30 grudnia 2014

Cuda wianki

W domu kociarzy spotkacie najróżniejsze rzeczy. Oczywistości, czyli kuwety, miski i legowiska. Są też parapetniki, półki zamocowane na ścianach niby to na książki, czy kwiatki, a przecież wiadomo, że na kota, miski, dzbanki, czy kufle, z których koty pijają, jakieś zabawki. 

Są również rzeczy, które na pierwszy rzut oka - szczególnie oka nie doświadczonego z obcowaniu z mruczącymi domownikami - z kotami się nie kojarzą. Jakie? Kartony różnej wielkości, z powycinanymi bądź nie dziurami w strategicznych miejscach. Koce, kocyki, poduchy i poduszeczki. Piłki, w tym te najukochańsze, do ping ponga. Kasztany, żołędzie, orzechy. Linki i sznury porozwlekane po całym domu. Koty używają także szalików i rękawic - moja Nusia uwielbia się nimi opatulić, a później je lizać. W zaprzyjaźnionym domu koty lubią patyczki do uszu; pod czujnym okiem człowieczym noszą je i chowają pod szafkami. Świetne są też laptopy - można się na nich usadowić (albo jak człowiek się mocno uprze - obok nich) i zaspokoić swoją kocią potrzebę przebywania w cieple. 

Chyba najbardziej kuriozalnym przykładem rzeczy ściśle związane z kocimi potrzebami jest u nas piłka, stara, nieco zużyta piłka do ręcznej. Nie, koty w nią nie grają. Piłka leży między drzwiami kuchennymi, a ścianą i spełnia rolę odbijacza. Sisi ma zapędy, żeby mnie budzić poprzez drapanie w lustro lub stukanie drzwiami o ścianę. Piłka ze swojej roli wywiązuje się znakomicie, chyba, że ktoś czterołapny postanowi ją zza drzwi wyciągnąć.

Oczywiście, widziałam wczoraj wieczorem, że piłka opuściła swoje miejsce. Ale uznałam, że skoro leży tam tak długo, to przecież NIKT nie będzie pamiętał, że skoro jej nie ma, to można ponownie budzić mnie uderzając drzwiami o ścianę sypialni. A jednak - Sisi pamiętała... O 4 nad ranem. A piłka w tym czasie została już zaturlana gdzieś daleko i nie miałam siły jej szukać.

24 grudnia 2014

Boże Narodzenie 2014


Przedświąteczne porządki

Dziś jest specyficzny dzień. Od kilku dni myślimy tylko o wigilijnym wieczorze, w myślach przepowiadamy sobie listę rzeczy do kupienia i zrobienia, zastanawiamy się, czy wszystko już jest, by zacząć świętować. Odhaczamy - umyte okna, wyprasowane sukienki, zapakowane prezenty, upieczone makowce i ulepione pierogi. No i jeszcze ustrojona choinka, świąteczne radio brzęczące w tle i opłatek na przykrytym śnieżnobiałym obrusem stole. 

Przed świętami robimy to, co wygląda ładnie i co sprzyja temu, żeby nasze mieszkanie wyglądało czysto i porządnie. Zmieniamy firanki, obrusy, pościele, przeglądamy różne szpargały i wyrzucamy te niepotrzebne, robimy czystkę w księgozbiorach, szafach i oddajemy to, co nam zbędne. Niektórzy od szpitali oddają seniorów rodzin, inni wyrzucają z samochodów psy lub, co gorsza, uwiązują je do drzew podczas spaceru. Są i tacy, którzy w ramach pozbywania się kłopotów pod schroniska w kartonach, reklamówkach, transporterkach przynoszą koty. Bo może o jeden raz za dużo zainteresowały się błyszczącą bombką na choince lub postanowiły posmakować karpia w galarecie?

Nie wiem czemu Gusia w Wigilię 2007 roku trafiła za schroniskowe kraty. Ważne jest, że trafiła. Zdziczała z nerwów została wzięta za chłopaka i nadano jej imię Wilguś. Gdy okazało się, że to jednak dziewczynka, zmienione jej imię na Wilgusia. Zmiana imienia niewiele zmieniła w pozostałych elementach sytuacji. Gusia z wygodnego, domowego posłania trafiła do klatki, w której ze strachu atakowała ręce człowieka sprzątające kuwetę, czy podającego jedzenie. Syczała, gryzła, a stres robił swoje - matowiała jej sierść, chudła; a że nie było chętnych do tego, by dać dom dzikusowi, to - bez człowieka - dziwaczała coraz bardziej, niemalże z godziny na godzinę.


Dziś, w ten specyficzny dzień, którym zaczynamy świętować Narodziny Chrystusa, życzę zwierzętom, by nie były porzucane. By każde z nich miało swoją poduszkę, pełną miskę, ciepłą dłoń życzliwego i troskliwego człowieka. Aby stały się Ważne, by w naszych ludzkich myślach przestały być "rzeczą", a stały się członkiem rodziny, by ich obecność nadawała naszemu życiu sens.

Wy również przyjmijcie życzenia.

21 grudnia 2014

Niedzielnik z wyzwaniami


Koniec roku sprzyja podsumowaniom i snuciu planów na rok nadchodzący. W Sieci pojawiają się coraz to nowe wyzwania czytelnicze, porady jak dotrzymać noworocznych postanowień, jak zadbać o swój komfort psychiczny już na etapie planowania, itd. Wśród różnych propozycji jest i ta, z której postanowiłam skorzystać.



KassWarz, autorka bloga "Achy i ochy z książką" namawia do przeczytania 12 książek, które zalegają nasze półki od dawna, które kiedyś chcieliśmy przeczytać, a po które - z niewiadomych przyczyn - do dziś nie sięgnęliśmy. Proste prawda? Trzeba tylko wybrać, pamiętać z początkiem każdego nowego miesiąca o książce na najbliższe dni i już. Zapewne realizacja, szczególnie w drugiej połowie roku, będzie znacznie trudniejsze niż napisanie powyższych słów, ale nie należy się zrażać - gdy przyłączymy się do wyzwania znajdziemy się wśród tych, którzy, podobnie jak my, będą mieli momenty zwątpienia i razem udzielimy sobie wsparcia.

Póki co wybrałam książki, które będę czytała przez najbliższe 12 miesięcy i za chwilę zrobię odpowiednią adnotację na stronie z wyzwaniami czytelniczymi.



A skoro o wyzwaniach - pamiętacie o "Znalezione pod choinką"? Odkryłam podczas ostatniej wizyty w bibliotece dwie nowe książki o tematyce świątecznej i zamierzam odnotować ich lekturę na wyzwaniowym blogu.

A na koniec niedzielnika - zastanawialiście się kiedyś jak uczynić najbliższy rok swojego życia najszczęśliwszym z dotychczas przeżytych? Tu znajdziecie podpowiedź :-)

13 grudnia 2014

W grudniu, wczesnym wieczorem...

Tuż obok łóżka rozlega się chrapanie Sary. Na kołdrze zawinięta w kłębek śpi Nusia. Tuż obok, w koszyku, Gusia, na drapaku Wojtuś. A Sisi... Sisi w łazience, na koszu na pranie, blisko kaloryfera. W przedpokoju świąteczne lampki, w tle radio jazzowe z Nowego Orleanu, a pod ręką dobra herbata. Prawda, że sielanka?

Piotruś pojechał do nowego domu w minioną niedzielę. Zamieszkał z kilkumiesięczną koteczką, chętną do zabaw i szaleństw. Ponoć już się dogadują.



U nas spokojnie. Sisi przez chwilę męczyły dolegliwości żołądkowe, ale już jest wszystko dobrze. Ostatnie dwa tygodnie spędziłam poza pracą, więc miałam nieco więcej czasu i dla siebie, i przede wszystkim dla zwierzaków. Więcej spacerów i to spacerów w blasku dnia, więcej czasu na myzianie, ale też obcinanie pazurków, czyszczenie uszu i czesanie. 

Lubię te wieczorne posapywanie zwierzyńca, moment, w którym wiem, że jest dobrze, zdrowo i bezpiecznie. Grudzień, jak chyba żaden inny miesiąc w roku, sprzyja tęsknotom za takim stanem. Zbliżające się Boże Narodzenia skłania ku refleksji i myśleniu o tych, których już z nami nie ma. Ale o nich kiedy indziej, jeszcze nie dziś... Dziś cieszmy się byciem ze sobą w takim gronie w jakim jesteśmy. I myślmy o tym, jak uczynić świąteczne dni specjalnymi także dla zwierzyńca.

08 grudnia 2014

M. H. Clark. Najdłuższa noc., M. i C. H. Clark. Przybierz swój dom ostrokrzewem.



Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

"Najdłuższa noc" to historia kobiety, która niewłaściwie ulokowawszy swoje uczucia postanowiła owoc tychże źle zainwestowanych uczuć, nowo narodzoną córeczkę, położyć wraz z wyprawką na schodach kościoła, którego pasterzom ufała. Przedziwny zbieg okoliczności sprawił, że tej samej nocy, której Sondra zostawiła dziecko, do kościoła włamuje się złodziej i oprócz drogocennych kielichów przywłaszcza też sobie porzuconą dziewczynkę.

Niewielka opowiastka, klasyczna w bożonarodzeniowym wydźwięku, do przeczytania w jedno popołudnie. Ale tchnąca nadzieją i wdzięczna w lekturze.

"Przybierz swój dom ostrokrzewem" opowiada o znanej autorce kryminałów i porwaniu, którego dokonano wzorując się na jej powieściach. I znów mamy do czynienia z przedziwnym splotem wydarzeń - główna bohaterka ląduje w szpitalu z unieruchomioną nogą, a porwanym zostaje jej mąż.

Co ciekawe, w obydwu powieściach ważna rolę odgrywa pewna kobieta, która kiedyś zarabiała na życie sprzątaniem, by po wygranej na loterii zająć się, z życzliwością wobec świata równą temu, jaka okazywała wcześniej, amatorskim rozwiązywaniem zagadek kryminalnych.

I tu niestety przytyk do wydawcy - powieści wydano w odstępie roku. I w jednej książce wspomniana bohaterka ma na imię Elwira, w drugiej - Alvirah. 

Ale pomijając to - zgrabne opowiastki, które dobrze się kończą.

07 grudnia 2014

Gunilla Bergström. Albert.


Wydane przez
Wydawnictwo Zakamarki

Uświadomiłam sobie, że dotychczas nie pisałam o Albercie, a że chłopiec wart jest poznania, więc i należy napisać o tym rezolutnym kilkulatku.

Albert mieszka z tatą. W zależności od tego, po którą część przygód Alberta sięgniemy, spotkamy chłopca albo pięcioletniego albo sześcioletniego, albo siedmioletniego. Od jego wieku uzależniony jest też przebieg opowieści, z którą mamy okazję się zapoznać.

Albert pięcioletni jest, podczas wizyty u babci, marginalizowany przez starszych kuzynów. A ponieważ chłopcy traktują go jak nic nie rozumiejące dziecko, Albert postanawia to wykorzystać. Co oczywiście nie wychodzi na dobre kuzynom.

Dom, w którym nie ma nikogo dorosłego, to dom pełen duchów? Tak się przynajmniej wydaje Albertowi, który boi się być samemu, boi się iść do piwnicy i przechodzić przez ciemny przedpokój. Na szczęście Tata uczy go rymowanki przepędzającej duchy, które przecież nie istnieją.

Gdy Albert spotyka potwora ma już 6 lat. A potwór pojawia się wtedy, gdy Albert, który - jak dowiemy się z innej części przygód chłopca - nie lubi się bić, uderzył małego chłopca podającego podczas meczu piłki. Albert martwi się, bo chłopiec przestał się pojawiać na podwórku, a potwór pod łóżkiem Alberta staje się coraz straszniejszy i coraz bardziej się panoszy.

Sześciolatki, koledzy przedszkolni Alberta, lubią wyzywać się na pojedynki. I tylko Albert nie chce brać udziału w bijatykach, poddaje się od razu, gdy tylko ktoś próbuje go uderzyć. Czy to oznaka tchórzostwa?

Zbliża się pierwszy dzień nowego roku szkolnego, a dla siedmioletniego Alberta, pierwszy dzień w szkole. Chłopiec robi się podejrzanie spokojny, wyjątkowo grzeczny, a w noc poprzedzającą wizytę w szkole nie może zasnąć. Czy inne dzieci też się denerwują? Czy takich dzieci jest dużo? I czy tylko dzieci się denerwują?

Historie opowiadające o Albercie są krótkie i szalenie trafnie przedstawiają nurtujące dzieci problemy. Oswajanie lęków, upominanie się o uznanie wśród rówieśników i starszych, ocena tego, czym jest odwaga, czy próba uporządkowania własnych emocji to przecież codzienność z jaką zmagają się dorastający, mali ludzie. Ale, jak wiemy, mali ludzie mają nie tylko małe problemy, a te z pewnością pomogą rozwiązać sytuacje, które już na sobie wypróbował Albert.

Polecam:-)

06 grudnia 2014

Balsam dla Duszy na Boże Narodzenie.


Wydane przez
Wydawnictwo Rebis

Nie mam coś szczęścia do tegorocznych lektur. O ile "Najgłupszy anioł" mnie zniesmaczył, to "Balsam dla Duszy..." zesłodził niewyobrażalnie. Ja wiem, że czas Bożego Narodzenia to czas wzruszeń, porywów serca, czy drgnień skłaniających do niesienia pomocy, drgnień, których na próżno oczekiwać w innych porach roku.

Opowiadania zawarte w książce posegregowani wokół cnót: radości, prostoty, miłości, życzliwości, wdzięczności, wiary, zachwytu. Brzmi dobrze, prawda? Ale zawartość...

Po tekstach nadesłanych do książki wyraźnie widać różnice między mentalnością Amerykanów a naszą. Nie mówię, że nie jest to fascynujące, ale w "Balsamie dla Duszy..." szukałam raczej przyjaznych do czytania tekstów niż motywacji do studiów socjologicznych związanych z infantylizmem bożonarodzeniowym mieszkańców USA w opozycji do realizmu ludzi z bloku postsowieckiego.

I tym razem nie umiem zachęcić. Bywa;-)

05 grudnia 2014

Marcin Pałasz. Elf i pierwsza gwiazdka.


Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Czasami myślę o tym, że pisanie serii książek jest jednocześnie łatwe i trudne. Łatwe, bo skoro czytelnicy pokochają bohaterów, polubią ich wady i zalety, poczują się z nimi związani, są im wiele wybaczyć, a może bardziej - wiele wybaczyć Autorowi. Z drugiej strony - szalenie trudne, bo czytelnik znudzony może przestać być czytelnikiem, więc trzeba wytężać umysł, by zawsze zapewnić miłośnikom swojej prozy odpowiednio wysoki poziom, a swoim bohaterom ujmująco atrakcyjne przygody.

Z tego, jakże kłopotliwego położenia, doskonale wychodzi Marcin Pałasz, którego kolejne powieści po pierwsze wzmagają sympatię do Elfa i jego Dużych, a po drugie - nie nudzą, a co więcej - dostarczają uśmiechu, wzbudzają zainteresowanie i co warto podkreślić, wciąż zawierają wyraźną nutę edukacyjną.

Elf nie wie co to śnie i nie wie, co to "święta". Niemniej jednak na wieść o wyjeździe i bliskim spotkaniu z resztą rodziny ludzkiej oraz spotkaniu ze swoją siostrą, tak jak on adoptowaną ze schroniska, cieszy się całym sobą. Ale zanim rodzina Elfa wyruszy w podróż trzeba kupić choinkę, upiec chleb, zabawić się w Mikołaja i spotkać z dawno nie widzianym wujkiem zza dalekiej granicy.

Im bliżej Wigilii tym robi się ciekawej, choć nie oznacza to "weselej". Dzieją się zaskakujące, czasami niezbyt miło pachnące (i nie jest to metafora) rzeczy, a atmosfera z uroczystej zamienia się w lekko zwariowaną.

Gratuluję Marcinowi Pałaszowi kolejnej książki na wysokim poziomie. Cóż - pozostaje jedynie promować adopcje psów ze schronisk; wszak jeden z nich stał się inspiracją do ważnej edukacyjnie serii powieści dla dzieci.

04 grudnia 2014

Christopher Moore. Najgłupszy anioł.


Wydane przez 
Wydawnictwo MAG

Po lekturze "Najgłupszego anioła" utwierdziłam się w przekonaniu, że czasami moje poczucie humoru jest zupełnie odmienne od amerykańskiego poczucia humoru. I nawet nie chodzi tu o nadwrażliwość związaną z tematyką bożonarodzeniową, którą ewentualnie mogłabym mieć, ale o to, że zombi do mnie nie przemawiają;-)

Niewielkie, z pozoru zwyczajne, miasteczko, w którym mieszkańcy mają swoje obyczaje i przyzwyczajenia, w okresie przedświątecznym odwiedza pilot z zaprzyjaźnionym nietoperzem oraz anioł, zesłaniec Niebios. A, nieco później pojawia się, dość marginalny dla całości historii, psychopatyczny, seryjny, by nie rzec bożonarodzeniowy, morderca. I niby tylko tyle jest nowych postaci, ale i one - a w szczególności anioł - robią sporo zamieszania.

Nauka z powieści Christopher'a Moore'a wynika jedna - Uważaj, czego sobie życzysz, bo jeśli twoje życzenie spełnić się uprze niezbyt rozgarnięty anioł, to może się to źle skończyć.

Do przeczytania, ale bez fajerwerków, a bardziej z ciekawością, cóż jeszcze może się nie udać;-)

30 listopada 2014

Niedzielnik nr 52


Zaledwie tydzień temu spotkałam się z niektórymi z Was w Spodku, a wydaje mi się, że to już dawno temu. Miałam przyjemność uczestniczenia w spotkaniu blogerów, poznałam kilka osób, które znałam tylko z  blogów, nie poznałam całego mnóstwa tych, których blogi może i czytuję, ale nie kojarzę ich autorów. Dziękuję za rozmowy i dobre słowa:-)


W tamtym roku zerkałam nieśmiało, w tym - postanowiłam uczestniczyć. W czym? W Robótce. Do inicjatywy przekonałam jeszcze kilka koleżanek i szykujemy paczkę, która zawierać będzie kilka mniejszych paczuszek pakuneczków i przede wszystkim - świątecznych kartek. Jeśli chcielibyście dołączyć do Robótki - zapraszam TUTAJ, gdzie znajdziecie wszystkie szczegóły.

W poprzednim Niedzielniku pisałam o dwóch brakujących mi do kompletu książkach Jan Karon. Na stoisku antykwarycznym Miejskiej Biblioteki Publicznej w Katowicach kupiłam jedną z brakujących. Została mi już tylko jedna. Gdyby jakiś Mikołaj miał kłopot z prezentem, to oto podpowiedź:


Na razie jednak zdarzyło mi się tak, że na pierwszy plan lekturowy wyforsowała mi się inna książka. Mam nadzieję, że przy wsparciu przyjaciół i dzięki temu, co i jak pisze Regina Brett, poradzę sobie w sytuacji utraty pracy i szybko znajdę taką, która będzie dla mnie nie tylko koniecznym źródłem pieniędzy do opłacania rachunków, ale także źródłem satysfakcji.


Dziś pierwsza niedziela Adwentu. Pamiętajcie o wyzwaniu Znalezione pod choinką :-)

Miłego tygodnia!

28 listopada 2014

Marcin Pałasz. Chciałbym mieć psa, czyli jak wychować człowieka.


Wydane  przez
Wydawnictwo Skrzat

O bożonarodzeniowym Elfie napiszę w przyszłym tygodniu, a dziś pora na książkę, która moim zdaniem jest nie tylko doskonałym elementem marketingowym, ale też rewelacyjnym uzupełnieniem serii książek o adoptowanym psie i jego ludziach.

"Chciałbym mieć psa, czyli jak wychować człowieka" to swoisty poradnik dla tych, którzy o psie marzą lub tych, którym już dane jest cieszenie się obecnością czworonoga. Narratorem opowieści jest Elf; to on wpadł na pomysł, aby podyktować swojemu Dużemu książkę, której celem jest ułatwienie komunikacji między ludźmi i psami. Zdaniem bowiem Elfa, to my mamy kłopot ze zrozumieniem psów i to nas trzeba szkolić i wciąż pouczać; bez psów już dawno zginęlibyśmy marnie.

I tak oto, w konwencji króciutkich historyjek opowiadanych przez psa, poznajemy różne zasady zgodnej, zdrowej koegzystencji ludzko-psiej. Jak spacerować z psem starszym, a jak z młodszym, czy przygarnąć psa ze schroniska, czy kupić w hodowli, czym karmić ukochanego pupila, a czym zdecydowanie nie, na czym wyprowadzać psa i jak często to robić. Jest też rozdział o wyjazdach wakacyjnych, komunikatach nadawanych pozawerbalnie, aktywności psa w zależności od wieku i rasy, a wszystko to przeplatane bezpośrednimi radami Psiej Matki.

Bardzo podoba mi się pomysł wyselekcjonowania porad, które w powieściach o Elfie mogłyby wydawać się zbyt dydaktyczne i wydania ich w jednym tomie w formie mini-opowiadań. Stworzenie kompendium wiedzy o psim zachowaniu i psich potrzebach dopasowane do percepcji młodych czytelników przyniesie, mam nadzieję, dobre skutki w relacjach między dziećmi a psami. I oby tylko z tych dzieci wyrośli ludzie wrażliwi na los zwierząt.

Nieustająco kibicując Marcinowi Pałaszowi zachęcam do lektury.

P.S. Dopiero teraz zauważyłam, że jako autor ilustracji występuje fotolia.pl. Zdumiewające...

26 listopada 2014

Bez zmian, choć...

miesiąc już minął. A może jednak trochę się zmieniło? Na pewno wszyscy jesteśmy starsi o miesiąc :-) 

Piotruś odwiedził weterynarza i w związku z tym kocur jest już kompletnie gotowy do adopcji - zaszczepiony, wykastrowany, z wynikiem FelV-. PanDoktora odwiedziła też Sisulka i to nie zaplanowane czyszczenie paszczy, a na badania krwi. Zrobiło się jej jakoś mniej i bałam się, że operacja może okazać się zbyt dużym wyzwaniem dla jej organizmu. Moje przeczucia okazały się mieć podstawy medyczne - Sisi waży 4,6 kg, ma nieco mniej mięśni niż miała wcześniej, a badanie wykazało - o ile dobrze zrozumiałam - że ma kłopot z przyswajaniem i utrzymywaniem wartości odżywczych pokarmu. Potrzebne są dodatkowe badania, tym razem moczu.

Wojtuś, w towarzystwie Piotrka, rozkwita. Ganiają się przed świtem i popołudniami i mimo, że niby nie zaprzyjaźnili się wyjątkowo mocno, to zdecydowanie widać obszary wspólnych zainteresowań. 

Gusia funkcjonuje w stanie z lekka obrażonym, być może nieco więcej niż zazwyczaj. Od kilku dni nie przychodzi do kuchni na poranne jedzenie, ale na szczęście wieczorami jest zawsze. O, własnie - to jest nowość. Po porannym spacerze, kiedy karmię psa, zapraszam na śniadanie także koty. Wrzucam im do misek małą puszkę bardzo dobrej mięsnej karmy, a na parapecie - poza psim zasięgiem - zostawiam suche w miseczce. Musi im to wystarczyć do mojego powrotu z pracy.

Najciekawsza jest obserwacja relacji - wciąż się rozwijających in plus - między Piotrkiem i Sarą. Psica jest jedynym zwierzęciem w domu, które podporządkowuje się rudemu terroryście. Owszem gania go, podejmuje próby przepędzenia go z moich kolan, czy w ogóle z mojego otoczenia, ale on - tez jako jedyny - nie prycha na nią, nie ucieka, nie wysuwa pazurów i nie fuka obrażony. Co więcej - dziś zauważyłam, że Piotrek robi do Sary baranki i ociera się o nią. Nie wiem, która z nas miała bardziej zdumioną minę ;-)

Nusia bywa chwilami zazdrosna o uwagę Wojtka - przytrzymuje go wówczas i pucuje mu łepetynkę oczekując wzajemności. Burczy, układa się na moich rzeczach, dopomina się uwagi, a ja już zaczynam się cieszyć na dni wolne w grudniu - będzie czas na głaskanie, przytulanie i wspólne lenistwo:-)

P.S. Ludzi chętnych do zaadoptowania Piotrka proszę o kontakt :-)

Ramona Bădescu, Benjamin Chaud. Pomelo i kolory.


Wydane przez
Wydawnictwo Zakamarki

Zastanawialiście się kiedyś jakimi widzimy kolory? Czy mnie i koleżance siedzącej obok, słowo "żółty" przywołuje ten sam obraz? A niebieski? Co widzicie, kiedy słyszycie "niebieski"?

Nieco tym tropem, tropem różnorodności w postrzeganiu, wiedzie czytelnika, młodszego i starszego, Autorka jednej z książeczek o Pomelo, uroczym słoniku. Omawiając biel, żółć, pomarańcz, czerwień, róż, brąz, zieleń, czerń, błękit, szarość i fiolet Pomelo posiłkuje się określeniami, które - nam wychowanym w pewnym, wspólnym terytorialnie kręgu kulturowym - nie zawsze przyszłyby na myśl jako pierwsze [a czasami nie przyszłyby wcale;-)]

Bo jak domyślić się różu sałaty, jeśli tylko by chciała być różową? Albo żółtości, która kiedyś będzie dmuchawcem? Czy też nieruchomej zieleni sosen w lesie?

Niby proste, niby dla dzieci 3+, ale wiecie jaka frajda? Polecam:-)

25 listopada 2014

Jamie Oliver. Gotuj sprytnie jak Jamie.

Wydane przez
Wydawnictwo Insignis

To, co teraz napiszę, zabrzmi niewiarygodnie w kontekście popularności Jamie'go Oliver'a, ale to moje pierwsze spotkanie z tym znanym szerokiej, międzynarodowej publiczności brytyjskim kucharzem. Owszem, wiedziałam, że ktoś taki jest, ale ani nie miałam okazji oglądać jego programów, ani też zapoznać się z jego książkami. Dotychczas nie miałam.

"Gotuj sprytnie jak Jamie" jest mi bliska z powodu jednej z idei przyświecającej tej książce, czyli "marnuj mniej". O ile w mojej kuchni raczej nie ma szans na zmarnowanie czegokolwiek, to mam świadomość jak dużym problemem jest wyrzucanie żywności. No, ale pora wrócić do książki:-)

Przepisy w niej zgromadzone podzielone zostały na kategorie według głównego składnika potrawy.Czyli albo warzywa albo ryby, albo wołowina, czy inne rodzaje mięs. Wokół najważniejszego elementu posiłku zgromadzone jest mnóstwo dodatków, a sam przepis zaprasza do wypróbowania nie zawsze oczywistych połączeń, czy rozwiązań kulinarnych.

Urzekł mnie w tej książce początek; Jamie pokazuje czytelnikom zawartość swojej lodówki i spiżarki i objaśnia dlaczego tu lub tu znajdują się konkretne produkty. Pomiędzy kolejnymi przepisami namawia do tego, by poznać dostawców żywności, która kupujemy ( w myśl realizacji zasady "kupuj mądrze") oraz zachęca, podsuwając różne pomysły, jak gotować, by nie wyrzucać jedzenia. Na końcu książki zostały zamieszczone zdjęcia-miniaturki zaproponowanych potraw wraz z szacunkowym wyliczeniem ich kaloryczności, a także zawartości w nich cukrów, węglowodanów, itp., co też wydaje mi się nowatorskim rozwiązaniem.

Z "Gotuj sprytnie jak Jamie" wyłania się człowiek z pasją i Darem. Od niego z pewnością nie usłyszałabym, że będąc weganką jestem utrapieniem kucharzy, jak dane mi to było niegdyś usłyszeć ;-)

P.S. Istnieje jakaś wegetariańsko-wegańska książka autorstwa Jamie'go Oliver'a?

11 listopada 2014

Siódme urodziny


Poświętujecie ze mną? Blogowa droga ostatnio stała się nieco trudniejsza niż wcześniej, ale wciąż o Was pamiętam. I cieszę się, że tu zaglądacie - postaram się dać Wam powody do częstszych odwiedzin.

10 listopada 2014

Robert "Litza" Friedrich, Adam Szustak OP. Wilki dwa.

Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Dużo ostatnio czytam. W moje ręce trafiają książki lepsze i gorsze, książki, które są ze mną tylko, gdy je czytam i takie, które pozostają we mnie jeszcze długo po zakończonej lekturze. Książki, których treści nie traktuje osobiście i takie, których słowa są tak bardzo dla mnie, że aż trudno w to uwierzyć.

"Dwa wilki" należą do książek zdecydowanie wywodzących się na czoło wszelkich klasyfikacji. Choć chwilami mam wrażenie, że ta książka nie podlega klasyfikacjom, bo przecież ona jest napisana specjalnie dla mnie:-)

Zapewne znacie to uczucie - przeczytane słowa trafiają prosto w Wasze myśli, wychodzą na wprost Waszym potrzeby, doskonale odzwierciedlają Wasze emocje, rozwiewają obawy, odpowiadają na pytania, których nawet nie zadajecie, bo boicie się, że nie znajdziecie odpowiedzi. Jeśli jednak nie znacie tego uczucia spróbujcie sięgnąć po "Wilki dwa".

Trudno mi się pisze o tej książce, ale tylko dla jednego powodu - zbyt osobista to dla mnie lektura, bym mogła uzewnętrznić swoje wszelkie związane z nią przemyślenia. Bo też ta książka jak mało która prowokuje do zastanowienia się nad sobą, słowa jakie w niej przeczytałam zakiełkowały, rozrastają się, wypływają co i rusz na wierzch, by uderzyć mnie swoją mocą, prawdziwością i prostotą.

"Wilki dwa" wrzuciłam do podróżnej torby. Zanim dojechałam na miejsce przeczytałam już całą książkę i bez zastanowienia zaczęłam ponowna lekturę. Czytałam ja do porannej kawy w kawiarni, czekając na spotkanie, przycupnąwszy gdzieś na peronie w oczekiwaniu na pociąg. Czytałam i kreśliłam, dopisywałam swoje myśli, stawiałam znaki zapytania, wchodziłam w dialog z Autorami, a może nawet bardziej - z ich przekonaniami.

Uwierzyłam Litzy i ojcu Adamowi. Uwierzyłam w to, co mówią/piszą. Wybrzmieli mi w "Dwóch wilkach" prawdziwie i skłonili do tego, by na nowo o sobie pomyśleć.

Czego i Wam życzę...

P.S. Stacja7.

09 listopada 2014

Niedzielnik nr 51


Wraz z nadejściem chłodniejszych dni zaczynam gromadzić zapasy. Oczywiście, zapasy książkowe. W tym roku jednak, w odróżnieniu od lat poprzednich kiedy to szukałam nowych, grubaśnych książek mających uprzyjemnić mi długie jesienno-zimowe wieczory, moje oczy przeczesują półki w poszukiwaniu wypróbowanych Przyjaciół.

Niewątpliwie do takichże Przyjaciół zaliczyć mogę Melchiora Wańkowicza. Jak widzicie na zdjęciu, mój zbiór jego książek jest dość fragmentaryczny; od czasu do czasu trafiają mi w ręce kolejne tomy za niewielkie pieniądze, gdzieś na kiermaszach, a ja przekonana, że właśnie na mnie czekały przytulam je i wstawiam we właściwe miejsce domowego księgozbioru. I choć lubię każdą z nich, każdą za co innego, to chyba najpiękniejsza jest dla mnie trylogia opisująca wędrówkę Państwa Wańkowiczów przez Amerykę. Piękna nie tylko ze względów poznawczych, ale i dla tego, co pozornie nieuchwytne, dla Nich, którzy razem wędrowali.


Z mazurskich tropów Smętka przeskakuję w poszukiwaniu ciepła i serdeczności do Botswany. Jestem nieustającą piewczynią Mmy Ramotswe, jej patriotyzmu, tradycyjnego postrzegania świata i nie mniej tradycyjnej budowy ciała. I choć lubię także serie edynburskie Alexandra McCalla Smitha, to jednak większa część mojego serca przylgnęła do kobiet z Agencji Detektywistycznej.


Gdy odczuwam potrzebę sympatycznej autoironii sięgam po Fannie Flagg, a szczególnie po "Nie mogę się doczekać...". Klimat amerykańskich miasteczek, który być może niewiele ma już wspólnego z rzeczywistością, urzeka i pozwala nabrać przekonania, że wszystko będzie dobrze, po najciemniejszej nocy wstanie dzień, a po najbardziej ponurej zimie, nastanie przepiękna wiosna.


Kiedy w ubiegłym roku, po raz pierwszy, sięgnęłam po książki Jan Karon, ucieszyłam się, że mimo wielu lat czytania wciąż dane jest mi trafiać na takie perełki. Oczywiście, nie trafiłam na nie przypadkiem - polecała je Padma:-) Jak widzicie, do kompletu książek wydanych w Polsce brakuje mi dwóch; ale nie spieszę się, przeszukuję bazarki, stragany, aukcje wierząc, że któregoś dnia trafię na brakujące tomu w cenach przyjaźniejszych niż te okładkowe. Zdecydowanie wiem, że ponowna lektura powieści Jan Karon uprzyjemni mi tegoroczną jesień i zimę.


Na poniższym zdjęciu widzicie książki, które niewiele mają ze sobą wspólnego oprócz tego, że służą jako "wspieracze". "Bóg nigdy nie mruga" Reginy Brett czeka na mnie w punkcie odbioru książek, jej najnowsza książka już do mnie wędruje, a "Jestem cudem" stoi na półce. Zamierzam przeczytać je wszystkie w kolejności pisania, nasycić się nimi i spodziewam się, że ich lektura da mi wiele do myślenia.

"Tajemna historia" to powieść, którą zachwyciłam się ponad 10 lat temu. Tej zimy zamierzam sprawdzić, czy dalej mnie zachwyca:-)

Anne Fadiman nie trzeba przedstawiać żadnemu molowi książkowemu. Mało kto pisze o książkach, fisiu na punkcie książek tak uroczo i przekonująco jak ona. Może dzięki ponownej lekturze zrozumiem, czemu z niektórymi książkami wciąż nie mogę się rozstać?;-)


Do moich prywatnych hitów wszechczasów należą powieści Noaha Gordona, a szczególnie cykl rozpoczynający się niedawno zekranizowanym "Medicusem". Zarówno pierwsza powieść, jak i "Szaman" oraz "Spadkobierczyni Medicusa" towarzyszą mi od czasów licealnych i nie wyobrażam sobie zimy spędzonej bez nich. To po prostu nie byłoby możliwe. 


Chmielewska, Musierowicz, Montgomery, czy Lofting to pisarze, po których książki mogę sięgać zawsze. To żelazny zapas, ostatnia kromka chleba, czy jak wolą ci z dobrze zaopatrzoną apteczką - wciąż odnawialna porcja witaminy C chroniącej przed przeziębieniami. Po powieści tych czworga pisarzy sięgam, gdy nie mam czasu na wciągającą książkę, gdy jestem zbyt rozedrgana, by czytać coś innego na czym trzeba by się skupić, gdy poszukuję wspomnień z dawnych lat, gdy potrzebuję się pośmiać, choćby na siłę, bo przyzwyczajenie każe mi wybuchnąć śmiechem na wyobrażenie Lesia trującego kadrową rozmrożonymi lodami, gdy potrzebuję się wzruszyć egzaltacją rudej, piegowatej dziewczynki, która nagle na Zielonym Wzgórzu znalazła Dom.Te książki są jak parasol, na każdą pogodę.

 
To moje zapasy na zimę. Jakie są Wasze?

28 października 2014

Jesiennie i z Piotrusiem

Dzień mija za dniem, a ja odliczam kolejne już nawet nie kartkami kalendarza, czy zakreślanymi kolejno dniami na karce kalendarza, a jedynie kocimi i psimi uśmiechami, głaskami, ciepłem, którym otaczają mnie zwierzaki i jesiennymi smakami.



Nusiowy brzuszek już w stanie dobrym, nie zarósł jeszcze sierścią, ale na to trzeba czasu. Podobnie jak na łapce Sary nie zarosło miejsce po wkuwanym wenflonie. Samopoczucie obydwie mają doskonałe i śladu po mało miłych przeżyciach nie widać na żadnej z nich.


Późnojesienne spacery, najczęściej z mgle, sprzyjają rozmyślaniom. Skończyłam słuchać kolejną książkę i póki co chodzę z Sarą wsłuchując się w dźwięki zamglonego parku, czy układającego się do snu osiedla.


Od soboty jest z nami nowy kot. Ma około 6-7 miesięcy, jest przepięknym myziastym, ciekawym świata i bardzo proludzkim kocurkiem. Trafił do mnie, ponieważ DT, z którego wywędrował do DS, jest aktualnie zajęty i istniała obawa, że Piotruś (bo tak ma na imię ów młodzieniec) będzie zbyt natarczywy wobec maleńtasa pomieszkującego w DT. Bo Piotruś, trzeba wam wiedzieć, jest kotkiem nieustraszonym, o silnym poczuciu własnego "ja" i przekonanym o tym, że świat cały powinien leżeć u jego przepięknych, puchatych stóp i bić mu pokłony. A jak świat nie wykazuje chęci, to Piotruś ów świat z lekka karci. Ot, nasyczy, gryźnie, pokaże, że to on jest ważniejszy i nie pozwoli się światu, a już osobliwie jego co słabszym jednostkom, poniżać brakiem uznania.


Piotruś został przywitany chłodno. Kociokwiki nie pierwszy raz mają nowe towarzystwo, nie pierwszy wiedzą, że towarzystwu trzeba pokazać jaka w domu panuje hierarchia. Nowością, i tym co budziło moje największe obawy, jest to, że to pierwszy tymczas od kiedy do Kociokwika dołączyła Sara, ale i tu udało się zwierzakom dogadać bez zwracania uwagi na moje obawy.


Bałam się też o Wojtka. On i tak jest dość wycofanym kocurkiem i faktycznie - pierwsze popołudnie spędził w nastroju nieco ponurym, jakby powątpiewając w moje do niego przywiązanie. Ale gdy go przytuliłam, naszeptałam do ucha różne tajemne słowa, Wojtek poczuł się pewniej. Najlepszym przykładem jego dobrego samopoczucia jest, moim zdaniem, scena, którą zobaczyłam wczoraj. Piotrek siedząc na drapakowej półce próbował sięgnąć bocianiego gniazda, na którym przycupnął Wojtuś. Ten drugi dobitnie wyjaśnił młodszemu koledze, że pewne miejsca są właściwe starszym kocurom i młodzieży do niech dopuszczać nie wolno.


Gusia jak zwykle ma w nosie wszelkie zawirowania domowe. Burczy gniewnie ostrzegawczo i żyje sobie szczęśliwym życiem abnegatki. Rano, po śniadaniu, dopomina się wsadzenia do szafy z ręcznikami, z której to szafy wychodzi, gdy wracam z pracy.


Sisi, no wiecie, Sisi jako Matka Stada jest nonszalancka i sprytna. Ilekroć wracam do domu ucieka mi na korytarz i biegnąc zagląda przez ramię (?), czy aby na pewno ją gonię. A ja gonię, bo jakże tu nie gonić swojej ukochanej koteczki:-)

P.S. Album z pozostałymi zdjęciami.

20 października 2014

Mateusz Hohol. Wyjaśnić umysł.

Wydane przez
Wydawnictwo Copernicus Center Press

Mateusz Hohol w swojej książce nie tyle wyjaśnia umysł, czy działanie umysłu (jak mógłby - aczkolwiek niekoniecznie - sugerować tytuł), ile pisze o tym, o czym mówi podtytuł, czyli o strukturze teorii neurokognitywnych. Autor stwierdza, że celem niniejszej pracy jest rekonstrukcja struktury teorii neurokognitywnych, które pozwalają wyjaśnić umysł. [s. 13]

Główna teza Hohola jest taka, że kluczowym aspektem struktury nauk neurokognitywnych jest wnioskowanie do najlepszego wyjaśnienia. [s. 13] Hohol tłumaczy, czym jest wnioskowanie do najlepszego wyjaśnienia, po czym opisuje dwa etapy konstrukcji neuronaukowych, czyli budowanie wyjaśnień i wybór najlepszych dostępnych wyjaśnień. W przypadku drugiego etapu nie wystarczy adekwatność empiryczna, jak w etapie pierwszym, pojawia się bowiem problem doboru kryteriów, którymi należy się kierować szukając najlepszego wyjaśnienia. Pomyślałam sobie, że w tym kontekście z naukami neurokognitywnymi jest jak z życiem: ileż to razy, mając różne dostępne wyjaśnienia, stajemy przed trudnym zadaniem wyboru wyjaśnienia najlepszego?

Hohol pisze o tym, czym jest teoria neurokognitywna, wskazuje źródła danych neurokognitywnych, opisuje heurystyki oraz schematy interpretacyjne. W rozdziale trzecim Autor prezentuje trzy fundamentalne paradygmaty neuronauki poznawczej, czyli paradygmat komputerowy, psychologię ewolucyjną i ambodied-embedded mind, po czym, w ramach wyrazistego przykładu, omawia kazus self deception, czyli zagadnienie samooszukiwania się. Dla zachęty przytoczę cytat z Michaela Gazzanigi, który to cytat Hohol zamieszcza:
Jeśli pragniesz być dobrym kłamcą, byłoby dobrze, gdybyś nie wiedział, że kłamiesz, albo - jak w wypadku psychopatów - żebyś się tym nie przejmował. [s. 157]
W tym samym rozdziale mamy opisaną Hipotezę Makiawelicznej Inteligencji; zgodnie z tą hipotezą inteligencja koewoluowała wraz z uspołecznieniem, a uspołecznienie w sposób istotny powiązane jest z makiawelizmem, przejawiającym się często poprzez kłamstwa, manipulacje i podstępy, czyli - mówiąc ogólniej - oszustwa.

Innym zjawiskiem podanym jako przykład jest opisany w rozdziale siódmym kazus neurokognitywnej teorii moralnej autorstwa Williama D. Casebeera i Patricii S. Churchland. Casebeer i Churchland swoje wstępne hipotezy oparli na tezach trzech głównych stanowisk etyki normatywnej: etyce cnót, reprezentowanej przede wszystkim przez Arystotelesa i św. Tomasza z Akwinu, utylitaryzmie oraz deontologii. I tu niespodzianka. Oto Hohol pisze:
Casebeer i Churchland twierdzą, że opisane badania i eksperymenty koroboruja tezę, zgodnie z którą współczesna wiedza o istocie poznania moralnego jest najbardziej kompatybilna ze stanowiskiem w etyce normatywnej, jakim jest etyka cnót. [ss. 325-326]
Z pewnością takie konkluzje nie dla wszystkich są niespodzianką, niemniej jednak, moim zdaniem, dla wielu są. Poczytajcie, jak Casebeer i Churchland argumentują swoje wnioski.

Książka jest trudna, w dużej mierze traktuje bowiem o warsztacie stosowanym w naukach neurokognitywnych, a jest to warsztat ciągle wypracowywany, co wiąże się między innymi z tym, że nauki neurokognitywne są dziedziną młodą i multidyscyplinarną. Warto jednak książkę czytać, bo w sposób przystępny, na ile się da, wyjaśnia ona, jak ludzie próbują wyjaśnić być może największy fenomen we wszechświecie - ludzki umysł.

Polecanki:

1. Wykład Mateusza Hohola na temat tego, skąd się biorą liczby. 

2. Wykład Piotra Urbańczyka na temat samooszukiwania się.

15 października 2014

Wojciech Widłak, Paweł Pawlak. NIEkalendarz.

Wydane przez
Wydawnictwo Czerwony Konik

Mam zaufanie do Czerwonego Konika i do Pani Aleksandry, która dba o to, by w dziecięce i nie tylko dziecięce ręce trafiały książki tego warte. Po całej serii NIEporadników (Grzebień, Młotek, Rękawiczka Pięciopalczasta) nadeszła pora na NIEkalendarz i po raz kolejny poczułam się mile zaskoczona przez twórców książki.

Szukacie numeru do pogotowia garmażeryjnego? Zastanawiacie się, który z miesięcy jest najdłuższy? Intryguje Was czyje imieniny przypadają w dzień Waszych urodzin (w mój Kremigiusza)? W NIEkalendarzu znajdzie także listę osób, którym należy wysłać pozdrowienia z wakacji, prognozy pogody dla poszczególnych regionów kraju i miast, wyniki turnieju krasnali ogrodowych oraz błyszczek towarzyski;-)

NIEkalendarz jest wydany starannie, ma wszytą tasiemkę będącą jednocześnie miarą. Ciekawe, czy jest ona w stanie zmierzyć poziom siły śmiechu, jaki osiągną ci, którzy z NIEkalendarzem się spotkają.

Urocze i gwarantujące doskonałą zabawę kolejne wydawnicze dziecko Czerwonego Konika, zasługuje na pochwały. Sprawdźcie, czy spodoba się Wam NIEkalendarz i rozważcie, czy 2015 rok przeżyć z nim :-)

12 października 2014

Rok z psem

Rok temu, 11 października, czekaliśmy na psa. Sara jechała do nas z Wrocławia, a jej obecność została mocno przedyskutowana z każdą z zainteresowanych stron. My czekaliśmy pełni obaw, ale też ufni w decyzję Fundacji Adopcje Malamutów.

Przyjechała. Dysząca, duża, nieco zapasiona. Zainteresowana kotami jako współmieszkańcami, posłuszna, chętna do spacerów, choć nieco słaba. 


Narzuciliśmy bogaty program spacerowy. Sara szczuplała w oczach, a jej pyszczydełko uśmiechało się coraz szerzej. Między nią a kotami wciąż nie było przyjaźni, a my baliśmy się zostawiać zwierzaki same w domu. Konsultowaliśmy się na lewo i prawo i dopiero gdy usłyszeliśmy od osoby, którą cenimy za jej bogatą wiedzę o zwierzętach, że one się dogadają, a już zupełnie nie musimy się przejmować kotami, bo to one sobie podporządkują psa, lekko odetchnęliśmy.


Nadeszła zima, ale niezbyt mroźna i śnieżna. Mimo to, Sarze podobało się to, co widzi i czuje. Pięknie wyglądała na śniegu i aż żal brał, że nie było go więcej. Pojechałyśmy też na Mazury licząc, że tam znajdziemy zimę.


Obecność Sary zmieniła moje życie. I nie mówię tu tylko o długich godzinach spacerów, które dla większości moich znajomych wydają się być utrapieniem. Dla mnie spacery z Sarą są doskonałą okazją do wyciszenia się, do słuchania książek, do rozmów z osobami, które chcą nam towarzyszyć. Na każdą z tych aktywności mam swój czas, każda z nich daje mi satysfakcję, a świadomość tego, że Sara bardzo lubi nasze spacery potęguje owo odczucie.

Sara dała mi też siłę. Patrzę na nią i widzę, że czasami opłaca się być upartym osiołkiem, że czasami mimo niesprzyjających okoliczności warto patrzeć przed siebie, nie rezygnować z bycia sobą, że warto być twardym i myśleć o sobie nie zatracając jednocześnie radości życia i umiejętności cieszenia się drobiazgami. I nie, nie żartuję - tego wszystkiego uczy mnie mój pies:-)

Sara ma, według danych z książeczki, 10 lat. A ja mam nadzieję, że jeszcze przez wiele dni będzie nam dane podążać razem w tym samym kierunku...


Pressje. Teka 36.


Z PRESSJAMI najczęściej mam tak, że po przeczytaniu kolejnej teki jestem zmęczona i przekonana o tym, że PRESSJI już nigdy nie będę czytać, po czym czytam i tak to się kręci. Lektura PRESSJI nie jest łatwa dlatego, że trudne są tematy, którym poświęcane są kolejne teki. No bo co wiedziałam o ekonomii trynitarnej, albo o powrocie mesjanizmu? Powiedzieć, że prawie nic, to powiedzieć bardzo delikatnie. Podobnie prawie nic nie wiedziałam o intronizacji Jezusa Króla Polski, i to jeszcze w kontekście ludowego postsekularyzmu.

Na szczęście już w pierwszym tekście Paweł Rojek klarownie wyłożył, czym ów ludowy postsekularyzm jest i jak się ma do idei intronizacji. Rojek wychodzi od postulatu Jurgena Habermasa, który proponował, aby świecki rozum otworzył się na inspiracje płynące z religii. Ten postulat Habermasa, wygłoszony podczas wykładu w kościele św. Pawła we Frankfurcie nad Menem w roku 2001, uznawany jest za manifest postsekularyzmu, czyli idei promującej rezygnację z eliminowania religii ze sfery publicznej. Rojek pisze tak:
Wydaje się, że intronizacja jest nie tylko dopuszczalną, lecz także właściwą odpowiedzią na to wezwanie. Religia bowiem, jeśli nie jest wszystkim, jest niczym. Jeśli ma pomóc świeckiemu rozumowi, musi go objąć w całości. [s. 8]
To, co napisał Rojek, rymuje się z tym, co powiedział ojciec Józef Bocheński, mianowicie:
Nie można powiedzieć, jakie jest zadanie religii, ponieważ religia jest czymś absolutnym. U wierzącego wszystko inne jest dla niej, a nie ona dla czegoś. [Między logiką a wiarą. Z Józefem Bocheńskim rozmawia Jan Parys. Les Editions Noir Sur Blanc. Warszawa 1998. s. 162]
Bocheński zauważył istotną rzecz: oto wszystko jest dla religii, ale u człowieka wierzącego. Habermas nie jest człowiekiem wierzącym i z tego względu jego postulat musi być, jeśli tak wolno powiedzieć, nieco kulawy. Rojek o tym pisze:
Ciche wołanie Habermasa o pomoc do nieba nie oznacza jednak wcale gotowości do rezygnacji z dziedzictwa oświecenia. Habermas gwałtownie odrzuca "znajdujące nawet jeszcze dziś rezonans" przekonanie, że "skruszonej modernie pomóc w wyjściu ze ślepego zaułka może tylko religijne ukierunkowanie na jakiś transcendentny punkt odniesienia.” [ss. 16-17]
Marcin Majewski w swoim tekście stawia zasadnicze pytanie: Jaki jest sens tego żądania? Dlaczego Jezus (…) domaga się intronizacji od Polski, a za nią od innych narodów? [s. 43] I odpowiada: Jezus żąda intronizacji dlatego, że dokonała się detronizacja, dlatego, że już nie króluje. [j.w.]

I znowu – teza Majewskiego ludziom niewierzącym może wydawać się dziwaczna, bo niby co z tego, że Jezus już nie króluje? Co z tego, że religia, przynajmniej w świecie Zachodu, nie zajmuje już tak silnej pozycji, jaką zajmowała kiedyś? To są bardzo ważne pytania, a szukając na nie odpowiedzi trzeba głęboko rozważać wiele tematów, w tym społeczną rolę religii. Zakończę cytatem ze Scotta Atrana, który daje taką sugestię:
Książka ta nie zawiera żadnych twierdzeń odnośnie do tego, czy nadprzyrodzone sprawstwo lub religia w ogóle, niosą ze sobą jakieś korzyści dla dostosowania. Zawarte w niej argumenty sugerują jedynie, że żaden inny sposób myślenia i zachowania nie radzi sobie całościowo z moralnymi i egzystencjalnymi dylematami (związanymi ze śmiercią czy zdradą), wprowadzanymi do ludzkiej świadomości i życia społecznego przez ogólnoludzkie emocje i procesy poznawcze. Tak długo jak ludzie wbrew rozsądkowi będą żywić nadzieję, religia przetrwa. [S. Atran. Ewolucyjny krajobraz religii. Zakład Wydawniczy NOMOS. Kraków 2013. s. 337]
Sformułowanie „wbrew rozsądkowi” jest dla mnie dyskusyjne, ale poza tym zgadzam się z Atranem. Religia przetrwa, a najnowsza teka PRESSJI jest doskonałym materiałem do refleksji na temat tego, czym jest i będzie religia, zwłaszcza w kontekście jak najszerzej rozumianej sfery społecznej.

02 października 2014

Prezent urodzinowy

Wczoraj świętowałam urodziny. Ale najpiękniejszy prezent dostałam dzień wcześniej od PanDoktora. Przyszły wyniki Nusi i są to dobre wyniki:

Badaniem histopatologicznym przesłanego materiału stwierdzono liczne lipocyty i lipoblasty wskazujące na łagodny rozrost nowotworowy o typie tłuszczaka (lipoma). Rokowanie dobre. Wskazana obserwacja i kontrole u lek. wet.

Prawda, że to najwspanialszy prezent?

Robin Dunbar. Nowa historia ewolucji człowieka.

Wydane przez 
Copernicus Center Press

Sięgnęłam po tę książkę, żeby poszukać odpowiedzi na pytanie sformułowane w podtytule polskiego wydania: dlaczego spośród kilkunastu żyjących niegdyś gatunków hominidów przetrwał właśnie Homo sapiens? Rzecz jasna nie napiszę, czy znalazłam odpowiedź na to pytanie :-)

Dunbar nie pisze historii ewolucji człowieka linearnie, tylko omawia poszczególne istotne kwestie, takie jak umysł, język, religia, kultura i wiele innych. Są to kwestie istotne w kontekście pytania o to, co spowodowało ewolucyjny sukces naszego gatunku. Dunbar pisze o hominidach, w tym fantastycznie przedstawia neandertalczyków, ale nie tylko o hominidach - duża część książki poświęcona jest zwierzętom, przede wszystkim naczelnym, a pośród nich głównie małpom człekokształtnym. Autor stawia następujące pytania:
Co właściwie tak mocno odróżnia nas od wszystkich gatunków, z którymi dzielimy planetę? (...) W którym momencie ewolucji człowieka powstało to, co oddziela nas od pokrewnych nam stworzeń? I wreszcie pytanie, które dręczy mnie chyba najbardziej: dlaczego to właśnie nasz rodowód okazał się tak znakomity? [s. 22]
Przez całą książkę Dunbar stara się odpowiedzieć na te pytania, a szukając odpowiedzi snuje rozważania na arcyciekawe tematy i pokazuje mechanizmy, które leżą u podstaw wyjątkowości gatunku ludzkiego. Mnie najbardziej zainteresowało to, co autor pisze o umyśle, w tym o teorii umysłu, którą posiadają ludzie, a nie wiemy, czy i ewentualnie na jakim poziomie mają ją zwierzęta, o intencjonalności i o języku. Autor stwierdza:
Chociaż ludzie i małpy dzielą pewne ważne zaawansowane zdolności poznawcze, to różnią się w jednej zasadniczej kwestii - stopnia, w którym ludzie potrafią abstrahować od doświadczanego przez nich świata. Pozwala im to zastanawiać się nad światem w jego zastanej postaci, pytać, czy mógłby wyglądać inaczej. [s. 101]
Dunbar opowiada kapitalne rzeczy o języku. Utrzymuje na przykład, że język nie powstał przede wszystkim po to, żebyśmy mogli przekazywać sobie informacje, a także tłumaczy, co sprawia, że niektóre rozmowy są ciekawe, a inne nie. Język jest niesamowitym narzędziem, którym dysponują tylko ludzie, bowiem pawiany czy szympansy "nigdy nie dowiedzą się o tym, czego nie widziały na własne oczy" [s. 149], niemniej jednak, zdaniem Dunbara, funkcja języka jest inna niż ta, którą intuicyjnie wskazuje większość ludzi.

Autor pokazuje, co jego zdaniem w największym stopniu stanowi o różnicy między ludźmi, a pozostałymi zwierzętami:
Tu własnie tkwi największa różnica między nami a naszymi małpimi braćmi - w świecie wyobraźni. Potrafimy sobie wyobrazić, że rzeczy nie muszą być takie, jakimi je postrzegamy. Możemy udawać, że przez nasz ogród przemykają wróżki. Możemy konstruować wymyślne rytuały i wierzenia mające swoją genezę wyłącznie w naszej wyobraźni. Pozostałe zwierzęta tego nie potrafią, nie są bowiem w stanie spojrzeć na rzeczywistość z zewnątrz i zastanowić się, "co by było, gdyby..." [s. 200]
Wyobraźnia, którą dysponują ludzie, to z pewnością wspaniały dar. Często cudownie jest móc wyobrazić sobie, że przez nasz ogród przemykają wróżki. Tego nie potrafią wyobrazić sobie wilki. Czy w związku z tym wilki mają życie uboższe niż życie ludzi? Prawdopodobnie tak, przynajmniej w określonym aspekcie. Ale czy jednocześnie życie wilków nie jest prawdziwsze od życia ludzi? Być może tak. Czy ktoś napisał już o tym książkę? 

P.S. Polecam dwa teksty. W pierwszym tekście Łukasz Kwiatek pisze między innymi o tym, o czym w książce pisze Dunbar, a drugi tekst to wywiad z Dunbarem.

27 września 2014

Prawo serii

Nusia wciąż chodzi w kaftaniku. Codziennie dostaje antybiotyk w zastrzyku (muszę się wreszcie odważyć i nauczyć robić sama). Dwa razy dziennie odpakowuję ją z kaftanika, zmieniam wkład higieniczny chroniący ranę, smaruję ranę specjalną maścią. Ona krzyczy na mnie groźnie, ale mam wrażenie, że już coraz bardziej z obowiązku i znużenia codzienną pielęgnacją, niż ze złości. Przesypia większość dnia przy Mamie, w nocy śpi tuż obok mnie i pięknie mruczy. Miałyśmy dziś odwiedzić kontrolnie PanDoktora, ale praca mnie wezwała i na przychodni pojedziemy w następną sobotę.

Oby nie było zbyt radośnie i optymistycznie Sarę rozbolał ząb. Nie dość, że bolał, to na policzku zrobiła się gula. PanDoktor obejrzał, ostrzegł przed możliwością powstania przetoki i umówił nas na usuwanie zęba. Zostawiłam Sarę po zastrzyku, wczoraj popołudniu. I gdy już zabieg trwał i trwał, i był PanDoktor był mniej więcej w połowie pracy, serce Sary zaprotestowało i odmówiło współpracy. Wiem, że doskonale rozumiecie moje przerażenie w chwili, w której odebrałam telefon i usłyszałam, że Doktor musi Sarę wybudzić, bo wpadła w arytmię. Gdy telefon zadzwonił ponownie za 5 minut i na ekranie - jako osoba chcąca się do mnie dodzwonić - wyświetlił się Doktor, bałam się odebrać. Na szczęście dzwonił z dobrą wiadomością.

Psica dostała antybiotyk, środek przeciwzapalny i przeciwbólowy. Najgorsze jest to, że z powodu nieprawidłowej pracy serca trzeba było przerwać w połowie usuwanie zęba. Jeśli stan zapalny będzie nawracał trzeba się będzie zdecydować na powtórzenie zabiegu, ale pod innego rodzaju znieczuleniem.

Gdy zważyłam Sarę przed zabiegiem okazało się, że schudła o kilogram i waży 31 kg. Być może to wynik skromniejszego jedzenia przed dwa dni przed zabiegiem, ale być może też wynik tego, że ostatnio Sara ma większy zapał do spacerów i więcej chodzimy. W dzień spaceruje z Mamą raz lub dwa razy, a ze mną rano (choć dziś nie) i oczywiście wieczorem. Mam wrażenie, że Nusia też schudła; ale to okaże się, gdy pojedziemy do Doktora.

Na szczęście - pozostałe kotki są zdrowe. No, tylko Sisulka bierze leki.

Oczywiście - jestem dobrej myśli. Bo przecież nie da się inaczej, prawda?

20 września 2014

Dni pod znakiem kaftanika

Gdy 16 września odpakowałam Nusię z kaftanika przed wizytą u PanDoktora uznałam, że chyba zrobiłam to zbyt wcześnie. Na miejscu okazało się, że owszem - rana nie wyglądała ładnie, a co więcej, zaczęła się rozłazić, tak jakby Nusine ciało nie przyjmowało szwów. Doktor podjął decyzję o konieczności włączenia środka przyspieszającego gojenie. A później, przy następnej wizycie, włączyliśmy mocniejszy środek i antybiotyk. Nuś dostał nowy, czyściutki kaftanik, jest smarowany dwa razy dziennie (czego nie wita z entuzjazmem), a poza tym jest malutkim, przyjaznym, burczącym i biedniutkim Misiem, który na widok ludzkiej twarzy wyciąga łapki, by się przytulić i polizać policzki przytulającego się do niej człowieka.

Tak jak zapowiadałam - w czwartek przyjechała Mama. Zwierzyniec śpi co prawda nadal ze mną, ale Sara spaceruje z Mama w dzień, a Nusia - gdy tylko usłyszy, że Mama już się obudziła - przychodzi do niej na łóżko, żeby mieć blisko głaszczącą dłoń.

Wczoraj Mama upiekła chleb. Rano rozkroiłam bochenek, spakowałam do pracy jedną kromkę, jedną zjadłam na spółkę z Mamutkiem i pojechałyśmy z Mamą na targowisko po warzywa. Gdy dojechałam nieco później do pracy, zaczęłyśmy się przez telefon zastanawiać, gdzie jest chleb. Jeszcze trochę później okazało się, że to Sara spowodowała zniknięcie chleba; wkrótce pozbyła się zawartości żołądka.

Pomyślałam sobie dziś o tym, że starszy wiek zwierzaków powoduje, że zaczynają częściej chorować, a dom - przypominać zaplecze kliniki weterynaryjnej. W swojej apteczce mam termometr i witaminę C. Apteczka zwierzęca jest znacznie lepiej wyposażona.

A skoro już o starszym wieku mowa - trzynastoletnia Lola czeka na dom w hotelu. Może ktoś?

15 września 2014

Frans de Waal. Bonobo i ateista. W poszukiwaniu humanizmu wśród naczelnych.

Wydane przez
Copernicus Center Press

Frans de Waal, biolog i prymatolog, w swojej najnowszej książce pisze o emocjach, empatii, altruizmie, moralności, religii, nauce i jeszcze kilku innych ważnych zagadnieniach. Może się wydawać, że pomysł, aby napisać o tym wszystkim w jednej książce nie jest najszczęśliwszy, a efektem tego pomysłu musi być groch z kapustą. De Waal zdaje sobie z tego sprawę i pisze: Przechodzenie od zachowań naczelnych do religii i humanizmu może się wydawać naciągane, ale ma swoją logikę. [s. 335]

I jak najbardziej to, co zrobił Autor, ma swoją logikę. De Waal broni tezy o tym, że moralność ma podłoże biologiczne, że jest starsza nawet od współczesnych religii: Moralność powstała pierwsza, a współczesna religia się pod nią podpięła. Wielkie religie nie zostały wynalezione, by przekazać nam prawo moralne, lecz po to, by je podtrzymywać. [ss. 332/333]. Nie jest to teza nowa; właściwie to samo stwierdza choćby Pascal Boyer, nawet drastyczniej, bo utrzymuje, że religie niejako pasożytują na moralności. Aby pokazać to biologiczne podłoże moralności, de Waal prezentuje mechanizmy zjawisk takich, jak altruizm czy empatia, a wszystko to ilustruje wieloma przykładami z życia zwierząt, przede wszystkim, co zrozumiałe, małp człekokształtnych. Lektura jest fascynująca, po prostu chłonęłam kolejne opisy zachowań zwierząt i objaśnień tych zachowań. De Waal jest bardzo przekonujący - po przeczytaniu jego książki trudno argumentować przeciwko tezie, że wiele, a może i wszystkie zachowania moralne ludzi mają tę samą podstawę, którą obserwuje się u przynajmniej niektórych zwierząt.

De Waal dużo pisze o nauce i religii, a pisze dlatego, że spór o moralność to przede wszystkim spór o źródła moralności. Istotne pytanie, stawiane od wieków, jest pytaniem o to, czy moralność jest tworem ludzkim, czy też została narzucona z góry, przez bogów. W tak zarysowanym kontekście nie może dziwić fakt, iż na wielu polach, w tym na polu moralności, trwa spór nauki z religią, jak to się popularnie nazywa. De Waal uważa tę wojnę za bezsensowną i świetnie charakteryzuje zarówno religię, jak i naukę, pokazując, że nauka i religia mają swoje niezaprzeczalne zalety, a jednocześnie nie są wolne od wielu wad czy ułomności. Takie stanowisko może dziwić w przypadku człowieka, który w ogóle nie jest religijny, natomiast jest znakomitym uczonym, ale Autor wykłada swoje racje klarownie i trudno zaprzeczać przytaczanym przez niego argumentom. Z jednej strony dla de Waala nauka jest dziedziną, która pozwala nam poznawać świat w najlepszy sposób, jaki mamy, z drugiej strony Autor uznaje wielką rolę, jaką w historii ludzkości odegrała i odgrywa religia. De Waal kładzie nacisk na to, że nie wystarczy negować znaczenie religii i postulować jej wyeliminowanie z życia społecznego, bo postulując eliminację religii wypadałoby zaproponować coś w zamian, a nie bardzo wiadomo, czym to coś miałoby być:

Być może religia jest jak statek, który przeniósł nas przez ocean, umożliwiając nam uformowanie wielkich społeczeństw z dobrze funkcjonującą moralnością. Teraz, kiedy na horyzoncie dostrzegamy ląd, niektórzy z nas są gotowi, by zejść z pokładu. Ale kto powiedział, że na owym lądzie grunt będzie tak solidny, na jaki wygląda? [s. 329]

W książce jest wiele fragmentów, które doskonale obroniłyby się jako osobne teksty. Mam tu na myśli choćby tekst o sporze nauka vs religia czy fragment, w którym de Waal analizuje trzy najważniejsze (przynajmniej w świecie Zachodu) fundamenty moralności: Dekalog, złotą zasadę oraz zasadę największego szczęścia propagowaną przez utylitarystów. Kolejnym atutem książki jest wielka erudycja Autora, która znajduje wyraz w bibliografii liczącej sobie dwieście kilkadziesiąt pozycji. Do tego dochodzą rysunki oraz fotografie i szczegółowo opracowany indeks.

To, co napisał w swojej książce de Waal, doskonale rymuje mi się z tekstem ojca Józefa Bocheńskiego opublikowanym w książce "Sens życia" (Philed. Kraków 1993). Otóż Bocheński, wielki uczony, a przy tym człowiek religijny, chrześcijanin, katolik, duchowny i do tego zakonnik, pisze, że w wyniku osiągniętej wiedzy należy stwierdzić, iż człowiek to na pewno i w pełni zwierzę, prawdopodobnie tylko zwierzę i nie ma powodu, aby uważać ludzi za coś nadprzyrodzonego czy świętego. A w innym miejscu dodaje: "etyka powinna być oparta na prawach biologicznych i tym podobnych". Frans de Waal z pewnością podpisałby się pod tą tezą z entuzjazmem, podobnie jak Bocheński pod wieloma tezami de Waala, a smaczku wszystkiemu przydaje to, że zgodnie z podtytułem książki de Waal szuka humanizmu wśród naczelnych, natomiast tekst Bocheńskiego zatytułowany jest "Przeciw humanizmowi".

14 września 2014

Niedzielnik nr 50


Dawno nic nie pisałam. Czytam, słucham, ale myśli nie chcą mi się poukładać na tyle, by przybrać formę rzędów liter, by tworzyć okrągłe zdania i przekazać Wam moje wrażenia.

Czasami mam wrażenie, że doba jest zbyt krótka. Ale natychmiast nachodzi mnie refleksja - gdyby była dłuższa pewnie i tak więcej czasu zajmowałaby praca, a nie odpoczynek. Ale staram się, staram, by każdego dnia ładować akumulatory zadowolenia. Mimo, że porzuciłam notowanie tzw. wdzięczności, bardziej świadomie w każdej sytuacji szukam jej pozytywnych aspektów; tak jest łatwiej iść przez życie:-)

Otaczają mnie życzliwi ludzie, nawiązuję nowe znajomości, zarażam czytaniem. Mówię o książkach, zachęcam i powoli odnajduję w sobie radość z dzielenia się literaturą, którego mi zabrakło - co widać na blogu.

Zaczęłam się zastanawiać na ile blog ma promować czytanie, a na ile przemysł wydawniczy. Piszę "przemysł", bo tak to postrzegam. Zdecydowanie bliższa mi ta pierwsza opcja; czytam dlatego, że lubię i chcę pisać o książkach, które polubiłam. Może to dziwne rozważania u progu 7 urodzin bloga, ale może to dobry czas na zrewidowanie pewnych poglądów i działań?

Dziwny ten "niedzielnik", ale wierzę, że zrozumiecie; mam wrażenie, że niektórzy z Was, szczególnie ci prowadzący blogowe zapiski nieco dłużej niż kilka miesięcy, czasami mają podobne do moich wątpliwości.

A na razie czekam na najnowszą książkę Andrzeja Stasiuka. A Wy na co czekacie tej jesieni?