30 grudnia 2015

Książki roku i kalendarz dla Was

Rzadko robię podsumowania, ale w tym roku czuję taką potrzebę. Korzystając z podpowiedzi facebookowych albumów, do których co miesiąc wrzucam zdjęcia tego co przeczytałam, wysłuchałam lub co obejrzałam, wybrałam tytuły dla mnie ważne w kończącym się roku. Ważne w tym kontekście ma dość pojemne znaczenie, ale o tym poniżej.


Mniej to książka, o której było głośno. Bardzo głośno. Bo jakże pokazać obcym swój portfel, przyznać się do marnotrawienie pieniędzy, do wydawania ich nierozsądnie i ponad miarę lub pokazać światu swoją biedę wynikającą albo z nieumiejętności gospodarowania tym, co mamy, albo z niewystarczających środków na życie? Jak przeprowadzić publiczną wiwisekcję wydatków, gdy gdzieś w najgłębszych zakamarkach umysłu przechowujemy świadomość, że zakupy są nagrodą/pocieszeniem/nałogiem? Marcie Sapale udało się znaleźć rozmówców chętnych do udziału w projekcie, a efekt wielu osobom - sądząc po recenzjach - dał do myślenia.

Tetrus to powieść. Jednak postacie w niej występujące, historie opowiedziane są zlepkiem doświadczeń autora. Mądra, doskonale napisana, nie tylko dla nastolatków.

Dlaczego podskakuję jest książką napisaną przez trzynastoletniego autystyka. Formuła pytań i odpowiedzi w prosty sposób tłumaczy jak wygląda życie osoby z autyzmem.

Zły Tyrmanda w świetnej interpretacji Adama Ferencego. Czy trzeba dodawać coś jeszcze?

Jednym z niewielu filmów jakie obejrzałam w tym roku są Służby specjalne. Warto.

Zupełnie nie rozumiem dlaczego dotychczas nie poznałam Melkersonów. Na szczęście wysłuchałam Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku? i wiem, że gdybym przeczytała tę książkę w dzieciństwie miałaby szansę rywalizować z Dziećmi z Bullerbyn o tytuł ulubionej książki.

Stasiuk. I tu od razu powiem, że w tym roku pozachwycałam się nim dwukrotnie. Raz dzięki wywiadowi z Dorotą Wodecką, drugi - dzięki zbiorowi opowiadań o współistnieniu człowieka i Natury, a może nawet bardziej człowieka w Naturze.

Złe psy Patryka Vegi to książka- rozmowa. Mroczna, drapieżna i okrutna.

Podpalacze książek mają na razie dwa tomy. Czekam na trzeci i uważnie śledzę rozwój akcji. Powieści dla młodzieży, w których dobrzy zajmują się chronieniem wiedzy zapisanej w książkach, a źli - niszczeniem tejże, bo głupimi ludźmi łatwiej manipulować, są interesującą interpretacją klasyki gatunku.

Dotknij Boga, czyli zapis zaskakującej wędrówki. Świadomie nie piszę podróży i choć waham się nad użyciem słowa pielgrzymka, to jednak określenie wędrówką tego, co robił Patryk Świątek wydaje mi się najwłaściwsze. Książka, która na długo zapada w pamięć.

Pratchettowskie Kiksy klawiatury są dopełnieniem, inspiracją, przyjemnością. Dość powiedzieć, że po ich lekturze obiecałam sobie przeczytać na nowo cały Świat Dysku, a wydawca wyszedł mi w tym na przeciw publikując kolejne tomy cyklu w twardych oprawach za niewielkie pieniądze, do kupienia w kioskach. 

Lektor z pociągu 6:27 to zaskoczenie. I nie wiem, czy nie jedyna francuska powieść przeczytana przeze mnie w tym roku;-)

Kolejną książką nie będącą powieścią w rocznym zestawieniu jest Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej. To interesująca opowieść o zderzeniu cywilizacji Zachodu z cywilizacją tzn. pierwotną. Szkoda, że opowieść o przygnębiającej konkluzji.

Nad listopadowym czytaniem, niestety - nie tak obfitym jakbym sobie mogła tego życzyć - góruje w tym roku książka Ziemowita Szczerka o Ukrainie. Wolę autora w literaturze faktu niż w powieści.

Na obrazku, po prawej stronie, zobaczyć można książkę, która towarzyszyła mi przez cały rok. Oczywiście, nie noszę jej przy sobie i nie wczytuję się ślepo w każde zdjęcie, czy frazy instruktażowe. Ale też, na jej podstawie układam sobie kolejność ćwiczeń, dobieram zestawy, na których robienie mam ochotę w danym tygodniu, traktuję ją jako bazę wyjściową. Zupełnie inna kategoria, ale także ważna i stąd jej obecność w zestawieniu.

Brakuje książki na grudzień. Nie umiałam jej wybrać, bo żadna z nich nie wydawała mi się aż tak odkrywcza, nowa, ważna dla mnie. Ale i bez wybierania lektury grudniowej wiem, że w ciągu roku częściej sięgam po literaturę faktu, wywiady, eseje, dzienniki, zapisy w podróży. Literatura pojmowana jako proza, zachwyca mnie już rzadziej, stawiam jej większe - niż kiedyś - wymagania. 

Uznaję ten rok za dobry. Pozbyłam się wyrzutów sumienia, że czytam za mało, za wolno, że tekstów na blogu jest niewiele. Czytam i piszę w swoim tempie, nie wygasła we mnie zachłanność, ale czas jaki mogę poświęcać na przyjemności literackie znacznie się skurczył w stosunku do lat poprzednich. Nie przeszkadza mi to jednak - wykorzystuję wolne chwile, zawsze mam przy sobie audiobooka, czerpię radość z czytania.

Uporządkowałam wiele spraw w moim życiu. Są i takie, które wciąż porządkuję i takie, do porządkowania których dopiero się zabiorę, bo czekają na swoją kolej. Mam satysfakcję z tego, co już zrobiłam. Po 1 stycznia zrobię wpis na kolejny rok, bo lubię wiedzieć od czego zaczęłam i mieć z czym porównywać. O, tak jak tu.

Dziękuję za Waszą obecność. Za czytanie, komentarze, czasami maile. Za to, że wciąż czuję, że po drugiej stronie mojego ekranu ktoś jest.

Mam prezent dla kogoś z Was. Przywędrował do mnie od Mikołaja, ale Mikołaj zgodził się, bym - mając już dwa kalendarze - trzeci podarowała komuś, kto zechce się z nami podzielić tytułem książki (wraz z uzasadnieniem), która dla niego była najważniejszą książką 2015 roku. Na Wasze typy czekam jutro do północy. 1 stycznia wskażemy, po naradzie z Mikołajem, do kogo powędruje kalendarz.


Przyjemnego witania Nowego Roku!

22 grudnia 2015

Na Boże Narodzenie

Brak mi w tym roku klimatycznego oczekiwania na Boże Narodzenie. Omijam centra handlowe, nie słucham radia, nie oglądam TV, więc reklamy nie przekonują mnie, że powinnam natychmiast kupić to i tamto, bo święta bez tego i tamtego będą nieudane. Inwazji promocji i reklam nie żałuję, żałuję jednak tego, że w tym roku nie zaangażowałam się - jak robiłam to w latach ubiegłych - w wyzwanie Znalezione pod choinką. Niestety, nie ja jedna, sądząc po pustce na wyzwaniowym blogu, mam z zaangażowaniem w tym roku kłopot. Nie sądzę, aby wyczerpała się formuła wyzwania - wciąż przybywa nowych blogerów piszących o książkach i ich wędrówki po okołoświatecznych lekturach czy filmach mogłyby wnieść sporo powiewu świeżości. Cóż, trzeba o tym pomyśleć u progu kolejnego Adwentu...

A tymczasem... Minęła ostatnia niedziela Adwentu. Za dwa dni Wigilia Bożego Narodzenia. Dom pachnie piernikiem i sosem greckim do ryby (którą w tym roku udanie naśladują kotlety sojowe), o regał z książkami opierają się przystrojone lampkami gałęzie świerkowe, a ostatnie prezenty wciąż są w wykonaniu (powtarzam sobie, że zdążę). Na świąteczne czytanie czekają książki i nawet mam przygotowany film It’s a Wonderful Life (to moje kolejne do niego podejście).


Książki dotychczas przeczytane rosną w stos do opisania. Przed snem czytam kolejne, ciesząc się na nadchodzące dni wolne - planuję je spędzić w dużej mierze zanurzona w prozę, w oderwaniu do komputera i telefonu. Ale póki co - kilka słów o tych, które już za mną.

Dziennik roku chrystusowego. To opowieść snuta niczym pogaduszki nad kawą. Wspominki, codzienność, rozważania najróżniejsze, próba wyłapania tego co ważne i co ważniejsze. Oddałam do biblioteki zanim skończyłam czytać, bo wiem, że chcę mieć własną.

Sięgnęłam po drugi tom Podpalaczy książek, czyli Moja siostra wojowniczka, bo pierwszy zachwycił mnie pomysłem na fabułę. I nie mówię tu o dwóch walczących ze sobą bractwach, ale bardziej o tym, że tym o co walczą jest wiedza zapisana w książkach. I o tym, że nagle na plan główny opowiadanej historii wysuwa się autystyczna dziewczynka, którą otoczenie - przyznajmy szczerze - dość mocno lekceważy. Nie muszę dodawać, że niesłusznie?

Drach Szczepana Twardocha czytałam, by domknąć sobie aktualną twórczość Autora. Dracha czytało mi się o wiele przyjemniej niż Morfinę i nawet nie przeszkadzało mi tak bardzo to, że nie rozumiem niemieckich wtrętów. Twardoch zastosował ciekawy zabieg stylistyczny i kolejne kartki przewracałam zainteresowana tym, czy utrzyma się w nim do końca.

Wywiad z Markiem Dyjakiem przeczytałam, bo jedna z moich koleżanek niegdyś mi Dyjaka polecała. Trochę słuchałam, nie wszystko mi odpowiadało w jego chropowatym głosie i sposobie śpiewania, ale ogólnie jestem nastawiona do niego pozytywnie. I nie zmieniła tego wygłoszona przez niego opinia, że Stare Dobre Małżeństwo straszliwie popsuło Stachurę;-) Posłuchajcie...


Za Milionerem z Gdańska Katarzyny Majgier rozglądałam się już od pewnego czasu. Byłam ciekawa, jak potoczy się historia dzieciaków, które odkryły w podziemiach pałacu wehikuł czasu i pilnują, by nikt poza nimi nie dowiedział się o jego istnieniu. Mam wrażenie, że ten tom jest tomem "na przeczekanie" i dopiero w kolejnym wydarzy się coś, co posunie akcję cyklu powieściowego do przodu.

Mania czy Ania w interpretacji Edyty Jungowskiej i Piotra Fronczewskiego jest majstersztykiem. Z pewnością pamiętacie film Nie wierzcie bliźniaczkom z Walt Disney Pictures zrealizowany na podstawie powieści Ericha Kästnera. Jeśli nie - posłuchajcie książki, a później obejrzyjcie film:-)

Przyznaję, że nie pamiętam Zimowej opowieści Szekspira. Ale mimo to sięgnęłam po nią opowiedzianą współcześnie, czyli po Przepaść czasu Jeanette Winterson. Nie rozczarowałam się. Sporo w tej historii momentów do zatrzymania się i podumania, sporo takich, które czynią treść mglistą i wodzą czytelnika na manowce. To proza dobrej marki. Polecam.

Pomiędzy Grząskimi piaskami Mankella, który oprócz pisania - bardzo świadomego - o swojej chorobie, zdaje się zamartwiać o odpady nuklearne i to, że jako ludzkość nie umiemy zbudować miejsc, w których damy je radę bezpiecznie przechować przez 100 tys. lat, przeczytałam książkę Pani komisarz nie znosi poezji. Lubię kryminały nieoczywiste, w których zbrodnia schodzi na dalszy plan, bo istotą powieści jest przedstawienie jej bohatera - prowadzącego śledztwo. Dlatego też polubiłam (mimo koszmarnych okładek) powieści R. D. Wingfielda, o których jak widzę, nie napisałam w ubiegłym roku ani słowa; cóż za niedopatrzenie z mojej strony! 

Czytam nadal Mankella, a jego felietony przeplatam znacznie optymistyczniejszą książką, czyli publikacją Katarzyny Molędy Szwedzi. Ciepło na Północy. Owszem, jest ciepło, życzliwie i zabawnie - właśnie czytam o wspólnych pralniach i skrupulatnym pilnowaniu terminów prania.

✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵

Wśród zwierzaków życie toczy się ustalonym rytmem. Sara spaceruje z Babcią, przysiada pierwsza koło ulubionej ławeczki i oczekuje na smakołyki oraz głaskanie. Gdy wieczorem słyszy ode mnie, że ma iść mi wygrzać łóżko, bo koty gdzieś polazły, nie zastanawia się zbyt długo - tylko ochoczo korzysta z okazji. Dzień spędza pilnując Babci, ze szczególnym zapałem czyniąc to wówczas, gdy Babcia jest w kuchni.

Kavka spaceruje ostrożnie po domu, zajmuje a to drapak, a to poduchę na krześle w kuchni i omija jedynie moją sypialnię. Za dużo zapachów rezydentów i za duża szansa na to, że któryś z rezydentów zaprotestuje czynnie przeciw jej obecności. 

Sisuleńce zdarza się coraz częściej porzucić kosz na pranie stojący tuż przy grzejniku na rzecz wtulenia się ze mnie. Gusia i Nusia to senny zestaw obowiązkowy; gdy w nocy przewracam się z boku na bok, czuję na sobie karcące spojrzenie kocic, a później niemalże słyszę westchnienia "No już się ułożyła, można spać".

W połowie grudnia Tola i Borek z Tymczasowego Domu Tymczasowego przeprowadzili się do własnego. Zamieszkali z dwojgiem ludzi, kotką i psicą. Tym, którzy są ciekawi jak im w nowym domu, zapraszam na facebookowe wydarzenie.

  

Odezwał się także dom Piotrusia. Chłopię jest już wyrośnięte i wygląda tak:

 

Mam nadzieję, że na Święta dostaniemy także zdjęcia od Sawy i Synów Anarchii. Tymona widuję często, ale też poproszę o zdjęcia, żeby Wam pokazać jaki piękny kocur z niego rośnie.

✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵

Wiem, że przez najbliższe dwa dni już tu nic nie napiszę. Dlatego już dziś chcę Wam złożyć życzenia dobrych Świąt Bożego Narodzenia. Niech każdemu będzie to, co czuje że jest dla niego dobre. Niech potrzebujący ciszy i spokoju znajdą właśnie to. Tym, którym brak rodzinnego gwaru i ciepła, niech się spełni owo ciepło i gwar. Każdemu niech będzie jego dobro. 


07 grudnia 2015

Kalendarze

Dziś 7 grudnia. Niby do końca roku zostało jeszcze trochę czasu, ale ja już rozmyślam o tym, jaki kalendarz będzie mi towarzyszył przez kolejne 12 miesięcy.

Kalendarze towarzyszą mi od zawsze. Pierwsze, te rodzinne, zdzieraki, powieszone w kuchni na metalowej podkładce. Później, w okresie nastoletnim, zapragnęłam mieć własny, rozmiarami odpowiedni do tego, by notować w nim istotne rzeczy, ale i taki, który bez problemu zmieści się w szkolnym plecaku, między zeszytami i książkami. Im więcej jeździłam, tym mniejsze stawały się kalendarze - przez kilka lat towarzyszyły mi niewielkie, treściwe, kalendarzyki werbistów. Jednak z czasem przybywało mi obowiązków i rzeczy, które chciałam zapisać, a to wymuszało na mnie szukania obfitszych rozwiązań;-)

W rok 2015 wchodziłam z kalendarzem, na który zdecydowałam się kolejny raz i który - także kolejny raz - się nie sprawdził. Za duży i z założenia służący bardziej temu, by traktować go jak księgę domu niż jako podręczny notes na milion najróżniejszych spraw. Pod koniec lutego dostałam kalendarz, który mam codziennie przy sobie. Idealny rozmiarem, z wstążką zakładką, gumką ściskającą coraz bardziej rozpychane przez przydasie kartki, z miejscem na wklejanie karteluszków przypominających o kolejnych książkach Pratchetta w kioskach, na kartkę-kolorowankę z Naszej Księgarni, na słonia ze śmiesznego materiału i magnetyczną zakładkę, która tam jest, bo zachwyciła mnie swoją urodą.

Bieżący rok kończę z trzema kalendarzami na rok następny. Każdy z nich obiecuje co innego, każdy kusi czymś innym. Jeszcze nie wiem, któremu powierzać będę codzienne zapiski, a który będzie mi towarzyszył leżąc na szafce nocnej (owszem, mam swoje typy, ale czas pokaże). Ten Reginy Brett jest kalendarzem ponadczasowym, nie ma w nim dziennych dat, może służyć przez kilka lat, by później, z perspektywy czasu, móc zerknąć na siebie w swoich notatkach i dostrzec zmiany. Ten środkowy, to kalendarz biznesowy - ma mnóstwo miejsca na zapiski, okładkę w energetycznym pomarańczowym kolorze, wstążkę do zaznaczania bieżącego tygodnia i kremowe, bardzo gładkie kartki. Ten najbarwniejszy, noszący tytuł "Odwaga", dopiero poznaję. Znalazłam go wczoraj, w wypastowanym na noc mikołajkową bucie :-)


Rok 2015 przeżyłam także z kalendarzem ściennym. Zamawiałam kalendarze w prezencie i postanowiłam wybrać także zdjęcia dla siebie, takie, które będą mnie cieszyły przez dwanaście miesięcy. Spodobało mi się to na tyle, że już zaczynam się rozglądać na fotografiami mogącymi przyozdobić mój dom w kolejnym roku.

Lubicie kalendarze? Macie swoje ulubione? Dostajecie przypadkowe, starannie wybieracie, zamawiacie według własnych koncepcji?