24 marca 2014

Joanna Szwechłowicz. Tajemnica szkoły dla panien.

Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Lubię obserwować rodzące się mody na konkretne rodzaje książek. Czas już jakiś temu pojawiła się tendencja do tworzenia kryminałów retro. Począwszy od powieści Marka Krajewskiego, poprzez książki Konrada T. Lewandowskiego, po rewelacyjne powieści Marcina Wrońskiego - czas na policjantów żyjących przed II wojną światową nadszedł i mam nadzieję - nieprędko minie. Tuż obok, nieco niepostrzeżenie zaczęła się moda na książki retro o wątku kryminalno-obyczajowym. Czym innym jest krwiste morderstwo dokonane przez psychopatę we Wrocławiu, a czym innym ucięta i porzucona gdzieś z nagła głowa przedsiębiorcy żyjącego w Sosnowcu, szczególnie na tle kłopotów teatru, czy budzacej się miłości między guwernantką, a wojskowym. Powieść Joanny Szwechłowicz bliższa jest drugiemu nurtowi.

Rok 1922, niewielkie, mocno prowincjonalne Mańkowice. Jest apteka, gazeta, biblioteka, policja, szkoła męska i szkoła żeńska. I to w tej ostatniej staje się coś, co oburza mieszkańców Mańkowic - jedna z uczennic popełnia samobójstwo. 

Powieści retro o wątku kryminalno-obyczajowym mają to do siebie, że więcej w nich informacji o nastrojach społecznych, o upodobaniach bohaterów, o pamiętnikach, cukierkach i wzdychaniu do wielkiego świata, którym - w tym przypadku - jest Poznań. Jada się zatem u Szwechłowicz proszone obiady, organizuje uroczystą wizytę biskupa, zakłada Towarzystwo Higieny Cielesnej i Moralnej i choć niemalże wciąż towarzyszymy Hieronimowi Ratajczakowi próbującemu (przyznaję - niezbyt aktywnie) rozwikłać tajemnicę zagadkowych śmierci w Mańkowicach, kwestia kryminalna spada jakby na dalszy plan.

"Tajemnica szkoły dla panien" nie okazała się być dla mnie na tyle interesująca, by czytać ją z zapałem. Owszem, doceniam kunszt Autorki w budowaniu obrazu prowincjonalnej społeczności, podkreślenie budzącego się ruchu kobiecego, ale nie umiałam się zaangażować w opowieść. Żałuję.

23 marca 2014

Peter May. Czarny dom.


Wydane przez
Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz


Kilka książek temu wpadłam na Wyspy Brytyjskie i umościłam się na nich na tyle wygodnie, by nie chcieć wychodzić z literatury tam tworzonej. A jednak - ostatnia z książek "stamtąd" - skłoniła mnie do tego, by zmienić obszar literacki. I nie, nie dlatego, że książka mi się nie podobała.

Finnolagh Macleod, pochodzący z wyspy Lewis policjant, od kilkunastu lat nie odwiedzał rodzinnych stron. Gdy na wyspie popełniono morderstwo z modus operandi zdumiewająco podobnym do tego, nad jakim Fin już pracuje, Macleod zostaje oddelegowany do wyjaśnienia śmierci Angusa Macritchie'go.

Powrót na wyspę nie jest łatwy. O wielu rzeczach związanych z dzieciństwem i czasach młodości Fin chciałby zapomnieć. Właściwie wydaje mu się, że zapomniał, że wyjazd z Crobost zatarł wszelkie wspomnienia. Niestety, praca w miejscu doskonale mu znanym, spotykanie ludzi, którzy w dawnych czasach byli dla niego ważni, wzbudza niepokój i zmusza do konfrontacji z przeszłością.

Akcja powieści toczy się dwutorowo - w jednym planie czasowym towarzyszymy Finowi - dziecku i Finowi - młodzieńcowi, w drugim patrzymy na Crobost oczyma zmęczonego doświadczeniami życiowymi policjanta, którego zły los zmusił do powrotu w miejsce, którego już nigdy oglądać nie chciał.

To mocna książka. Szorstka, poważna, zaskakująca. Czuć w niej chłód oceanu, groźne wichry, chłód deszczu i potęgę przyrody, wobec której człowiek i jego doznania - choć dla jednostki, czy nawet społeczności - znaczące - pozostaje niczym.

Czekam już na kolejne dwa tomy powieści.


21 marca zmarł Pan Andrzej Kuryłowicz, założyciel wydawnictwa. Mam nadzieję, że jego nieobecność nie będzie oznaczała końca wydawnictwa.

21 marca 2014

Porozumienie ponad miskami

Od trzech - czterech tygodni około 4 (a w wyjątkowych sytuacjach - 5) Sisi budzi mnie drapaniem w wielkie lustro wiszące w przedpokoju. Ona drapie, a reszta kotków spogląda w moją stronę kontrolnie, by sprawdzać na ile drapanie przynosi efekt oczekiwany, czyli, czy już podnoszę się z łóżka. 

Od wczoraj przy lustrze stoi suszarka z praniem, co znacznie ogranicza możliwość Sisulowych manewrów. I co zrobiły dziś kotki? Dogadały się z Sarą. Bo jakże inaczej wyjaśnić to, że kilka minut przed piątą z barwnego i intensywnego snu wyrwał mnie psi jęzor na twarzy? Za nim wydobyłam się ze snu i zorientowałam czemu mam mokrą twarz, Sara zdążyła mnie wylizać nawet po powiekach. Pogłaskałam ją myśląc, że nagle obudziła się w niej potrzeba czułości i zasnęłam ponownie. Na 5 minut. Po ich upływie ponownie poczułam psi jęzor na twarzy, a gdy zdecydowałam się podnieść, ujrzałam wszystkie kotki spoglądające z nadzieją w moją stronę. Sara, jak to zwykle bywa podczas porannego karmienia kotów, została w sypialni za zamkniętymi drzwiami, a Kociaste pobiegły do misek.

Czy możemy już uznać, że zwierzaki zaakceptowały się wzajemnie i na 100%?

17 marca 2014

Spryciarze

Czas jakiś temu dostaliśmy zabawkę. Nie, nie dla nas - dla naszych zwierzątek. Po długiej i szczegółowej korespondencji, podczas której szukałam z przedstawicielką sklepu NaszeZoo.pl zabawki godnej uwagi zarówno Kociastych, jak i Sary, wybór padł na Flip Board, grę strategiczną dla psa. 
[źródło zdjęcia: http://www.naszezoo.pl/pl/p/Gra-strategiczna-dla-psa-Flip-Board/129]

I powiem Wam, że trudno byłoby wybrać lepiej:-)

Z Sarą ćwiczyliśmy w domu i na dworze. Byliśmy na spacerze dość wcześnie, więc nie zgromadziliśmy tłumu gapiów wokoło, ale już widzę, że będzie to wabik na głaskaczy podczas wiosenno-letnich spacerów :-)

Piesce najłatwiej przyszło nauczenie się przesuwania elementów, pod którymi schowaliśmy smakołyki. Resztę elementów opanowała, moim zdaniem, lekko licząc na przypadek i siłę. Zobaczcie:



Najzabawniej wyglądały te momenty, w których Sara próbowała lizaniem podnieść klapki, które w zamyśle producentów zabawki podnoszone są dźwignią w kształcie kości. Co więcej - czasami lizanie przynosiło pożądany skutek.

Z kotami ćwiczyłam wieczorem, po kolacji, gdy Z. i Sara wyszli na spacer. Skutkiem tego na filmach widać tylko Wojtka - jako głównego bohatera - i ciekawską Nusię. Sisi popatrzyła na mnie jak na wariatkę wyraźnie sygnalizując, że ona wie, iż mam w dłoni schowaną oliwkę i nie zamierza taranować jakiegoś urządzenia, by tę oliwkę z niego wydobyć. Jej się należy ta z dłoni. Gusia natomiast, jako kotka bardzo przepisowa, od razu po kolacji i zagrzebaniu wszystkich misek, myje się i idzie spać do koszyczka. Nie wykazała chęci współpracy (ale jeszcze będziemy testowali).

Nusia nie miała nastroju do poszukiwań. Ocierała się, burczała niczym solidnej konstrukcji traktor i nie wykazywała chęci do zabawy. Mam wrażenie, że z budzącą się wiosną w Nusi budzi się czułość i gwałtowna potrzeba zaopiekowania się jakimś małym kotem.



A co do Wojtka... Wojtek pokazał klasę i sprawił, że zobaczyłam w nim wreszcie dużego, dorosłego i sprytnego kota. Dotychczas wciąż postrzegałam go jako małego głuptaska, który pogoni za wszystkim. Teraz wiem, że jest kotem ciekawym świata i musimy się nieźle nagimnastykować, by zapewnić mu odpowiednią stymulację intelektualną. 



Przyznacie, że doskonała zabawa - nie tylko dla Kociastych i Sary, ale i dla nas. Dziękujemy sklepowi NaszeZOO.pl za zabawkę:-)

P.S. Resztę filmów możecie obejrzeć TUTAJ.

16 marca 2014

Niedzielnik nr 47


Spieszę donieść, że jestem i powoli dojrzewam do pisania, bo przeczytałam mnóstwo i o wielu książkach chcę Wam opowiedzieć.

Tydzień spędziłam u Rodziców. Czytałam wieczorami, ale na pisanie szkoda mi było czasu - za rzadko mam okazję by odwiedzać Mamę i Tatę, zbyt mało czasu mogę z nimi spędzać, by - wybaczcie- marnotrawić go na pisanie. Rozmawialiśmy, gotowałyśmy, spacerowałyśmy i wszyscy, nie tylko Sara, która towarzyszyła mi w wyjeździe, czerpaliśmy ze wspólnego czasu mnóstwo radości.


Gdy byłam na urlopie dowiedziałam się, że nastąpią zmiany w mojej pracy. I tak, w pierwszym dniu po powrocie, zmieniłam dział, a co za tym idzie - obowiązki. Uczę się codziennie mnóstwa nowych rzeczy i mam świadomość, że wiele jeszcze przede mną.

A co z książkami? Wysłuchałam "Awantury o Basię" w interpretacji Krystyny Jandy, odkryłam interesujące pisanie Grażyny Jeromir-Gałuszki, przeczytałam cykl książek o niani Agacie, która pewnymi cechami bliska jest Marry Poppins, poznałam literacką wersję historii psa Czarusia i dziewczynki, którą uratował, pośmiałam się przy okazji czytania "Z jednej gliny" oraz zdumiałam rodzącą się modą na nieco inne niż dotychczas kryminały retro. To, rzecz jasna, nie jest wszystko, ale nie będę Was zasypywać tytułami bez bliższych informacji o książkach.

Z biblioteki w rodzinnym mieście przywiozłam sobie książki wystawione tam na kiermasz. Upolowałam między innymi pięciotomowe wydanie Dzieł Wybranych Marka Hłaski. Każda książka kosztowała mnie 1 zł.


Mam nadzieję, że zmobilizuję się do pisania. Potrzymacie kciuki? :-)

07 marca 2014

Trudno wrócić do pisania po przerwie. I to taaakiej przerwie:-)

Pamiętacie - wspominałam czas jakiś temu o sesji zdjęciowej, w której Sisi i Gusia promowały nowe typy drapaków. Niedawno dostałam zdjęcia i nieustająco się nimi zachwycam:-) Gusi bardzo spodobał się większy, okrągły drapak. Tak bardzo, że gdy zaproponowałam fotografowi zmianę drapaka, to Gusia się obraziła i schowała za płytami wysłaniającymi. Z tego też powodu na drugim drapaku prezentuje się tylko Sisi. Przyznacie, że prezentuje się uroczo? Na plus panu fotografowi należy przyznać to, że był pieczołowicie przygotowany - hojnie posypywał kocimiętką drapaki, doskonale zabezpieczył wszelkie wyjścia ze studia fotograficznego, itp. Od chwili sesji w naszym domu króluje nowy drapak i wszystkie koty chętnie z niego korzystają. Jest na tyle stabilny, że i nam zdarza się na nim przysiąść.









22 lutego, bardzo wcześnie, bo kilka godzin przed świtem, wyruszyłyśmy z Sarą w długą podróż na Mazury. Nie uprzedziłam Rodziców, bo nie chciałam, żeby się martwili - umówiłam się tylko z Siostrą na wspólny spacer i kawę w Warszawie. Szaszka szalała z radości, Sara wykazała umiarkowane zainteresowanie, a na ich dwóch można przeprowadzać szkolenia pt. " Czym różni się husky od malamuta?".


Podpatrzyłam jak wyglądają maty zabezpieczająco-podróżne, poświęciłam koc i Sarka miała miękko i wygodnie. Jak widzicie - jechała przypięta do pasów bezpieczeństwa. Pieska głównie spała, choć były chwile, w których coś ją zainteresowało na tyle, by wyglądać za okno. Oczywiście zatrzymywałyśmy się po drodze kilka razy, na krótsze i dłuższe spacery.


Pierwszy poranek spędziłyśmy wędrując wzdłuż wody. Sara była zafascynowana szronem, wodą, kaczkami, nowymi zapachami. 


Sara idealnie zidentyfikowała Mamę, jako osobę, która rządzi Domem i Kuchnią. Podczas posiłków wpatrywała się w Mamę miłosnym wzrokiem, a kuchnię opuszczała tylko wtedy, gdy opuszczała ją Mama. 


Najdłuższy spacer urządziłyśmy sobie pewnego wieczoru - zamarzyło mi się, że powędrujemy nową promenadą, którą jeszcze nie miałam okazji iść. Szłyśmy, biegłyśmy i obydwie byłyśmy bardzo szczęśliwe.


Codziennie byłyśmy w lesie i nad jeziorem. W lasach Sara węszyła, szukała, chłonęła świat węchem. Na zamarznięte jeziora patrzyła bez zainteresowania. Mam nadzieję, że uda się nam przyjechać też latem i będziemy wspólnie pływać.






Wczoraj okazało się, że z Mazur Sara przywiozła nieproszonego gościa - Z. wyciągnął wczoraj z psiego karku kleszcza. Mam nadzieję, że to jedyna niemiła niespodzianka, a kleszcz nie był nosicielem choroby. Na wszelki wypadek obserwujemy zachowanie Sary i wkrótce założymy jej obrożę.

Podczas wyjazdu znalazłam dom, w którym - o czym jestem przekonana - żyłoby się nam wszystkim długo i szczęśliwie. Myślimy o nim intensywnie. Wy też pomyślcie, proszę, może się nam spełni:-)

03 marca 2014

Patricia S. Churchland. Moralność mózgu.


Wydane przez
Wydawnictwo Copernicus Center Press

To jest książka o moralności oraz o tym, jak funkcjonuje mózg człowieka. Patricia S. Churchland jest profesorem filozofii, zajmuje się filozofią umysłu i poznania, neurofilozofią i neurotyką. Piotr Przybysz w tekście „Neurofilozofia i filozofia neuronauk” opublikowanym w książce „Przewodnik po filozofii umysłu” stwierdza, że zdaniem Churchland, odwieczne kwestie filozoficzne stały się przedmiotem dyscyplin takich, jak astronomia, fizyka, geologia i biologia, ale pojawiają się nowe nauki, zajmujące się problemami dotyczącymi umysłu. Nauki te badają problemy, które, jak się zdawało, na zawsze pozostaną domena filozofii w jej klasycznym kształcie.

Jednym z takich problemów jest moralność, a ten nowy trend w nauce doskonale oddaje tytuł książki Churchland. Autorka w książce „Brain-Wise: Studies in Neurophilosophy” stwierdza, że „filozofia umysłu uprawiana bez zrozumienia jak działają mózg i neurony jest jałowa” i trudno spierać się z Churchland w tej kwestii.

W autorskim „Wstępie” do „Moralności mózgu” czytamy:
Co znaczy zatem, że coś jest sprawiedliwe? Skąd wiemy, co należy uznać za sprawiedliwe? Dlaczego uważamy ordalia za coś złego? W ten sposób otwieramy drzwi do niezliczonej ilości pytań dotyczących moralności, dobra i zła, wartości i słabości. Przez większość swojego filozoficznego życia wzbraniałam się przed zagłębianiem w tego rodzaju pytania. Było tak w dużej mierze dlatego, że nie widziałam systematycznej drogi prowadzącej poprzez ten gąszcz. [ss. 17-18]

Sposób na przedarcie się przez ten gąszcz Churchland znalazła w wynikach badań nauk biologicznych i to biologiczne podejście jest w książce dominujące.

Autorka stwierdza, iż wartości moralne sprawiają, że nasze życie jest życiem społecznym i dodaje, że fundamentem praktyk moralnych są pragnienia społeczne [s. 33], po czym omawia istotne w zakreślonym przez siebie kontekście kwestie takie, jak opieka i troska o innych, kooperacja i zaufanie, umiejętności społeczne, problem: moralność a reguły.

Churchland daje w książce znakomity, klarowny wykład i zapewniam, że nie trzeba bać się fragmentów, w których mowa o obwodach neuronalnych, oksytocynie czy neuronach lustrzanych. Znajdujemy w książce świetne pytania, takie jak czy z pewnością tylko ludzie są moralni albo co takiego dzieje się w mózgu, że zwierzęta troszczą się o inne osobniki i podzielają wartości społeczne; na pytania te autorka rzetelnie odpowiada, przywołując mnóstwo ciekawych faktów, w tym przebieg i wyniki eksperymentów naukowych.

Churchland trochę, ale tylko trochę :-) posypała się w rozdziale zatytułowanym „Religia i moralność”, w którym czytamy:
Założenie, zgodnie z którym ktoś ma specjalny kontakt z Bogiem, dzięki któremu wie, że to co robią inni, jest złe, a to co robi on sam, jest słuszne i ma boskie błogosławieństwo, jest bardzo niebezpieczne. Ludzie trzymający się tego poglądu mogą być cnotliwi i uprzejmi, ale zbyt często okazują się moralnymi tytanami.[s. 321]
I na tej samej stronie:
Kolejnym problemem związanym z ideą, że bez Boga moralność to tylko iluzja, jest to, że wielu ludzi, którzy nie są w najmniejszym stopniu zwolennikami jakiejś boskiej religii i którzy pozbawieni są wiary, w istocie okazuje się wzorowymi w swoim zachowaniu moralnym.
A zatem, wedle Churchland, teza o boskim pochodzeniu moralności jest kiepska, bo wielu ludzi nie postępuje moralnie (chociaż wielu przecież postępuje), natomiast teza o tym, że nie ma prawdziwej moralności bez Boga też jest kiepska, gdyż wielu ludzi niereligijnych jest wzorcami moralnymi (chociaż wielu innych nie jest). Chodzi mi o sposób argumentowania Churchland, sposób, który można sprowadzić do twierdzenia, że w jednym przypadku argumentem obalającym jakąś tezę są niemoralni teiści, a w przypadku drugim argumentem obalającym są moralni ateiści. I jeszcze jedno:  z tego, że niektórzy ludzie nie spełniają wymogów określonej tezy nie da się poprawnie wyciągnąć wniosku, że teza jest fałszywa.

To, że Churchland napisała rozdział zatytułowany „Religia i moralność”, a nie napisała rozdziału zatytułowanego np. „Marksizm i moralność” albo „Fizyka i moralność”, jest jak najbardziej zrozumiałe, bowiem do dzisiaj wielu ludzi uważa, że moralność ma boskie źródła. Zadaniem naukowców jest badanie tego, jak sprawa wygląda naprawdę, niezależnie od tego, co pokażą wyniki badań. Churchland z zadania tego wywiązuje się znakomicie, pokazuje w spójny sposób, że moralność ma źródła w procesie ewolucji, że wywodzi się z ludzkiego umysłu, natomiast moim zdaniem na temat religii (podobnie zresztą jak wielu innych świetnych naukowców) wypowiada się niezbyt kompetentnie, co jest rezultatem tego, że nie rozumie fenomenu religii na tyle, aby się o tym fenomenie kompetentnie wypowiadać.