04 maja 2016

Sally Nicholls. Nasza własna wyspa.


(...) myślałam o tym, jak wielki i ekscytujący jest świat, ile w nim można przeżyć przygód, ile jest tajemnic i piękna, i jakie mam szczęście, że żyję. Jestem szczęściarą, pomyślałam. I zasnęłam w rytm stuk-stuk, stuk-stuk wagonów (...). "Życie jest przygodą", wydawał się mówić pociąg. "Życie jest przygodą, przygodą, przygodą". "A ja mam duszę łowcy przygód" - pomyślałam. [s.246]
Jak często zdarza się Wam poczuć nagle niesamowitą jedność z bohaterem książki, którą czytacie? Lub pomyśleć z wdzięcznością o autorze, który czyniąc powieściową postać taką jaką uczynił, poruszył w Was dawno uśpione myśli? Słowa Holly Abigail Kennet, trzynastoletniej narratorki czytanej przeze mnie historii, uświadomiły mi, że zdarza mi się zapominać o tym, iż życie jest przygodą.

Holly nie ma rodziców. Ma za to dwóch braci - Jonathana, dwudziestolatka pełniącego rolę opiekuna zastępczego dla rodzeństwa, i Davy'ego, siedmiolatka, za którego to ona głównie czuje się odpowiedzialna. W domu bywa nieporządnie, jest biednie, bo pensja Jonathana i zasiłek socjalny nie wystarczają na wiele, ale dla rodzeństwa najistotniejszy jest fakt, że mogą być razem. Gdy jednak dowiadują się, że niedawno zmarła ciotka zapisała im w spadku biżuterię, którą gdzieś ukryła, nawet najstarszy Kennet daje się porwać entuzjazmowi młodszej siostry i uruchamiają machinę poszukiwawczą.

Nasza własna wyspa to powieść o rodzinie, która choć zdaje się być niepełna jest najpełniejsza jak tylko umie. O rodzinie, która poddawana surowym osądom tego, co wypada, jak należy, co się powinno, może nie okazać się idealna, ale jest najlepszą z rodzin dla tych, którzy ja tworzą. To historia o tym, że na bliskich zawsze możemy liczyć i to opowiedziana w taki sposób, by się uśmiechnąć, wzruszyć i zezłościć. Niby dla młodzieży, ale wiecie... Czasami warto sięgnąć po coś, co pozwoli nam odkryć coś w sobie na nowo.

Brak komentarzy: