15 marca 2015

Niedzielnik nr 54


Z nadejściem cieplejszych dni i z zapachem wiosny, który powoli czuć coraz mocniej, życie nabrało pędu. Dni obfitują w miłe spotkania i choć z tego powodu na czytanie czasu jest jakby mniej, to przecież zawsze mam przy sobie audiobooka i mogę go słuchać w wolnych chwilach.

W czwartek rano, przed wyjściem do pracy, dostałam przesyłkę. Jakież było moje szczęście, gdy po jej rozpakowaniu znalazłam to:


Popołudniu wybrałam się na spotkanie z Mieczysławem Bieńkiem - Hajerem. Na mojej półce stoją dwie jego książki, ale przyznaję, że dotychczas nie miałam okazji, by go posłuchać i pewnie dlatego nie przeczytałam tego, co napisał. A teraz, po spotkaniu, już wiem, że czytać będę.

Czwartkowe spotkanie dotyczyło podróży rowerowej przez Kirgistan i Kazachstan. Hajer opowiada barwnie, wciąga słuchaczy w swoją bajdę, daje mnóstwo wskazówek praktycznych tak, jakby spotkał się z ludźmi, którzy za miesiąc, góra dwa wyruszą jego śladem i przyda im się informacja o puszystym dywanie dla podróżnych położonym w nowej części moskiewskiego lotniska. Czas płynął niezauważalnie, a opowieść i zdjęcia robiły klimat i pobudzały marzenia.


Mam tak, że ilekroć robi się ciepło, budzi się we mnie potrzeba podróży. Kiedyś wrzucałam kilka ubrań w plecak, jakieś dokumenty, pieniądze i ruszałam przed siebie. Teraz, z powodu obowiązków domowych jest to trudniejsze, ale przecież nie niewykonalne. Obiecuję sobie, że kiedyś dotrę w strony, o których opowiadał Mieczysław Bieniek, tym bardziej, że marzyłam o tym już dawno, a tylko codzienność przysypała moje marzenia.



Podczas tego spotkania dostałam wiadomość o śmierci Terry'ego Pratchett'a. Smutek wielki. Przypomniałam sobie, że pierwszą jego książkę czytałam podczas nauki w liceum. Koledzy, Bartek i Mateusz, testowali na mnie różne kontrowersyjne książki i wśród nich podsunęli mi "Dobry omen" Pratchett'a i Gaimana. Później moje drogi z obydwoma autorami rozeszły się na czas jakiś i nawet nie pamiętam co sprawiło, że powróciłam. Widocznie nadszedł na to czas... Gdybyście chcieli uczcić pamięć Pratchett'a wspólnym czytaniem jego książek, zapraszam do dołączenia.

Kolejny dzień to kolejne spotkanie. Tym razem z Kazimierzem Szymeczko, wokół jego najnowszej książki "Tetrus" (pisałam o niej tu). Podczas spotkania obecny był także trener drużyny rugby IKS Jeźdźcy, Janusz Kozak. 

Autor wspomniał również o swojej poprzedniej książce "Kopidoł i Kwiaciareczka" opowiadającej o dwojgu młodych ludziach, którzy podczas wakacji pracują wolontariacko w Ośrodku Caritasu; Małgosia pomaga krawcowej, a Wiktor wspiera opiekunów. To kolejna książka z serii "Plus minus 16" warta polecenia.


Rozmowa z Kaziemierzem Szymeczko dotyczyła głównie procesu zbierania materiału do tak niełatwej społecznie książki, jaką jest "Tetrus", ale też skupiała się na postaciach niepełnosprawnych aktywnie uczestniczących w życiu sportowym.

A swoją drogą - zwróciliście uwagę, że w teledysku do "Hymnu" Luxtorpedy, występują rugbyści? 


Po oficjalnej rozmowie był czas na rozmowy kuluarowe, na kontakt z bibliotekarzami obecnymi w sali (szkoda, że nie było nauczycieli z uczniami) oraz na autografy.


Ostatnio mam wrażenie, że książki w moim domu zaczynają żyć własnym życiem. Rozpanoszyły się, rozpychają, wszędzie ich pełno, a ja w tych nielicznych chwilach, w których podejmuję próbę ich uporządkowania, mam świadomość, że jestem skazana na porażkę. A to przyniosę coś z biblioteki, a to coś przyjdzie pocztą, a to ktoś coś kupił, co powinnam przeczytać. I potem te książki leżą wszędzie, rozpełzają się po każdym pomieszczeniu i biorą we władanie dom.

Swoje książki czytam przy jedzeniu, przed snem, stojąc już gotowa do wyjścia z domu, ale przymuszona koniecznością doczytania rozdziału, słowem - wszędzie. Książki pożyczone, szczególnie te nietknięte jeszcze czytelnikiem, czytuję z namaszczeniem i tylko w chwilach, w których mam wolne obydwie dłonie, by delikatnie, nie rozłamując grzbietu książki, wczytywać się w treść. Wiecie jak to spowalnia?;-)))


Piszę o tym, bo tak właśnie przeczytałam "Siódemkę" Ziemowita Szczerka. Sięgnęłam po tę książkę zwabiona zachwytami koleżanki nad prozą Autora, ale i dlatego, że w najnowszej powieści akcja rozgrywa się wokół trasy nr 7, którą to trasę znam. Okazało się, że ja znam północną część, tę od Warszawy do Gdańska, a Szczerek swoją powieścią otoczył część południową;-) Ale bez względu na to, która część drogi krajowej numer siedem stała się osnową dla snucia historii, owa historia w szalenie bezpośredni sposób ukazuje nasze, polskie, przywary, kompleksy, zapatrzenie w wielkość dawno przebrzmiałą i tęsknotę za czymś, co zwane jest normalnym życiem. Tylko już dawno wszyscy zapomnieli na czym miałoby ono polegać. Warto przeczytać, mimo, że chwilami - nie będę udawała, że jest inaczej - nieco odstawałam od narracji Autora, nieco wybijał mnie z rytmu lektury. Ale może o to chodziło?

Kolejne dwa tygodnie również obfitowały będą w spotkania. Część z nich związana będzie z pracą (tu znajdziecie, co i gdzie - może kogoś zainteresuje), część - nie, ale po wszystkich dużo sobie obiecuję:-) 

No i książki, czekają na mnie wyśmienite książki :-)

09 marca 2015

Dominique Loreau. Sztuka porządkowania.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarna Owca

Zwabiona dobrymi opiniami o książkach Dominique Loreau sięgnęłam po kilka z nich i choć niektóre moje intuicje zgodne były z ideami Autorki, to czasami czułam się przytłoczona jej radami i ciągiem zaleceń jakie spisywała. A książka o tworzeniu list sprawiła, że poczułam się pokonana ;-)

Jednak, u progu wiosny, zapragnęłam przeczytać najnowszą książkę - tę o sprzątaniu. Przyznacie, czas na taka lekturę jest doskonały.

Bardzo możliwe, że powietrze pachnące wiosną sprawiło, iż "Sztukę porządkowania" przeczytałam błyskawicznie. Wynotowałam sobie nawet kilka porad, a jedna z nich trafiła mi do serca swoją prostotą. Porusza kwestię niby banalną, ale mocno przeze mnie dotychczas spychaną w mroki świadomości - przechowywanie dokumentów. Nie wiem jak Wy, ale ja mam z tym kłopot - różne ważne papiery trzymam w kopertach, teczkach, pudełkach i brakuje mi systemu ogarniającego ten chaos [ci, którzy widzieli kiedykolwiek moje biurko w pracy pewnie w to nie uwierzą;-)]. A przecież jest na moje papierowe bałaganiarstwo idealne remedium - segregatory. Proste, prawda?

Drugim elementem, który w istotny sposób, zdaniem Autorki, pomaga ogarnąć nieporządek w domu są pudła i koszyki. Prostota porady poraża, ale przyznajcie z ręką na sercu - korzystacie z takiego rozwiązania, żeby pochować wszystko to, co zbędne?

W książce były też podnoszone kwestie, które mnie wydają się kontrowersyjne. Loreau proponuje na przykład, aby przedmioty, z których korzystamy siedząc przy stole (czy na kanapie) miały w jego pobliżu swoje stałe miejsce. Czyli - idąc tym torem myślenia - jeśli przy stole pijamy kawę, malujemy się i czytamy podczas jedzenia, to powinniśmy na nim trzymać lustro, kosmetyki, książkę, pojemnik z kawą, ulubioną filiżankę ( a wrzątek tylko donosić). Może jestem przewrażliwiona (bo obsesyjnie czyszczę wszystkie powierzchnie płaskie, z których koty mogłyby chcieć coś zrzucić), ale nie do końca odpowiada mi koncepcja "uporządkowanego" bałaganu.

"Sztuka porządkowania", jak chyba żaden wcześniej przeze mnie czytany poradnik Dominique Loreau, zainspirowała mnie do przemyślenia kwestii organizacji przestrzeni domowej. 

06 marca 2015

Część druga


Po książkę Adama Bahdaja sięgnęłam z powodu niedokładnego przeczytania regulaminu pewnego wyzwania czytelniczego. Myślałam, że czytamy książki z nazwą koloru w tytule, przejrzałam domowe zasoby i uznałam, że powrót do "Uwaga! Czarny parasol!" będzie miłym powrotem do lektury czytanej dawno temu.

Choć pierwotnie wydawało mi się, że książka mocno się zdeaktualizowała, to po uważniejszym przeanalizowaniu treści uznałam, że mimo pewnych elementów osadzonych w czasach, w których powieść powstawała (1963) historia powinna zainteresować także współczesnych czytelników.

W rączce tytułowego czarnego parasola jest bowiem ukryta mapa pokazująca drogę do skarbu. Kto jednak jest właścicielem owego parasola, co wspólnego z nim ma pewien poeta i kim jest mężczyzna z limuzyny okazuje się podczas - dość emocjonującej - lektury.


Gdy tylko książki Helene Wecker pojawiły się w Polsce i gdy tylko przeczytałam udostępniony przez wydawnictwo pierwszy rozdział zapragnęłam przeczytać obydwie powieści. Po czym o tym zapomniałam. Dopiero niedawno przypomniałam sobie o tej zachciance i czym prędzej zaopatrzyłam się w książki.

Pierwszy rozdział zapowiadał barwną opowieść i dawał nadzieję na to, że wyobraźnia Autorki zaprasza na literacką ucztę. Nie zawiodłam się - połączenie historii kobiety golema i mężczyzny dżina w Nowym Jorku na koniec XIX wieku okazało się być na tyle atrakcyjne, by wchłonąć mnie na w wykreowany świat na jakiś czas. Ale cóż - czego można się spodziewać innego po miłośniczce "Golema" Meyrinka?


Która z nas nie marzy o domu z dala od zgiełku i z ładnym widokiem za oknem, o spokoju i ciszy, o cieple kominka w zimowe wieczory... Jeśli marzycie, a w czasie młodszonastolatkowym czytałyście "Błękitny Zamek" to z pewnością na Wasze marzenia miała wpływ wizja stworzona przez Lucy Maud Montgomery. 

Joanna po wizycie u lekarza, którego nie aprobuje jej rodzina, dowiaduje się, że przed nią zaledwie rok życia, że dolegliwości jakie odczuwa są objawami poważnej choroby serca. Dotychczas tłamszona przez matkę, ciotki, wujów, postanawia wobec diagnozy lekarskiej zerwać z konwenansami i zacząć żyć tak jak ma ochotę, a nie tak jak - zdaniem jej rodziny - żyć powinna stara panna.

Jeśli jeszcze nie znacie "Błękitnego Zamku" - polecam:-)


"Air Babylon" to niewypał, o którym wspominałam zapowiadając ten wpis. O ile "Hotel Babylon" poznawany przeze mnie w wersji filmowej był interesujący, a książka o wakacyjnym kurorcie też nieźle pokazywała rzeczywistość, tak w przypadku relacji z funkcjonowania lotniska i linii lotniczych jakoś nie zaskoczyło. Doczytałam do 1/3 i uznałam, że szkoda mi czasu, za dużo mam dobrych książek wokół.


Bardzo cenię serię "Plus minus 16" Wydawnictwa Literatura. Kolejną powieść tej serii zaczęłam czytać mimochodem, ot przy jedzeniu. Talerz opustoszał, a ja tkwiłam przy stole z książką, bo szkoda mi ją było porzucić.

Powieść Grażyny Bąkiewicz nie traktuje o sprawach łatwych. Są w niej tajemnice rodzinne, przemoc, wykorzystywanie, tchórzostwo i odwaga. To wszystko jednak dzieje się przyjmując pozory normalności, skrywa się pod obłudą, pod strachem, a rzeczy, które niektórzy pozostawiliby na zawsze ukryte, odsłaniają się powodując przewrót w małym miasteczku.

Warto przeczytać "O melba!", jak i - tego jestem pewna - kolejne części historii.


"Księgarenka w Big Stone Gap" zaprasza do klimatycznego miejsca. Co interesujące - książka nie jest fikcją literacką, Autorka naprawdę prowadzi księgarnię. Druga istotna rzecz, to to, że Wendy Welch opowiadając o spełnianiu marzenia nie pisze jedynie o tym, jak cudownie jest owo marzenie urzeczywistnić. Są w tej książce także chwile gorzkie, są i takie, które poddają w wątpliwość zasadność tworzenia księgarni na prowincji oraz każą powątpiewać w zdrowe zmysły właścicieli przybytku z używanymi książkami.

Cokolwiek by jednak nie powiedzieć o tej książce, to warto podkreślić, że może ona być poradnikiem dla tych którzy pragnienia chcą przekuwać w rzeczywistość. A już szczególnie, gdy są pragnienia są związane z książkami:-)


Długo nie mogłam się zdecydować na lekturę tej książki. Byłam nieco rozgoryczona ostatnio przeczytaną powieścią Autorki, a poza tym bałam się, że tak jak w przypadku Shauna Ellisa, którego życiorys stał się kanwą powieści dla Jodi Picoult, tak korzystając z bogatego życia Daphne Sheldrick, powieściopisarka wyposaży swoją bohaterkę w cechy i przeżycia Daphne. Na szczęście się myliłam, a moje obawy były płonne; Picolut stworzyła historię z żaden sposób nie związaną z panią Sheldrick.

W "Już czas" znajdziemy elementy, za które tak wielu ludzi ceni twórczość Jodi Picoult - tajemnica rodzinna, metafizyka, dziecko próbujące wyjaśnić wydarzenia z przeszłości. Czyta się jak zwykle błyskawicznie, a zakończenie zaskakuje. To jedna z tych lepszych powieści Picoult.


Temat interesujący, prawda? Niestety, nie jestem zadowolona z tej książki tak bardzo jak chciałabym być. Podczas czytania zastanawiałam się, czy wydano całą książkę, czy tłumaczono ją jakoś wyrywkowo na zasadzie każde 10 stron ktoś inny, czy po prostu książka o doskonałym potencjale w temacie i treści została tak niezręcznie napisana.

Allison Maloney opisuje obyczaje służby i ludzi, którzy mogli sobie pozwolić na zatrudnianie tejże. Pokazuje jak niewdzięczna była praca, jak bardzo zhierarchizowana, by za chwilę uznać, że służący zarabiali dość dobre pieniądze. Z jednej strony czytamy o starych służących, którzy dożywali swych dni w wygospodarowanym przed dobrych państwa domku, z drugiej - o oddalaniu ze służby za najmniejsze uchybienie.

Całość, mimo potencjału edukacyjnego, chaotyczna. A szkoda...


Z "Kurortem Amnezja" Anny Fryczkowskiej mam problem. Dla mnie najważniejszą książką tej Autorki jest "Starsza pani wnika", choć duże wrażenie zrobiły na mnie "Straszne historie o otyłości i pożądaniu" (przeredagowana ich wersja wydana pod tytułem "Z grubsza Wenus" już jakby mniej).

W najnowszej powieści Anna Fryczkowska mierzy się ze śmiercią i zdolnością zapominania. Wyposażając jedną bohaterkę w pamiętnik zmarłego męża zapisany przedziwnym szyfrem, drugą w zanik pamięci, każe się im spotkać i wyjaśnić sobie to, co je łączy. Tym czymś, a właściwie kimś jest mąż pierwszej z kobiet, a kochanek drugiej. 

Tak naprawdę nie umiem powiedzieć, czy "Kurort amnezja" ma być czymś więcej niż książką - terapią Autorki. 


Gdy pisałam o filmowej adaptacji "Ziarna prawdy" wspomniałam, i zamierzam przypomnieć sobie powieść. W wersji audio była łatwiej dostępna, a ja z przyjemnością śledziłam tropy i wątki, które w filmie pominięto lub zmodyfikowano. Odnotowuję dla porządku i dla informacji, że wkrótce zacznę słuchać "Uwikłania".


Jedyny film w tym zestawieniu i to o dziwo francuski. Głównymi bohaterami są rodzice czterech córek. Jedna z nich wychodzi za mąż za Żyda, druga za Araba, trzecia wiążę się z Chińczykiem. Ich mama codziennie w kościele modli się o to, aby czwarty zięć był katolikiem. Ale powiedzonko głoszące, że trzeba uważać z prośbami do Boga, znajduje tu doskonałe odzwierciedlenie.

Francuskie żarty ze stereotypów, ksenofobiczny ojciec i odkrywająca siebie na nowo matka oraz cztery siostry, które w ironiczny sposób rozdarte są między miłością do rodziców, a do swoich wybranków, tworzą barwną i zabawną opowieść, z którą można miło spędzić wieczór.


Kryminał. Nie jedyny i wcale nie ostatni mimo, że kończy listę tego, co przeczytałam, obejrzałam, wysłuchałam w lutym. "Sprawa Niny Frank" to pierwszy tom trylogii o profilerze Hubercie Meyerze. Czytałam czas jakiś temu "Florystkę" i nabrałam chęci, by poznać wcześniejsze jego perypetie. "Sprawa Niny..." to opowieść o prowincji o wielkim mieście, o ludziach, których widujemy tylko w TV i ich słabościach oraz o jednostkach wyłaniających się z szarej bezimiennej masy, z którą codziennie mijamy się na przystankach, czy ulicach miast. Meyer nieco melancholijny, chwilami wydaje się być zbyt intensywnie skupiony na życiu prywatnym, ale z drugiej strony - któż z nas nie miałby kłopotów z koncentracją na pracy, gdyby miał świadomość, że właśnie rozpada mu się poukładane dotychczas życie...

Przede mną kolejna powieść Katarzyny Bondy "Tylko martwi nie kłamią", a w maju "Okularnik", kolejna część "Pochłaniacza".

*   *   *

Mam niejasne wrażenie, że wpisów zbiorczych możecie spodziewać się częściej niż tylko teraz, w lutym. Mam nadzieję, że nie jest to dla Was kłopotliwe?

Wojtek

I znów musiałam przegłodzić kociaste, i znów niektóre kotki awanturowały się w nocy robiąc wszystko by mnie obudzić. Oczywiście pobudka była srogą zemstą za puste miski. Wstałam, z lekka nieprzytomna uniemożliwiłam hałasowanie i padłam do dalszego snu - mijający tydzień był wyjątkowo męczący.


Wojtuś, jako najmłodszy w rodzinie, jest z pozoru introwertyczny. I dodatkowo ma mieszane uczucia wobec Sary: a to się układa tuż przed jej nosem i daje się smyrać i obwąchiwać, a to zmyka przed nią w popłochu. A szczególnie zmyka, gdy Sara przybiega sprawdzić kogo głaszczę. Skutkiem tego Wojtuś jest chyba najmniej przytulanym kotem w domu. Choć jest postęp - śpi ze mną:-)

Transport Wojtka do PanDoktora zapewniła niezawodna Ciocia Z., której z tego miejsca, wobec wszystkich serdecznie dziękuję za nieocenioną pomoc. Bez niej nie dalibyśmy rady :-)

Zanim nadszedł czas, w którym mogłabym się martwić brakiem jakichkolwiek sygnałów z gabinetu weterynaryjnego, dostałam elektroniczną wersję karty zabiegu i odetchnęłam. Jedn ząb usunięty, jeden usunął się jakoś wcześniej, kontrola za rok (muszę chyba zacząć intensywniej korzystać z kalendarza z przypominajką). Wojtulek wymusił na PanDoktorze głaski, grzecznie dojechał do domu i w porze kolacji skubnął to i owo.

Na razie koniec. Tzn. w najbliższy czwartek jedziemy z Sisulką na kontrolę, a później będzie miała usuwane pozostałe zęby, ale przez kilka najbliższych dni mogę spać spokojnie.

Jutro Kociokwiki dostaną rybę w nagrodę, że były takie dzielne.

04 marca 2015

Nusia


Pytanie kogoś, kto ma kilka zwierząt o to, które z nich kocha najbardziej jest równie niezręczne, jak pytanie rodziców o to, z którym ze swoich dzieci czują się najbardziej związane. I choć wszystkie koty Kociokwika są moje, to jednak Nusia jest jakby najmojsza. Mam do niej słabość, pozwalam jej na rzeczy, na które innym kotom pozwalam mniej chętnie i rozpieściłam ją straszliwie.

I pewnie dlatego, mimo wielkiego zaufania jakim darzę PanDoktora, o Nusię bałam się jakoś mocniej niż o inne koty. Owszem, o Sisi i Gusię się niepokoiłam, bo dziewięcioletnie kotki to jednak już panie w słusznym wieku, ale Nusia (przyznaję - znacznie za obszerna) spędzała mi sen z powiek.

Przegłodzona od wczorajszej kolacji Nusia burczała do mnie od rana przymilnie. Niestety dla niej, byłam twarda i kociaste nie dostały jeść. Przed południem Ciocia Z. zapakowała kocicę do transportera i niczym siłacz trenujący podnoszenie ciężarów ruszyła z nią do samochodu. A Nusia śpiewała... Całą drogę śpiewała i dopiero u PanDoktora uznała, że właściwszym będzie udawać, że śpi. Może wówczas dadzą jej spokój? Nie dali spokoju, ale dali zastrzyk.

Gdy Sisi i Gusia były w gabinecie weterynaryjnym PanDoktor dzwonił w trakcie wybudzania kota, żeby opowiedzieć mi co i jak. Co prawda, widząc lekarski numer telefonu wyświetlający się na moim aparacie próbowałam zejść na zawał, ale gdy dziś telefon nie zadzwonił... Wyobrażacie sobie co czułam? ;-)

Nusia ma usuniętą większą część zębów. Dostałam ją wybudzoną tak jak poprzednie koty, ale miałam silne podejrzenia, że jeszcze śpi - nie zareagowała na moje pojawienie się, tkwiła nieruchomo w transporterze. Okazało się jednak, że jest obrażona i nieszczęśliwa, a w międzyczasie zdążyła nasyczeć na PanDoktora.

Teraz siedzi koło komputera na stole i burcząc cichutko czeka aż pójdę do łóżka i zapalę lampkę nocną, by poczytać. A ona czym prędzej zwinie się pod światłem lampki i dogrzeje swój (już) najedzony brzuszek.

P.S. W piątek Wojtuś. On, mam nadzieję, tylko na czyszczenie zębów.

Garmann Stiana Hole

Niektórzy, doskonali ilustratorzy książek, mają pecha do wydań polskich. Pecha miał Kęstutis Kasparavičius ze swoimi doskonałymi "Marchewiuszem Wielkim" i "Florianem Ogrodnikiem", które wydane w niewielkim, przedziwnym wydawnictwie, nie odbiły się szerokim echem wśród miłośników dobrej książki. Książki do kupienia były na poczcie, za niewielkie pieniądze i tak naprawdę nie wiem, ile osób wypatrzyło je pomiędzy różnymi przeszkadzajkami dostępnymi zazwyczaj w okienkach pocztowych.

*   *   *

Pecha ma też niewątpliwie Stian Hole, którego dwie książki wydała Fundacja Inicjatyw Społecznie Odpowiedzialnych (jej strona wydawnicza wygląda tak - KLIK).  Być może, gdyby książki pokazały się w innej oficynie, to Stian Hole zaistniałby intensywniej w powszechnej świadomości. A tak piszą o nim tylko mocno zainteresowani książka obrazkową.


Garmann wkrótce idzie do szkoły. Letnie miesiące są ostatnimi w jego wolnym od nauki szkolnej życiu. Lato jest czasem, w którym chłopiec przechodzi z wieku dziecięcego do dorosłego, ze świata kobiet, do świata mężczyzn. 

W procesie przejścia towarzyszą mu stareńkie ciotki, kobiety o pomarszczonych twarzach, niemal przezroczystej skórze na rękach, kochające słońce i obawiające się śniegu, bo wszystkie starsze panie boją się zimy. Ciemnych, zimnych wieczorów, pługów śnieżnych i oblodzonych chodników.  Obok chłopca jest też matka - w gustownym fartuszku z tacą i ciasteczkami. Jest obok, a nie z nim, wszak Garmann już opuszcza świat kobiecy.


Chłopiec obawia się tego, co go czeka, szuka w sobie atrybutów nadchodzącego dorastania, a porządkując swój piórnik próbuje oswoić nadchodzącą przyszłość.


Garmann staje wobec wyzwania. Roy, który rządzi ulicą Garmanna, który jest królem, generałem, sejmem i Bogiem, namawia go do zapalenia zapałki, gdy obydwaj stoją w przesuszonym ogrodzie Pana Znaczka.  Chłopiec pod presją prowodyra wywołuje pożar, ale podczas gdy przerażony Roy znika, Garmann okazuje się bohaterem - nie ucieka i podejmuje próbę zagaszenia płonących traw.


To wydarzenie otwiera przed chłopcem drogę do przyjaźni z Panem Znaczkiem - emerytowanym listonoszem, który ma olbrzymią wiedzę i chętnie dzieli się niż z młodym słuchaczem. Garmann zrobił kolejny krok w stronę dojrzałości - pyta, obserwuje, chłonie i czeka na to, co kolejnego przyniosą mu dni.


Zauroczyłam się ilustracjami Stiana Hole oraz opowieściami jakie przekazuje w swoich książkach. I pomyśleć, że gdybym nie wędrowała po listach książek wyróżnionych przez IBBY, to nie trafiłabym na takie perły...

02 marca 2015

Część pierwsza

Od ostatniego wpisu minęło sporo czasu. A ja - mimo, że nie piszę - wciąż czytam, słucham, a nawet oglądam. Postanowiłam zgromadzić w jednym miejscu okładki/plakaty tego, co towarzyszyło mi w lutym. Zgromadziłam, popatrzyłam i uznałam, że nie będę oszukiwała ani sobie, ani tym bardziej Was, łudząc, że jestem w stanie każdemu utworowi poświęcić osobny wpis. Poczynię zatem wpis zbiorczy, z kolejnością przypadkową.


Abrahamem J. Heshelem zafascynowałam się już czas jakiś temu. Odnajduję w czytaniu jego pism wyjątkowy spokój, melodię, bliskość, której nie rozumiem, ale z której czerpię. Wśród książek przygotowywanych w pracy do zasobów antykwarycznych znalazłam "Pańską jest ziemię", pożyczyłam i rozsmakowywałam się w tej niewielkiej rozmiarowo, ale głębokiej treścią, książce przez kilka dni.


Gdy zaczęłam czytać książkę Waldemara Wolańskiego pomyślałam, że jest odważny, bo pisanie o hodowli psów w czasach, w których co chwila z mediów dowiadujemy się o tym, że coś co miało być troskliwą opieką nad kochanymi zwierzakami, jest miejscem, w którym liczy się zysk i niewielkie koszty utrzymania suk rodzących co i rusz kolejne szczenięta, jest ryzykowne. Wątek opowieści o sznaucerce miał jednak jedynie zawiązać się w hodowli - Szara Mysza - określana przez kolejnych właścicieli rozmaitymi imionami, wędrowała od domu do domu, od człowieka do człowieka, by wreszcie trafić na ten Dom i tych Ludzi. Wzruszające i oczywiście sprowokowało mnie do łez.


Tu też płakałam, ale jak się domyślacie - ze śmiechu. "Do trzech razy Natalie" wydaje się być książką napisaną raczej z potrzeby zaspokojenia potrzeb czytelników niż Autorki. Na szczęście, ta ostatnia, jak zwykle doskonale radzi sobie z opowieścią o pięciu siostrach noszących to samo imię i nazwisko. Siostry zmęczone różnymi perypetiami życiowymi postanawiają wyruszyć na wakacje. Dzieci jednej z nich (które to dzieci zdecydowanie urosły w tej książce na bohaterów pierwszoplanowych i aż chcę się proszalnie zwrócić do Olgi Rudnickiej, żeby popełniła teraz książkę o upiornych Anielce i Przemku) pozostawiają z swoimi partnerami życiowymi i wyruszają nad morze.

Cóż, nie dla fabuły kryminalnej czytałam tę powieść, a raczej dla rozrywki. Podobnie, jak po to by się pośmiać, sięgnęłam po pierwszy tom historii Sucharskich, czyli po "Natalii 5".


Zmiana kodu medialnego i nastroju. Film "Snajper" (zrealizowany na podstawie książki) opowiada historię mężczyzny, który pojechał na wojnę w Iraku. Uczestniczył w walkach podczas czterech zmian. Obserwujemy go zarówno wśród innych żołnierzy, w chwilach relaksu oraz w chwilach maksymalnego skupienia na zadaniu, czyli podczas zabijania wrogów. I jednocześnie patrzymy jak Kyle się zmienia, jak owe zmiany zauważa jego żona i dostrzegamy jej ból; mężczyzna, który odwiedza ją pomiędzy kolejnymi etapami wojny coraz mniej przypomina mężczyznę, za którego wyszła za mąż. 

Kolejny doskonały film Clinta Estwooda, kolejny tak dojmująco pokazujący ludzkie emocje w zderzeniu z sytuacją graniczną.

Gdy oglądałam "Snajpera" przypomniała mi się zasłyszana przypadkiem rozmowa dwóch kobiet. Działo się to w mieście, w którym była duża jednostka wojskowa, a pracujący tam żołnierze stawali przed nieoficjalnym wyborem - wyjazd na wojnę albo dokładne rozważenie sensu zatrudnienia tego żołnierza przy najbliższym terminie kończącego się kontraktu. I tam, pewnego dnia usłyszałam jedną panią mówiącą do drugiej: "- Powiedziałam mu, że musi jechać, bo przecież jak nie pojedzie, to my się niczego nigdy nie dorobimy".


Pozostając w klimacie wojny... Oblężone Sarajewo niczym nie przypominało miasta pełnego turystów, wielokulturowego tygla przepełnionego radością płynącą z dobrej zabawy. To było miasto, w którym przyniesienie wody zamieniało się w tor przeszkód, gdzie przegrana oznaczała śmierć. Miasto, w którym droga do pracy wymagała sprężystych nóg i umiejętności sprawnego biegania. Miasto, w którym zawodnicy drużyny strzeleckiej stawali się snajperami bez względu na płeć. Miasto, w którym w każdej chwili można było zginąć. Także podczas stania w kolejce po chleb...

Największe wrażenie zrobiła na mnie konstatacja Dragana, ponad sześćdziesięcioletniego mężczyzny, który żonę i syna w pierwszych dniach zagrożenia wysłał do Włoch. Dragan marzy o tym, by dołączyć do bliskich i uświadamia sobie, że zaledwie 500 km od miejsca, w którym żyje nikt do nikogo nie strzela, a jedząc kolację w restauracji można mieć pewność, że kolejnego wieczoru będzie można zjeść podobną do niej, obfitą i smaczną, i nie martwić się brakiem chleba, wody, prądu. A jednocześnie ów osamotniony mężczyzna wie, że Sarajewo stanowi jego tożsamość, że nigdzie indziej nie byłby sobą.

Marzę o powrocie do Sarajewa. Byłam tam zbyt krótko. A "Wiolonczelistę z Sarajewa" polecam gorąco.


Są takie książki, na które czekam z radosną ekscytacją. Czekam i wiem, że zanurzając się w ich fabule urządzę sobie ucztę. Z takim właśnie nastawieniem czekałam na "Gdzie się cis nad grobem schyla" i wyobraźcie sobie, jak bardzo czułam się rozczarowana, gdy poczułam, że coś nie zaskoczyło,  że przewracam kolejne kartki powieści, ale kompletnie nie czuję zainteresowania słowami jakie z nich czytam, że w zasadzie to nie obchodzi mnie co i dlaczego robi Flawia. Książka wróciła do biblioteki, a ja pozostałam ze smutkiem.


Zupełną zmianę klimatu zawdzięczamy "Hitch'owi". Film opowiadający o tym, jak trudno mężczyznom znaleźć właściwy klucz do kobiecych dusz. Jesteśmy kapryśne, nieprzewidywalne, rozhuśtane nastrojowo, a jednocześnie pewne siebie, dumne, przekonane o własnej słuszności. No i potrzebujemy opiekuńczego mężczyzny. Will Smith wcielający się w rolę konsultanta ds. kobiet wypada naprawdę uroczo, a film jest miłym pretekstem do rozmowy o kobietach i mężczyznach.

Czytałam mnóstwo dobrych opinii na temat książek Aaronovitcha i zapragnęłam przekonać się o co tyle szumu. Pomysł na zawiązanie intrygi powieściowej miał autor udany - młody policjant dostrzega ducha i czas jakiś później okazuje się, że jest predestynowany do pracy w nieco tajemniczym, bo magicznym, oddziale policji. A na ten oddział składa się on i jego szef. Były chwile, w których akcja mnie pochłaniała, ale i były takie, przez które brnęłam z nadzieją na to, że wkrótce zacznie się coś dziać. Dla mnie plusem obydwu powieści były rzeki i legendy z nimi związane oraz sam Londyn. "Rzeki Londynu" i "Księżyc nad Soho" to bodajże pierwsze z czytanych przeze mnie książek, podczas lektury których tak mocno poczułam chęć odwiedzenia Londynu.


Najnowsza powieść Kazimierza Szymeczko burzy schematy. "Tetrus" opowiada o chłopaku, który ulega wypadkowi komunikacyjnemu. W szpitalu marzy o popełnieniu samobójstwa, ale jak się zabić, gdy się jest bezwładnym? Za jakiś czas Michał trafia do Ośrodka, w którym przechodzi kolejno falę buntu, zaprzeczenia, obrzydzenia, aby później zacząć się fascynować, naśladować i podejmować próby. To co Nielatowi wydaje się nieosiągalne - czyli własny samochód, praca - okazuje się być w zasięgu ręki. Trzeba się tylko nauczyć nią posługiwać, podobnie jak trzeba nauczyć się wielu, wielu innych rzeczy. Michał musi opanować proste, codzienne czynności, a podczas ich uczenia się odkrywa w sobie determinację o jaką się nie podejrzewał. Doskonale stworzone tło powieściowe, sylwetki mężczyzn żyjących w przyjaźni nacechowanej pewną hierarchicznością, gotowych dzielić się doświadczeniem, gdy ten z którym chcą się dzielić jest gotów przyjąć ich uwagi, tworzą niepowtarzalny klimat powieści.


Historia Max Factora jest książką, którą obiecałam sobie przeczytać w ramach wyzwania 12 książek na 2015 rok. Cieszę się, że włączyłam w te dwanaście książek właśnie tę - dzięki niej wiem, kim jest ów Max Factor, którego nazwisko widniało na pierwszym w moim życiu tuszu do rzęs.

Fred E. Basten w sprawny sposób opisał początki i przebieg kariery Maksymiliana Faktorowicza. Portretując olbrzymią dziś firmę kosmetyczną u jej zarania sportretował także człowieka, który firmował ją swoją twarzą, który dzięki niezawodności, pasji, zaangażowaniu stworzył potęgę stojącą za kobiecą urodą. Fascynujące...


Czasami, czytając książki wydawane przez Poradnię K myślę, że są za szybcy, że ich książki nie mając mocy tworzenia trendów, a jednocześnie trendy wyprzedzają. Książka Michaela Pollana wydana kilka lat temu przeszła, w moim odczuciu, bez większego echa. A szkoda... I dlatego, mimo, że już raz o niej pisałam, postanowiłam do niej wrócić, odświeżyć ją sobie i zastanowić się, czy nie straciła na mocy. Zapewniam - nie straciła :-) Autor, w krótkich tekstach pisze o najważniejszych sprawach dla jedzenia. O tym, że mamy jeść jedzenie, że coś co składa się głównie z rzeczy, których nazwy nikt nie potrafi wymówić, jedzeniem nie jest. Zwraca uwagę na sezonowość i ostrzega przed jedzeniem rzeczy, które się nie potrafią porządnie zepsuć. Warto sięgnąć i zweryfikować pod wpływem lektury zawartość swojej lodówki.


Harry Potter, to jak się zapewne domyślacie, kolejna książka z tych, które postanowiłam sobie przypomnieć. O ile pierwsze trzy tomy powieści o młodym czarodzieju zapamiętały mi się dość dobrze, tak w przypadku czwartego i piątego w mojej pamięci były spore luki. Głos Piotra Fronczewskiego tak silnie związał mi się z książkami J.K. Rowling, że gdy usłyszałam na początku "Czary Ognia" Wiktora Zborowskiego sprawdziłam, czy istnieją dwie wersje lektorskie.

*   *   *
Jestem w połowie pisania. Przed nami jeszcze jeden film, jeden audiobook, coś fantastycznego, coś młodzieżowego, jakiś czytelniczy niewypał. Ale o tym wszystkim kiedy indziej...

Gusia


I znów uskuteczniałam głodzenie kotów. Jeść dostały dopiero w południe, gdy Z. przyjechała, żeby zabrać Gusię do PanDoktora. Ponoć zapakowanie Gusi do transportera trudne nie było, za to nieco kłopotliwsze okazało się jej znieczulenie przed zabiegiem. Ale Ciocia wsparła PanDoktora trzymając Gusię i koteczka usnęła.

Stan jamy pyszcznej lepszy niż u Sisi, więc kolejna wizyta kontrolna za pół roku. Część zębów usunięta, a przy okazji pobrana do badań krew i zerknięcie przy pomocy USG do kocich wnętrzności (i znów musi brzuch zarastać, bo został ogolony).

Gusia drogę do domu przebyła spokojnie, a pobrudziwszy nieco ręcznik, którym wyłożony był transporterek, obraziła się na to brudne i przyległa całym ciałkiem do wyjścia z transportera, żeby się nie powalać. 

Po wyjściu na wolność nakrzyczała na ciekawską Sarę, pacnęła dla porządku Wojtka, zajrzała do miski i stwierdziła, że może jeść będzie później.

P.S. W środę Nusia.
P.S. 2. Za oknem szaleje burza z piorunami i nie możemy iść z mamutkiem na spacer. Nie uwierzyłabym w tę marcową burzę, gdybym nie widziała...

01 marca 2015

Sisi


Piątkowy zabieg Sisulka zniosła dobrze. Ma usuniętą połowę zębów - usunięcie wszystkich przy jednym zabiegu spowodowałoby zbyt wiele bólu i mogłoby doprowadzić do tego, że przestałaby jeść i trzeba by ją karmić sondą.

W piątek wieczorem odsypiała przeżycia na kaloryferze. W sobotę nie dała się umyć, sama się nie myła i nie jadła, więc pojechałyśmy na wizytę kontrolną. Dostała leki przeciwbólowe, a po powrocie do domu od razu dorwała się do miski.

Dziś zjadła niewiele, ale mam nadzieję, że będzie coraz lepiej.

Wieczorem znów schowam jedzenie i przegłodzę koty - jutro na zabieg jedzie Gusia.