25 stycznia 2016

Astrid Lindgren. Dzienniki z lat wojny 1939-1945.


Niemcy najbardziej ze wszystkiego przypominają złośliwą bestię, która w równych odstępach czasu wypada ze swej nory, żeby rzucić się na nową ofiarę. Musi być jakiś feler w narodzie, który mniej więcej co 20 lat sprawia, że całą niemal ludzkość ma przeciwko sobie. [s. 53]
Zapiski wojenne Astrid Lindgren zaczynają się 1 września 1939, a kończą w pierwszym dniu 1946 roku. Fascynuje w nich to, że autorka skupia się głównie na doniesieniach wojennych, na międzynarodowej polityce, na ruchach wojsk, spotkaniach przywódców, a dopiero po tym, gdy już opisze Wielką Historię, zaczyna dzielić się prywatnymi refleksjami na temat racjonowania żywności, kolejnych urodzin córki, czy rozłąki z mężem. 

Brak tu patosu, brak usprawiedliwiania Szwecji jako tej części świata, w której wciąż można jeść tort na urodziny, a na święta szynkę i nóżki w galarecie. Ale jednocześnie są dość szczegółowe zapisy o konflikcie rosyjsko-fińskim, o torpedowanych statkach, o katyńskich morderstwach i o tym, co w całej Europie dzieje się z Żydami.

Baczne obserwacje, lektura codziennej prasy, ale też praca w biurze cenzurującym listy, dawała Astrid Lingren doskonały ogląd sytuacji wojennej. Faktem jest, że owe informacje musiały padać na grunt podatny do tego, by je przetwarzać, wyciągać wnioski i zapisywać je w dzienniku. Wszak równie dobrze Astrid, matka dwojga dzieci - kilkuletniej córki i wchodzącego w okres nastoletnich zawirowań syna, żona szefa Klubu Automobilowego powołanego do wojska, mogła skupić się w swoich zapiskach jedynie na tym o ile drożeje mąka, że dobrej jakości są coraz trudniejsze do kupienia, a przydział kawy ma wystarczać  na 7 tygodni. Na szczęście, tak się nie stało i otrzymaliśmy przejmujący w swym obiektywizmie, obraz wojny.
(...) niech tylko nastąpi pokój, to wszędzie znów będzie harmonia i szczęście. Pokój nie zwróci matkom ich synów, dzieciom ich rodziców, życia małych dzieci Hamburga i Warszawy. Nienawiść nie skończy się z dniem nastania pokoju, ci którym krewnych zamęczono w niemieckich obozach [s.177] koncentracyjnych, nie zapomną niczego tylko dlatego, że jest pokój, i pamięć tysięcy zagłodzonych na śmierć dzieci w Grecji nadal pozostanie w sercach ich matek, jeśli same matki przeżyły. [s.178]
Dzienniki z lat wojny 1939-1945 nie są łatwą lekturą. Ale są lekturą pobudzającą do myślenia. 

Polecam.

21 stycznia 2016

Nasza Mała Biblioteka

Najważniejszym celem projektu „Nasza Mała Biblioteka” jest zainteresowanie uczniów z klas 1-3 szkoły podstawowej czytaniem książek. Chcemy przekonać dzieci, że warto czytać, bo książka to wspaniała przygoda. Chcemy, by do rąk dziecka trafiły książki z najwyższej półki – wartościowe pod względem literackim, ilustracyjnym i edytorskim. Wybór dobrej książki dla młodego odbiorcy nie jest dziś łatwy. Wśród mnóstwa dostępnych w księgarniach tytułów trudno znaleźć te najlepsze. Projekt „Nasza Mała Biblioteka” ma w tym pomóc. [Źródło]

KUD Sodobnost International z Lubljany, Agencja Edytorska Ezop z Warszawy i Nieko Rimto z Wilna postanowiły realizować projekt poprzez wzajemną publikację swoich książek. I tak oto, w Ezopie ukazały się dwie książeczki artystów słoweńskich, dwie litewskich i dwie polskich oznaczone logotypem projektu.


Oczywiście dałam się uwieść opowieściom i ilustracjom. Polubiłam Strasznowiłkę, mimo, że łobuz z niej niecny, wędrowałam z Bogasiem, który wyruszył, by odkryć biały obłoczek. Ucieszył mnie lew odwiedzający bibliotekę, zaczarowały kocie oczy rozświetlające granatową noc. Troll uczący się języków obcych pozytywnie mnie zaskoczył, a historie opowiadane przez Kasparavičiusa powodowały, że po każdej myślałam - Ta jest najpiękniejsza.





















Sprawdźcie, czy szkoła Waszego dziecka lub okoliczna biblioteka bierze udział w projekcie i dajcie się zauroczyć. I oczywiście - zauroczcie dziecko:-)

18 stycznia 2016

Gavin Extence. Lustrzany świat Melody Black.


Jeśli ktoś, tak jak ja, sięgnie po książkę Gavina Extence'a zafascynowany sposobem w jaki Autor wykreował historię i jaką tematykę poruszył w powieści "Wszechświat kontra Alex Woods", to po lekturze "Lustrzanego świata Melody Black" może poczuć się zdumiony. Choć nie powinien. Wszak w obydwu powieściach Extence porusza tematy poważne, w pewnym stopniu ostateczne, objęte społecznym tabu, często kontrowersyjne. O ile jednak w "Wszechświecie..." stykamy się z problemem wyboru czasu śmierci, tak w Lustrzanym..." jest z pozoru banalniej, bardziej codziennie. Chodzi bowiem o nasze (nie)zdrowie psychiczne.

Powieść przeczytałam ponad dwa tygodnie temu i od tamtej pory noszę ją w sobie obmyślając to, jak ją Wam przedstawić. Mijające dni sprawiają, że zadanie wydaje się coraz trudniejsze. Czemu? Bo temat depresji, manii, czy hipomanii, jest społecznie tematem niewygodnym. Nie uczy się nas jak mówić o swoich emocjach, o samopoczuciu psychicznym. Kozetka psychologa wciąż obrośnięta jest mitami, a ktoś, kto nie jest albo lekarzem/terapeutą albo osobą zaburzoną/pacjentem, ma niewielką wiedzę i jeszcze uboższe słownictwo.

Abigail znajduje martwego sąsiada. To niewątpliwie sprzyjające szokowi wydarzenie staje się powoli jej obsesją; dziewczyna przekuwa ją na poczytne artykuły, zaczyna domyślać się, że czytelnicy pisma, w którym ukazują się jej teksty, spragnieni są owych podbudowanych delikatnie nauką, tematów. Zaangażowana w nową jakość swojego życia odrzuca dawną siebie, a co za tym idzie - także tę, która ma kochającego chłopaka, rozsądną terapeutkę i względnie uporządkowane życia. W pewnym jednak momencie jej świat przyspiesza tak bardzo, że Abby nie wytrzymuje pędu, w który wprowadziła się sama. 

To nie jest łatwa książka i piszę to z całą świadomością tego, że czyta się ją szybko. Autor doskonale odwzorował zachowania osoby niestabilnej psychicznie, przedstawił nam Abigail taką jaką ona jest i kazał nam towarzyszyć jej w lepszych i gorszych dniach. Po co? 

Każdy z nas nosi w sobie zalążek geniusza i zalążek wariata - usłyszałam gdzieś, kiedyś i przemówiło to do mnie. Jeśli pozwolimy sobie, tak jak Abby, pójść za owym geniuszem i wariatem, możemy trafić na społecznie nieakceptowalne manowce. Jeśli będziemy "w normie" może nigdy nie doświadczymy bycia geniuszem?

Polecam. Warto.

03 stycznia 2016

U progu Nowego...

Zaczął się kolejny rok. Nowe kalendarze, nowa data i postanowienia, plany, marzenia o tym, co w tym roku osiągniemy. U mnie owszem - nowe kalendarze i pewne mgliście zarysowane drogi wyznaczające cele, które chcę osiągnąć. Ale wiecie jak to jest - plany, planami, a rzeczywistość sobie;-)


Niemniej jednak... 2016 rok to rok kiedy Lulu, Sisi i (prawdopodobnie) Gusia obchodzić będą 10 urodziny. Razem z Sisi świętować będzie blog Kociokwik, który powstał za jej przyczyną. Nusia, dzieciuch nad dzieciuchy, mieć będzie już lat 8, a Wojtek - 4. Kavka, która u nas znalazła się mając niespełna rok, świętowała będzie 7 urodziny. Sara - o ile prawdą są dane przekazane schronisku, do którego ją oddano - 12. 

Cieszę się, że miniony rok oszczędził nam poważnych kocich chorób. Nie oszczędził psiej, ale dzięki zaangażowaniu PanDoktora i wielu serdecznych nam osób oraz ku mojej wielkiej radości, Sara wyszła z babeszjozy. W Kociokwiku tymczasowo mieszkało 6 kociąt - Tymon, Sawa, Szczotuś, Tygrys, Borek i Tola. Całą szóstkę wyniańczyła Sara; ja tylko karmiłam i sprzątałam. Pewnie i w tym roku pomagać będziemy kociakom, choć oczywiście zależy od przede wszystkim od kondycji Rezydentów. 

Przeglądałam różne wyzwania książkowe i kusiło mnie, by do jakiegoś przyłączyć lub by stworzyć jakieś tylko dla siebie. Ale... Nie zrozumcie mnie źle - dla mnie wyzwanie musi być wyzwaniem. Musi mnie czegoś uczyć, stanowić wysiłek, po prostu - wyzwanie:-) Wobec tego książka, która ma minimum 200 stron, napisana przez kobietę i mająca na okładce kolor pomarańczowy, jakoś mi nie pasuje do czegoś, co mogę nazwać "wyzwaniem". Nie pojmuję idei kierowania się barwą okładki - owszem, często książki tzn. cukierkowe mają podobne okładki, a na kryminałach dominują czernie i szarości, ale co kolor obwoluty ma wspólnego z (za)wartością książki? O ile interesujące wydają się być wyzwania poszerzające czytelnicze horyzonty o literaturę innych narodów, mieszkańców innych kontynentów, czy laureatów różniastych nagród literackich, to nie do końca pojmuję co czytać należy, gdy hasło przewodnie jednego z zadań wyzwaniowych brzmi "współczesna klasyka". I jeszcze raz - nie zrozumcie opacznie moich wywodów; cieszę się, że są wyzwania, bo dzięki nim propaguje się modę na czytanie, ale nie zdecyduję się na uczestniczenie w tych istniejących.

Mam kilka książek, które stoją na moich półkach już kilka lat i czekają na lekturę. Są i takie, które kilka miesięcy temu zajmowały czołowe miejsce w doniesieniach blogowych czy medialnych branży wydawniczej, a u mnie nadal nie są przeczytane. Nie brakuje także i tych, które kiedyś już czytałam i do których obiecuję sobie wrócić - na razie ustawiam je jedną obok drugiej.

Chciałabym w tym roku przypomnieć sobie twórczość dla dzieci: Dzieci kapitana Granta, Tajemniczy ogród, czy Plastusiowy pamiętnik. Te tytuły czekają już na słuchanie w wersji audio. Może uda mi się wrócić także do Szklarskiego. Choć przy jego książkach, jak przy żadnych innych, boję się rozczarowania. Cóż zrobię jeśli magia nastolatkowego czytania ulegnie dorosłej mnie?

Obiecuję sobie co roku Stachurę i Margaret Mitchell, może uda mi się teraz? Na czytanie czekają Waltari i cała półka książek podróżniczo-zoologicznych, takich starszych, zakurzonych, wyszperanych. Chciałabym, z okazji 40 lat od śmierci Agathy Christie, poświęcić więcej czasu jej powieściom (a w ogóle, czy ku temu potrzebny jest pretekst w postaci rocznicy?).

Oczywiście, będę czytać nowe. Tu i ówdzie przeczytać można czyje nazwiska ozdobią nowości wydawnicze, ale nie śledzę na tyle uważnie, by w kalendarzu zapisywać, że jesienią wyjdzie kolejna książka Stasiuka i by do tej jesieni niecierpliwie skreślać dni. Choć, jak wiecie, Stasiuka pisanie cenię. Niemniej jednak, nowe - choćby dzięki pracy - mam pod ręką i z przyjemnością będę czytała. Ze szczególnym uwzględnieniem powieści pisanych z zainspirowania się Szekspirem; to projekt literacki, któremu z pewnością będę kibicowała. Ale też powieści polskich pisarzy, książki podróżnicze, ciekawe serie młodzieżowe, czy skierowane do jeszcze młodszych czytelników. 

Postanowiłam, pod wpływem jednego z blogowych znajomych, zmobilizować się do oglądania filmów. Pierwsze kroki już uczyniłam, za mną dwa filmy. Zdecydowałam się także na to, by w tym roku towarzyszyła mi KAŚKA, czyli Karta Amatora Śląskich Kin Artystycznych, upoważniająca do zakupu biletu na seans filmowy w cenie 12 zł, w kilku kinach. Jeśli lubicie kino francuskie, to nie przegapcie Zupełnie Nowego Testamentu. Bardzo francuski i zaskakująco feministyczny;-)

Co oznacza dla mnie Nowy Rok? Jakie jakie niesie wartości? Co ma w nim znaczenie? Nowy Rok to dla mnie ludzie, których znam i o relacje z którymi planuję dbać, ale też i ci, których dopiero poznam. To zwierzaki i idea czynienia im dobra, między innymi, poprzez powstrzymywanie się od czynienia zła. To dbałość o swoje zdrowie i kondycję. To danie sobie prawa do marzeń i realizacji celów. To wędrówka. Literacka lub rzeczywista, samotnie lub w towarzystwie. To nauczenie się czegoś o innych i o sobie. To wyzwanie:-)

Gavin Extence w usta jednej z bohaterek swojej powieści Lustrzany świat Melody Black włożył takie słowa:
(...) nie możesz nikogo uszczęśliwić i nikt nie uszczęśliwi ciebie, bo to po prostu tak nie działa. Musisz sama nauczyć się być szczęśliwą - i dopiero wtedy będziesz mogła myśleć o uszczęśliwianiu innych. [s.265]
Wam i sobie życzę na 2016 rok - bądźmy szczęśliwi!