15.11.19

Dla dzieciaków (33)

Dla dzieciaków (33)
Klaus Hagerup, Lisa Aisato, O dziewczynce, która chciała ocalić książki



Anna kochała książki.
Czytała całymi dniami.
Czytała rano, zanim wstała.
Czytała wieczorem, zanim położyła się spać.
(...)
W książkach miała setki nowych przyjaciół.
I kilkoro wrogów.
Ale takie przecież jest życie. 

Cóż za piękna (i nie tylko graficznie) książka. Opowieść o Annie, która chciała ocalić książki, która czytała i zachęcała innych do czytania, jawi mi się jako źródło inspiracji do wielu rozmów na temat wartości książek, ich znaczenia w naszym życiu, znaczenia opowieści i ludzi, który stoją za opowieściami. Myślę, że każdy z czytelników dostrzeże w niej własne ścieżki do rozmów rodzinnych, bo i treść, i ilustracje aż proszą o to, by historia O dziewczynce, która chciała ocalić książki stała się punktem wyjścia do nowego spojrzenia na literaturę.



 Marcin Szczygielski, Królowa wody


Marcin Szczygielski, jest  - jak sądzę - pisarzem powszechnie znanym. Jego książki dla młodego czytelnika są nagradzane przez gremia literaturoznawców i czytane przez młodszych i starszych. Niebywałe i wciąż zaskakujące (mimo wielkiego uznania jakim darzę Szczygielskiego) jest dla mnie to, że budując historię autor potrafi skonstruować ją tak, że wpada się w nią, że dzieli emocje bohaterów, że towarzyszy im w tym, co przeżywają.

Kiedy Aga wchodzi w konflikt z Aleksem, a w wyniku owego konfliktu w progu domu mieszkania Agi i jej mamy, staje Aleks z tatą, dziewczyna nie spodziewa się, że finał wydarzenia będzie zaskakujący i niekoniecznie taki jaki by chciała. Dwoje dorosłych, poznawszy się lepiej, chce zamieszkać razem, a nastolatkowie nie maja wyboru innego niż ten, by wraz z rodzicami zamieszkać w podwarszawskim Wywietrzysku, rodzinnej posiadłości Pawła. A tak dzieją się rzeczy dziwne albo i dziwniejsze. Tak tajemnicze i groźne, że aż ocierające się o śmierć.

Brawo za opracowanie graficzne:)

Marcin Szczygielski, Pomylony narzeczony


Ta powieść Marcina Szczygielskiego stanowi tom 5 cyklu o Mai i ciabci. Oczywiście, można ja czytać odrębnie, ale tak naprawdę - po co, skoro można przeczytać świetne, wcześniejsze cztery? Powieść ma wyraźny wątek ekologiczny i choć zmiany klimatu wyjaśnione są zupełnie innymi zjawiskami niż te o jakich mówią ekolodzy, bo sięgającymi do tematyki mitów, warto zwrócić uwagę i na ten wydźwięk. A poza tym - rezolutna Maja, ironiczne ciabcia i Monterowa, niesamowite wędrówki w czasie i przestrzeni, czyli to wszystko, co sprawia, że podczas lektury można się dobrze bawić.

Aneta Jadowska, Przygody młodego duchołapa


Niespodzianka od Anety Jadowskiej dla najmłodszych czytelników przybrała formę komiksu i zaistniała na rynku wydawniczym w małym nakładzie. Mam nadzieję, że owa eksperymentalna publikacja przyniesie efekt jakiego spodziewa się i autorka, i wydawnictwo, a Magdalena Babińska poszerzy swoje portfolio ilustratorskie o kolejne książki dla dzieci. A, że o szamanie, czy innych paranormatywnych postaciach? :)

Piotruś Duszyński, którego dorośli czytelnicy znają jako Witkacego, policjanta, współpracującego z Dorą Wilk, odkrywa pewnego dnia, że widzi postacie, których nie widzą inni. Co więcej - może się z dwojgiem dzieci - duchów komunikować, bawić i nie czuje się zagrożony ich obecnością. Gdy jednak dwoje nowych znajomych, próbują skrzywdzić kogoś, kto jest dla chłopca ważny, ten szuka rozwiązana u bardziej doświadczonych osób.

Bardzo jestem ciekawa jak ta część twórczości Jadowskiej przyjmie się na rynku wydawniczym.

30.10.19

Yuval Noah Harari. Sapiens.Od zwierząt do bogów.

Yuval Noah Harari. Sapiens.Od zwierząt do bogów.

Biorę udział w wyzwaniu Kamili Rowińskiej (tu poczytacie na czym polega) i jednym z zadań było przeczytanie książki oraz zanotowanie przemyśleń z nią związanych. Wpisałam je w odpowiednim miejscu, ale uznałam, że i Wam je pokażę, może ktoś zechce podyskutować:)

1) Po rewolucji poznawczej homo sapiens wykształciły zdolność językową właściwą tylko im; zdolność owa pozwala na mówienie o rzeczach, które materialnie nie istnieją.
Wykorzystujemy ową zdolność na rozmaite sposoby. Dla mnie najpiękniejszym z nich (choć, bywa że bardzo niebezpiecznym) jest literatura.

2) Człowiek przychodzi na świat niedorozwinięty, wymagając stałego wsparcia w funkcjonowaniu.
Niby oczywistość, ale dopiero usłyszenie tego w całym kontekście książki Harariego uświadomiło mi ów niedorozwój i konsekwencje jakie ponosi otoczenie dbając o małego człowieka. Gdyby jednak sięgnąć do dalszej części książki - tej poświęconej wysokiej śmiertelności dzieci w dawniejszych czasach, widać wyraźnie, że dzieciocentryzm to odkrycie naszych czasów.

3) Żadne inne zwierzę nie rozprzestrzeniło się po tak różnorodnych środowiskach jak homo sapiens.
I tu mam wątpliwości. Bo karaluchy, roztocza, zwierzęta pasożytnicze żerujące na człowieku i innych zwierzętach?

4) Niszczycielską działalność człowieka przetrwa tylko człowiek i zwierzęta gospodarskie, które ten zapędza do niewolniczej pracy.
Nie wiem, czy przetrwamy. To, że w dziejach świata już doprowadziliśmy do zagłady wielu gatunków i nadal, z dużą bezrefleksyjnością to robimy, nie jest - moim zdaniem - jednoznaczne z tym, że przetrwamy. Idąc tym torem myślenia - gdy będziemy musieli zadbać o swoje przetrwanie, to nasza idealnie rozwinięta krótkowzroczność i skłonność do dostrzegania korzyści natychmiastowych pozostających w kontrze do zadbania o korzyści odroczone, podsunie nam pomysł na to, by zwierzęta gospodarskie zjeść, by wydłużyć swoje życie choćby o jeden dzień.

5) Idea praw człowieka oparta na równości, którą dał nam Bóg, jest jednym z przykładów mitu na jakim ufundowana jest nasza kultura.
Mit o prawach człowieka do równego traktowania przez wiele lat był mitem wykluczającym całe rzesze ludzi z partycypowania w  - nazwijmy to ogólnikowo - korzyściach płynących z owych praw. Określenie, że ufundowano na tym kulturę jest słuszne, brakuje tu jedynie informacji, że kulturę człowieka białej rasy, płci męskiej, wyznania chrześcijańskiego.

6) Dorastający ludzie wieków średnich znali swoje miejsce w hierarchii społecznej.
Bardzo ciekawa uwaga pozwalająca spojrzeć świeżym okiem na to, jakie wartości przekazujemy młodym ludziom i w jakich ramach społecznych i kulturowych wzrastają. Dzisiejsza młodzież wychowywana na indywidualistów nie określa swojej pozycji względem innych i zależności wobec nich, a jedynie według przekonania, że są indywidualnościami które nie muszą się liczyć z nikim; współczesne wychowanie (a raczej dzieciocentryzm) umacnia to przekonanie.

7) Wśród różnych podziałów charakterystycznych dla różnych grup społecznych (kasty, feudalizm) jest jeden istniejący zawsze i wszędzie - to podział na płcie. Jest on zawsze niekorzystny dla kobiet.
Część książki rozpoczynająca się tymi zdaniami zainteresowała mnie w szczególny sposób. O ile jednak zdania zacytowane powyżej zdania dają nadzieję na ciekawe rozwinięcie, to albo nie dość uważnie słuchałam, albo w dalszej części nie było nic trafniejszego niż to. Historia pokazuje owe niekorzystne efekty bycia kobietą na wiele sposobów, a i dziś - wciąż doświadczam tego, że gdybym była mężczyzną traktowano by mnie zdecydowanie inaczej, niż gdy jestem kobietą.

8) Religie naturalistyczne (konfucjanizm, buddyzm, taoizm, stoicyzm, dżinizm, cynizm, epikureizm) charakteryzowała obojętność wobec bogów; prawo naturalne przyjmowało istnienie bogów, którzy nie byli władni zmieniać praw natury, a tylko im podlegali.
I to kolejna rzecz, którą teoretycznie wiedziałam, a usłyszenie jej - oraz zestawienie z ideami religii chrześcijańskiej - daje odmienne spojrzenie na porządek świata.

9) W miarę jak nauka zaczęła rozwiązywać kolejne nierozwiązywalne problemy, wielu doszło do przekonania, że ludzkość jest w stanie pokonać każdy problem, zdobywając nową wiedzę i czyniąc z niej użytek. Ubóstwo, choroby, wojny, głód, starość i śmierć nie są nieuniknionym losem ludzkości. Są tylko owocami naszej niewiedzy.
Ciekawa teoria pokazująca kierunek rozwoju ludzkości. Mamy się uczyć, dowiadywać, poszerzać wiedzę, by umieć wyeliminować wszystkie problemy wymienione powyżej. Cóż jednak z tego, że będziemy znali rozwiązania, jeśli nasz indywidualizm i skłonność do tego, by zadbać w pierwszej kolejności o siebie, a dopiero, dużo, dużo później o nieznanych nam ludzi doświadczających problemów nam nieznanych, zwycięży? Jeśli idealizm okaże się słabszy niż egocentryzm?

10) Badania naukowe mogą kwitnąć tylko w sojuszu z jakąś religią bądź ideologią. Ideologia uzasadnia koszty badań, a w zamian rzutuje na kierunek prac badawczych i decyduje o zastosowaniu dokonanych w ich toku odkryć.
I to chyba kompletnie pogrążyło moje pełne nadziei postrzeganie ludzi. Wcześniej Harari przywołał przykład z finansowaniem badań: nad wydajnością mleczną krów i nad emocjami jakie odczuwają, gdy zabierzemy im dzieci. Pieniądze dostanie ten, kogo wpiera lobby producentów mleka, a nie ten, który chce dowieść, że krowa jest emocjonalnie zwierzęciem podobnym nam. Konsekwencją takiego podejścia do finansowania badań lub w ogóle ich podjęcia, jest powstanie pewnego koła zysków i opinii wzajemnie się napędzających. Nie badamy czegoś, co być może okazało by się odkrywcze i zrewolucjonizowało nasze podejście do istoty funkcjonowania na świecie, bo nie ma to uzasadnienia finansowego.

Podchodzę do tej książki bardzo krytycznie. Dostrzegam argumentację autora i to, że jeśli opowiada się tak przekonująco o rzeczach, o których większość z czytelników nie ma żadnego pojęcia, ma się szansę na całe grono ludzi, którzy przytakną bez refleksji nad tym, czy ich utożsamienie się z poglądami Harariego, jest zgodne z ich wartościami.

14.10.19

Marta Kisiel. Małe Licho i anioł z kamienia.

Marta Kisiel. Małe Licho i anioł z kamienia.

Bożydar Antoni Jekiełłek mający lat dziesięć, dawno już przeszedł proces inicjacyjny związany z opuszczeniem domowego zacisza, pełnego przedziwnych i mało typowych mieszkańców, by dołączyć do uczniów szkoły. Tak, to ma już za sobą, wszelkie sporne na tym etapie kwestie przemyślane, omówione, rozważone, więc pora, by pozwolić mu doświadczyć kolejnych, nowych rzeczy.

W wyniku rodzinnej narady spowodowanej szalejącą w domu ospą (dopadła Licho, Konrada i Krakersa) Bożek wraz z Tsadkielem i Guciem zostaje wysłany na ferie zimowe do cioci Ody*. W głębi lasu na polanie, wraz z ciocią mieszka trójłapa Kuleczka oraz czort Bazyl, stworzenie życzliwe, opiekuńcze i zarazem pocieszne. W tej jakże rodzinnej, ciepłej i miłej atmosferze anioł wyczuwa coś niepokojącego i jest mu coraz gorzej. Zupełnie inaczej niż chłopcu, który w towarzystwie Gucia i Bazyla odkrywa mnóstwo atrakcji w miejscu, gdzie niegdyś stała Lichotka. Gdy między Bożkiem i Tsadkielem następuje zgrzyt i anioł wychodzi z domu, by nie wrócić, wiele się zmienia.

Małe Licho i anioł z kamienia to opowieść o dojrzewaniu do empatii, o budzeniu się odpowiedzialności za słowa i czyny, a co za tym idzie za drugą osobę. To historia chłopca, który chce naprawić to, co zepsuł zamykając swoje serce na uczucia inne niż urażona duma i złość. To opowieść o tym, że każdy z nas chce być kochany i czasami w tej potrzebie miłości zatraca się o wiele za bardzo. To wreszcie powieść, która podkreśla rolę rodziny w kształtowaniu osobowości każdego z nas – tę szalenie istotną przestrzeń, w której wszyscy powinni czuć się akceptowani takimi jakimi są, takimi jakimi chcą być i być próbują.

Nieustająco polecam.

*Ci z Was, który mają za sobą lekturę Szaławiły i Oczu urocznych, znają tę postać, ci, których ta przyjemność ominęła zachęcam, aby spokojnie czytali Małe Licho i anioła z kamienia, i dodatkowo, czym prędzej, uzupełnili lekturę o brakujące tomy.

P.S. Drodzy Nauczyciele! Dawno już straciłam kontakt z programami nauczania i wymogami list lekturowych. Wiem jednak, że obydwie książki Marty Kisiel, których bohaterem jest Bożydar, mogą być dla Was inspiracją do pracy z dziećmi i młodzieżą. Sięgnijcie po nie, poczytajcie i poczujcie je w sobie, a potem opowiedzcie swój zachwyt dzieciakom. Zadziała :)

8.10.19

Ałbena Grabowska. Matki i córki.

Ałbena Grabowska. Matki i córki.

Maria, Sabina, Magdalena, Paulina. Cztery kobiety żyjące w jednym domu. Cztery, które łączyła przemilczana historia rodzinna i pewien chłód, którego przyczyn próbowała dociec najmłodsza z nich.

Akcja powieści zaczyna się gdy Paulina (Lila jak lubi być określana) ma 14 lat i - jak to bywa w okresie nastoletnim - chce zbudować swoją tożsamość sięgając do przeszłości, chce się utworzyć opierając na ramionach przodków. Ale jej rodzina jest inna - owszem przodkinie są, lecz nie mówią o tym, co stało się z męskimi przodkami i unikają opowiadania własnych historii.

A później opowieść przeplata się w czasie. Do głosu dochodzą kolejno bohaterki i każda z nich, fragmentarycznie, rozdział za rozdziałem opowiada o swoich życiu. To, że opowieści te się przeplatają pozwalają dostrzec różnice, ale i podobieństwa w doświadczeniach kobiet tej rodziny. 

Sama nie powiedziała prawdy o sobie. (...) Dla córki i wnuczki miałyśmy szmatławe historyjki i Syberii i obozie. Nie było w nich słowa prawdy. Bez jednego prawdziwego słowa. [s.45]

Rodzina, której więzi kształtują się na kłamstwie lub przemilczeniach, okazuje się być na tyle toksyczna dla Lili, że ta mimo skończonych studiów psychologicznych, już będąc osobą dorosłą, zmaga się z ową niewiedzą i pustką. Staje wobec wyzwania mogącego odmienić ową pokoleniową sztafetę niedomówień. Czy z niej skorzysta?

Matki i córki Ałbeny Grabowskiej to nie jest łatwa książka. Opisy życia na syberyjskim zesłaniu, w obozie w Ravensbruck, budzą niepokój, losy Magdaleny mrożą, a najmłodsza z kobiet, poszukująca wciąż siebie, żyjąca bardzo refleksyjnie dzieli się przemyśleniami, które  - gdyby spróbować przyłożyć je do własnego, szczęśliwego wszak życia, mogą skłonić do refleksji.

Tym jednak, co chyba najbardziej zaintrygowało mnie w tej książce, to pytanie o to, czy by aby stworzyć więzy emocjonalne trzeba być z kimś połączonym krwią. Czy, aby kochać jak matka, trzeba być matką.

Gorąco polecam.

5.10.19

Zwierzyniec

Zwierzyniec

Kajtek zupełnie nie przypomina owego nieśmiałego kocurka, który uciekał na dźwięk stukania do drzwi, zaszywał się daleko pod łóżkiem niepewny, czy wołanie oznacza coś dobrego, czy wręcz przeciwnie. Największą miłością darzy Miyę, wraz z nią grandzi na potęgę i obydwoje próbują zwojować świat. I tylko w nocy, gdy zatęskni za czułością, przychodzi, zderza swoje czoło z ludzkim i prosi - głaszcz.

 

Sisi, której z początkiem sierpnia minęło 13 lat życia, żyje po cichu i spokojnie. Dni upływają jej na spaniu, kontemplowaniu zaokiennej rzeczywistości, łapaniu jesiennych promieni słońca. Bywa, że zjada coś ze smakiem, choć apetyt ma raczej skromy. Uwielbia mościć się na poduszce i  - zaraz po wylizaniu nosa zaspanego człowieka - wtulić się w ludzką dłoń i zasnąć mrucząc sennie. Dwójka najmłodszych próbuje zdetronizować ją i zabrać rolę Królowej Stada, ale staję za każdym razem po jej stronie i nie pozwalam młodzieży na dręczenie seniorki.


Amber, w nocy z poniedziałku na wtorek, miała pierwszy (u nas, bo nie wiemy co wcześniej) atak epilepsji. Teraz bierze leki, ale wciąż ma zaburzenia w poruszaniu się i funkcjonowaniu codziennym. Jej choroba przysłoniła wszystko inne co działo się w tym tygodniu. Po atakach i lekach wzrosło jej łaknienie, w porach posiłku osiąga najwyższy stopień pobudzenia i to jest ten czas kiedy najmocniej się o nią martwię. Zmieniła się, stała się na powrót lękliwa, niepewna, wciąż jest z lekka oszołomiona.


Ronda pokochała dwa miejsca do spania. Jednym jest koszyk, w którym pozuje, drugim - koszyczek na mojej szafce nocnej, pełen zakładek, pocztówek, ołówków. Mości się tam, blisko kaloryfera i tam zasypia co wieczór. W nocy nieco wędruje, ale gdy zapragnie głaskania staje za mną i delikatnie drapie mnie po plecach. Odwracam się i głaszczę, bo cóż robić;) Je głównie suche, robiąc wyjątki tylko dla tych karm, które zanurzone są w sosie śmietanowym.


Nusia, która od blisko roku, zmaga się z niewyjaśnioną i niewyjaśnialną zmianą na języku, ostatnio czuje się lepiej. Owszem, wymaga pomocy w zadbaniu o własną czystość, ma kłopoty z myciem się, płaczą jej oczy (szczególnie teraz, gdy zrobiło się chłodniej), ale apetyt ma jak wyjątkowo zdrowy kot i aż trzeba pilnować, by nie jadła zbyt wiele. Jako kotka w słusznym wieku (11,5 roku) ceni sobie ciepło i czułość człowieka, z ochotą chowa się pod kocykiem, a gdy tylko pojawiam się w łóżku - opiera się o mnie i mruczy miłośnie.


Myia, to najpiękniejszy zbój świata. To trochę taki dzieciak, który łobuzuje, ale ma w sobie tyle uroku, że każdą przewinę jesteście w stanie mu wybaczyć, gdy tylko spojrzy na Was czule i niewinnie. Zdarza jej się zasnąć w łóżku, choć ostatnio odnalazła ukryty między książkami koszyk na kota i tam smacznie zasypia. To kotka, która dyskutuje, rozmawia i - bywa - wchodzi w polemikę. Poranki spędzamy razem w łazience, co kończy się tym, że myję zęby nad wanną, bo w umywalce leży kot. Pierwsza przybiega do kuchni, żeby sprawdzić, czy włożę coś do misek, a gdy okazuje się, że nie - bez wahania wskakuje do zlewu i czeka na odkręcenie kranu. Kotka idąca przez życie z głową wysoko podniesioną i bez kompleksów.

P.S. A tu historie o zwierzętach towarzyszących moim współpracownikom - zajrzyjcie:)

27.9.19

Dla dzieciaków (32)

Dla dzieciaków (32)
Ałła Gutniczenko, Julia Kołomojec,  Niezwyczajne zawody

Bardzo pomysłowa książka. Autorki opisują słowami i ilustracją nietypowe zajęcia, które ludzie wykonują zawodowo. Nietypowe, ale jakież fascynujące!

Paleontolog, dmuchaczka szkła, tłumacz języka migowego, pszczelarz i kiper. A to jeszcze nie wszyscy członkowie rodziny Andrzeja, którzy parają się fascynującymi rzeczami wykonując swoją pracę. 

Każda z postaci wyposażona jest - oprócz wyjaśnienia na czym jej zajęcie polega - w barwne plansze nawiązujące tematycznie do obszaru jej działalności oraz przedstawiające narzędzia, sprzęty czy cechy niezbędne do wykonywania tej profesji jaką reprezentuje.

Niezwyczajne zawody skłoniły mnie do refleksji nad współczesnym rynkiem pracy, czy szczegółowiej ujmując - zawodów. Bo kto z Was umiałby przedstawić to co robi w taki sposób? Kto pracuje tworząc rzeczywiste przedmioty? Czyja praca da się fizycznie określić?

A tak na marginesie: cieszę się, że polskie wydawnictwa zaczynają sięgać zza wschodnią granicę i publikować książki tam powstające.

*   *   *

Frida Nilsson, Piraci Oceanu Lodowego 


W poprzedniej, 31, odsłonie polecanych książek dla dzieci, pisałam o powieści inicjacyjnej, której bohaterką jest dziewczyna. Podobnie jest i tu - towarzyszymy Siri w podróży przez Lodowy Ocean, podróży, której celem jest niesienie ratunku młodszej siostrze dziewczynki.

Wśród opowieści budzących grozę mieszkańców wysp Lodowego Oceanu jest ta o Kapitanie Biała Głowa, każącym swoim podwładnym porywać dzieci i zmuszać je do pracy w kopalni. Owa praca najczęściej kończy się wycieńczeniem i śmiercią. Gdy pewnego dnia piraci porywają także siedmioletnią Miki, jej starsza siostra wymyka się z domu i budząc kpiny dorosłych wyrusza zawalczyć o życie dziecka.

Frida Nilsson w doskonały sposób pokazuje odwagę dziecka skonfrontowaną ze strachem dorosłych. Strachem wynikającym z narastających z biegiem czasu mitów otaczających Białą Głowę. Dorośli chowają się za nimi, ukrywają się za własną wygodą i tylko nastolatka może dokonać tego, przed czym ich powstrzymają obawy i lenistwo. W powieści autorka krytykuje też bardzo mocno konsumpcjonizm; zderza poglądy Siri z poglądami dorosłych na to, co i dlaczego chcemy mieć i z owego zderzenia to nie dorośli wychodzą zwycięsko.

Piraci Oceanu Lodowego to bardzo dobitna, mocna lektura. Jeśli chcecie podsunąć ją dzieciom, poczytajcie razem z nimi. Bo warto, na wielu płaszczyznach warto zapoznać je z powieścią Fridy Nilsson.

*   *   * 

Stephanie Kate Strohm, Apetyt na miłość


Powieść nastolatkowa. Co więcej - o młodych ludziach, którzy tak bardzo lubią gotować, że aplikują do paryskiej szkoły Denisa Laurenta, by pod okiem mistrza szlifować swoje umiejętności. Akcja powieści rozgrywa się właśnie tam - w miejscu, gdzie przyszli szefowie kuchni uczą się przyrządzać omlet, kroić prawidłowo marchew, piec ciasta, itp.

Rosie i Henry spotykają się już w samolocie, a ich znajomość - w otoczeniu innych gotujących nastolatków i pełnego restauracji, knajpek, piekarni, Paryża - to rozkwita, to przygasa, jak to bywa z pierwszą miłością. Przyjemnie się czyta o nich, może nawet nie do końca ową przyjemność daje uczucie jakie między nimi wzrasta, ale klimat powieści i rozmiłowanie bohaterów (bo nie tylko tej dwójki) w przyrządzaniu jedzenia i jedzeniu.

Dla mnie wartością dodaną tej książki jest pewien cytat, który zamieściłam na monitorze swojego komputera: Chybiasz celu w stu procentach, jeśli nie zaryzykujesz. Idealny, prawda?

25.9.19

(Nie)miłość, (Nie)piękność, (Nie)młodość Nataszy Sochy

(Nie)miłość, (Nie)piękność, (Nie)młodość Nataszy Sochy
Z książki na książkę było lepiej. Z książki na książkę mocniej wybrzmiewał głos autorki, do głosu dochodziły jej przekonania, tekst stawał na wprost konwenansom, obnażał stereotypy, wdrukowane - częstokroć mocno przekłamane - osądy i przekonania. 


(Nie)miłość to historia małżeństwa, które małżeństwem czuje się już jedynie na papierze. Obydwoje czekają, aż to drugie zrobi pierwszy krok i złoży pozew o rozwód. Ona jest znużona i trochę rozgoryczona, on ma kochankę. Gdy pewnego dnia Cecylia uczestniczy w wypadku i traci władzę w nogach, staje się oczywiste, że zająć się nią powinien Wiktor, wciąż przecież mąż. Dla obydwojga z nich to trudne doświadczenie. Ona nieco wbrew sobie przyjmuje jego troskę, by później odnajdować w niej przyjemność, on - niejako wychodząc z poczucia obowiązku - zaczyna powoli zmieniać swoje myślenie o żonie, szuka w niej kobiety, w której się zakochał.

 W (Nie)miłości Natasza Socha pokazuje jak łatwo zacząć się mijać w życiu z osobą, na widok której niegdyś serce biło nam szybciej, głos wiązł w gardle, a jej dotyk powodował przyjemne ciarki na ciele. Jak banalnie prosto jest wpaść w koleiny codzienności i przestać dostrzegać dobre rzeczy w ukochanym człowieku, zaczynając zauważać tylko te irytujące.


(Nie)piękność to ponownie - a przynajmniej na początku - dwie osoby. Sąsiadki różniące się sobą wiekiem, wyglądem, podejściem do siebie, ludzi, najogólniej mówiąc - życia. Nasturcja, przekonana o własnej brzydocie, ubiera się byle jak, pracuje jako ghost writer i broni się przed jakimikolwiek kontaktami społecznymi. Podgląda jednak sąsiadkę z kamienicy - zjawiskowo piękną Paulinę, której - zdaniem Nasturcji - życie powinno był miłe, satysfakcjonujące, szczęśliwe. Gdy zauważa przez okno płaczącą kobietę zdumiewa się tak bardzo, że postępuje wbrew swoim zwyczajom - zaczepia ją i pyta o przyczynę. I tak oto dostajemy fascynujący duet literacki: kobiety, których życie toczy się tak bardzo odmiennie, że niemalże nie ma szans na to, by kiedyś ich poglądy, doświadczenia miały szansę się przeniknąć, nawiązują relację pozwalającą im na dostrzeżenie tego, czego dotychczas nie zauważały, na błyszczyk na ustach i wygodne dresy, na obalenie przekonań tkwiących w ich świadomości od zawsze. 

Lektura (Nie)piękności wzbogaca. Nie tylko o informacje dotyczące badań na temat piękna i brzydoty. Wzbogaca o zdrowy rozsądek. A tego nigdy nikomu nie za wiele, prawda?


I wreszcie (Nie)młodość. Powieść, która każe się nam zmierzyć ze stereotypami w stopniu największym z wszystkich trzech tu wymienionych. Powieść, którą trzeba przeczytać, szczególnie jeśli ma się więcej niż 20 lat. 

Klarysa dostrzega, że coraz gorzej radzi sobie z samodzielnym życiem. Ukochany wnuk wyjeżdża na granicę, a babcia zmuszona jest przenieść się do domu opieki. Prywatnego, na wysokim poziomie, ale jednam wypełnionego starcami, o których Klarysa nie ma najlepszej opinii. W swoich obserwacjach bywa szalenie celna, mocno złośliwa i zatrważająco despotyczna. Partnerką do rozmów, a jednocześnie osobą, która wiele się od starszej kobiety uczy, jest trzydziestoletnia Marta, podobnie jak Klarysa nie lubiąca starych ludzi. Tylko, że ona wciąż jest, w porównaniu z wiekiem pensjonariuszy domu w jakim podejmuje dość niechętnie pracę, młoda. Rozmowy między Klarysą i Martą, między starszymi paniami bardzo dobitnie pokazują to, o czym zdajemy się zapominać. O tym, że gdy mija 60, 70 czy 80 lat czyjegoś życia, to ten ktoś nagle nie blaknie, nie przestaje mieć swoich ulubionych zajęć, potraw, seriali, zakątków świata, czynności. Ten ktoś nie traci głosu, zainteresowania światem, przyjemności w dbaniu o siebie, w spędzaniu wolnego czasu tak jak lubi. Starszy człowiek to też człowiek. 

Uderzające jest w tej książce wiele słów, mnie jednak chyba najbardziej dotknęła wymiana zdań między Klarysą a jedną z jej koleżanek o tym, że gdy się choruje, to ważne jest ile się ma lat - dziecku zawsze wybaczy się bycie rozdrażnionym, roszczeniowym, marudnym, starszej osobie - nie.

Przeczytajcie (Nie)młodość i przez jej pryzmat popatrzcie na starsze osoby wokół Was. I popatrzcie na siebie.

Bardzo lubię sposób w jaki Natasza Socha pisze. Pokuszę się o stwierdzenie, że (Nie)miłość, (Nie)piękność, (Nie)starość są swoistym manifestem autorki i jednocześnie lustrem jakie podtyka nam pod nos wołając sprawdzam. Sprawdźcie i Wy jakimi zobaczycie siebie po lekturze trylogii.

18.9.19

Miłosz Borycki, Arkadiusz Gruszczyński. Miuosh. Wszystkie ulice bogów.

Miłosz Borycki, Arkadiusz Gruszczyński. Miuosh. Wszystkie ulice bogów.


Zazdroszczę Miłoszowi Boryckiemu. Czego? O tym za chwilę...

Książka Miuosh. Wszystkie ulice bogów to doskonałe połączenie felietonów Miuosha, tekstów jego piosenek oraz wywiadów jakie z nimi przeprowadził Arkadiusz Gruszczyński. Tematyka dotyka bardzo mocno tradycji, współczesności, tożsamości muzycznej, pokoleniowej, regionalnej, dojrzewania i dojrzałości. Artysta opowiada o swoim życiu prywatnym, wartościach jakimi się w nim i w życiu zawodowym kieruje, opowiada o swoich autorytetach, o tym kogo i co kocha i z czym jest mu nie po drodze. Czytałam i widziałam realistycznie, trzeźwo patrzącego mężczyznę. Patrzącego z dystansem, ale i miłością na swój kawałek świata i swoich ludzi.

Z treścią idealnie współgra strona graficzna książki. Na czarnych stronach umieszczone są teksty utworów muzycznych Miuosha, a wywiady i felietony przedzielają czarno-białe zdjęcia industrialnego krajobrazu Śląska i artysty.

A czego zazdroszczę? Miłoszu, zazdroszczę Ci tak silnego osadzenia w przestrzeni i kulturze Śląska, świadomości tego, gdzie jest Twój świat i zakorzenienia w nim. Zazdroszczę, że masz miejsce i ludzi o których mówisz - moje i moi.

Ja wciąż czuję się zewsząd i znikąd.

Dziękuję za książkę. Stanie obok Piątej strony świata Kazimierza Kutza.

Posłuchajcie:

16.9.19

Zofia Zaniewska-Wojtków, Piotr Wojtków. Słuchając psa.

Zofia Zaniewska-Wojtków, Piotr Wojtków. Słuchając psa.

Książka dwojga behawiorystów pracujących z psami stanowi coś na kształt przedszkola dla ludzi. Tak, dla ludzi - pozwala bowiem poznać podstawowy kod komunikacyjny, dzięki któremu nasze rozumienie psich zachowań stanie się łatwiejsze, a życie psa z nami - przyjemniejsze.

Podoba mi się to, że w bardzo łatwy do zrozumienia sposób autorzy tłumaczą to, że pies - podobnie jak człowiek - może być w pewnym nastroju i być pod wpływem emocji. Podoba część o komendach - tym bardziej, że państwo Wojtków podkreślają iż są to takie porady, z których każdy właściciel psa może czerpać na ile potrzebuje i na ile będzie to jemu i jego psu przydatne. Cenię sobie opis problemów behawioralnych, burzenie mitów, o których usłyszeć można na spacerach w parkach. Ważną częścią jest ostatnia - opowiadająca o psach ze schroniska; nie jest tam słodko, ale nie ma też grozy - autorzy, współpracujący ze schroniskiem w Korabiewicach - pokazują z jakimi problemami można się zetknąć (można, ale nie trzeba, wiadomo) adoptując zwierzę ze schroniska.

Jeśli ktoś z Waszych znajomych planuje zakup czy adopcję psa, to poradnik Słuchając psa, będzie idealnym prezentem. Jeśli w dodatku ma to być szczeniak - jeszcze lepszym, bo pozwoli uporządkować relacje na linii człowiek - pies (oczywiście, przy systematycznej, konsekwentnej pracy  wychowawczej człowieka) już od pierwszych chwil pobytu zwierzaka w domu. Dwadzieścia stron poświęconych przyjmowaniu do rodziny puchatych psich szczęść z pewnością podpowie co warto robić i co wziąć pod uwagę.

Dla mnie, osoby, która niecałe 2 miesiące temu adoptowała dorosłego psa ze schroniska, jest w tej książce sporo informacji do wykorzystania i do przemyślenia. Ot, choćby tak że zabieranie psa na psi wybieg, aby pobawił się z innymi psami, powinno być uzależnione od charakteru i osobowości naszego czterołapego towarzysza. Po lekturze wiem, że dla Amber jest jeszcze (albo i wcale) za wcześnie na takie wizyty.

Polecam.

12.9.19

Aleksandra Klonowska-Szałek. Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury.

Aleksandra Klonowska-Szałek. Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury.


Bardzo możliwe, że powinnam napisać Wam o tej książce wiosną, gdy się ukazała. Ale stało się tak, że zabrałam się a nią dopiero na urlopie, pośród mazurskich jezior, lasów i pól i uświadomiłam sobie, że próg jesieni będzie doskonałym momentem na to, by podsunąć Wam pomysły na spędzenie zimy lub kolejnego lata w województwie warmińsko-mazurskim.

Książkę podzielono na części. Jest mowa o tym gdzie spać, co i gdzie jeść oraz jak spędzić czas wolny, jeśli nie chcemy tylko leżeć i patrzeć w niebo lub w jezioro.

Krótkie opisy wszelkich miejsc i atrakcji pozwalają zmieścić ich w książce naprawdę wiele. Są miejsca prowadzone przez mieszkańców wsi, którzy postanowili stworzyć dom wart tego, by w nim zamieszkać turystycznie, a jednak więcej jest osób, które w ucieczce z dużego miasta odnalazły spokój i pomysł na życie właśnie przy dróżkach i na bezdrożach Warmii i Mazur. Każde z opisanych miejsce okraszone jest zdjęciami, a w opisie znajdziecie adres, a także wszelkie linki wiodące do  prezentacji wybranego miejsca w Internecie.

Z jednej strony podziwiam determinację, świetne pomysły i niezwykłe wykorzystanie miejsc. Z drugiej - świadoma tego jak funkcjonują polskie wsie - współczuję tym, którzy chcą tam być "swoimi" i długo takimi nie zostaną. Jest jeszcze jedna strona - czy ludzie, którzy odnowili siedliska, otworzyli restauracje na barkach, uczynili z budynku starej szkoły pensjonat i galerię, są zainteresowani tym, by być częścią społeczności lokalnej, czy jedynie nastawieni są na gości z zewnątrz, sąsiadów zza płotu traktując z lekka lekceważąco?

Podejrzewam, ze trudno o jednoznaczną ocenę i zapewne jest tak, że każdy z przypadków rządzi się własnymi prawami. Ale gdy czytam o podgiżyckiej barce na którą mięso jest sprowadzane z Nowej Zelandii, bo tam jest najlepsze, czy o czerpaniu z przepisów francuskiej kuchni serwowanej w warmińskiej chacie, to nie do końca wiem, czy to o to chodzi. Do mnie nie przemawiałaby wspólna z gospodarzami i innymi gośćmi przestrzeń salonu, czy jadalni, która zachęca do integracji.

Jeśli chcecie podejrzeć o jakiego typu pensjonatach, domach czy restauracjach jest mowa w książce zerknijcie na stronę slowhop.com, bo jest ona ściśle powiązana z ideą przyświecającą książce.

Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury może Wam podpowiedzieć gdzie warto spędzić weekend, czy urlop. Jestem przekonana, że z wielu opisanych tam miejsc można wybrać coś dla siebie. Ot, choćby Dworek Króla Stawnisława położony w miejscowości Stawki. Poszukajcie;)

6.9.19

Jane Harper. Susza.

Jane Harper. Susza.

Dawno nie czytałam tak wciągającego kryminału. Co prawda, dawno w ogóle nie czytałam kryminałów, bo nastał takie czas, że stało mi się ich za dużo, ale debiutancką powieść Jane Harper przeczytałam z zaciekawieniem.

Południowo-wschodnia Australia. Społeczność rolników podlicza gorączkowo straty - susza dziesiątkuje ich stada, wypala ziemię i ma wpływ na psychiczną kondycję mieszkańców Kiewarry. Gdy młody farmer zabija swoją żonę i kilkuletniego syna, a na końcu siebie, większość myśli, że kolejnej osoba nie wytrzymała presji i zamiast ogłosić bankructwo rozstała się z życiem.

Jednak rodzice Luke'a i szalenie dociekliwy młody policjant nie wierzą w tę wersję. Aaron Falk, przyjaciel zmarłego z lat młodzieńczych, przyjeżdża na pogrzeb - i na prośbę Gerry'ego Hadlera zostaje by wyjaśnić śmierć jego syna i jego najbliższych.

Mamy w tej powieści współczesne zdarzenia, mamy także przeszłość, która wciąż o sobie przypomina rzucając cień na obecność Falka w miasteczku. Jest też bardzo wyraźnie podkreślona Natura - groźna, władcza, o której ludzie zdają się zapominać, a której lekceważenie prowadzić może do śmierci. I to nie tylko tej z wycelowanej strzelby.

Susza pokazuje nam ludzkie słabości, brak zaufania i jego wpływ na wybory człowieka. Pokazuje jak wielka jest potrzeba akceptacji społecznej i jak niszczące może okazać się oskarżenie, które wyklucza.

Przede mną Siła natury, druga część serii o Aaronie Falku. Już nie mogę się doczekać.

5.9.19

Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska. Galopem po szczęście.

Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska. Galopem po szczęście.

Autorki, których Ogród Zuzanny spotkał się z przychylnością czytelników, odeszły od świata kwiatów i ich znaczeń, przeniosły fabułę powieści na Podlasie, a główną bohaterkę uczyniły uciekinierką z Warszawy, która po latach zachłystywania się stolicą i własną zamożnością, wraca okryta niesławą, z córką i kotem, do rodzicielskiego domu.

Barbara podejmuje pracę w stadninie, którą zarządza jej ojciec, jej Mama cieszy się, że ma przy sobie wnuczkę i córkę, a ona sama próbując zachować w tajemnicy powód swego wyjazdu z dotychczasowego miejsca życia i zaczyna interesować się mężczyzną mrocznym, z przeszłością, który - co dla bohaterki bardzo ważne - świetnie radzi sobie trenując konie w sposób naturalny.

Jednak nie romans Baśki, nawet nie konie są w tej powieści dla mnie wiodącym tematem. Zdecydowanie istotniejsze są relacje między siostrami - młodszą Anią, która została przy rodzicach, poświęcając swoje marzenia dla tego jaką oni mieli wizję życia córki, a starszą od niej Barbarą. Kobiety, już wszak dorosłe, nie umieją znaleźć wspólnego języka, mijają się w zapiekłych żalach i z trudem przychodzi im zrozumienie tego, co czuja ta druga.

Powieść nie uciekła przed pewną schematycznością, ale wątek siostrzany bardzo udany. Ciekawie też pokazane zostały procesy samouświadamiania, którym nagle poddała się Baśka. Przekonajcie się ;)

4.9.19

Tara Button Masz wszystko, czego potrzebujesz.

Tara Button Masz wszystko, czego potrzebujesz.

Czytałam tę książkę z dala od własnego mieszkania i w myślach filtrowałam jego zawartość pod kątem tego, o czym pisze Tara Button. Czytałam i przekonywałam się jakie błędy popełniam kupując i jakich udaje mi się uniknąć. Jednak to nie jest książka tylko o kupowaniu. To książka o tym jak zostajemy zmanipulowani i jak możemy sobie z tym radzić, o tym jak świadomie planować swoje życie i otoczenie.

Czy wiedzieliście, że do 1924 roku producentom żarówek zależało, aby były one jak najdłużej niezawodne? I dopiero w tamtym czasie uświadomiono sobie, że długo świecąca żarówka to mniejszy zysk dla producenta, więc - nie muszą one funkcjonować aż tak długo? Znacie pojęcia planowanego i psychologicznego postarzania? To drugie doskonale oddaje wypowiedź projektanta General Motors, Harleya Earla, który w 1955 roku powiedział: „Naszym zadaniem jest przyspieszyć postarzanie. W 1934 roku przeciętny użytkownik samochodu wymieniał auto co pięć lat; obecnie robi to co dwa. Kiedy skrócimy ten okres do roku, uzyskamy idealny wynik” [ss. 57-58]. Jak widać - nie są to procesy nowe...

Autorka przygląda się kulisom działań marketingowych i reklamowych, pokazuje jak  - prostymi sposobami, aczkolwiek nie zawsze łatwymi - radzić sobie z natarczywością konsumpcjonizmu. Namawia do tego, by nauczyć się określać swoje cele i zestawiać je z zakupami jakich dokonujemy, by być dla siebie przyjacielem, odkryć własną kolorystykę, domową estetykę i modową tożsamość, by zastanowić się nad tym jakie role odgrywamy w życiu i stworzyć dla każdej z nich odpowiednia garderobę, a na posiadane rzeczy spojrzeć przez pryzmat tego, czy chcielibyśmy z nich korzystać gdybyśmy byli jedynymi osobami na świecie.

Oprócz sensownej, popartej wieloma przykładami, części edukacyjnej, Tara Button daje nam narzędzia do tego, by zmienić swoje patrzenie na rzeczy nas otaczające i priorytety życiowe, w sposób taki, aby były one zgodne z tym, czego tak naprawdę potrzebujemy.

Polecam.

3.9.19

Agatha Christie. Karaibska tajemnica.

Agatha Christie. Karaibska tajemnica.

Od kilku lat, co roku, obiecuję sobie, że teraz to już z pewnością we wrześniu przeczytam coś Agathy Christie, bo skoro jest wyzwanie, to wezmę w nim udział. I później budzę się ostatniego dnia września z myślą o tym, że znów się nie sięgnęłam po żadną książkę Królowej Kryminału. 

Tym razem zdobyłam się na sposób i do czytania wzięłam się już w pierwszym dniu wyzwania. I oto Karaibska tajemnica.

Panna Marple, dzięki wsparciu siostrzeńca, odpoczywa na jednej z karaibskich wysp. Wśród gości mieszkających w tym samym hotelu - prowadzonym przez bardzo zaangażowane i oddane temu małżeństwo - są dwie pary przyrodników, starszy, obłędnie bogaty i takiż nieuprzejmy pan z towarzyszącymi mu sekretarką i masażystą, pastor z siostrą, kilka innych osób oraz major Palgrave. Ten ostatni snuje opowieści z wojennych wypraw do Afryki, z wielu wydarzeń ze swojego , wcześniejszego życia, podczas gdy większość gości, w tym także główna bohaterka, udając, ze go słuchają, snują rozmyślania na sobie wiadomy temat. I gdy już zaczyna się robić ciekawie, a major opowiada o morderstwie i sięga po portfel, by pokazać Jane Marlpe zdjęcie mordercy, ktoś się pojawia, wojskowy zmienia temat, a ciekawość rozmówczynie majora ma nie zostać zaspokojona, gdyż te w nocy umiera. Na nadciśnienie jak się wszystkim wydaje. Tu zaczyna się literacko-kryminalna przygoda...

Karaibska tajemnica powstała w 1964 roku. Wśród tematów, o których myślała Jane Marple, znalazł się temat ofensywy seksualnej przenikającej do literatury i świata kultury z natarczywością, zachłannością i przyjmowany - ku wielkiemu zdumieniu głównej bohaterki - jako coś co trzeba promować. Ciekawe, co pomyślałaby o czasach nam współczesnych.

Nie umiałabym wybrać czy bliżej mi sercem do Jane Marple czy Herculesa Poirot. Wiem jednak, że najbliżej mi po prostu do twórczości Agathy Christie. Mimo takich opinii z Lubimy Czytać:
Nie uważam, by Agata Christie była nadzwyczajną pisarką, ale na pewno jest osobą, która dobrze wykonuje swoją pracę.

2.9.19

Jak czytam?

Jak czytam?

Ostatnio sporo myślałam o tym jak bardzo zmieniło się moje czytanie. Zmieniła się również odpowiedź jakiej udzielić mogę niemalże automatycznie na pytanie postawione w tytule wpisu. Kiedyś odpowiedziałabym szybko. A dziś?

Dziś czytam rozmaicie. 

Może mniej niż jeszcze kilka lat temu czytam książek dla dzieci, choć przecież staram się być na bieżąco, by wiedzieć co warto polecić, co nowego kupić do biblioteki i jakiego autora zaprosić. Wśród znajomych mam takich z malutkimi dziećmi, dziećmi rozpoczynającymi przygodę z nauką czytania lub młodszymi nastolatkami, więc i tu staram się sprostać ich oczekiwaniom wobec mojej orientacji w tematyce.


Czytam wolniej, szybciej się rozpraszam i na przeczytanie jednej książki potrzebuję więcej czasu niż kiedyś. Dawno już nie zarwałam nocy, by czytać do rana - przychodzi taki czas, że nic nie powstrzyma moich oczu przed zamknięciem się, a mnie przed odpłynięciem w marzenia senne. O wiele częściej zdarza mi się wstać przed świtem, usiąść z kawą i książka na balkonie i dać się tak zastać wstającemu słońcu.


Czytam i słucham książek. Słucham audiobooków dzięki abonamentowi, który zdecydowałam się wybrać dla Mamy. Sama też sięgam po książki na płytach wypożyczane z bibliotecznych zbiorów. Czytam w papierze, w e-papierze, na czytniku i wreszcie w programie abonamentowym, na którego wykupienie dla czytelników zdecydowała się moja biblioteka. Ten ostatni, choć daje mi dostęp do wielu książek, działa na mnie nieco zniechęcająco - tak siedzieć i wgapiać się w telefon? A później tłumaczę sobie, że przecież mogę wyłączyć Internet, żeby mnie nic nie rozpraszało, żeby ograniczyć do minimum to wszystko co plumka, wyskakuje i odwraca uwagę od czytanej książki.


Postanowiłam, by nieco przełamać swoje własne uprzedzenia, urządzić sobie wrzesień miesiącem e-czytania. Już dziś wiem, że nie ograniczę się tylko do wersji elektronicznych: czekają na mnie te cztery książki, które chcę przeczytać. Ale w czytniku czeka nowa powieść Martyny Bundy, zaległe - sierpniowe numery Tygodnika Powszechnego, Belfrzy Doroty Kowalskiej i wiele innych. O tym, co kryje w sobie moja półka w mobilnej czytelni, nawet nie będę wspominała; jest tego sporo:)



Wybieram lektury rozmaicie. Na pierwszym miejscu są te o zwierzętach, o stylu życia, który jest mi bliski. Czasami szukam rozrywki w reportażach, czasami w literaturze lżejszej. Cenie ironię i dobry humor, dostrzegam wkład pracy włożony w to, by przekazać czytelnikom własne myśli.. Zauważam fastrygi, pisanie bez przekonania, a także pisanie dla pasji. Czytam, i nie wyobrażam sobie życia bez książek. A to w jakiej formie zgłębiam ich treść stanowi dla mnie wartość drugorzędną.

P.S. Zaprezentowane prace stworzyła Deborah DeWit. Znalazłam je na tu: readingandart.blogspot.com

28.8.19

Bernadeta Prandzioch. Tabu.

Bernadeta Prandzioch. Tabu.

Powiem Wam, że czytanie powieści o swoim rodzinnym mieście budzi uczucia najróżniejsze. Z jednej strony podczas lektury kołatała się we mnie myśl "to fikcja literacka", a drugiej śledziłam losy bohaterów umiejscawiając ich w konkretnych miejscach, przestrzeni czasowej i zżymałam się na choćby niewielkie odstępstwo od realiów. 


Wiktor Janosz, psychiatra, który uciekając przed kłopotami osobistymi z Warszawy, trafił na zesłanie do Węgorzewa, zaczyna dostrzegać zmowę milczenia wokół jednego z pacjentów. Im mocniej lekarz interesuje się Zygmuntem Milewskim, tym wyraźniej ktoś próbuje mu przeszkadzać w odkopywaniu historii sprzed lat. A trzeba Wam wiedzieć, że o tym, czemu Milewski jest w szpitalu psychiatrycznym zdecydowały pewne układy, zobowiązania podjęte w pierwszych latach po II wojnie światowej, w czasach, gdy Prusy zasiedlali przybysze i tylko niektórzy z dotychczasowych mieszkańców mieli odwagę (lub nie widzieli innego rozwiązania) pozostać.



Junosz mieszkał w ostatnim, poniemieckim domu, w drodze na Kal. Na Kal wybrałam się dwukrotnie, raz na pływanie (polecam kąpielisko, spędziłam tam niegdyś wiele przemiłych chwil), raz po to, by zrobić zdjęcia. Pilnowałam się, by nie zaglądać ludziom mieszkającym w przydrożnych domach w okna i dla własnej przyjemności zaangażowania w powieść wymyśliłam, że Wiktor mógłby pomieszkiwać w tym oto domu. Ładny, prawda?


Tu, przyznaję, byłam bez książki. Jest to jednak miejsce znaczące dla akcji powieści, więc jeśli kiedyś zawędrujecie na Mazury, to serdecznie zapraszam, abyście odwiedzili cmentarz wojenny, na którym spoczywają żołnierze niemieccy i rosyjscy. Zlokalizowany na Wzgórzu Saksońskim pozwala na podziwianie Jeziora Święcajty.


[Obejrzyjcie też zdjęcia STĄD]

Patrzenie na miasto, w którym się dorastało oczyma kogoś z zewnątrz jest interesującym doznaniem. Czytanie o historii miasta, o autochtonach i o tym jak układały się siły i władza w mieście opuszczonym przez mieszkańców, jak tworzyły się lepsze i gorsze kategorie ludzi i jak bardzo rzutuje to na czasy obecne, budzi podskórny niepokój.



Zachęcam do lektury, od odwiedzin w Węgorzewie, a gdybyście mieli ochotę posłuchać co Bernadeta Prandzioch mówi o swojej książce, to zapraszam 9 października do Filii nr 3 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Katowicach.

7.8.19

Grażyna Plebanek. Słowa na szczęście i inne nienazwane stany duszy.

Grażyna Plebanek. Słowa na szczęście i inne nienazwane stany duszy.

Po raz pierwszy od bardzo dawna żałuję, że książkę poznaję uszami, a nie oczami. Zżera mnie ciekawość słów, które Grażyna Plebanek zebrała w tomie Słowa na szczęście i inne nienazwane stany duszy.

Słucha się tego przeuroczo, tym bardziej, że czyta autorka i jako ta, która stworzyła zbór słów, wybrała te a nie inne wedle sobie znanej motywacji, doskonale wie, jak uwypuklić to, co chce pokazać czytelnikom. W tym czytaniu jest miejsca na uśmiech, powagę, żart i ciepło. I mimo tych wszystkich niezaprzeczalnych plusów wynikających ze słuchania Grażyny Plebanek, to byłoby mi jednak łatwiej do pewnych słów wrócić, rozsmakować się nimi ponownie, gdybym miała przed sobą papier. 

Bo tak to niestety nie pamiętam jak brzmi słowo o przepięknym znaczeniu, to, które określa rzeczy drobne, które robimy dla innych z miłości. Ta poranna kawa podana do łóżka, pierogi z ulubionym nadzieniem, ciasto drożdżowe tylko z kruszonką, które zawsze na mój przyjazd przygotowuje Mama.

Słucham chyba zanadto nieuważanie, a tej książce (i tej autorce!) uważność się należy. Pewnie posłucham jej raz jeszcze, albo odszukam wersję papierową, by ponapawać się tym, co ominęłam.

6.8.19

Anna H. Niemczynow. Życie Cię kocha, Lili.

Anna H. Niemczynow. Życie Cię kocha, Lili.

Przyznaję - bywam sceptyczna, twardo stąpająca po ziemi i czasami niezbyt emocjonalnie podchodzę do wielu spraw. Czytałam Życie Cię kocha, Lili i zastanawiałam się, niemalże do końca powieści, czy to pastisz.

Lili stawia pierwsze kroki w wyuczonym i wymarzonym zawodzie dziennikarskim. Świadoma, że od czegoś trzeba zacząć, pisuje recenzje kosmetyków i marzy o większym wyzwaniu. W życiu osobistym takie wyzwanie już ma - wspiera ukochanego, który marzy o napisaniu książki i któremu kapryśna wena nie pozwala podjąć żadnej pracy zarobkowej, bo przecież pisze. W codzienności kibicuje jej babcia, kompletnie przeciwna związkowi wnuczki z nierobem Fajfusem (jak go wdzięcznie określa) i dokarmiająca, cierpiącą na brak pieniędzy, Lili. 

Następuje pewien znaczący dzień w życiu Lili. Babcia zadaje jej pytanie o to, gdzie podziały się marzenia dziewczyny, a Filip zaprasza do swojego (i Lili) łóżka całkiem młodą, atrakcyjną kobietę (ponoć nie pierwszą i nie jedyną), na co - czego można się spodziewać - główna bohaterka reaguje jak heroina romansu. I, tak między nami mówiąc, całkiem słusznie:)

Istotą jednak tej książki nie jest do końca jej fabuła. W moim odczuciu jest ona jedynie pewną osnową, na której autorka oparła ważne przesłanie. Anna H. Niemczynow chce nam, czytelnikom uświadomić jak ważne jest to co mówimy do siebie, o sobie i co o sobie myślimy. Chce nam unaocznić potęgę słów, którymi możemy siebie i innych pogłaskać lub pognębić, namawia nas, byśmy pokochali siebie i pozwolili się kochać życiu.

Tylko tyle i aż tyle.

Za dwa dni, 8 sierpnia, jest Dzień Zauważania Szczęścia. Dostrzeżmy je, a później ćwiczmy owo dostrzeganie codziennie. A rano, tuż po wyszczotkowaniu zębów powiedzmy sobie w lustrze - Życie Cię kocha. Nie mamy nic do stracenia, a wiele do zyskania, prawda?

5.8.19

5+1

5+1
Och, cóż za intensywne dni! Od czwartku, 25 lipca, Kociokwik żyje odliczając chwile obserwacjami zwierząt, zmianami w ich zachowaniu, reakcjami na nowe i skupiając się na tym, aby wyprzedzać ewentualne niesnaski. Na szczęście tych nie ma. Ale od początku...


Kotów się Amber obawiała. Gdy stanęły zaciekawione nowym domownikiem w przedpokoju zatrzymała się, zerknęła i poprosiła całą sobą, żeby je jednak zabrać, bo ona chciałaby przejść. Pobiegła schować się do klatki i nie wykazywała żadnej chęci, by ją opuszczać. Tak bardzo nie, że aby zabrać ją na spacer trzeba było ją z tej klatki wyciągnąć. Pic i jeść dostawała tuż przed klatką - z lekka się wyczołgiwała, konsumowała to co w miskach i czym prędzej chowała się do wewnątrz. Gdy już, wyciągnięta, z przypiętą smyczą, znajdowała się poza mieszkaniem, spacerowała chętnie, acz na nieodległe ścieżki i z wyraźną radością powrotu do miejsca bezpiecznego, wbiegała po schodach.

W piątek odbyła się wizyta u PanDoktora. Psica idealna - dała się obejrzeć, zbadać, zważyć (20,4 kg), pobrać krew, dopiero przy żelu i głowicy podczas badania USG zaczęła protestować. Obraziła się i nie wzięła nawet podarowanego przez doktora ciastka. Badanie krwi potwierdziło wynik kosmicznie wysokiej fosfatazy. Podjęliśmy decyzję o jak najszybszej sterylizacji, umówiliśmy się na wtorek.


Ale póki nastał wtorek, to w poniedziałek powędrowałyśmy do psiej fryzjerki. Wykąpanie, wysuszenie i uczesanie Amber zajęło aż dwie godziny i z pewnością gabinet wyglądał po jej wizycie znacznie gorzej niż po wizycie choćby maltańczyka, który był przed nią. Może samo moczenie nie bardzo jej się podobało, ale gdy już wyszła czysta i puchata, to z dumnie podniesionym ogonem wracała do domu.



Podczas sterylizacji okazało się, że Amber miała cysty, usunięto guzy z sutków, a tak w ogóle to już powolutku zaczynały się objawy wskazujące na nieodległe czasowo ropne zapalenie macicy. Czas na adopcję i zabieg sterylizacji był idealny. Psica wróciła do domu w kubraczku, obolała i odmówiła wycieczek na spacery. Tak naprawdę lepiej poczuła się dopiero w piątek wieczorem. Po raz pierwszy zareagowała radością na zawołanie "Amber na spacer" i sama wyszła z mieszkania po przypięciu smyczy.


A co na jej obecność mówią koty? Kajtka Amber fascynuje. Zagląda do niej, sprawdza jak pachnie, łazi dookoła niej po legowisku, gdy psica śpi. Raz nawet zdarzyło się, że skorzystał z jej chwilowej nieobecności i gdy tylko poszła do kuchni aby się napić - zajął jej miejsce. Podobnie ciekawa jest Miya. Obwąchuje psa, z radością podbiega do jego miski licząc na to, ze może znajdzie się tam coś dobrego i dla niej. Druga strona jest też taka, że zaczęła częściej przychodzić dopominając się głaskania. Na jakieś dwa, może trzy dni, zawiesili z Kajtkiem szaleńcze gonitwy po mieszkaniu, ale widząc, że to raczej pies się odsuwa, a nie one muszą, czym prędzej do nich powrócili.


Sisi, Nusia i Ronda idealnie lekceważą psa. Do tego stopnia, że gdy kiedyś Amber w przypływie radości wskoczyła na łózko, by się na nim umyć, to Nusia, owszem podniosła głowę, żeby zobaczyć kto i co, ale czym prędzej odłożyła ją, by z westchnieniem zawinąć się w ciaśniejszy precelek. Zresztą, Nusia ma ważniejsze sprawy na głowie - wciąż się nie myje i jest raz w tygodniu kąpana w wannie. Protestuje już coraz mniej, jakby dla porządku, a Miya - kot kochający wodę - ze zdziwieniem przygląda się całej operacji.


Przed nami odrobaczanie (całego stada, wiadomo), zabezpieczenie przed kleszczami, a później jeszcze szczepienie przeciw wściekliźnie i chorobom zakaźnym (tak, Amber opuściła schronisko bez tych wszystkich - zdawałoby się oczywistych - zabiegów). Oraz - mam żywą nadzieję, wiele przecudnych spacerów i wiele radości z domu pełnego zwierząt.


P.S. Mam kilka książek, z którymi chciałabym się rozstać; znajdziecie je klikając w obrazek:)
Copyright © 2016 Prowincjonalna nauczycielka , Blogger