30 września 2013

Agnieszka Stelmaszyk. Kroniki Archeo. Zaginiony klucz do Asgardu.


Wydane przez
Wydawnictwo Zielona Sowa

O Kronikach Archeo pisałam prawie 3 lata temu, przy okazji ukazania się pierwszej części. Dziś przedstawiam już część szóstą i nadal mam równie dobre zdanie o powieści Agnieszki Stelmaszyk, jak wówczas, gdy opisywałam "Tajemnicę klejnotu Nefertiti".

Ania i Bartek, dzieci znanych archeologów, wraz z rodzicami przebywaja na Wolinie. W perspektywie mają wyjazd na Bornholm, gdzie spotkają się z rodziną Gardnerów, przyjaciółmi rodziców (także na polu zawodowym) i ich dziećmi.

Zanim jednak Ostrowscy opuścili Wolin, podczas spaceru nadbrzeżem Dziwnej młodzi poszukiwacze tajemnic natknęli się na wydarzenie zarówno niebiezpieczne, jak i niespodziewane. Pikanterii temu, co obserwują Ania i Bartek, dodaje plotka o tym, jakoby archeolodzy znaleźli skarb Wikingów. Gdy dzieci wraz z rodzicami wyjeżdżają do Danii, robi się jeszcze ciekawiej i ryzykowniej.

Przygotowanie serii zasługuje na wielki plus. Twarda opraca, charakterystyczna grafika, dodatkowe informacje na marginesach (przyznaję, korzystałam z nich nader chętnie) i treść. Agnieszka Stelmaszyk, w atrakcyjnej formie i przyjaźnie konstruowanej opowieści, przemyca w swoich książkach dużą dawkę wiedzy historycznej, która to wiedza - jak mam nadzieję - dziś służy zabawie, a za lat kilkanaście zaprocentować może wnikliwym studiowaniem przeszłości.

Polecam serdecznie; także jako przewodniki do co ciekawszych stronach świata:-)

29 września 2013

Andrzej Zybertowicz. III RP Kulisy systemu. Rozmawia Joanna Lichocka.

Wydane przez
Wydawnictwo Słowa i Myśli

Tym, o czym rozmawiają Lichocka i Zybertowicz, jest system III RP, nazywany przez Zybertowicza wielopiętrowym klientelizmem. Zdaniem socjologa ów wielopiętrowy klientelizm, a mówiąc precyzyjniej – ogromna skala tego zjawiska, to największa przeszkoda w rozwoju Polski.

Klientelizm, polegający na relacjach typu patron – klient, występuje na wszystkich poziomach życia społecznego, z poziomem najwyższych władz włącznie. Skutki klientelizmu są straszliwe; system ten jest antyrozwojowy, obniża jakość zarządzania i demoralizuje, kreuje podłą tkankę społeczną – podsyca niewiarę w to, że nie można godnie do czegoś w życiu dojść. [s. 123]

Zdaniem Zybertowicza istotne jest to, że klientelizm nie tylko występuje powszechnie, ale że stanowi strukturalną cechę systemową, jest wpisany w system. Ludzie o tym wiedzą i dostosowują się do istniejącego systemu; przeważnie nie z tego powodu, że są z gruntu złymi ludźmi, tylko dlatego, że nie znają innego sposobu na funkcjonowanie w społeczeństwie. Powstaje zatem błędne koło, bowiem klientelizm wytwarza postawy, które są niefunkcjonalne rozwojowo. [s. 195]

Lubię czytać i słuchać Zybertowicza. Jest to socjolog mówiący rzeczy ciekawe, mający dużą erudycję w wielu dziedzinach, posługujący się precyzyjnym językiem, zachowujący stosowny dystans badacza do zjawisk, o których się wypowiada. Profesor nie tylko opisuje rzeczywistość, nie tylko daje diagnozy, a te są jak najdalsze od publicystycznych uproszczeń i naiwności, ale również przedstawia rekomendacje, mówi co robić, aby budować silną Polskę.

W diagnozach Lichocka i Zybertowicz czasami się nie zgadzają; raz jest to różnica niewielka, innym razem dość poważna; podobnie przedstawia się rzecz z rekomendacjami – dziennikarka i profesor mocno się spierają, zwłaszcza pod koniec książki.

Lichocka w tej rozmowie wypadła bardzo dobrze; przedstawia ciekawe tezy i, co istotne, rzetelnie je argumentuje. Takich rozmów brakuje w mainstreamowych mediach, ale nie tylko takich rozmów w mainstreamowych mediach brakuje. Ostatni rozdział książki zaczyna się tak:

Lichocka: - Trochę się w tej książce przechwalamy, że udało nam się odkodować system III RP.
Zybertowicz: - Gorzkie to przechwałki. Nawet nie dlatego, że pewnie nie wyczerpaliśmy tematu, ale przez to, że w próbach całościowej analizy systemu jesteśmy niemal odosobnieni. W normalnie funkcjonującej sferze publicznej, w której demokracja ma także wymiary deliberatywne, gdzie podstawowe kwestie są rozważane w racjonalnej rozmowie, taki głos jak nasza książka byłby czymś na porządku dziennym. Analiz systemu byłoby mnóstwo; nawiązywałyby one do siebie nawzajem. Gdyby w Polsce istniał obszar faktycznego dialogu, to część dziennikarzy, intelektualistów, uczonych, a także bardziej inteligentni politycy braliby w nim udział. [ss. 315-316]

No właśnie, „w normalnie funkcjonującej sferze publicznej”. Rzecz jasna termin „normalny”, w odniesieniu do sfery publicznej, nie jest terminem precyzyjnym i można dyskutować o tym, co to znaczy, że sfera publiczna funkcjonuje normalnie, ale chyba – i to jest moja opinia – większość ludzi czuje, że system wielopiętrowgo klientelizmu nie jest normalnym systemem. Przynajmniej mam nadzieję, że wielu ludzi chciałoby czegoś więcej, niż tego, że mogą zmienić samochód, kupić nowe meble do domu, decydować, czy kupić już sobie telewizor 3D i z jakiej półki cenowej, samemu, zupełnie suwerennie, wybrać smartfona i tablet dla siebie. [s. 182]

24 września 2013

Dom cichy, spokojny...

Kocie dzieciaki wróciły do domu, a mnie wciąz jest nieswojo, gdy wchodzę pod prysznic i nie ma tuż obok mnie Jerzyka. Z. dziwi się brakowi Szczawinki na balkonie. Ech, łapią za serca kociątki, łapią...


Sisulka wciąz jest na lekach regulujących wygląd paszczy. Dziś planujemy obejrzeć dziąsła i ewentualnie, po uzgodnieniu z lekarzem, zmniejszyć dawkę. Na czas pobytu dzieciaków Sisi nieco zachrypła, ale teraz głos jej wrócił i wita mnie donośnie przy wchodzeniu do mieszkania.


Nusia po pobycie dzieciaków nieco się zaokrągliła, więc podejmujemy próby pracy z kotem. Bieganie z myszką, gonienie kasztanów i różne takie. Noce spędzamy razem; kocinka jest takim samym śpiochem jak ja i śpi na mnie od wieczora (dość wczesnego), aż do (także wczesnego) ranka. 


Wojtuś co wieczór wchodzi do wersalki i nawołuje Szczawinkę i Jerzyka. Przecież byli, ganiali się z nim i teraz gdzie są? Przez dwa pierwsze dni ich pobytu mieszkał na szafkach kuchennych, a później zapałał do nich tak dużym uczuciem, że wciąż przeżywa ich brak.


Gusia niespecjalnie przejęłą się obecnością i nieobecnością kociaków. Istotniejsza dla niej była moja nieobecność; weekend w pracy to nie jest to, co kotek akceptuje. Wczoraj odpoczywałyśmy obydwie; ja leniwie podczytywałam książki na zmianę z oddawaniem się snom, a Gusia, przytulona jak plasterek do mojego brzucha, spała. I tak uroczych dni życzymy sobie, i Wam, więcej...

P.S. I teraz powinnam była napisać, co robi Duszka. Duszka Jest. 

21 września 2013

Uzależnienie od książek [Śląscy Blogerzy Książkowi]

Czas jakiś temu pojawił się tekst na temat uzależenia od książek i jego objawów. To, że jestem uzależniona wiem, ale jak bardzo... Zobaczmy :-)

W dzieciństwie książki były Twoimi najlepszymi przyjaciółmi. Oj, tak.

Kiedy czytasz dobrą książkę zapominasz o jedzeniu i spaniu. O spaniu tak. A co do jedzenia - to zależy o czym czytam.

Twoje wzloty i upadki są całkowicie uzależnione od tego, co akurat czytasz. Nie, aż tak nie ulegam fikcji.

Przeżywasz traumę przez coś, co zdarzyło się „tylko” w książce. Nie, fikcja mnie tak nie porywa.

Masz w portfelu na wierzchu kartę do biblioteki, a nie prawo jazdy. Kartę biblioteczną mam ze sobą zawsze. Prawo jazdy, czy dowód niekoniecznie.

Tak wyobrażasz sobie idealny dom.
Chyba wolałabym coś na kształt kompilacji z tych propozycji:



Przechodzenie obok zamkniętej księgarni jest torturą, a kiedy jest otwarta, nie jesteś w stanie wyjść bez kupienia czegoś. Nie, najczęściej nie mam czasu wchodzić do księgarni. 

Za każdym razem kiedy rozpoczynasz nowy projekt, musisz najpierw przeczytać mnóstwo książek na jego temat. Zakładasz, że z książek nauczysz się wszystkiego. Może nie wszystkiego, ale bardzo dużo. Tak, ten punkt w pełni mnie dotyczy.

Nigdy nie wyśmiewasz tego, kto coś przeczytał, ale szydzisz z tych, co nie czytali. Nie, nie szydzę. Lata praktyki nauczyły mnie tolerancji dla ludzkich dziwactw.

Kiedy ktoś przychodzi do Ciebie po radę, dajesz mu książkę. Często.

Tak wygląda Twoja walizka gdy jedziesz na wakacje.
Wszytsko zależy od tego, gdzie i z kim będę spędzała wakacje. No i audioksiążki zajmują o wiele mniej miejsca.

Nie masz pojęcia, co robią na plaży ludzie, którzy przychodzą tam bez książek. No, właśnie... Co oni tam robią. Nudzą się?

Stos książek przy Twoim łóżku zaczyna przypominać wieżę z gry Jenga. Nie, na stoliku w tej chwili mam tylko 3 książki. Chyba nigdy więcej nie było.

Najseksowniej wyglądają dla Ciebie osoby, które trzymają w ręku książkę. Może nie najseksowniej, ale najbardziej interesująco. Skoro czytają, to znaczy, że mają jakieś pasje, zamiłowania. A ludzie mający hobby są zawsze bardziej interesujący od tych, którzy hobby nie mają.

Im grubsza książka, tym lepsza. Nie zawsze, choć grubsza gwarantuje dłuższe przebywanie w świecie wykreowanym przez autora.

Oceniasz ludzi na podstawie ilości książek, które mają w domu. Tak, choć może wstyd się do tego przyznać.

Twoja wiara w ludzi wraca, kiedy ktoś przeczyta książkę, którą mu polecałaś. Może nie jest to kwestia wiary w ludzi, ale lubię rozmawiać z kimś, z kim mogę dzielić wrażenia z tych samych, przeczytanych książek.

Książka jest zawsze, zawsze lepsza. Oczywiście. 

Jedną z największych przyjemności w twoim życiu jest zapach ksiażek. Tak :-) Drugą jest zapach mokrego kota.

Bardzo przejmujesz się przemocą wobec książek. Złożone pytanie. Owszem, odczuwam smutek na widok książek wystających ze śmietnika i przygarniam sporo starszych książek, których ktoś ze znajomych chce się pozbyć, kupuję książki na bibliotecznych wyprzedażach, ale z drugiej strony - moje książki mają pozałamywane grzbiety, często są popodkreślane, śpią na nich koty.

Oczywiście, że ćwiczysz! Oczywiście:-) Kilka dni temu, podczas czytania, zaczęłam machać nogami. I tak się zaczytałam, że jeszcze dziś mam kłopot z chodzeniem;-)

Zachowujesz się czasami jakbyś cierpiała na bezsenność. Oj, bezsenność to zdecydowanie nie ja. Ale uwielbiam poranki w dni wolne, kiedy budzę się wcześniej i mogę sobie pozwolić na to, by witać dzień z książką i kawą w łóżku.

A kiedy już zasypiasz, to zwykle z książką w ręku. Gdy książka wypada mi z rąk wiem, że pora zgasić światło.

Kończenie dobrej książki jest jak strata przyjaciela. Pomiędzy jedną, a drugą książką jesteś zagubiona. Jestem. Kończę czytanie świetnej książki i choć wiem, że na półkach czeka na mnie mnóstwo doskonale opowiedzianych historii, nie umiem sięgnąć po żadną; zbyt mocno tkwię w tej, którą niedawno zamknęłam.

Cóż... Chyba powinnam się przedstawiać  - "Prowincjonalna nauczycielka, uzależniona od książek".

Jak jest z Wami? Czujecie się uzależnieni? Pod którym z powyższych punktów możecie się podpisać? A który zdecydowanie nie opisuje Was?

15 września 2013

Niedzielnik nr 45


Wrzesień, jak dotychczas, okazał się być miesiącem ubogim w recenzje, bogatym w dobre książki oraz pełnym różnych, niekoniecznie miłych, niespodzianek. Na szczęście zostało jeszcze kilkanaście dni letnio-jesiennego miesiąca i w tym upatruję źródła nadziei na zmianę na lepsze.



Do książek widocznych na zdjęciu, czyli przeczytanych i do opisania, doliczyć należy jeszcze kilka. Nowy Pilipiuk, który jednak nie zachwyca, odkryta z radością na bibliotecznej półce "Tulipanka" (radość prysła, gdy okazało się, że ogromną część książki autor poświęcił na szczegółowe opisanie perypetii związanych z tym, by jego psica została matką; tak, łącznie z chodzeniem na psie randki), "Sklepik z marzeniami" Kinga, który zrobiwszy na mnie duże wrażenie wrócił do biblioteki, książka o labradorze, który uratował chęć życia pewnego mężczyzny (wiało nudą, nie skończyłam czytać), "Bezdomna" Katarzyny Michalak (sięgnęłam po nią z "inspiracji" Królowej Matki) i "Numer 10" Sue Townsend, które wbrew moim oczekiwaniem nie było śmieszne, ale było pouczające. W międzyczasie przeczytałam kolejny raz "Psy z piekła rodem" i "Delicje ciotki Dee", przyjęłam na wakacyjny tymczas dwa kociaki, rozważałam przyjęcia na tymczas także Szaszki, haszczanki mojej siostry, a przede wszystkim martwiłam się o mojego Tatę, który w bardzo ciężkim stanie trafił do szpitala. Jeśli do tego wszystkiego dodacie obowiązki zawodowe zrozumiecie, że pierwsza połowa września była dla mnie więcej niż intensywna.

Przez całe lato nie pomyślałam o tym, żeby wybrać się z książką na parkową ławkę. Dopiero dziś o tym pomyślałam i gdy już byłam o 20 stron od końca lektury, z ławki wygnał mnie deszcz. Ech...


Podobnie jak w ubiegłym roku, wraz z ochłodzeniem, czuję narastającą konieczność tworzenia zapasów na zimę. O ile jeszcze szaleństwo kuchenne jest w moim przypadku do opanowania, to niepokoi mnie owa dogłębna potrzeba stawiania na półkach nowych książek. Przy czym słowo "nowe" nie odnosi się ani do roku wydania tychże, ani do tego, czy już je znam. Po prostu mam wielką ochotę stworzyć półkę na każdy dzień, na której stałyby wspomniane już "Psy z piekła rodem" (bo obawiam się, że Biblioteka Śląska wkrótce wprowadzi ograniczenie wypożyczeń na moje konto), książki Jan Karon, P.D. James, Vitusa Droschera. Nie będę dalej wymieniała, pewnie rozumiecie :-)

I jeszcze wspomnienie wakacyjnego wyjazdu



P.S. A skoro już o obowiązkach zawodowych była mowa, to zapraszam:


Blogerzy piszący o książkach mogą się zarejestrować, aby skorzystać z bezpłatnego wejścia na targi. Podobnie - bibliotekarze. Na Targach będzie silny akcent śląski, fantastyczny, a także blogersko-szkoleniowy. Zresztą, zerknijcie w program. Zapraszam; mam nadzieję, że uda się nam spotkać :-)

Od tygodnia jest nas więcej

Na czas wakacyjnego wyjazdu opiekunów, trafiły do nas Szczawinka i Jerzyk, które rekomendowałam kilka wpisów wcześniej jako uroczą parę kociąt szukających domu. 


Maluchy są przezabawne, a mnie kolejny raz zdumiewa jak bardzo wybrakowana jest ludzka pamięć. Wojtek rok temu też był maleńtasem podobnym do Szczawinki i Jerzyka; mimo tej wiedzy, jakoś słabo pamiętamy o jego rozmiarach, ochocie na szaleństwa i innych elementach, które stanowią nieodłączną część wychowywania kociego dzieciaka.


Kociaki poczuły się doś swobodnie niemalże od razu. Szczawinka, jak na dobrze wychowaną panienkę przystało, była nieco bardziej zachowawcza i mocniej liczyła się ze zdaniem ciotek. Jerzyk, dzielny szałaputa niewielkich rozmiarów, pomyka przez życie, przez ciotki i po nas z beztroską osobnika, który wie, że jest bezpieczny, a inni dbają o to, by było mu dobrze.


Maleńtaski są bardzo zżyte ze sobą. Śpią wtulone w siebie, razem biegną do misek, wspólnie się bawią, wskakują na drapak i korzystają w tym samym czasie z toalety (na szczęście mamy dwie). Do jedzenia i zabawy są równie skore, a wszelkie pudła i pudełeczka, którymi postanowiliśmy urozmaicić dom, by miały więcej bodźców, idealnie się nadają do atakowania siebie, Wojtka, naszych nóg lub po prostu atakowania. Obydwoje są smakoszami - dobry jest barszcz czerwony, twaróg, sok z pomidora, pieczony w domu chleb, pasta do chleba z ciecierzycy i marchewki (kotki zostaną wyposażone w przepis) pobiła jednak rekord popularności.


Szczawinka upodobała sobie Z. i spędza na jego kolanach wieczory, za to Jerzyk śpi na mojej poduszce lub we wgłębieniu obojczyka. O ile ona burczy pięknie, gdy się ją głaszcze, to on - nieborak malutki - wciąż ma fazy ugniatania, ciumkania i burczenia jednocześnie.


Nasze kotki przyjęły gości dość spokojnie. Co prawda, Sisi i Gusia nie życzą sobie poufałości o czym z daleka i wyraźnie mówią maluchom, ale Nusia, a już szczególnie Wojtek, wykazują się życzliwością. Mam jednak podejrzenie, że w środę (bo wówczas kociątka wracają do siebie) nasze koty odetchną; nikt nie będzie polował na ogony, kradł z misek, rozpychał się na łóżku, zajmował ludzkich kolan i uwagi.


Dobrze jest sobie przypomnieć, ile radości wnoszą do domu małe koty.


P.S. W piątek minął miesiąc od śmierci Duszki. Dziękujemy Wam za ciepłe, pełne zrozumienia komentarze i dzielenie się własnymi przeżyciami. Cieszymy się, że jesteście z nami.