowców. Próbowałam poukładać sobie to, co czytam w spójną całość. Nie da się przecież podejść lekko do opinii podobnych do tej:
Strach może sprawić, że maltretowane psy będą atakować i zabijać inne psy, a czasem także ludzi. Społeczeństwo skazuje zwykle te psy na śmierć, pomimo tego, że to ludzie sprawili, ze stały się niebezpieczne i niestabilne. [ Jak zostać przywódcą stada. s. 83]

P.S. Kolejna książka Cesara Millana nosi tytuł "Jak wychować idealnego psa". Tu przeczytacie jej fragment.

Rose Lagrcrantz, Eva Eriksson. Moje serce skacze z radości.

Wydane przez 
Wydawnictwo Zakamarki

Pamiętacie Dunię z książki "Moje szczęśliwe życie"? Dunia jest już uczennicą. Kiedy zaczynała naukę nie znała nikogo w szkole, jednak z upływem dni coraz lepiej poznaje swoje koleżanki i kolegów. I choć z większością z nich ma dobre relacje, to są takie sytuacje, które te dobre relacje zaburzają.

Pamiętacie jak się czuliście, gdy pewnego dnia Wasze koleżanki nagle przestały się do Was odzywać? Gdy wspólne zabawy na przerwach były wspólne, ale już nie dla Was? Pewnie każdy z nas, w mniejszym lub większym stopniu, doświadczył emocji związanych z odtrąceniem przez grupę rówieśniczą. Wystarczy banalne, z punktu widzenia dorosłego człowieka, słowo lub gest i dziecko staje w opozycji do innych dzieci.

Historia Duni może ułatwić poradzenie sobie z niewłaściwymi relacjami wśród dzieci. Ciekawe i mądre w tej opowieści są także postawy dorosłych, którzy wyrażają zdecydowany sprzeciw działaniom agresywnym jakie stosują wobec siebie uczniowie z klasy Duni.

"Moje serce skacze z radości" to książka o przyjaźni, kształtowaniu dobrych postaw u dzieci i radości wynikającej z obecności bliskich osób. To książka, która z racji dobrze skomponowanego tekstu może stać się pierwszą samodzielną lekturą i która - nawet jeśli nie czytana samodzielnie - może stać się polem do popisu wszystkich tych, którzy chcą być w przyszłości ilustratorami; czarno-białe grafiki zachęcają do złapania za kredki.

24 lutego 2013

Niedzielnik nr 41


Dawno nie było "Niedzielnika". Mam jednak kilka rzeczy, o których chce napisać, a najwygodniej jest to zrobić w jednym wpisie. Poza tym, pisanie "Niedzielnika" z poranną kawą stojącą tuż obok, w najcichszym domu świata (wszystkie koty śpią) jest naprawdę doskonałym pomysłem na powolne wkraczanie w dzień.


Z dużą dawką niepewności, co do tego, czy oglądanie "Życia Pi" nie będzie czasem zmarnowanym, zdecydowaliśmy się na film. I - nie żałuję. Przepiękne zdjęcia, opowieść na granicy jawy i snu, historia - znana mi przecież z książki - opowiedziana filmem, budziła we mnie wiele emocji. Serdecznie polecam.



Kiedyś już pisałam na blogu o "Dziennikach" Marii Dąbrowskiej. To trzynastotomowe wydanie opublikowano w 300 zaledwie egzemplarzach, które rozdysponowano po bibliotekach. Obiecałam sobie (a czynię to przy Was, dla utrwalenia obietnicy), że przeczytam jeden tom na miesiąc. Publikacja nie zawiera przypisów, komentarzy, a edytorsko jest najprostsza z możliwych - format A4. Pierwszy tom obejmuje zapiski z lat 1914 - 1925, ostatni to lata 1962 - 1965. Zanim napiszę recenzję zdradzę, że niektóre z dziennikowych wpisów są uroczo proste. Przykład? 4-5-6/II[1915] Robota przy furtce. W Częstochowie był Wilhelm II. Niniejszym wpisem uruchamiam wewnątrzblogową akcję "Rok z Dąbrowską". Trzymajcie kciuki.


W najbliższym czasie zamierzam wrócić także do innej wewnątrzblogowej akcji - Tydzień z.... I to wrócić z sukcesem:-) 8 marca będę miała przyjemność prowadzić spotkanie Krzysztofa Vargi z czytelnikami. Zatem od jutra (bo dziś planuję skończyć lekturę Dąbrowskiej) zaczynam czytanie i słuchanie Vargi. Recenzje pewnie pojawią się w jednym wpisie i to być może w tym, w którym podsumuję spotkanie.



Rozmowa u Lirael uświadomiła mi, że listę książek o zwierzętach mam, ale na kociokwiku. Dodałam zatem na belce "strony" bezpośrednie przejście do w/w listy. Może kogoś, podobnie jak mnie, fascynują zwierzaki i chciałby o nich poczytać. Zachęcam do korzystania ze ściągi :-)

*   *   *

Z nadzieją, że wkrótce przyjdzie wiosna (choć piątkowa aura zdecydowanie temu przeczyła) zapraszam do piosenki:


Miłej niedzieli!

23 lutego 2013

5 lat minęło nie wiedzieć kiedy...

Pięć lat temu, w niedzielę 24 lutego, zamieściłam na blogu notkę zatytułowaną Panie & Panowie! Ladies & Gentlemen! W notatce tej przedstawialiśmy nowego kota - Wilgusię, która została Gusią.


Gusia jest kotkiem osobnym. Uwielbia leżeć na naszych kolanach, noce często spędza śpiąc na moich plecach, a jednocześnie jako jedyna sypia w koszyku. Jest, ku naszej radości, okazem zdrowia. Oprócz ostatnio usuwanego zęba nie ma powodów, by odwiedzać Doktora. Bo też Gusia odwiedzin nie lubi i na Doktora krzyczy. 


Brana na ręce burczy gniewnie. Głaskana wbrew swojej woli - burczy gniewnie. W pierwszy dzień pobytu u nas ugryzła próbującego ją pogłaskać Z., a po chwili podeszła podrapać go po nodze, by oznajmić w ten sposób, że jest głodna. Upodobania kulinarne Gusia ma zdecydowane. Owszem - kocie suche i mokre, ale o właściwych porach. Jeśli jest pora na mięso, to się je mięso i żadne próby oszukania koteczki się nie powiodą. Oliwki stanowią przysmak nad przysmaki, podobnie jak żółtko jajka; jogurt naturalny bywa dobry.


Osobność Gusi sprawia, że każde jej przyjście na kolana, każde jej nocne ułożenie się na mojej poduszce, jest świętem i powodem do radości. Nawet jeśli kiepsko nam idzie dzielenie się poduszką i to ona zajmuje jej większą część;-)


Dziś mamy Wielkie Święto! Gusia trafiła do schroniska w Wigilię 2007 roku, dwa miesiące później była u nas. Jest z nami (bez względu na to, gdzie jesteśmy) i mamy nadzieję, że będzie jeszcze przez wiele lat.

20 lutego 2013

Wilhelm Vossenkuhl. Możliwość dobra. Etyka w XXI wieku.


Wydane przez
Wydawnictwo WAM

W książce „Filozofia jako polityka kulturalna” Richard Rorty rozważa kwestię tego, co właściwie robią i czym się zajmują specjaliści od filozofii moralnej. Rorty pisze, że filozofowie moralni właściwie powinni zadeklarować swoja zdolność do głębszego niż w przypadku większości ludzi wejrzenia w sprawy postępowania słusznego i niesłusznego. I konkluduje:

Nie jest jednak jasne, co w ich wykształceniu pozwala im na to. Autorzy prac doktorskich z tej dziedziny filozofii nie bardzo mogą twierdzić, że mają większe doświadczenie w zakresie trudnych wyborów moralnych niż większość społeczeństwa. [s. 276]

Ze zdaniem Rorty'ego można się zgadzać lub nie, natomiast jasne jest, że o etyce da się coś powiedzieć, a powiedzieć o etyce więcej od innych mogą ci, którzy etyką zajmują się na poważnie. W „Przedmowie” swojej książki Wilhelm Vossenkuhl stwierdza, że w etyce chodzi o to, co ludzie powinni czynić, aby w świecie pełnym zła postępować dobrze. [s. 13]

Vossenkuhl mówi wiele ważnych rzeczy o etyce, na przykład to, że etyka zaczyna się tam, gdzie zmysł moralny zatraca swoją pewność i rozróżnienie między tym co "dobre" i "złe" nie jest już oczywiste. [ss. 49-50]

To nie jest książka o tym, co jest dobre, a co złe. I nie o tym, jak ludzie powinni postępować. To jest książka w dużej mierze pokazująca cele etyki, jej założenia, a także metodę. Autor pisze o dobru, o obyczajach, o wartościach. Znajdziemy tu rozważania na temat kontrowersyjnych kwestii etycznych, takich jak badania na ludzkich embrionach, obrzezanie kobiet, czy diagnostyka prenatalna i preimplantacyjna, ale wszystko to jest mocno osadzone w szerszych, stosownych kontekstach. Vossenkuhl nie buja w obłokach, bo jest fachowcem w swojej dziedzinie i pisze wiele rzeczy, o których nie mają pojęcia ludzie przedstawiani w telewizji i w prasie jako fachowcy od etyki. Stwierdza na przykład, że etyka nie jest i nie może być zupełnie niezależna, etyka bowiem ma ograniczona niezależność, gdyż musi odwoływać się do obowiązujących norm podstawowych, takich chociażby, jak zakaz zabijania czy godność ludzka.

Etyka w ujęciu Vossenkuhla jest, czy powinna być, nauką praktyczną wysuwającą roszczenia do obiektywności. Autor pokazuje, że wysuwanie takich roszczeń nie jest sprawą łatwą, co wynika ze skomplikowania materii, którą zajmuje się etyka. Przede wszystkim idzie o to, że etyka jest dla ludzi żyjących pośród innych ludzi, w jakichś społecznościach. Wszystkie społeczności mają swoje obyczaje, prawa i język. Vossenkuhl stwierdza, że analizy, które zamieścił w swojej książce, zdają się wskazywać na to, iż można zasadnie powątpiewać o niektórych roszczeniach etyki, które w założeniach mają być roszczeniami uniwersalnymi. I dalej:

Jeżeli wątpliwość wobec uniwersalizmu (…) jest uzasadniona, to można chyba też słusznie przypuszczać, że nie istnieje żaden uniwersalizm semantyczny, a więc żaden uniwersalny język etyczny i żadne globalnie identyczne rozumienie problemów etycznych. Moje własne rozumienie etyki jako praktycznej nauki o konfliktach byłoby wątpliwe, a nawet prowadziło ad absurdum, gdybym sam pojmował ją jako uniwersalnie obowiązującą odpowiedź dotyczącą wszystkich problemów etycznych, jakie pojawiają się w świecie. [s. 20]

Po takiej deklaracji nie należy się Vossenkuhla bać, tylko trzeba go czytać, bo Vossenkuhl pisze rzeczy, które mogą pomóc w szukaniu odpowiedzi na być może najważniejsze pytanie, czyli pytanie o to, jak żyć.

19 lutego 2013

Andrzej Ziemiański. Pomnik Cesarzowej Achai. Tom 2.

Wydane przez
Wydawnictwo Fabryka Słów


12 kwietnia 2012 pisałam o pierwszym tomie "Pomnika Cesarzowej Achai". Minęło kilka miesięcy i ów upływ czasu powodował, że nie byłam pewna swojej pamięci, co do poszczególnych wątków powieści. Na szczęście szybko wróciłam do tematu.

Wśród postaci znanych już czytelnikom - polskich marynarzy, wojowniczej Shen, lekarza towarzyszącego Polakom - pojawiają się trzy interesujące osoby. Mężczyzna, który ze swojej słabości uczynił siłę i jest, jakbyśmy współcześnie go określili, doskonałym PR-owcem i kobieta, idealnie pasująca do swojego szefa, która swoją niemoc przekuła w narzędzie. Trzecią postacią jest intrygująca żeglarka; mam nadzieję, że przyjdzie się z nią jeszcze spotkać w kolejnym (kolejnych) tomie (tomach).

Trudno mi się pisze o "Pomniku Cesarzowej Achai", bo konstrukcja tej powieści sprzyja temu, by się totalnie zanurzyć w historii wykreowanej przez Autora. Przez książki Ziemiańskiego, a osobliwie przez cykl o Achai, przechodzę całą sobą; czytając mam kłopot z tym, by wyodrębnić z siebie analityka z notatnikiem i ołówkiem ;-) Ale, ale...

Mam wrażenie, że Andrzej Ziemiański sięga do tradycji opowiadania wielowątkowych, rozbudowanych historii. Niegdysiejsze bajania przy ognisku, czy przy darciu pierza doskonale mogły by zostać zastąpione opowieściami tworzonymi przez Pisarza. Tajemnice, magia, mocne nadprzyrodzone, klątwy i rzeczy niewytłumaczalne dla mieszkańców Cesarstwa Arkach, czyli nietypowa broń, penicylina i przedziwne okręty zapładniają umysły współczesnych tak, jak opowieści Homera - umysły starożytnych.

Cóż, pisanie Andrzeja Ziemiańskiego albo się lubi albo nie. Choć chwilami mam wrażenie, że cyklu o Achai ten wybór nie dotyczy. Achai nie da się oprzeć...

Życia codzienne w kartonie oraz inne przyjemności







Za oknem śnieżyca. Pozostawiam Wam koty, na wywołanie uśmiechów:-)

18 lutego 2013

Joanna Bator. Ciemno, prawie noc.

Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Gdyby nie pewna rozmowa, książka Joanny Bator czekałaby jeszcze na swoją kolejkę na półce.  Przeczuwałam  czym się skończy lektura "Ciemno, prawie noc" i nieco się przed nią wzdragałam. Gdy jednak zaczęłam czytać - nie mogłam przerwać.

To książka o świecie, który nie jest ładny i przyjemny. Świat, do którego po piętnastu latach nieobecności wraca Alicja, jest inny niż ten, jakim go zostawiała i jakim go pamięta. Upływ czasu pozwolił na coś jeszcze - kobieta dostrzega więcej i więcej się dowiaduje. O swoje rodzinie, przyjacielu ojca, mieszkańcach rodzinnego miasta i przede wszystkim - o sobie. Teraźniejszość wydaje się być zbrukana wydarzeniami przeszłości, a piętno spoczywające na niektórych rozprzestrzenia się niczym zaraza.

"Ciemno, prawie noc" to książka, która zwraca uwagę nie tylko fabułą. Istotne znaczenie odgrywa język, jakim historia Wałbrzycha i niesamowitych losów jego mieszkańców, jest opowiedziana. Język czasami poetycki, a czasami porażający swoją "ulicznością", gwarowością, czy może lepiej - tym, jak udanie wpasowuje się w stereotypowe postrzeganie pewnych społeczności i ich sposób prowadzenia rozmów.

Rzadko spotykam na swojej drodze czytelniczej książki napisane tak, jak "Ciemno, ...". Może łatwiej jest trafić do ludzi pisząc historie nie tak wymagające jak ta? Pewnie przyjemniej jest czytać coś, co zabiera nas w przyjemny, lekko wyidealizowany świat, który pozwala na ucieczkę od codziennej szarości.

W miarę pokonywania kolejnych strony powieści przekonywałam się, że zagubione dzieci były tylko pretekstem. Impulsem, który zmusił Alicję do przekroczenia progu własnego, dawno opuszczonego domu. Do tego, by zmierzyła się z własnymi upiorami.

"Ciemno, prawie noc" to kolejna polska powieść, gdzie do głosu dochodzą zwolennicy kotów. Niepostrzeżenie, po cichutku do literatury wkrada się temat bliski mojemu sercu. I za to też Autorce dziękuję.

Lektura najnowszej powieści Joanny Bator obudziła we mnie wiele emocji. Tak wiele, że pisząc o książce mam wrażenie, że nie umiem ubrać myśli w słowa, że chcę Wam powiedzieć za dużo. A przecież tu nie ma do powiedzenia nic innego poza tym, abyście czytali Bator. Po prostu.

P.S. Trudno w to uwierzyć, ale to moje pierwsze spotkanie z Joanną Bator. 

15 lutego 2013

Maeve Binchy. Szklane Jezioro

Wydane przez
Wydawnictwo Libros

Kolejna, doskonale osadzona w realiach, powieść obyczajowa irlandzkiej pisarki. Po raz pierwszy słuchałam Binchy i mimo początkowych obaw, iż zagubię się w wielu postaciach z jakimi najczęściej mam do czynienia w jej książkach, nadążanie za wydarzeniami i osobami nie sprawiało mi kłopotu.

Kit McMahon dorasta w niewielkim irlandzkim mieście. Jej tata jest cenionym aptekarzem, ma młodszego brata, przyjaciółkę i jedynie matka sprawia, że dziewczynka czasami cierpnie z niepokoju. Podobnie jak Pan McMahon, tak i jego córka uważają Panią McMahon za osobę szalenie wrażliwą, stąpającą chwilami po granicy obłędu. Gdy pewnego wieczora kobieta nie wraca z długiego samotnego spaceru, a na środku jeziora poszukujący znajdują opustoszałą, wywróconą łódź, dla wszystkich jest jasne, że stało się coś strasznego. Nawet Kit nabiera przekonania, że jej matka odebrała sobie życie i - aby zapewnić jej pochówek w poświęconej części cmentarza - niszczy list pożegnalny. Kit i jej młodszy brat dorastają bez matki, ojciec Kit i Emeta zaczyna spotykać się z pewną interesującą kobietą, a tymczasem w Londynie...

"Szklane jezioro" to powieść o odpowiedzialności za swoje słowa i czyny. To historia pokazująca jak trudno znaleźć równowagę między pragnieniem własnego szczęścia, a pragnieniem szczęścia drugiego człowieka. To również opowieść o namiastkach miłości, wierności. Tak naprawdę - wielowątkowość powieści pozwala odnaleźć w niej to, co jest naszym zdaniem ważne. Historia opisana przez Meave Binchy budzi emocje, wymusza zaangażowanie i powoduje, że zachowanie obiektywizmu jest niemożliwe. Przynajmniej ja nie potrafiłam.

"Szklane jezioro" czytała Blanka Kutyłowska i przyznam, że to dobry wybór. Jej głos, taki nieco niedzisiejszy, idealnie pasował do czasów w jakich rozgrywa się opisywana historia.

14 lutego 2013

Garść ogłoszeń


Dziękuję za udział w akcji "Charytatywne czytanie". Książka trafia do gogi_i, a pieniądze na konto Domu Tymianka. 
*   *   *
Mam jeszcze jeden powód do tego, by Wam dziękować. Otóż, dzięki Waszym zakupom w zooplusie robioną poprzez przejście przez baner na kociokwiku, dostaliśmy kwartalną prowizję. Na szczęście tym razem nie pobrano opłaty za usługę bankową, bo wówczas prowizji byłoby niespełna 2 zł ;-) Rodzi to we mnie nadzieję na to, iż zaprzestano niecnych bankowych praktyk. Dziękuję Wam za zakupy i nieśmiało się uśmiecham - jeśli robicie zakupy w zooplusie - wchodźcie, proszę - przez na stronę sklepu przez kociokwik.
*   *   *
Ayka zadamawia się coraz mocniej w nowym domu. Zaczyna się uspokajać i czuć jak u siebie. Codziennie dużo spaceruje i mam wrażenie ( oparte na opowieściach), że cieszy się domem. Ayka ma swój profil na facebooku - zobaczcie jaka piękna z niej panna.
*   *   *
Wczoraj wypatrzyłam ciekawą promocję w Wydawnictwie Galaktyka. Jeśli chcecie kupić u nich książkę biorącą udział w akcji "obniż cenę" wystarczy, że poprosicie znajomych, aby kliknęli w odpowiedni znaczek przy książce. Cenę można obniżyć do połowy - trzeba mieć tylko odpowiednio duże grono chętnych do wsparcia Waszego zakupu. Każde kliknięcie zmniejsza cenę książki o 1 zł. Jeśli planujecie zakupy i chcecie, abym pomogła w obniżaniu ceny, to dajcie znać :-)
*   *   *
Na koniec: groźne koty :-)

13 lutego 2013

Aleksandra Szarłat. Prezenterki.

Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Bardzo się cieszę, że przeczytałam tę książkę. Co więcej - cieszę się, że ją mam i będę mogła sobie do niej, gdy najdzie mnie ochota, zajrzeć. Historia pięciu kobiet, które dla wielu Polaków stały się przyjaciółkami, wyznawczyniami stylu, osobami nieraz ważniejszymi od tych siedzących razem przed ekranem. 

Edyta Wojtczak, Krystyna Loska, Bożena Walter, Bogumiła Wander i Katarzyna Dowbor (przyznam, że obecność ostatniej z Pań nieco mnie zdumiała) i ich życie na wizji są podstawą wywiadów, opowieści o historii telewizji. Każda z rozmówczyń Aleksandry Szarłat jest postacią - legendą, osobą, w obecności której rodziła się w Polsce, rozkwitała i zmieniała telewizja.

Prezenterki to nie tylko panie, które - jak dziś - plotąc trzy po trzy zapowiadają kolejny program. Od ich słów, nie od początku przecież narzucanych im z góry zależało to, czy widzowie zostaną przed ekranem, co zrozumieją z przekazywanego komunikatu, a nawet to w jaki sposób zaczną się czesać i ubierać niektóre kobiety. Prezenterki musiały mieć klasę, bo program szedł na żywo i trzeba było umieć się odnaleźć w każdej sytuacji.

Najbardziej, z przedstawionych w książce Pań, pamiętam Krystynę Loskę. I w mojej do niej sympatii utwierdził mnie tekst, rozmowy z kobietą, która w telewizji upatrywała swoją wielką szansę, ale która jednocześnie nie zapomniała o swoich pochodzeniu i etosie pracy w jakim została wychowana.

Lektura "Prezenterek" to nie tylko wielka przyjemność. Książka pozwoliła mi zajrzeć za kulisy produkcji telewizyjnych, obserwować kształtowanie się telewizji w Polsce, dała obraz tego w jaki sposób zmieniło się to, co kiedyś edukowało, a dziś ogłupia.

12 lutego 2013

Cztery strony smaku, czyli cały świat na widelcu.


Wydane przez
Wydawnictwo Dolnośląskie

Ryzyko wiążące się z książkami stanowiącymi zbiór tekstów różnych Autorów jest duże. Niestety, omawiana publikacja jest potwierdzeniem tej tezy.

"Cztery strony smaku" jest siódmą książką z serii "Z Różą Wiatrów" jaką czytałam. Pierwszą, która składa się z 38 opowieści snutych przez 38 osób. Opowieści te dotyczą, najogólniej mówiąc, doświadczeń kulinarnych. Autorzy poszczególnych tekstów to, jak sądzić można z zamieszczonych biogramów, osoby specjalizujące się w gotowaniu, jedzeniu, ocenianiu smaków i wszystkim tym, co ze sztuką kulinarną jest związane. Niektóre z nich publikują w prasie, inne maja na koncie książki, prowadzą własne strony. Różnorodność postaci i przytaczanych przez nich historii nie przyczyniła się jednak do stworzenia spójnej, pozbawionej nierówności i nużących mielizn, opowieści.

Nie oglądam programów kulinarnych. Od lat pozostaje wierna przepisom zamieszczonym w książce o kuchni śląskiej, o potrawach wegetariańskich oraz zapisanym w specjalnym zeszycie przepisom od mojej mamy. Kucharzy - celebrytów rozpoznaję, bo zwrócono mi na nich uwagę. Mam ugruntowane przekonanie o tym, co lubię i czego nie. Podsumowując - jestem wegetariańską konserwatystką kulinarną.

Doug Mack pisze o idealnym grillowaniu, Stanley Stewart o posiłku w mongolskiej chacie, Ruth Rabin o zmysłowym śniadaniu w Kairze, Emily Matchar o smakowaniu Europy, Simon Winchester o pieczeni z żółtego psa zjedzonej w Korei. 

Mam wrażenie, że w "Czterech stronach smaku" jest za dużo tekstów, kosztem ich jakości. Skoro Autorzy mają doświadczenie literackie można by się spodziewać, że ich publikacje będą pełniejsze, a opowieści bardziej przekonujące. Żałuję, że ci, którym dane było zawędrować w te części świata, o których odwiedzeniu marzę, nie umieli opowiedzieć mi o przyjemnościach płynących z poznawania tamtejszych smaków.

11 lutego 2013

Izabela Meyza, Witold Szabłowski. Nasz mały PRL.


Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Czytając o eksperymencie jaki przeprowadzili na sobie i swoim dziecku Autorzy książki z początku byłam zafascynowana. Później jednak, wraz z upływem czasu i bogactwem wydarzeń w książce, czułam się coraz bardziej zażenowana. Nie bez znaczenia było także narastające współczucie wobec Izabeli Meyzy.

Trudno zmierzyć się z czasami Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Trudno, bo czasy dorastania, młodości traktujemy z nostalgią, a ta - jak wiadomo - wypacza ocenę sytuacji i trudno, bo świadomość historyczna ówczesnych lat ukazuje coś, co nijak się nie może dobrze kojarzyć. Autorzy książki, dziennikarze zdecydowali się odrzucić zdobycze współczesności i przez pół roku żyć tak, jak mówi prasa z 1981 roku, jak przedstawiają to stereotypowe poglądy na temat życia w Polsce komunistycznej.

Jak prać we Frani? Czym karmić rodzinę, gdy w sklepach pustka? Jak mówić kobietom komplementy? Czy pasta BHP, szare mydło, płyn Skrzat i szampon Bambi są w stanie dać efekty takie jak współczesne środki czyszczące i higieniczne? Jak umówić się ze znajomymi na spotkanie nie mając komputera i telefonu komórkowego?

Wobec tych i im podobnych pytań stają bohaterowie książki. Cofnięcie swojego życia o 30 lat wymusza na Autorach nie tylko zmianę myślenia, nie tylko zdobycie nowych umiejętności, ale też odbija się na nich negatywnie. To, co sami zauważają najłatwiej, to zmiana wagi - inny niż dotychczas sposób odżywania powoduje dodatkowe 11 kg u Witolda Szabłowskiego. Relacje między bohaterami, pierwotnie jakby pełniejsze, niż wcześniej, po pewnym czasie zaczęły nasycać się wzajemnymi pretensjami, irytacją spowodowaną ograniczeniami. Inne zmiany są dla mnie zaskakujące - Autorzy piszą o tym, że mają przesyt kapitalistycznego manipulowania ludźmi, że ludzie bliscy, bo zza ściany, są dla nich zupełni obcy, a spotkania z przyjaciółmi stają się wyzwaniami, którym sprostać może utalentowany logistyk. Czemu to mnie zaskakuje? Dwoje wykształconych ludzi, dziennikarzy potrzebuje półrocznego eksperymentu polegającym na odseparowaniu się od wytworów XXI wieku, by dostrzec rzeczy dla wielu oczywiste.

Interesujące jest to, że Izabela Meyza i Witold Szabłowski zdecydowali się na ten eksperyment. Jeszcze bardziej interesujące jest to, że postanowili opublikować efekty tego eksperymentu. Mam wrażenie, że bohaterowie dowiedzieli się o sobie wielu nowych rzeczy. Wielu, którymi niekoniecznie chcieliby się dzielić z kimkolwiek.

10 lutego 2013

Anna J. Szepielak. Dworek pod Lipami.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Kiedyś ustawiałam książki na półce dzieląc je na te już przeczytane i te, które na lekturę jeszcze czekają. Niestety, ze względu na ograniczenie miejsca, teraz ustawiam je razem, kierując się bądź to wydawnictwem, bądź tematyką, bądź wolnym miejscem na półce. W wyniku tego zdarza mi się czasami pomijać książki, które sama sobie wybrałam wiedziona chęcią ich poznania. Tak właśnie było z "Dworkiem pod Lipami"; przypomniałam sobie o tej książce na wieść, że we wrześniu ukaże się kolejna powieść Anny Szepielak.

Gabriela jest pisarką tworzącą literaturę tzw. kobiecą. Chcąc wyrwać się z cyklu powieściowego dość radykalnie rozstaje się ze swoją bohaterką mając nadzieję, że to pozwoli jej zacząć pracę nad czymś poważniejszym. Takiemu rozwiązaniu sprzeciwia się wydawca, a niemiłą sytuację potęguje trudna sytuacja w domu. Jako druga żona swojego męża wciąż pozostaje na dalszym planie; ważniejsza jest zmarła Zosia, dzieci Marka, czy wreszcie jego pierwsza teściowa i gospodyni zarządzająca od lat ich domem. 

Gabrysia zmagając się ze swoimi wątpliwościami w kwestii małżeństwa powołuje bezwiednie do życia kolejną bohaterką - Celinę. Codzienność młodej mężatki żyjącej w XIX wieku wydaje się niewiele różnić od tego, czego doświadcza pisarka, a potraktowanie Celiny jako swoistego literackiego alter ego wiele Gabrieli wyjaśnia.

Prowadzenie narracji dwustopniowej to interesujący zabieg, którzy przysłużył się opowieści. Ciekawie było obserwować jednocześnie dwie bohaterki, ciekawie było porównywać ich obyczaje, kłopoty, bliskich. Porównanie Gabrieli i Celiny uwidaczniało pewne łączące je cechy, cechy, które - jak sądzę - nie są obce także i innym kobietom.

Podobała mi się w tej książce obecność zwierząt. I to nie tylko tych z pozoru oczywistych, jak pies i kot, ale  również ptaków. Ich obecność Autorka wsparła umiejętnie czyniąc jednego z bohaterów ornitologiem - amatorem.

Przyjemnie było zanurzyć się w świat opisany przez Annę Szepielak. Tym przyjemniej, że Autorce dobrze zrobiła zmiana wydawcy - "Dworek pod Lipami",  w porównaniu do jej debiutanckiej powieści, znacznie pełniej pokazał umiejętności literackie Autorki.

Musze pomyśleć nad specjalnym regałem na książki czekające na czytanie - szkoda narażać się na ryzyko pominięcia lektury tak udanej, jak "Dworek pod Lipami".

09 lutego 2013

Babiniec z rodzynkiem

Z moimi rodzicami mieszka Ciri (dwunastoletnia pieska) i Kavka (kilkuletnia kotka). Z nami - wiadomo: Sisi, Gusia, Nusia, Duszka i Wojtek. W zaprzyjaźnionym domu tydzień temu zamieszkała Eskada (kotka). W ciotki Zu. mieszkają kocice Czarcia, Julcia i Pirania. W domu brata Z. mieszka Zocha. Z rodziną mojej siostry dotychczas mieszkała koteczka Lulu. Od wczoraj mają nową domowniczkę. Przepięknej urody pieskę siberian husky o wdzięcznym imieniu Ayka.


Gdyby żył Ptyś mógłby, razem z Wojtkiem, podtrzymywać męski honor. A tak - cóż, Wojtek jest rodzynkiem w babińcu.

Ayce gratulujemy wyrwania się ze schroniskowego piekła, a jej bliskim życzymy udanego kocio-psio-ludzkiego życia:-)

07 lutego 2013

Zachęta do charytatywnego czytania



Książkę Lucy Dillon dostałam biorąc udział w konkursie "Szczęśliwe zakończenie". Nagrodę zdobyłam dzięki Waszym głosom, za które serdecznie dziękuję. Pomyślałam, że szkoda byłoby nie wykorzystać książki w dobrym celu i postanowiłam wystawić ją na sprzedaż (nie nosi śladów czytania). Pieniądze ze sprzedaży książki trafią do Domu Tymianka. Zaczynamy dziś, kończymy w poniedziałek (11 lutego) o godzinie 19:00. Kwota wyjściowa to połowa sumy z okładki, czyli 19 zł. Propozycje składamy w komentarzach. Osoba, która zadeklaruje największą kwotę, wpłaca na konto Fundacji Dom Tymianka w/w kwotę i przesyła do mnie potwierdzenie. W zamian za to otrzymuje książkę "Szczęśliwe zakończenie" z niespodzianką. Mam nadzieję, że przychylicie się do tego pomysłu i zachęcicie znajomych do zainteresowania się książką Lucy Dillon. Zapraszam :-)

P.S. Moje wrażenia po lekturze książki znajdziecie tutaj.

Lucy Dillon. Szczęśliwe zakończenie.

Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Pewnie nie sięgnęłabym po tę książkę gdyby nie pewien konkurs, w którym wzięłam udział. Na szczęście w wyniku konkursu książka trafiła do moich rąk i miałam okazję poznać (i polubić) pisanie Lucy Dillon.

"Szczęśliwe zakończenie" to książka z rodzaju lekkich, mogących pełnić rolę pocieszaczy w pochmurny dzień. Przyjemna, z sprawnie poprowadzonym wątkiem przyjaźni, zranionych uczuć, rodzących się więzi i ufności w to, że są ludzie w towarzystwie których czujemy się dobrze i, co ważniejsze, ludzie, którzy odwzajemniając nasze upodobanie, cenią nasze towarzystwo. Co jednak przykuło moją uwagę?

Po pierwsze - książki. W miasteczku Longhampton istnieje podupadająca księgarnia. Przedsiębiorcza właścicielka sklepu sąsiadującego z księgarnią chce wykupić lokal, ale podstawowym warunkiem jest to, żeby przez co najmniej rok prowadzić w nim sprzedaż książek. Michelle postanawia zaangażować swoją przyjaciółkę Annę, która nieco wcześniej straciła posadę w bibliotece, i przywrócić upadającej księgarni koloryt i blask miejsca, które żyje dla moli książkowych.

Po drugie - psy. Psie postacie są w książce równie ważne jak ludzie. Dzięki psom nawiązywane są znajomości, rodzą się obyczaje i przyjaźnie, wreszcie - psie towarzystwo odsłania pokłady dobra w człowieku, który niekoniecznie na dobrego wygląda. Psy są towarzyszami życia, przyjaciółmi i tworzą ze swoimi ludźmi barwny obraz mieszkańców Longhampton korzystających z przyjemności odwiedzania księgarni.

Po trzecie - Anna i Michelle. Dwie diametralnie różne od siebie kobiety, z których każda intryguje czymś innym. Może nawet nie tyle intryguje, co każe się podziwiać? Anna wychodząc za mąż za rozwiedzionego mężczyznę pewnego dnia staje przed faktem stałej obecności trzech córek swojego męża w ich rodzinnym domu. Anna z młodej, szczęśliwej mężatki staje się pewnego dnia niezbyt lubiana macochą, która musi znosić dąsy i fochy swoich pasierbic. Michelle potrafi uporządkować każdy szczegół swojego życia. Ma notesy, w których zapisuje swoje cele - najbliższe, te dalsze i te najdalsze, aczkolwiek jej zdaniem realne. Z uporem i konsekwencją dąży do realizacji tego, co zaplanowane, nie poddaje się zniechęceniom, a otoczenie wokół siebie kształtuje tak, że tylko jej można pozazdrościć dobrego gustu i wyczucia stylu.

Te trzy elementy w dobrej, powieściowej obudowie, wystarczająco mocno przekonały mnie do pisania Lucy Dillon. W domu czekają na lekturę kolejne dwie powieści brytyjskiej autorki - na szarzyznę za oknem będą idealne.

*   *   *

Książkę Lucy Dillon dostałam biorąc udział w konkursie "Szczęśliwe zakończenie". Nagrodę zdobyłam dzięki Waszym głosom, za które serdecznie dziękuję. Pomyślałam, że szkoda byłoby nie wykorzystać książki w dobrym celu i postanowiłam wystawić ją na sprzedaż (nie nosi śladów czytania). Pieniądze ze sprzedaży książki trafią do Domu Tymianka. Zaczynamy dziś, kończymy w poniedziałek (11 lutego) o godzinie 19:00. Kwota wyjściowa to połowa sumy z okładki, czyli 19 zł. Propozycje składamy w komentarzach na kociokwiku. Osoba, która zadeklaruje największą kwotę, wpłaca na konto Fundacji Dom Tymianka w/w kwotę i przesyła do mnie potwierdzenie. W zamian za to otrzymuje książkę "Szczęśliwe zakończenie" z niespodzianką. Mam nadzieję, że przychylicie się do tego pomysłu i zachęcicie znajomych do zainteresowania się książką Lucy Dillon. Zapraszam :-)

06 lutego 2013

Alexander McCall Smith. Mieć siedem lat.

Wydane przez
Wydawnictwo Muza

Nie chce mi się wierzyć, że to już szósty tom opowieści o mieszkańcach 44 Scotland Street. Zżyłam się z bohaterami i zawsze niecierpliwie oczekuję wieści o nich. Szósty tom oznacza niestety także to, że zbliżamy się do końca serii. Na pocieszenie zostają jeszcze dwie książki.

Bertie marzy o tym, żeby mieć 7 lat. Wie, że marzenie o dniu, w których skończy osiemnaście lat i wyprowadzi się z domu, może działać na niego zbyt przygnębiająco. Zdecydowanie bliższe są siódme urodziny, z którymi chłopiec wiąże duże nadzieje.

Równie duże nadzieje ze swoim małżeństwem wiążą Matthew i Elspeth. Młodzi jakby wciąż sobą zawstydzeni przymierzają się do zmiany mieszkania i potomstwa. Obydwie poważne decyzje dają zaskakujące dla nich efekty. Może nawet w przypadku potomstwa bardziej niż zaskakujące...

Z dużą radością powitałam zmianę jaka zaszła w znajomości Domenici i Agnusa. Podróż w jaką wyruszają w towarzystwie Antonii odsłania przez nimi nie tylko urok włoskich miast i prowincji, ale też towarzystwa kogoś, kto jest podobny wiekiem i życiowym doświadczeniem.

Z przedmowy Autora wynika, że Bertie budzi powszechną sympatię czytelników na całym świecie. Obawiam się, że mama Bertiego, Irene, budzi zupełnie inne uczucia, a - o czym już pisałam - jej postać budzi we mnie podziw dla kunsztu literackiego McCalla Smitha.

Oczywiście "Mieć siedem lat" skończyło się zbyt szybko. Okazuje się, że zaglądanie mieszkańcom 44 Scotland Street uzależnia i gdy już pokazuje się kolejna powieści z cyklu walczę ze sobą o to, by czytać ją od razu (i skończyć tego samego dnia), czy poczekać odwlekając nieuchronną chwilę zamknięcia książki po lekturze. Ech, ten Alexsander McCall Smith - niby zwykła, pozornie nudnawa powieść, a tyle emocji!

Dziś nie będzie cytatu na zachętę. Dziś na zachętę jest wywiad z Autorem - pod tym linkiem. I jeszcze - całkiem spory fragment książki:

05 lutego 2013

Cecile Aubrey. Bella i Sebastian.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Rozmawialiśmy czas jakiś temu w domu na temat filmów i bajek, które w dzieciństwie zrobiły na nas duże wrażenie. Okazało się, że ominęłam coś, co z pewnością mogło mi się spodobać, czyli historię przyjaźni chłopca i psa. Poszperałam po dostępnych źródłach i okazało się, że w osiedlowej bibliotece są książki stanowiące pierwowzór dla filmu. Czytałam z wypiekami na twarzy. Co by się działo, gdybym czytała o Belli i Sebastianie w wieku 10 lat?

Sebastian przyszedł na świat w chacie będącej schroniskiem dla wędrujących po górach. Nieznana nikomu z okolic kobieta zmarła przy porodzie, a chłopcem zaopiekował się starszy mężczyzna, który pod opieką miał dwoje wnucząt. Sebastian, dziecko gór, doskonale porozumiewał się z opiekunem, a wszystkiego tego, czego stary pasterz mógł go nauczyć - szacunku do życia, do potęgi gór, do ludzi, uczył się błyskawicznie.

Gdy Sebastian miał prawie 7 lat w rejonie pojawiły się pogłoski o zdziczałym psie, o białym olbrzymim owczarku, groźnym dla ludzi. Bella, rówieśnica chłopca, bała się ludzi, bo dotychczas zawsze zawodzili jej zaufanie. Bała się, ale i wiedziała, że koło ich domów znajdzie jedzenie.

Przedziwne koleje losu pozwoliły się spotkać chłopcu i psu. I - choć zabrzmi to patetycznie - tych dwoje od tej chwili jakby stopili się w jedno, jakby dopełnili się swoją wzajemną obecnością.

Gdybym czytała "Bellę i Sebastiana" w wieku 10 lat płakałabym. Tak jak płakałam przy historii psa Lampo, przy Białym Bimie z czarnym uchem, przy wszystkich opowieściach o zwierzętach, którym choćby przez chwilę groziło niebezpieczeństwo. Tak, jak dziś płacze Helena.

"Bella i Sebastian" do przepiękna opowieść o przyjaźni. Warto do niej wrócić.

04 lutego 2013

Brandon Mull. Baśniobór. Tajemnice smoczego azylu.

Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Nie wiem jak się to dzieje, ale "Baśniobór" nie pozwala się nudzić już od pierwszych stron powieści. Od razu jest mocno, ciekawie, intensywnie i tak, że aż chwilami dech zapiera z przerażenia. Skąd taki wniosek?

Kendra umarła. Ta niespodziewana wiadomość wstrząsnęła Sethem, młodszym bratem dziewczyny. Poszła do szkoły, a gdy z niej wróciła, była inna niż zwykle. Co więcej, zanim zmarła - dopuściła się zdrady.  To kilka pierwszych stron powieści. Dalej - jak to zwykle u Brandona Mulla - jest jeszcze bardziej interesująco, bo na zabezpieczenie przez Sfinksem czeka kolejny artefakt; tym razem skryty w Smoczej Świątyni. 

Przy każdym kolejnym tomie Baśnioboru zdumiewa mnie to, w jak udany sposób Autor żongluje wiedzą w jaką wyposaża czytelników i emocjami osób czytających książkę. Gdy już wydaje się, że bohaterowie znaleźli się w sytuacji bez wyjścia bieg wydarzeń odsłania przed nimi nowe, choć nie banalnie łatwe, rozwiązania. Gdy znów fabuła zmierza ku, jak by oczekiwać można, dobremu finałowi, ktoś kto sprawiał wrażenie przyjaciela/wroga, okazuje się być innym niż oceniali go zarówno czytelnicy, jak i postacie powieściowe.

Tym, co nieodmiennie podoba mi się u Brandona Mulla są jego listy do czytelników i przyjaciół. Niby są już poza opowieścią, nie wnoszą nic do narracji Baśnioboru, ale pokazują oblicze Autora. Owszem, w wielu książkach znaleźć można słowo od twórcy, ale to, co pisze Mull, to nie tylko podziękowania redaktorom, agentom i innym. To przede wszystkim podziękowania składane czytelnikom, którzy o Baśnioborze mówią, Baśniobór czytają, polecają, dzielą się nim jako nowo odkrytą pasją. Oczywiście, pozytywną opinię o książce i pisarzu wzmaga to, na co już zwracałam uwagę, czyli pytania, które ułatwić mogą rodzicom, nauczycielom, czy po prostu gronu czytających cykl powieściowy, rozmowę o wydarzeniach opisanych w kolejnych tomach.

W "Tajemnicach smoczego azylu" dzieje się wiele zarówno dobrego, jak i złego. Bohaterowie odkrywają swoje nowe umiejętności, pokazują innym prawdziwą twarz, uczą się wciąż czegoś nowego o sobie i innych. I choć nasze pozornie nudne, zwyczajne życie wydaje się mocno odległe od kolorowego, oszałamiającego świata wykreowanego na kartach powieści - wnioski możemy mieć takie same. Chcemy wiedzieć, czy można nam zaufać, czy my umiemy zaufać innym, chcemy znać/budować swój system wartości, chcemy móc mówić o sobie bez zawahania w głosie, chcemy... Chcemy i musimy, by być szczęśliwymi, spełnionymi. Taka potrzeba nie jest li i jedynie potrzebą wkraczających w nastoletnie lata czytelników Baśnioboru. Jest potrzebą każdego z nas i pewnie dlatego po powieści Brandona Mulla sięgają czytelnicy w najróżniejszym wieku.


P.S. Wszystkie tomy Baśnioboru:
1. Baśniobór.
2. Baśniobór. Gwiazda Wieczorna wschodzi.
3. Baśniobór. Plaga cieni.