26 lutego 2018

Natasza Socha. Troje na huśtawce.


Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Natasza Socha stworzyła relację między Koralią i Tytusem, ponieważ potrzebowała osi fabularnej, na tle której mogłaby pokazać wnętrza naszych kobiecych głów. Bo i owszem - są opisy rodzącego się uczucia, ale ważniejsze od nich są myśli Koralii na temat tego jak to jest być zakochaną i jak sprawić, aby owo zakochanie nie było tożsame z pogrzebaniem przyjaźni. Są sytuacje przedstawiające doświadczenia życiowe bohaterki, które zaprowadziły ją w ramiona osiemnaście lat młodszego mężczyzny, którego w pewnym momencie była opiekunką, ale i tak istotniejsze wydaje mi się być to co kobieta o sobie myśli, w chwili, w której dorasta, wychodzi za mąż, zostaje przez owego męża porzucona i próbuje być singlem.

Lubię książki Nataszy Sochy nie dla historii, które w nich opowiada. Ich bohaterów traktuję bowiem jako narzędzie do przekazania czytelnikom pewnych życiowych prawd, które pozbawione otoczki tego, co wypada, a co nie, co pomyślą inni, który z wyborów będzie dobry, choć niekoniecznie dla nas i tego wszystkiego, co nas pęta na nasze własne życzenie (lub z własnej głupoty), mają szansę do nas dotrzeć wygrzebane z mroków samoświadomości jednym celnym słowem Autorki.

Nie mam nic przeciwko romansom, pod warunkiem, że są o czymś, że są napisane poprawnym językiem, że mają w sobie coś więcej niż tylko sugestię otulania niczym ciepły koc. Owszem, każdy lubi koc. Im cieplejszy i miększy, tym lepiej. Ale nie trzeba sobie nim otulać mózgów, wystarczy nogi. [s. 288]
*   *   *
Człowiek nie starzeje się dlatego, że jego metryka pokazuje mu taką, a nie inną datę, ale z powodu własnych ograniczeń. Z obsesji bycia idealnym, akuratnym, dopasowanym do standardów. [s.51]
*   *   *
 W pewnym wieku musimy wybrać, czyje nieszczęście obchodzi nas bardziej: własne czy drugiej osoby. Lub inaczej: czyje szczęście jest dla nas ważniejsze. (...) Mogłam zrezygnować z siebie po to, by on czuł się dobrze. I teraz mi odpowiedz: dlaczego? Dlaczego to on miałby się czuć dobrze, a ja siedzieć ze ściśniętym sercem w domu? Dlaczego nie wolno mi pomyśleć tylko o sobie? [s. 280]

Gdybym, miała podsumować jednym zdaniem twórczość Nataszy Sochy napisałabym: Nie wiem jak ona to robi, ale odsłania myśli do których czasami nawet same przed sobą, boimy się przyznać...

Czytajcie.

25 lutego 2018

Niedzielnik 67


Poprzedni Niedzielnik ukazał się tu około siedmiu miesięcy temu. Zapewne wpływ na jego pojawianie się (lub bardziej nie) ma fakt, iż w domu nie mam komputera i weekendy upływają mi na aktywności zgoła innej niż internetowej.

Czuję się już zmęczona zimą i brakiem słońca, jak zapewne większość z Was. Jak sobie z tym radzicie? Mnie udało się zajrzeć do solarium, wieczory spędzam w sali kinowej, gdzie intensywność bodźców nie pozwala mi za szybko usnąć, dbam o aktywność fizyczną i czasami, po prostu, pozwalam sobie na to, by wcześnie się położyć i zaczytać pod ciepłą kołdrą w kocim towarzystwie.

Ostatnio miałam nieco więcej czasu na dotrzymywanie towarzystwa zwierzakom, bo zmogła mnie choroba. Niestety, w tym samym okresie Nuka się rozchorowała i nie ominęły nas wizyty u lekarza. Ja już wróciłam do obowiązków zawodowych, a w sprawie zdrowia Nuki... Cóż - diagnozujemy i wielce prawdopodobne jest, że w najbliższych dniach w celu pokrycia kosztów owej diagnostyki zorganizuję bazarek pomocowy.

Rower stoi już gotowy do drogi. Jest piękny: czarno-grafitowy z odrobiną zielonego. Mam też nowy licznik. Pozostaje mi jedynie dokupić kask i wyglądać pogody umożliwiającej jeżdżenie.

Wkrótce, na przekór nadchodzącym mrozom, pojadę do sklepu ogrodniczego, kupię nowe doniczki, doniczki, poprzynoszę z zaprzyjaźnionych miejsc kawałki kwiatów, którym chcę zaproponować dzielenie przestrzeni domowej i będę szaleć roślinnie. 

Na razie znajduję małe radości w każdym dniu. A to taką, że gdy idę do pracy to już jest jasno i gdy wracam z psem z długiego popołudniowego spaceru, także. Lub taką, że pomarańcze i grejpfruty tej zimy są w tak przyjaznych cenach, że mogę się nimi objadać. I jeszcze - odkryłam dla swojej kuchni komosę ryżową. A dla swojego ciała zajęcia o skromnej nazwie zdrowy kręgosłup.

W czym Wy upatrujecie radości na zimowe dni? I jak oswajacie ową - coraz bardziej męczącą już - zimę?

23 lutego 2018

Agnieszka Tyszka. Zosia z ulicy Kociej. Na psa urok.


Dziesiąta książka o Zosi zabiera nas w końcówkę grudnia. Dziewczynka, przypatrująca się światu z coraz większym namysłem, i jej młodsza siostra, Mania, otrzymują w prezencie świątecznym od dziadka tekst Dezyderaty Maxa Erhmanna. Wokół niej ogniskują się myśli sióstr Wierzbowskich i przez jej pryzmat starają się postrzegać otaczającą je rzeczywistość.

Są święta, pojawiają się rozbitkowie rodzinni, Wiluś radośniej i coraz energiczniej zdobywa przestrzeń domową wędrując po podłodze, Mania uznaje swoje językotwórstwo za broń przeciw głupszemu światu, koleżanki Zosi wymieniają informacje kto się aktualnie w kim kocha lub w kim już nie, mimo, że wczoraj jeszcze tak, NIH decyduje się na przygarnięcie psiej sieroty, która wraz z siostrą, w kartonie, została pozostawiona na przystanku autobusowym, a Zosia rozmyśla czy sprzątanie psich kup jest oznaką patriotyzmu, cieszy się - w dniu dwunastych urodzin - rodzinnie przekazywanym z ręki na rękę pierścionkiem, dyskutuje z tatą o tym, co jest najważniejsze w życiu i nad tym, czy podoba się jej Antek.

Na psa urok jest, na tle wcześniejszych książek o Zosi, powieścią najbardziej przesyconą nostalgią i zadumą. Bohaterka zaczęła mi nieco przypominać inną dziewczynkę z książek Agnieszki Tyszki, Nienię - bardzo świadomą, a jednocześnie wciąż się uczącą tego, co trzeba o prawidłach świata.

Miło było towarzyszyć Zosi i jej rodzinie przez sześć lat. Każda z książek miała swój, nieco odrębny, od pozostałych klimat, każda zostawiała mnie z emocjami i myślami, które zostawały we mnie po lekturze. Jeśli szukacie bohatera literackiego, z którym Wasze dziecko ma szanse się zaprzyjaźnić, to zapraszam do książek o Zosi. Znajdziecie tam przyjaciół nie tylko dla najmłodszych.

20 lutego 2018

R.J. Palacio. Cudowny chłopak (książki i film).

Mimo, że od chwili, w której usłyszałam o książce "Cudowny chłopak" minęły już prawie cztery lata, wciąż pamiętam rekomendację tej książki, jaką usłyszałam podczas Warszawskich Targów Książki. Zachęcona nią przeczytałam powieść i nie znalazłam słów, by ją Wam przedstawić. Dziś - gdy już sobie przypomniałam historię Augusta Pullmana i jego bliskich zarówno dzięki audiobookowi, jak i wersji filmowej - spróbuję się zmierzyć z tematem.

  

Auggie Pullman jest dzieckiem zwykłym i niezwykłym zarazem. Zwykłym, bo jak każdy z nas ma swoje ulubione potrawy, zainteresowania, psa, rodzinę i wszystko to, co składa się na zwyczajna codzienność oraz niezwykłym, bo w wyniku choroby genetycznej wygląda specyficznie, przeszedł dwadzieścia siedem operacji i idąc do szkoły po raz pierwszy, dołącza już do klasy piątej. Mikroświat chłopca tworzą rodzice i starsza siostra, którzy całe swoje życie podporządkowali Auggiemu i jego zdrowiu.


W chwili, w której poznajmy bohaterów, rodzice Augusta podejmują decyzję o wysłaniu go do szkoły. Olivia, starsza siostra Auggiego, rozpoczyna naukę w szkole średniej. Obydwie latorośle Pullmanów stają wobec nowego i każde z nich ma swoje związane z tym obawy i nadzieje. 


Literacką historię Augusta Pullmana przedstawiono w filmie dość wiernie. W powieści nieco mocniej, niż pokazano to w ekranizacji, dochodzi do głosu Olivia, ale rozumiem, że takiego wyboru dokonali twórcy filmu. O Julii Roberts, takiej w pełni mamowatej, przeczytacie zapewne u znawców dorobku artystycznego tej aktorki; mnie zauroczyła zarówno ona, jak i Owen Wilson w roli ojca Auggiego.

Na fali zainteresowania książką (wydano ją w czterdziestu pięciu językach) powstała wersja ilustrowana dla młodszych czytelników "Wszyscy jesteśmy wyjątkowi". Duży format, twarda oprawa i ilustracje, które dopełnione krótkimi zdaniami przekazują to, co najważniejsze - każdy z nas jest cudem.


Jednak, zarówno książki i film, to nie wszystko, co dziś w temacie akceptacji inności ma nam do zaoferowania wydawnictwo. Powstała strona poświęcona twórczości R. J. Palacio - cudownychlopak.pl - a na niej, oprócz informacji o książce, filmie, bohaterach, autorce, znajdziemy również materiały edukacyjne, aktualności oraz Kreator cudownych myśli. Zobaczcie efekt:)


W marcu ukaże się także kontynuacja historii młodego Pullmana, po którą chętnie sięgnę. Z dużą niecierpliwością wypatruję również 365 Dni Cudowności oraz Cudownego Dziennika.


Mam nadzieję, że ta książka sprawi, że w naszej świadomości słowo "niepełnosprawny" zamieni się w cudowny. Tak samo cudowny, jak każdy z nas.

13 lutego 2018

Lisa Lueddecke. Gdzie niebo mieni się czerwienią.



Jeśli zastanawialiście się nad tym, czy we współczesnych czasach wciąż powstają baśnie, to spieszę Was uspokoić - powstają. Co prawda, ich historia nie dzieją się w miejscach doskonale nam znanych, w świecie tu i teraz, a przenosi nas na wyspę Skane, do codzienności wśród drewnianych chat, wierzeń olbrzymy, Boginię, który komunikuje się poprzez zorzę, gwiazdozbiory i regularnie nawiedzającą ludzi zarazę.
Zieleń była typowa. Znaczyła, że Bogini jest szczęśliwa i wszystko jest tak, jak być powinno. Niebieski oznaczał śnieg, mnóstwo śniegu. Najlepiej spędzić owce i przynieść drewno na opał, zanim zaczną latać pierwsze tumany. I była jeszcze czerwień. Czerwień była inna, rzadsza. Czerwień była ostrzeżeniem. [s. 9]
Ósa umie czytać w gwiazdach. Jej matka zmarła chwilę po narodzeniu córki, zabiła ją zaraza dziesiątkująca mieszkańców wioski. Mimo, że od tamtej pory upłynęło kilkanaście lat ojciec Ósy i jej starsza siostra nie potrafią dziewczynie wybaczyć. Gdy nad Skane zapala się czerwone śwoatło wszyscy wiedzą, że kolejny raz przyjdzie im zmierzyć się z potworną chorobą. Strach mieszkańców wsi potęgują Ør, których Ósa i jej przyjaciel Ivar spotykają w lesie, Ør, którzy zabijają członków innych plemion.

Ósa wyrusza w podróż do Bogini. To u niej chce szukać odpowiedzi na pytanie jak zaradzić grozie nadchodzących dni. Wyrusza sama, bo taka jest decyzja starszych wioski. Staje wobec pokrytej śniegiem równiny, olbrzymów żyjących na szlaku wiodącym w góry, wobec nieznanego - bo stamtąd gdzie ona chce dotrzeć, nikt jeszcze nie wrócił.

Gdzie niebo mieni się czerwienią zabiera nas w świat legend, pisma runicznego kreślonego na ścianach jaskiń, w świat wierzeń, przesądów i mocy, którą daje wiara. Towarzyszyłam bohaterom opowieści Lisy Lueddecke i - jak to ja - przeżywałam bardzo mocno to, co ich spotyka. Sprawdźcie, czy i Was pochłonie ta historia.