23 lutego 2015

Gusia

Dziś mija 7 rocznica dnia, w którym Gusia zamieszkała w Kociokwiku. Wybrana przez Z. na stronie internetowej schroniska, dołączyła do Sisi w sobotni poranek. Burczała gniewnie na próbę głaskania i jednocześnie drapała po nogach domagając się jedzenia. Uciekała przed zainteresowaniem człowieka, ale gdy nastała noc ułożyła się na kołdrze pod którą spałam i tkwiła na niej jak plasterek.


Gusia dzisiaj nadal burczy gniewnie, gdy biorę ją na ręce. Obrażeniem reaguje na psią natarczywość. A jednocześnie zdarza jej się o poranku przyjść wtulić się we mnie i trącać mnie mokrym nosem, żeby przypomnieć, że ona tu jest, że mam nie zasypiać, tylko ją głaskać.

Ma swoje ulubione smaki i zwyczaje. Zagrzebuje jedzenie, na które nie ma chęci, pije wodę z wysokiego kubka trzymając w nim łapkę, chętnie je ryby, a nie nie tknie nabiału, za którym przepadają inne kotki.

Jest kotkiem obowiązkowym - gdy spóźniam się z podaniem kolacji patrzy na mnie wielkimi okrągłymi oczyma zdumiona, że lekceważę upływający czas. Zawsze o tej samej porze kładzie się spać i tylko na śniadania przychodzi grymaśnie; czasami tak bardzo zagrzebie się w koc i tak mocno przytuli do kaloryfera, że podejmuje decyzje* o rezygnacji z jedzenia na rzecz wygody.

Oby w zdrowiu żyła jak najdłużej...

* Oczywiście, że koty podejmują decyzje.

19 lutego 2015

Wszak świętujemy codziennie


17 lutego nie dałam kotom do jedzenia nic wykwintnego. Nie poczęstowałam ich smakołykiem, nie bawiłam się z nimi uciekającym światełkiem, piłką, czy myszkami. 17 lutego po wizycie u lekarza zaległam w łóżku, przygarnęłam kociaste i zapadłam w sen. Było ciepło, przytulnie, mrucząco i miło. Mam nadzieję, że Kociokwiki okazały się być zadowolone:-)

Skończyły się ferie, wrócił nasz PanDoktor i wkrótce zaczniemy akcję zębową kociastych. Ale póki co - korzystamy z zimowej aury spacerując z mamutkiem i ciepłych kaloryferów z kotami. Szczególnie Sisi jest pocieszna w tym zakresie, mości się na żeberkach kaloryferowych, przekłada, a gdy już brzuch ma bardzo, bardzo gorący decyduje się zejść balansując na szczebelkach łóżka i podpierając na parapecie.

Nusia za to lubuje się ostatnio w spaniu tuż obok mojej głowy, tuż przy poduszce. Zamienia się w kuleczkę, a ja z przyjemnością albo wtulam w nią nos, albo podkładam pod nią dłoń. Wtedy Nusia włącza burczenie, a ja momentalnie zasypiam.

Wojtuś co wieczór urządza galopady po drugim pokoju. Czasami dołącza się do niego Nusia, bywa, że i Sara biegnie się rozejrzeć. Trochę mam wtyrzuty sumienia, że nie mam czasu się z nim bawić. A z drugiej strony - sytuację ratowałby mały kot, którzy szalałby z Wojtkiem, ale już nie możemy zaprosić do Kociokwika kolejnego zwierza.

Sara ma swoje humory - jednego dnia spacerujemy daleko i cieszymy się nietkniętym śladami stóp/łapek połacią śniegu i słońcem, innego wędrujemy trasą niemalże najkrótszą z możliwych, bo pies chodzić nie chce. Na podłodze przed łóżkiem wylądował barwny dywanik, bo Sara nie zawsze miała nastrój do tego, by spać na legowisku, a nie chciałam jej zmuszać do spania na gołej podłodze. No i przepięknie się teraz na tym dywaniku wyciąga:-)

A Gusia? Gusi będzie poświęcony kolejny wpis, już niedługo.

Tym, którzy mimo długotrwałych przerw w pisaniu nadal nas odwiedzają ślemy kocie mruczanki i psie merdanie ogonem :-)

12 lutego 2015

Teraz słyszę*


Słucham książek. Kiedyś na pytanie, czy zdarza mi się czytać więcej niż jedną książkę równocześnie odpowiadałam przecząco, dziś - potwierdziłabym. Jedną książkę czytam w domu, przy kawie, podczas jedzenia, przed snem. Inną mam ze sobą zawsze wtedy, gdy mam telefon - podczas spacerów z psem, w  drodze do pracy, na zakupy, gdziekolwiek.

Gdy byłam dzieckiem uwielbiałam słuchowiska, bajki w radio i na winylowych płytach. Do dziś umiem zaśpiewać piosenkę Piętaszka. Później, tylko czasami, w czasie wieczornych podróży samochodem udawało mi się trafić na teatr radiowy, czy właśnie słuchowisko.

Czas gnał do przodu, a wraz z nim technologie. Okazało się, że większość książek nagrywanych dla niewidomych na kasetach otrzymała drugie, cyfrowe życie, a ja poczułam się jak u progu raju - dusza ochocza, ale ciało słabe. Nie umiałam znaleźć czasu, który byłby odpowiednim na słuchanie. Sprzątanie, gotowanie? Do polubienia audiobooków nakłoniła mnie drobna kontuzja, podczas której najwygodniej mi było podczas chodzenia. Siedzenie i leżenie wiązało się z bólem,  spacerowałam zatem niespiesznie po kilka godzin na dzień, a żeby nie tracić czasu - sięgnęłam po książkę czytaną.

No i wpadłam... Słucham, nauczyłam się koncentrować na tym, co się dzieje w książce, a posiadanie telefonu bez słuchawek (na szczęście krótkie) powodowało, że czułam się niepełna. Czasami wchodzę do domu i mam ochotę usiąść nie zdejmując zimowego odzienia i słuchać aż do końca rozdziału, czy omawianej właśnie kwestii.

Odkryłam biblioteczne zasoby audioksiążek. Pożyczam i cieszę się czasami po cichutku z tego, że książki do słuchania nie są jeszcze tak popularne jak papierowe - gdy okazało się, że wszystkie powieści Miłoszewskiego są  u czytelników, ja bez kłopotu mogłam pożyczyć "Ziarno prawdy" w audiobooku. 

Czasami coś wygrywam, jakiś kupon, kod promocyjny do księgarni z audiobookami. Czasami dostaję takie kupony podczas wizyty na Targach Książki, czy podczas zakupów w firmach współpracujących w ten sposób z w/w księgarniami.

Oczywiście, czasami zdarza się tak, że książki, które pożyczę, oddaję bez słuchania. A to mi lektor nie odpowiada, a to klimat powieści, czy pierwsze sceny, które zrażają mnie na tyle, by zaniechać poznawania książki. Spróbowałam zrobić listę tego, co już słuchałam i choć mam świadomość, że jest niekompletna (zawiera tylko to, co z biblioteki i co udało mi się wygrzebać w pamięci), cieszę się, bo nie jest mała. 
Letarg / Thomas Enger
Zimowy morderca / Krystyna Kuhn
Tatiana i Aleksander / Paullina Simons
Ogród letni / Paullina Simons
Jeździec miedziany / Paulilina Simons
Francuska oberża / Julia Stagg
Burza depcze mi po piętach / Dorota Głuska
Caryca / Ellen Alpsten
Niedoręczony list / Sarah Blake
Ciernista róża / Charlotte Link
Zabić drozda / Harper Lee
Ziarno prawdy / Zygmunt Miłoszewski
Nieproszony gość / Charlotte Link
Bokserka / Grażyna Plebanek
Czas zapłaty / John Grisham
Policja / Jo Nesbo
Wybawiciel / Jo Nesbo
Pentagram / Jo Nesbo
Wybawiciel / Jo Nesbo
Trzeci klucz / Jo Nesbo
Karaluchy / Jo Nesbo
Kosogłos / Suzanne Collins
W pierścieniu ognia / Suzanne Collins
Pogrom w przyszły wtorek / Marcin Wroński
Pochłaniacz / Katarzyna Bonda
Magik / Magdalena Parys
Gniew aniołów / Sidney Sheldon
Szklane Jezioro / Meave Binchy
Dom sióstr / Charlotte Link
Światła września / Carlos Ruiz Zafon
Egipcjanin Sinuhe / Mika Waltari
Harry Potter i Komnata Tajemnic /J.K. Rowling
Harry Potter i Więzień Azkabanu / J.K. Rowling
Harry Potter i kamień filozoficzny / J.K. Rowling
Harry Potter i Czara Ognia / J.K. Rowling
Harry Potter i Zakon Feniksa / J.K. Rowling
Harry Potter i Książe Półkrwi / J.K. Rowling
Harry Potter i Insygnia śmierci / J.K. Rowling
Bajeczki o towarzyszu Leninie / Michaił Zoszczenko
Awantura o Basię / Kornel Makuszyński
Życie przed sobą / Émile Ajar
(Niektórych książek z tej listy już wysłuchałam, ale kilka czeka cierpliwie na swoją kolejkę, bo lubię mieć zapas.)

Zastanawiam się czasami nad trylogią husycką Sapkowskiego, czy "Grą o tron" której nie czytałam, nie oglądałam i nie znam, ale boję się, że poczuję się przytłoczona. Choć z drugiej strony - "Karaluchy" w wersji superprodukcji zrobiły na mnie wielkie wrażenie.

Bywa, że myślę o tym, czego chciałabym posłuchać, co już jest wydane, a nie znalazłam na płytach. Może Iana Rankina, do którego obiecuję sobie sięgnąć już długo?

Zauważyłam, że lepiej mi się słucha kryminałów i częściej, to po nie sięgam, wybierając audiobooki. Mimo, iż słuchanie o morderstwach w ciemnym parku o 5 rano nie sprzyja poczuciu bezpieczeństwa;-) I jeszcze jedna obserwacja związana z audiobookami - w dzień mogę ich słuchać nie tracąc koncentracji, w nocy działają idealnie jako usypiacze. Podobny skutek odnoszą, gdy słucham ich podczas podróży i jestem pasażerem; zasypiam niemalże natychmiast po zajęciu miejsca i włączeniu książki.

Słuchacie książek?


*Cytat z płyty zespołu "HEY".

09 lutego 2015

O zwierzakach i ludziach

Czuje potrzebę odnotowania lektury tych książek, wspomnienia kilkoma słowami, że poświęciłam im czas.

Wydane przez
Wydawnictwo Skrzat

Wojtek nie ma Taty, Mamę ma w dalekiej Ameryce, a na miejscu ma Babcię. Owszem, Babcia dba o chłopca, ale nie okazuje mu czułości, która - jak się okazuje - jest bardzo potrzebna jedenastolatkowi. Babcia z chłopcem nie rozmawia, mówi do niego, wydaje polecenia, czy przekazuje prośby, ale traktując go wciąż jak małe dziecko odbiera sobie i jemy szanse na dobrą komunikację.

Pewnego dnia Wojtek spotyka panią sąsiadkę. Mieszkająca w tym samym bloku z córką i kotami zaproszeniem do rozmowy i do przytulnego, zarzuconego książkami, domu sprawia, że chłopiec czuje się komuś potrzebny, podbudowuje samoocenę i rozkwita.

Udana, ważna lektura.

Wydane przez
Wydawnictwo Siedmioróg

Książki Marcela Ayme to opowieści o dwóch dziewczynkach, otaczających je zwierzętach i rodzicach głównych bohaterek. Zwierzęta towarzyszące dzieciom są uczłowieczone - porozumiewają się z dziewczynkami, dyskutują między sobą, a co gorsza - dla współczesnego czytelnika - doskonale zdają sobie sprawę ze swojego miejsca w świecie jedzących i jedzonych. Jest świnia, kaczka, jeleń i pies, są zwierzęta gospodarskie i leśne, które tworzą interesujące grupy sympatyków i wrogów. Na tle bardzo poprawnych relacji na linii dziewczynki - zwierzęta razi to jak nakreślone zostały relacje między rodzicami (którzy wyganiają dziewczynki na podwórko, straszą je głodzeniem, itp.) a ich dziećmi.

Ramotka pokazująca jak zmieniła się literatura dla najmłodszych czytelników.

07 lutego 2015

Katarzyna Puzyńska. Motylek. Więcej czerwieni.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

"Motylek" stał na półce dość długo. Czekał cierpliwie na swoją kolejkę i doczekał się tego, abym zamieściła go na specjalnej wyzwaniowej liście. Lista zgromadziła książki, które mam już czas dłuższy, a do których wciąż - mimo najszczerszych chęci - jakoś dotrzeć nie mogę. Zobowiązałam się, biorąc udział w wyzwaniu 12 książek na 2015 rok, że przeczytam także "Motylka". Co prawda, nie planowałam lektury na styczeń, ale gdy w bibliotece udało mi się trafią na "Więcej czerwieni", a w zapowiedziach wydawniczych znalazłam informację o lutowej premierze kolejnego tomu, nie mogłam zlekceważyć ponagleń losu;-)

W niewielkiej wsi Lipowo, położonej w okolicach Brodnicy, życie toczy się spokojnie, nieco leniwie. Szef komisariatu, wysoki postawny, acz martwiący się o nadmiar tuszy, Daniel Podgórski, wraz podległymi sobie policjantami zajmuje się głównie rozwiązywaniem spraw drobnych kradzieży, awantur itp. Gdy jednak pewnego dnia na poboczu szosy znaleziono martwą zakonnicę, spokój mieszkańców Lipowa prysł. Daniela w rozwiązaniu niełatwej zagadki tej i kolejnych śmierci wspiera ekscentryczna komisarz Klementyna Kopp z brodnickiej komendy.

Wątkowi kryminalnemu towarzyszy również wątek towarzyski - nowo zamieszkała we wsi Weronika Nowakowska, warszawska psycholożka, zaprzyjaźnia się z Danielem i nagle - dość nieoczekiwanie dla nich obojga - owa znajomość zaczyna przybierać na znaczeniu.

Znacie ten schemat - wszyscy się znamy, wszyscy mniej lub bardziej się lubimy i mamy uwierzyć, że to ktoś z nas zabija? Katarzyna Puzyńska skonstruowała powieść w oparciu o ten schemat i udało jej się to znakomicie.

Podobnie jest w "Więcej czerwieni". Tym razem martwe ciała znajdują się we wsi graniczącej z Lipowem, Żabich Dołach, gdzie motorem napędzającym życie zawodowe wielu mieszkańców jest Ośrodek Wczasowy Słoneczna Dolina i klinika lecząca dusze i ciała, a głównie zapewniająca relaks paniom, których mężowie mają dużo pieniędzy i młode kochanki. Intryga kryminalna łączy kilkoro uczniów jednej klasy, którzy - już jako dorośli - nie opuścili rodzinnych stron.

Choć pewne fakty z powieści Katarzyny Puzyńskiej wydają mi się nie do końca realne (choćby ksiądz zdradzający tajemnicę spowiedzi), na plus jej książkom należy zaliczyć dbałość o postacie bohaterów zarówno pierwszoplanowych, jak i tych odgrywających nieco mniejsze znaczenie w powieściach. Postacie są bardzo charakterystyczne, niemalże gotowe do tego, by wywołać ogólnonarodową dyskusję nad tym kto kogo powinien zagrać, gdyby zdecydowano się sfilmować wydarzenia z Lipowa.

W swoich książkach Puzyńska buduje tło społeczne z  interesującymi zagadnieniami. W "Motylku" mamy motyw związany z funkcjonowaniem Kościoła i jego przepisami, w "Więcej czerwieni" sięgamy po wielką sztukę, a także temat przemocy wobec kobiet. Oczywiście to nie jedyne wątki powieści, a jedynie te najwyraźniej dominujące w rozmowach szukających rozwiązania morderstw policjantów.

Czekam na trzecią część cyklu powieściowego z nadzieją, że wreszcie dowiem się kto jest winien blizny na twarzy Mileny Król. Premiera - 24 lutego.


P.S. Tylko dlaczego Brodnica ma leżeć na Mazurach?

06 lutego 2015

Agnieszka Olejnik. Dante na tropie.

Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Zdecydowałam się na lekturę książki Agnieszki Olejnik z powodu psa i biblioteki. Wątek kryminalny ledwie zarysował się w mojej świadomości, a romansu nie spodziewałam się wcale. Cóż, powinnam dokładniej czytać informacje na okładce, bo czuję wyraźny niedobór psa i biblioteki, odpowiednią dawkę kryminału i zdecydowany przesyt wątkiem romansowym. Oraz bohaterką.

Anna Drozd, lat 35, wprowadza się do Solca kupując stary dom zwany Dąbrową. Mieszka w miasteczku już prawie dwa lata, nie zna niemalże nikogo poza kilkoma osobami, które spotyka, bo gdzieś musi kupować jedzenie itp. Biblioteka, w której Anna pracuje, najwyraźniej nie jest miejscem odpowiednim do tego, by poznawać ludzi. Podobnie jak przestrzeń, którą bohaterka odwiedza z psem i to psem rzadko spotykanym w jej nowym miejscu zamieszkania, wyżłem weimarskim. Do Solca Anna wprowadza się po potężnym rozczarowaniu miłosnym; wycofuje się z życia, staje się odludkiem i tylko jednej osobie, Magdzie, udaje przebić się przez skorupę upośledzenia emocjonalnego bohaterki i zawrzeć z nią coś na kształt przyjaźni.

Nie udało mi się polubić Anny. Może bohaterka w zamyśle Autorki miała nie być do polubienia? Chyba się łudzę;-) Irytująca, chaotyczna, niewiarygodna, to zaledwie pierwsze z epitetów jakimi mogłabym określić Annę.

Akcja powieści zawiązuje się w momencie, w którym Dante, pies Anny, przynosi do stóp pani coś, co z daleka wygląda jak nieświeża parówka, a okazuje się być ludzkim palcem. Wówczas na progu domu Anny pojawiają się policjanci, a bohaterka nagle rozpoczyna okres intensywnych kontaktów towarzyskich i to głównie kontaktów z mężczyznami. Oprócz komisarza Wiktora Gryki, który poraniony po nieudanym małżeństwie natychmiast popada w zauroczenie Anną (a Dante go uwielbia), w pobliżu Anny pojawia się domorosły detektyw - Mariusz, który ma co prawda problemy z psychiką i oceną własnej osobowości, ale za to namiętnie całuje i pożera bohaterkę wzrokiem tak pożądliwym, że aż trudno mu się oprzeć.

Anna się opiera bądź nie, a obecność obydwu panów skłania ją do tego, by porzuciła bierność i na własną rękę rozpoczęła poszukiwania osoby, która sprawia, że w dotychczas spokojnym miasteczku, trup ściele się gęsto. Poszukiwania bohaterka podejmuje, a ich rezultaty - wraz ze szczerymi przemyśleniami na tematy męsko-damskie - zapisuje tworząc z nich książkę. Której to treścią na bieżąco dzieli się z komisarzem.

Obawiam się, że na książkę "Dante na tropie" jestem (o zgrozo, nie myślałam, że kiedykolwiek to napiszę) za stara. Nużył mnie infantylizm Anny, na jej rozterki sercowe/łóżkowe spoglądałam ze zdumieniem i lekkim zniesmaczeniem. Co gorsza, miałam wrażenie, że cała powieść wymaga dopracowania, które sprawi, że powieść będzie się przyjemniej czytało; chwilami łapałam się na myśli, że czytam jakiś szkic, że bohaterom brakuje "życia", a przedstawione sytuacje są zbyt papierowe.

Spodobał mi się w tej książce jeden wątek. Solec i okolice zamieszkują rodziny polskie i ukraińskie. Obecność dwóch narodowości wywoływała spięcia w przeszłości i choć w czasach współczesnych wydarzeniom powieści wydaje się być inaczej, to w miasteczku wciąż żywe są skłonności do dzielenia mieszkańców na naszych i czarnych (tzn. Ukraińców).

Czas jakiś temu czytałam książkę Agnieszki Olejnik zatytułowaną "Zabłądziłam". Opowieść o nastolatkach zmagających się z ciężarem samobójstwa w rodzinie wydawała mi się napisana lepiej niż historia Anny, choć chwilami zżymałam się na nadmierne, w moim odczuciu, podobieństwo losów głównych bohaterów. Musiałabym teraz, na świeżo, po lekturze "Dantego..." sięgnąć po poprzednia książkę Autorki, by sprawdzić aktualne odczucia. Nie sądzę jednak, abym znalazła na to czas, więc pozostaję z przekonaniem, że "Zabłądziłam" jest przyjaźniejsze w czytaniu, mimo, że przedstawia trudniejszą tematykę.

A "Dante na tropie"? Cóż... Wobec pozytywnych opinii jakie znajdziecie w Internecie, mogę stwierdzić, że to po prostu książka nie dla mnie. Poczekam na Wasze wrażenia z lektury.

04 lutego 2015

Noc w kinie

Rzadko bywam w kinie. Właściwie, gdy tylko zaczął się pierwszy z oglądanych przeze mnie filmów, uświadomiłam sobie, że za rzadko - bo przecież podoba mi się w sali kinowej i lubię atmosferę towarzyszącą oglądaniu filmów na wielkim ekranie. Pewnie nie miałabym okazji do takich wniosków, gdyby nie konkurs organizowany przez lokalne radio i nie zaproszenie na Maraton Polskiego Kina, które w tymże konkursie wygrałam.


Wyjeżdżając z domu już wiedziałam, że na pewno chcę obejrzeć pierwsze dwa filmy. Owszem, chciałabym i trzeci, ale obawiałam się o swoją kondycję; nie zdarza mi się zarywać nocy, więc nie mam praktyki w tej materii ;-)


"Ziarno prawdy" czytałam w listopadzie 2011 roku, więc nie pamiętam zbyt wielu szczegółów. Mam jednak w głowie klimat książki i sądzę, że twórcom filmu udało się ów klimat zachować. Zamglone miasto, Robert Więckiewicz grający rolę pewnego siebie Teo Szackiego, Jerzy Trela, który jest klasą dla samego siebie, mroczne korytarze i zbrodnie przywołujące wspomnienia o niezbyt odległych czasowo antysemickich wydarzeniach.

Przyznaję, że nie zauważałam upływających minut. Były sceny, podczas których odwracałam wzrok od ekranu, były też i takie, w których żal było stracić choćby sekundę obrazu. Nie bez znaczenia dla odbioru całości była muzyka skomponowana przez Abla Korzeniowskiego.

Nie umiem dokonać analizy dzieła filmowego, ale umiem Was zapewnić, że warto "Ziarno prawdy" obejrzeć.



Być może nie zainteresowałabym się filmem o Zbigniewie Relidze, gdyby nie pewna wiadomość usłyszana w radio. Otóż, dziennikarka rozmawiając z osobą zajmującą się transplantologią dowiedziała się, iż po premierze filmu "Bogowie" znacząco wzrosła liczba osób zgadzających się na przekazanie po śmierci organów swoich bliskich (lub swoich) innym ludziom.

Tomasz Kot w głównej roli sprawiał, że zaczynały mnie boleć plecy (bohater wciąż chodził przygarbiony) i gardło (Religa w filmie odpalał papierosa, za papierosem). Aktor doskonale oddał osobę owładniętą pasją, wizjonera, który nie zgadzał się na zastany porządek świata i pragnął czegoś więcej. Ale i takiego, który dla realizacji swoich celów jest w stanie odtrącić innych ludzi, który nie dostrzega ich potrzeb, wahań, ich samych z bagażem dobrych i złych doświadczeń. Nie, on potrzebował mieć wokół sobie ludzi zupełnie oddanych idei, sprawnych, dających z siebie tyle, ile dawał on.

Na kolejnych filmach, niestety, nie zostałam. Mam nadzieję, że dane mi będzie obejrzeć jeszcze kiedyś "Służby specjalne" Patryka Vegi, bo słyszałam wiele dobrego o jego filmach, a nie miałam okazji widzieć żadnego z nich.

Aby przypomnieć sobie powieść Miłoszewskiego pożyczyłam audiobook (wszystkie papierowe egzemplarze jego książek są wypożyczone) i zamierzam wkrótce słuchać. Porównam sobie film i książkę, a póki co zostawiam Was z Katarzyną Nosowską.

Szczepienia, gonitwa, goście i wadliwa szekla

Nadszedł czas na to, by zaszczepić koty. Po uzgodnieniu z PanDoktorem zarezerwowałam termin trzech kolejno przypadających wizyt, a przy życzliwym wsparciu ciotki Z. zapakowałam kociaste do 3 transporterów (Nusia i Wojtek do jednego) i wyruszyliśmy.

Jako pierwsza na wagę i stół trafiła Gusia (waga – 4,85 kg). Obsyczała PanDoktora, nie dała się dokładnie osłuchać mrucząc gniewnie, ale z badania i oglądu kota została zakwalifikowana jako gotowa na szczepienie. Próbowała mnie ugryźć w trakcie, ale już po – mruczała nadal gniewnie z transportera.

Sisulka też się nie dała osłuchać. Ona jeszcze bardziej niż Gusia, bo o ile Gusia warczała tylko na wydechu, Sisi mruczała, zwyczajem kocim, na wdechu i na wydechu, uniemożliwiając PanDoktorowi  wsłuchanie się w kocie wnętrzności. Sisulka waży podobnie jak Gusia, temperaturę ciała miała odpowiednią, więc też została zaszczepiona.

Kolejnym kotem ważonym, badanym i szczepionym był Wojtuś. 4 kilo zdrowego, błyszczącego, ciekawskiego i lekko spłoszonego kota. Oczywiście na moje obawy, że Wojtek jest nieco za chudy usłyszałam, że jako jedyny z Kociokwika ma wagę prawidłową. Ups…

No i Nusia… Nusia, która w domu pokazuje wyraźnie że sobie nie życzy różnych takich, która gryzie, drapie i syczy, och jak syczy, u PanDoktora zamienia się w zmartwioną kulę (bo nie kulkę, umówmy się) nieszczęśliwego futra, waży 6,8 kgi choć do szczepienia się zakwalifikowała ma do pilnego zadbania oczy i zęby (o zębach za chwilę). Tym, którzy nie towarzyszą nam od początku, przypomnę, że Nusia jako kociątko walczyła z kocim katarem, w wyniku którego, do dziś, sprawność jednego z oczu jest lekko upośledzona. Sukcesem jest to, że Nusia ma obydwoje oczu.

Co do zębów. Gusia i Sisi muszą mieć usunięte wszystkie zęby, Nusia ma mieć wyczyszczone i ewentualnie usunięte te, które będzie trzeba, Wojtkowi trzeba zęby przeczyścić, szczególnie z jednej strony. Nie wiem jeszcze jaki będzie koszt zabiegów, ale przewidując przyszłość już dziś proszę Was o wsparcie poprzez robienie zakupów przez baner Zooplusa (o ile robicie w tym sklepie zakupy); raz na kwartał na moje konto wpływają kwoty, które – choć niewielkie – są zawsze dodatkowym zastrzykiem gotówki. Dziękuję za dotychczasową pomoc :-)

Po powrocie do domu zwierzyniec (łącznie z psem) dostał na kolację wątróbkę. Och, jakie się rozlegało mlaskanie…

Sara oczywiście protestowała przeciwko zostawieniu jej w domu. Skoro zabieramy wszystkie koty, to na pewno wybieramy się w jakieś ciekawe miejsce. I ona też by chciała. Bardzo, bardzo.

Ostatni weekend – niespodziewanie słoneczny – spędziłyśmy z Sarą na kilku długich spacerach.


Nawet koty (głównie Gusia, jako że to ona w Kociokwiku jest kotem zimnolubnym) zwizytowały balkon. Podczas jednego ze spacerów trafiłyśmy z Sarą na wybieg, na który niedługo po nas przyszły inne psy ze swoimi ludźmi. Rzadko się nam zdarza taka gratka, przeważnie jesteśmy w parku za wcześnie albo zbyt późno, więc Sara korzystała ile wlezie. Oczywiście, korzystała po swojemu, czyli robiąc porządku wśród ganiających się psów. Umęczyła się podczas tych gonitw tak bardzo, że w stronę domu szła bardzo wolno, niemalże ciągnąc nogę za nogą.



Podczas wcześniejszego weekendu gościliśmy moją Siostrę i jej Córkę. Gdy przygotowywałam im łóżka koty aktywnie mi pomagały, a Nusia spędziła cały wieczór schowana w rozkładanym łóżeczku H.. Po przyjeździe dziewczyn Zwierzyniec był mniej przyjazny. Owszem, Sara pozwalała się głaskać H., i nawet dała się I. wyprowadzić na spacer (bardzo krótki, wiodący trasą, którą wybrał pies i realizowany także w tempie narzuconym przez psa), ale koty nie pozwalały się H. głaskać, aż rozżalona zapytała, czy któryś z moich kotów lubi głaskanie. Tylko Gusia ładowała się I. na kolana.

Dwa dni temu zepsuła się nam smycz. Nigdy bym nie przypuszczała, że może się zepsuć i to w takim dziwnym miejscu. Pętla (szekla), którą spinam smycz z szelkami wysunęła się z oczka i została przy szelkach, a smycz – w moich rękach.

Na szczęście na stronie producenta zestawu, który mamy, są nadal takie smycze do jakich jesteśmy przyzwyczajone (Sara dostała je od sali.plna nową drogę życia) i to w rozsądnej cenie.

Gdy patrzę na nasze Kociokwikowe życie codziennie, wydaje mi się, że nie dzieje się nic atrakcyjnego, godnego opisania. Jednak koleżanki, które na początku uprzejmie, a później z coraz bardziej słyszalnymi pretensjami nakłaniają mnie do pisania, uświadamiają mi, że nie zawsze musi dziać się coś atrakcyjnego, by pisać. Czasami wystarczą dwa słowa i jakieś zdjęcie, które - gdy zajrzę na bloga po kilku miesiącach, czy latach - przywołają wspomnienia.

03 lutego 2015

Barbara O'Neal. Niech ci się spełnią marzenia.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Lubię książki Barbary O'Neal - są smakowite, ciepłe, dające nadzieję. Opowieści przeplatane przepisami kulinarnymi sprawiają, że nie sposób podejść obojętnie do historii kreowanych przez Autorkę.

Cztery kobiety w różnym wieku, z różnych stron, z rozmaitymi doświadczeniami życiowymi i najróżniejszymi rolami w teraźniejszości, połączyło jedno - blogowanie. Każda z nich prowadzi bloga, każda z nich odnajduje w internetowych zapiskach kulinarnych swoją przestrzeń i wartość dodaną do samej siebie. Mimo, że się przyjaźnią, nigdy się nie widziały - ich znajomość opiera się o korespondencję mailową. Gdy postanawiają spotkać się z okazji urodzin najstarszej z nich, to już sam akt wyruszenia w podróż dla niektórych z nich stanowi bodziec do myślenia o zmianach w życiu.

Lavender, Ginny, Ruby, Valerie. Za ich imionami kryją się cztery historie - o wielkiej miłości, chłodzie w małżeństwie, walce o istnienie farmy, utracie najbliższych członków rodziny. O chorobie, pragnieniu bliskości, trosce o dziecko, wdzięku natury. Mogłabym wyliczać w ten sposób jeszcze długo - wszak każdego z nas można opisać przez pryzmat tego z czym walczy, o co dba, czego się boi, o czym marzy. Nie inaczej jest z bohaterkami książki Barbary O'Neal.

"Niech ci się spełnią marzenia" to powieść o sile kobiecej przyjaźni, o tym jak wiele możemy zmienić jeśli mamy wsparcie bliskich i życzliwych nam osób. O czasie właściwym na szanowanie potrzeb innych, ale i o czasie właściwym na szanowanie naszych potrzeb. O czasie na płacz, rozrachunek z tym, z czego nie jesteśmy w naszym życiu zadowolone, ale i czasie na tańce, radość, bycie szczęśliwą.

Lubię książki Barbary O'Neal - mnie one napełniają nadzieją. Czego i Wam życzę:-)

P.S. Autorka w swoich książkach zawsze do ludzkich bohaterów dołącza zwierzęta. I za to też ma u mnie wielki plus.

02 lutego 2015

Ursula K. Le Guin. Kotolotki. Kotolotki z wizytą u mamy.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Trafiłam na te książeczki przypadkiem. Przepięknie ilustrowane, niewielkie, w twardej oprawie i w dodatku o kotach. Nie mogłam się oprzeć i zabrałam je do domu.


Ursula K. Le Guin opowiada historię kociąt, które z nieznanej nikomu przyczyny urodziły się wyposażone w skrzydła. Dorastają, pod czujnym okiem matki, w mieście i dopiero wobec zagrożeń jakie ze sobą niesie to wielkie skupisko ludzi, psów, samochodów i wszystkiego, co kotom nieprzyjazne, okazuje się, że skrzydła to cudne udogodnienie. 


Kocia mama nakazuje jednak dzieciom opuszczenie jej i miasta, znalezienie życzliwszego kociakom miejsca do życia. Kocięta wyruszają w podniebną podróż, lądują w lesie, a później trafiają do rodziny sympatycznych dzieciaków.


Druga część opowieści przedstawia wyprawę dwojga z kociąt do rodzinnego miasta. Chcą odwiedzić mamę, ale zanim ją znajdują, w opustoszałym domu natykają się na czarne, na wpół dzikie kocię, które niewątpliwie jest z nimi spokrewnione - też ma skrzydła.


Historie niby proste, ale zdecydowanie urzekające ciepłem i tworzące nastrój prokoci. Na lekturę w miesiącu, w którym obchodzimy Światowy Dzień Kota idealne. Serdecznie zachęcam do czytania:-)


P.S. Przyznajcie - Tunia i Pirania, pomieszkujące niegdyś z nami, wyglądałyby ślicznie ze skrzydłami :)


P.S. 2. Źródłem grafik zamieszczonych powyżej są oczywiście książki Ursuli K. Le Guin, a ich autorem - S. D. Schindler.

P.S. 3. Zobaczcie jaki uroczy Kotolotek:

01 lutego 2015

Ben Elton. Dwaj bracia.

Wydane przez
Wydawnictwo Zona Zero

W czasach liceum przeżywałam okres intensywnego zainteresowania literaturą lagrową i obozową. W późniejszych latach sięgałam sporadycznie po książki poruszające tematykę nikłości człowieka wobec ogromu polityki i wojny. Czytanie tego typu książek zawsze pobudza we mnie niepewność i skłania do zadawania sobie pytań o realizm przedstawianych wydarzeń, o wierność wydarzeniom w opowiadanej historii. Najczęściej przyznaję jednak sama przed sobą, że tego, co jedni ludzie zrobili innym, nie sposób ująć w jakiekolwiek ramy wyobraźni i zrozumienia.

Jest 1920 rok. Wolfgang Stengel wiezie do szpitala swoją ciężarną żonę Friedę. Tej nocy na świat przychodzą ich synowie - Otton i Paulus. Jeden z chłopców umiera i małżonkowie niemal natychmiast decydują się na adopcję chłopca, którego matka zmarła przy porodzie. Stengelowie mają zatem dwóch synów i nikt poza nimi nie wie, że tylko jeden z nich jest Żydem, tak jak oni.

Lata 30 XX wieku to czas, w którym najpierw w Niemczech, a później w całej Europie, niedobrze było być Żydem. Historia Stengelów przedstawiona na doskonale zarysowanym tle politycznym pokazuje jak niewiele może człowiek wobec machiny propagandy, jak staje się nikim dla tych, którzy dotychczas nazywali się jego przyjaciółmi, jak podatne na manipulację są umysły ludzkie. To chyba było najbardziej przejmujące w tej książce - łatwość z jaką odwracano się od Friedy, cenionej lekarki, owe przekonanie o tym, że skoro ktoś jest Żydem to przecież nie może korzystać z tej samej pływalni, z której korzystają Niemcy (mimo, że 3 dni temu jeszcze pływali wspólnie), że wykluczenie z drużyny kogoś gorszej krwi(!) jest ważniejsze niż szansa na zwycięstwo dzięki talentowi sportowemu wykluczonego. Świat, którym rządziły normalne reguły, nagle staje na głowie i zabrania jednym ludziom tego, na co pozwala innym, zabiera jednym ludziom każdy przywilej (począwszy od anonimowości, poprzez pracę, dom aż po życie), a innym daje niewyobrażalnie wiele.

Podczas lektury powieści Bena Eltona nie umiałam się oprzeć wrażeniu, że to opowieść idealna do przeniesienia jej na ekran. Niesamowita, niemalże nieprawdopodobna historia aż się prosi o szeroki rozgłos, jest czymś, co pokazuje jak wiele złego może się przydarzyć wśród pozornie dobrych ludzi, jak łatwo można uczynić życie innych osób piekłem.

"Dwaj bracia" to nie tylko powtórka z historii. To także przestroga.