18.9.19

Miłosz Borycki, Arkadiusz Gruszczyński. Miuosh. Wszystkie ulice bogów.

Miłosz Borycki, Arkadiusz Gruszczyński. Miuosh. Wszystkie ulice bogów.


Zazdroszczę Miłoszowi Boryckiemu. Czego? O tym za chwilę...

Książka Miuosh. Wszystkie ulice bogów to doskonałe połączenie felietonów Miuosha, tekstów jego piosenek oraz wywiadów jakie z nimi przeprowadził Arkadiusz Gruszczyński. Tematyka dotyka bardzo mocno tradycji, współczesności, tożsamości muzycznej, pokoleniowej, regionalnej, dojrzewania i dojrzałości. Artysta opowiada o swoim życiu prywatnym, wartościach jakimi się w nim i w życiu zawodowym kieruje, opowiada o swoich autorytetach, o tym kogo i co kocha i z czym jest mu nie po drodze. Czytałam i widziałam realistycznie, trzeźwo patrzącego mężczyznę. Patrzącego z dystansem, ale i miłością na swój kawałek świata i swoich ludzi.

Z treścią idealnie współgra strona graficzna książki. Na czarnych stronach umieszczone są teksty utworów muzycznych Miuosha, a wywiady i felietony przedzielają czarno-białe zdjęcia industrialnego krajobrazu Śląska i artysty.

A czego zazdroszczę? Miłoszu, zazdroszczę Ci tak silnego osadzenia w przestrzeni i kulturze Śląska, świadomości tego, gdzie jest Twój świat i zakorzenienia w nim. Zazdroszczę, że masz miejsce i ludzi o których mówisz - moje i moi.

Ja wciąż czuję się zewsząd i znikąd.

Dziękuję za książkę. Stanie obok Piątej strony świata Kazimierza Kutza.

Posłuchajcie:

16.9.19

Zofia Zaniewska-Wojtków, Piotr Wojtków. Słuchając psa.

Zofia Zaniewska-Wojtków, Piotr Wojtków. Słuchając psa.

Książka dwojga behawiorystów pracujących z psami stanowi coś na kształt przedszkola dla ludzi. Tak, dla ludzi - pozwala bowiem poznać podstawowy kod komunikacyjny, dzięki któremu nasze rozumienie psich zachowań stanie się łatwiejsze, a życie psa z nami - przyjemniejsze.

Podoba mi się to, że w bardzo łatwy do zrozumienia sposób autorzy tłumaczą to, że pies - podobnie jak człowiek - może być w pewnym nastroju i być pod wpływem emocji. Podoba część o komendach - tym bardziej, że państwo Wojtków podkreślają iż są to takie porady, z których każdy właściciel psa może czerpać na ile potrzebuje i na ile będzie to jemu i jego psu przydatne. Cenię sobie opis problemów behawioralnych, burzenie mitów, o których usłyszeć można na spacerach w parkach. Ważną częścią jest ostatnia - opowiadająca o psach ze schroniska; nie jest tam słodko, ale nie ma też grozy - autorzy, współpracujący ze schroniskiem w Korabiewicach - pokazują z jakimi problemami można się zetknąć (można, ale nie trzeba, wiadomo) adoptując zwierzę ze schroniska.

Jeśli ktoś z Waszych znajomych planuje zakup czy adopcję psa, to poradnik Słuchając psa, będzie idealnym prezentem. Jeśli w dodatku ma to być szczeniak - jeszcze lepszym, bo pozwoli uporządkować relacje na linii człowiek - pies (oczywiście, przy systematycznej, konsekwentnej pracy  wychowawczej człowieka) już od pierwszych chwil pobytu zwierzaka w domu. Dwadzieścia stron poświęconych przyjmowaniu do rodziny puchatych psich szczęść z pewnością podpowie co warto robić i co wziąć pod uwagę.

Dla mnie, osoby, która niecałe 2 miesiące temu adoptowała dorosłego psa ze schroniska, jest w tej książce sporo informacji do wykorzystania i do przemyślenia. Ot, choćby tak że zabieranie psa na psi wybieg, aby pobawił się z innymi psami, powinno być uzależnione od charakteru i osobowości naszego czterołapego towarzysza. Po lekturze wiem, że dla Amber jest jeszcze (albo i wcale) za wcześnie na takie wizyty.

Polecam.

12.9.19

Aleksandra Klonowska-Szałek. Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury.

Aleksandra Klonowska-Szałek. Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury.


Bardzo możliwe, że powinnam napisać Wam o tej książce wiosną, gdy się ukazała. Ale stało się tak, że zabrałam się a nią dopiero na urlopie, pośród mazurskich jezior, lasów i pól i uświadomiłam sobie, że próg jesieni będzie doskonałym momentem na to, by podsunąć Wam pomysły na spędzenie zimy lub kolejnego lata w województwie warmińsko-mazurskim.

Książkę podzielono na części. Jest mowa o tym gdzie spać, co i gdzie jeść oraz jak spędzić czas wolny, jeśli nie chcemy tylko leżeć i patrzeć w niebo lub w jezioro.

Krótkie opisy wszelkich miejsc i atrakcji pozwalają zmieścić ich w książce naprawdę wiele. Są miejsca prowadzone przez mieszkańców wsi, którzy postanowili stworzyć dom wart tego, by w nim zamieszkać turystycznie, a jednak więcej jest osób, które w ucieczce z dużego miasta odnalazły spokój i pomysł na życie właśnie przy dróżkach i na bezdrożach Warmii i Mazur. Każde z opisanych miejsce okraszone jest zdjęciami, a w opisie znajdziecie adres, a także wszelkie linki wiodące do  prezentacji wybranego miejsca w Internecie.

Z jednej strony podziwiam determinację, świetne pomysły i niezwykłe wykorzystanie miejsc. Z drugiej - świadoma tego jak funkcjonują polskie wsie - współczuję tym, którzy chcą tam być "swoimi" i długo takimi nie zostaną. Jest jeszcze jedna strona - czy ludzie, którzy odnowili siedliska, otworzyli restauracje na barkach, uczynili z budynku starej szkoły pensjonat i galerię, są zainteresowani tym, by być częścią społeczności lokalnej, czy jedynie nastawieni są na gości z zewnątrz, sąsiadów zza płotu traktując z lekka lekceważąco?

Podejrzewam, ze trudno o jednoznaczną ocenę i zapewne jest tak, że każdy z przypadków rządzi się własnymi prawami. Ale gdy czytam o podgiżyckiej barce na którą mięso jest sprowadzane z Nowej Zelandii, bo tam jest najlepsze, czy o czerpaniu z przepisów francuskiej kuchni serwowanej w warmińskiej chacie, to nie do końca wiem, czy to o to chodzi. Do mnie nie przemawiałaby wspólna z gospodarzami i innymi gośćmi przestrzeń salonu, czy jadalni, która zachęca do integracji.

Jeśli chcecie podejrzeć o jakiego typu pensjonatach, domach czy restauracjach jest mowa w książce zerknijcie na stronę slowhop.com, bo jest ona ściśle powiązana z ideą przyświecającą książce.

Odetchnij od miasta. Warmia i Mazury może Wam podpowiedzieć gdzie warto spędzić weekend, czy urlop. Jestem przekonana, że z wielu opisanych tam miejsc można wybrać coś dla siebie. Ot, choćby Dworek Króla Stawnisława położony w miejscowości Stawki. Poszukajcie;)

6.9.19

Jane Harper. Susza.

Jane Harper. Susza.

Dawno nie czytałam tak wciągającego kryminału. Co prawda, dawno w ogóle nie czytałam kryminałów, bo nastał takie czas, że stało mi się ich za dużo, ale debiutancką powieść Jane Harper przeczytałam z zaciekawieniem.

Południowo-wschodnia Australia. Społeczność rolników podlicza gorączkowo straty - susza dziesiątkuje ich stada, wypala ziemię i ma wpływ na psychiczną kondycję mieszkańców Kiewarry. Gdy młody farmer zabija swoją żonę i kilkuletniego syna, a na końcu siebie, większość myśli, że kolejnej osoba nie wytrzymała presji i zamiast ogłosić bankructwo rozstała się z życiem.

Jednak rodzice Luke'a i szalenie dociekliwy młody policjant nie wierzą w tę wersję. Aaron Falk, przyjaciel zmarłego z lat młodzieńczych, przyjeżdża na pogrzeb - i na prośbę Gerry'ego Hadlera zostaje by wyjaśnić śmierć jego syna i jego najbliższych.

Mamy w tej powieści współczesne zdarzenia, mamy także przeszłość, która wciąż o sobie przypomina rzucając cień na obecność Falka w miasteczku. Jest też bardzo wyraźnie podkreślona Natura - groźna, władcza, o której ludzie zdają się zapominać, a której lekceważenie prowadzić może do śmierci. I to nie tylko tej z wycelowanej strzelby.

Susza pokazuje nam ludzkie słabości, brak zaufania i jego wpływ na wybory człowieka. Pokazuje jak wielka jest potrzeba akceptacji społecznej i jak niszczące może okazać się oskarżenie, które wyklucza.

Przede mną Siła natury, druga część serii o Aaronie Falku. Już nie mogę się doczekać.

5.9.19

Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska. Galopem po szczęście.

Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska. Galopem po szczęście.

Autorki, których Ogród Zuzanny spotkał się z przychylnością czytelników, odeszły od świata kwiatów i ich znaczeń, przeniosły fabułę powieści na Podlasie, a główną bohaterkę uczyniły uciekinierką z Warszawy, która po latach zachłystywania się stolicą i własną zamożnością, wraca okryta niesławą, z córką i kotem, do rodzicielskiego domu.

Barbara podejmuje pracę w stadninie, którą zarządza jej ojciec, jej Mama cieszy się, że ma przy sobie wnuczkę i córkę, a ona sama próbując zachować w tajemnicy powód swego wyjazdu z dotychczasowego miejsca życia i zaczyna interesować się mężczyzną mrocznym, z przeszłością, który - co dla bohaterki bardzo ważne - świetnie radzi sobie trenując konie w sposób naturalny.

Jednak nie romans Baśki, nawet nie konie są w tej powieści dla mnie wiodącym tematem. Zdecydowanie istotniejsze są relacje między siostrami - młodszą Anią, która została przy rodzicach, poświęcając swoje marzenia dla tego jaką oni mieli wizję życia córki, a starszą od niej Barbarą. Kobiety, już wszak dorosłe, nie umieją znaleźć wspólnego języka, mijają się w zapiekłych żalach i z trudem przychodzi im zrozumienie tego, co czuja ta druga.

Powieść nie uciekła przed pewną schematycznością, ale wątek siostrzany bardzo udany. Ciekawie też pokazane zostały procesy samouświadamiania, którym nagle poddała się Baśka. Przekonajcie się ;)

4.9.19

Tara Button Masz wszystko, czego potrzebujesz.

Tara Button Masz wszystko, czego potrzebujesz.

Czytałam tę książkę z dala od własnego mieszkania i w myślach filtrowałam jego zawartość pod kątem tego, o czym pisze Tara Button. Czytałam i przekonywałam się jakie błędy popełniam kupując i jakich udaje mi się uniknąć. Jednak to nie jest książka tylko o kupowaniu. To książka o tym jak zostajemy zmanipulowani i jak możemy sobie z tym radzić, o tym jak świadomie planować swoje życie i otoczenie.

Czy wiedzieliście, że do 1924 roku producentom żarówek zależało, aby były one jak najdłużej niezawodne? I dopiero w tamtym czasie uświadomiono sobie, że długo świecąca żarówka to mniejszy zysk dla producenta, więc - nie muszą one funkcjonować aż tak długo? Znacie pojęcia planowanego i psychologicznego postarzania? To drugie doskonale oddaje wypowiedź projektanta General Motors, Harleya Earla, który w 1955 roku powiedział: „Naszym zadaniem jest przyspieszyć postarzanie. W 1934 roku przeciętny użytkownik samochodu wymieniał auto co pięć lat; obecnie robi to co dwa. Kiedy skrócimy ten okres do roku, uzyskamy idealny wynik” [ss. 57-58]. Jak widać - nie są to procesy nowe...

Autorka przygląda się kulisom działań marketingowych i reklamowych, pokazuje jak  - prostymi sposobami, aczkolwiek nie zawsze łatwymi - radzić sobie z natarczywością konsumpcjonizmu. Namawia do tego, by nauczyć się określać swoje cele i zestawiać je z zakupami jakich dokonujemy, by być dla siebie przyjacielem, odkryć własną kolorystykę, domową estetykę i modową tożsamość, by zastanowić się nad tym jakie role odgrywamy w życiu i stworzyć dla każdej z nich odpowiednia garderobę, a na posiadane rzeczy spojrzeć przez pryzmat tego, czy chcielibyśmy z nich korzystać gdybyśmy byli jedynymi osobami na świecie.

Oprócz sensownej, popartej wieloma przykładami, części edukacyjnej, Tara Button daje nam narzędzia do tego, by zmienić swoje patrzenie na rzeczy nas otaczające i priorytety życiowe, w sposób taki, aby były one zgodne z tym, czego tak naprawdę potrzebujemy.

Polecam.

3.9.19

Agatha Christie. Karaibska tajemnica.

Agatha Christie. Karaibska tajemnica.

Od kilku lat, co roku, obiecuję sobie, że teraz to już z pewnością we wrześniu przeczytam coś Agathy Christie, bo skoro jest wyzwanie, to wezmę w nim udział. I później budzę się ostatniego dnia września z myślą o tym, że znów się nie sięgnęłam po żadną książkę Królowej Kryminału. 

Tym razem zdobyłam się na sposób i do czytania wzięłam się już w pierwszym dniu wyzwania. I oto Karaibska tajemnica.

Panna Marple, dzięki wsparciu siostrzeńca, odpoczywa na jednej z karaibskich wysp. Wśród gości mieszkających w tym samym hotelu - prowadzonym przez bardzo zaangażowane i oddane temu małżeństwo - są dwie pary przyrodników, starszy, obłędnie bogaty i takiż nieuprzejmy pan z towarzyszącymi mu sekretarką i masażystą, pastor z siostrą, kilka innych osób oraz major Palgrave. Ten ostatni snuje opowieści z wojennych wypraw do Afryki, z wielu wydarzeń ze swojego , wcześniejszego życia, podczas gdy większość gości, w tym także główna bohaterka, udając, ze go słuchają, snują rozmyślania na sobie wiadomy temat. I gdy już zaczyna się robić ciekawie, a major opowiada o morderstwie i sięga po portfel, by pokazać Jane Marlpe zdjęcie mordercy, ktoś się pojawia, wojskowy zmienia temat, a ciekawość rozmówczynie majora ma nie zostać zaspokojona, gdyż te w nocy umiera. Na nadciśnienie jak się wszystkim wydaje. Tu zaczyna się literacko-kryminalna przygoda...

Karaibska tajemnica powstała w 1964 roku. Wśród tematów, o których myślała Jane Marple, znalazł się temat ofensywy seksualnej przenikającej do literatury i świata kultury z natarczywością, zachłannością i przyjmowany - ku wielkiemu zdumieniu głównej bohaterki - jako coś co trzeba promować. Ciekawe, co pomyślałaby o czasach nam współczesnych.

Nie umiałabym wybrać czy bliżej mi sercem do Jane Marple czy Herculesa Poirot. Wiem jednak, że najbliżej mi po prostu do twórczości Agathy Christie. Mimo takich opinii z Lubimy Czytać:
Nie uważam, by Agata Christie była nadzwyczajną pisarką, ale na pewno jest osobą, która dobrze wykonuje swoją pracę.

2.9.19

Jak czytam?

Jak czytam?

Ostatnio sporo myślałam o tym jak bardzo zmieniło się moje czytanie. Zmieniła się również odpowiedź jakiej udzielić mogę niemalże automatycznie na pytanie postawione w tytule wpisu. Kiedyś odpowiedziałabym szybko. A dziś?

Dziś czytam rozmaicie. 

Może mniej niż jeszcze kilka lat temu czytam książek dla dzieci, choć przecież staram się być na bieżąco, by wiedzieć co warto polecić, co nowego kupić do biblioteki i jakiego autora zaprosić. Wśród znajomych mam takich z malutkimi dziećmi, dziećmi rozpoczynającymi przygodę z nauką czytania lub młodszymi nastolatkami, więc i tu staram się sprostać ich oczekiwaniom wobec mojej orientacji w tematyce.


Czytam wolniej, szybciej się rozpraszam i na przeczytanie jednej książki potrzebuję więcej czasu niż kiedyś. Dawno już nie zarwałam nocy, by czytać do rana - przychodzi taki czas, że nic nie powstrzyma moich oczu przed zamknięciem się, a mnie przed odpłynięciem w marzenia senne. O wiele częściej zdarza mi się wstać przed świtem, usiąść z kawą i książka na balkonie i dać się tak zastać wstającemu słońcu.


Czytam i słucham książek. Słucham audiobooków dzięki abonamentowi, który zdecydowałam się wybrać dla Mamy. Sama też sięgam po książki na płytach wypożyczane z bibliotecznych zbiorów. Czytam w papierze, w e-papierze, na czytniku i wreszcie w programie abonamentowym, na którego wykupienie dla czytelników zdecydowała się moja biblioteka. Ten ostatni, choć daje mi dostęp do wielu książek, działa na mnie nieco zniechęcająco - tak siedzieć i wgapiać się w telefon? A później tłumaczę sobie, że przecież mogę wyłączyć Internet, żeby mnie nic nie rozpraszało, żeby ograniczyć do minimum to wszystko co plumka, wyskakuje i odwraca uwagę od czytanej książki.


Postanowiłam, by nieco przełamać swoje własne uprzedzenia, urządzić sobie wrzesień miesiącem e-czytania. Już dziś wiem, że nie ograniczę się tylko do wersji elektronicznych: czekają na mnie te cztery książki, które chcę przeczytać. Ale w czytniku czeka nowa powieść Martyny Bundy, zaległe - sierpniowe numery Tygodnika Powszechnego, Belfrzy Doroty Kowalskiej i wiele innych. O tym, co kryje w sobie moja półka w mobilnej czytelni, nawet nie będę wspominała; jest tego sporo:)



Wybieram lektury rozmaicie. Na pierwszym miejscu są te o zwierzętach, o stylu życia, który jest mi bliski. Czasami szukam rozrywki w reportażach, czasami w literaturze lżejszej. Cenie ironię i dobry humor, dostrzegam wkład pracy włożony w to, by przekazać czytelnikom własne myśli.. Zauważam fastrygi, pisanie bez przekonania, a także pisanie dla pasji. Czytam, i nie wyobrażam sobie życia bez książek. A to w jakiej formie zgłębiam ich treść stanowi dla mnie wartość drugorzędną.

P.S. Zaprezentowane prace stworzyła Deborah DeWit. Znalazłam je na tu: readingandart.blogspot.com

28.8.19

Bernadeta Prandzioch. Tabu.

Bernadeta Prandzioch. Tabu.

Powiem Wam, że czytanie powieści o swoim rodzinnym mieście budzi uczucia najróżniejsze. Z jednej strony podczas lektury kołatała się we mnie myśl "to fikcja literacka", a drugiej śledziłam losy bohaterów umiejscawiając ich w konkretnych miejscach, przestrzeni czasowej i zżymałam się na choćby niewielkie odstępstwo od realiów. 


Wiktor Janosz, psychiatra, który uciekając przed kłopotami osobistymi z Warszawy, trafił na zesłanie do Węgorzewa, zaczyna dostrzegać zmowę milczenia wokół jednego z pacjentów. Im mocniej lekarz interesuje się Zygmuntem Milewskim, tym wyraźniej ktoś próbuje mu przeszkadzać w odkopywaniu historii sprzed lat. A trzeba Wam wiedzieć, że o tym, czemu Milewski jest w szpitalu psychiatrycznym zdecydowały pewne układy, zobowiązania podjęte w pierwszych latach po II wojnie światowej, w czasach, gdy Prusy zasiedlali przybysze i tylko niektórzy z dotychczasowych mieszkańców mieli odwagę (lub nie widzieli innego rozwiązania) pozostać.



Junosz mieszkał w ostatnim, poniemieckim domu, w drodze na Kal. Na Kal wybrałam się dwukrotnie, raz na pływanie (polecam kąpielisko, spędziłam tam niegdyś wiele przemiłych chwil), raz po to, by zrobić zdjęcia. Pilnowałam się, by nie zaglądać ludziom mieszkającym w przydrożnych domach w okna i dla własnej przyjemności zaangażowania w powieść wymyśliłam, że Wiktor mógłby pomieszkiwać w tym oto domu. Ładny, prawda?


Tu, przyznaję, byłam bez książki. Jest to jednak miejsce znaczące dla akcji powieści, więc jeśli kiedyś zawędrujecie na Mazury, to serdecznie zapraszam, abyście odwiedzili cmentarz wojenny, na którym spoczywają żołnierze niemieccy i rosyjscy. Zlokalizowany na Wzgórzu Saksońskim pozwala na podziwianie Jeziora Święcajty.


[Obejrzyjcie też zdjęcia STĄD]

Patrzenie na miasto, w którym się dorastało oczyma kogoś z zewnątrz jest interesującym doznaniem. Czytanie o historii miasta, o autochtonach i o tym jak układały się siły i władza w mieście opuszczonym przez mieszkańców, jak tworzyły się lepsze i gorsze kategorie ludzi i jak bardzo rzutuje to na czasy obecne, budzi podskórny niepokój.



Zachęcam do lektury, od odwiedzin w Węgorzewie, a gdybyście mieli ochotę posłuchać co Bernadeta Prandzioch mówi o swojej książce, to zapraszam 9 października do Filii nr 3 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Katowicach.

7.8.19

Grażyna Plebanek. Słowa na szczęście i inne nienazwane stany duszy.

Grażyna Plebanek. Słowa na szczęście i inne nienazwane stany duszy.

Po raz pierwszy od bardzo dawna żałuję, że książkę poznaję uszami, a nie oczami. Zżera mnie ciekawość słów, które Grażyna Plebanek zebrała w tomie Słowa na szczęście i inne nienazwane stany duszy.

Słucha się tego przeuroczo, tym bardziej, że czyta autorka i jako ta, która stworzyła zbór słów, wybrała te a nie inne wedle sobie znanej motywacji, doskonale wie, jak uwypuklić to, co chce pokazać czytelnikom. W tym czytaniu jest miejsca na uśmiech, powagę, żart i ciepło. I mimo tych wszystkich niezaprzeczalnych plusów wynikających ze słuchania Grażyny Plebanek, to byłoby mi jednak łatwiej do pewnych słów wrócić, rozsmakować się nimi ponownie, gdybym miała przed sobą papier. 

Bo tak to niestety nie pamiętam jak brzmi słowo o przepięknym znaczeniu, to, które określa rzeczy drobne, które robimy dla innych z miłości. Ta poranna kawa podana do łóżka, pierogi z ulubionym nadzieniem, ciasto drożdżowe tylko z kruszonką, które zawsze na mój przyjazd przygotowuje Mama.

Słucham chyba zanadto nieuważanie, a tej książce (i tej autorce!) uważność się należy. Pewnie posłucham jej raz jeszcze, albo odszukam wersję papierową, by ponapawać się tym, co ominęłam.

6.8.19

Anna H. Niemczynow. Życie Cię kocha, Lili.

Anna H. Niemczynow. Życie Cię kocha, Lili.

Przyznaję - bywam sceptyczna, twardo stąpająca po ziemi i czasami niezbyt emocjonalnie podchodzę do wielu spraw. Czytałam Życie Cię kocha, Lili i zastanawiałam się, niemalże do końca powieści, czy to pastisz.

Lili stawia pierwsze kroki w wyuczonym i wymarzonym zawodzie dziennikarskim. Świadoma, że od czegoś trzeba zacząć, pisuje recenzje kosmetyków i marzy o większym wyzwaniu. W życiu osobistym takie wyzwanie już ma - wspiera ukochanego, który marzy o napisaniu książki i któremu kapryśna wena nie pozwala podjąć żadnej pracy zarobkowej, bo przecież pisze. W codzienności kibicuje jej babcia, kompletnie przeciwna związkowi wnuczki z nierobem Fajfusem (jak go wdzięcznie określa) i dokarmiająca, cierpiącą na brak pieniędzy, Lili. 

Następuje pewien znaczący dzień w życiu Lili. Babcia zadaje jej pytanie o to, gdzie podziały się marzenia dziewczyny, a Filip zaprasza do swojego (i Lili) łóżka całkiem młodą, atrakcyjną kobietę (ponoć nie pierwszą i nie jedyną), na co - czego można się spodziewać - główna bohaterka reaguje jak heroina romansu. I, tak między nami mówiąc, całkiem słusznie:)

Istotą jednak tej książki nie jest do końca jej fabuła. W moim odczuciu jest ona jedynie pewną osnową, na której autorka oparła ważne przesłanie. Anna H. Niemczynow chce nam, czytelnikom uświadomić jak ważne jest to co mówimy do siebie, o sobie i co o sobie myślimy. Chce nam unaocznić potęgę słów, którymi możemy siebie i innych pogłaskać lub pognębić, namawia nas, byśmy pokochali siebie i pozwolili się kochać życiu.

Tylko tyle i aż tyle.

Za dwa dni, 8 sierpnia, jest Dzień Zauważania Szczęścia. Dostrzeżmy je, a później ćwiczmy owo dostrzeganie codziennie. A rano, tuż po wyszczotkowaniu zębów powiedzmy sobie w lustrze - Życie Cię kocha. Nie mamy nic do stracenia, a wiele do zyskania, prawda?

5.8.19

5+1

5+1
Och, cóż za intensywne dni! Od czwartku, 25 lipca, Kociokwik żyje odliczając chwile obserwacjami zwierząt, zmianami w ich zachowaniu, reakcjami na nowe i skupiając się na tym, aby wyprzedzać ewentualne niesnaski. Na szczęście tych nie ma. Ale od początku...


Kotów się Amber obawiała. Gdy stanęły zaciekawione nowym domownikiem w przedpokoju zatrzymała się, zerknęła i poprosiła całą sobą, żeby je jednak zabrać, bo ona chciałaby przejść. Pobiegła schować się do klatki i nie wykazywała żadnej chęci, by ją opuszczać. Tak bardzo nie, że aby zabrać ją na spacer trzeba było ją z tej klatki wyciągnąć. Pic i jeść dostawała tuż przed klatką - z lekka się wyczołgiwała, konsumowała to co w miskach i czym prędzej chowała się do wewnątrz. Gdy już, wyciągnięta, z przypiętą smyczą, znajdowała się poza mieszkaniem, spacerowała chętnie, acz na nieodległe ścieżki i z wyraźną radością powrotu do miejsca bezpiecznego, wbiegała po schodach.

W piątek odbyła się wizyta u PanDoktora. Psica idealna - dała się obejrzeć, zbadać, zważyć (20,4 kg), pobrać krew, dopiero przy żelu i głowicy podczas badania USG zaczęła protestować. Obraziła się i nie wzięła nawet podarowanego przez doktora ciastka. Badanie krwi potwierdziło wynik kosmicznie wysokiej fosfatazy. Podjęliśmy decyzję o jak najszybszej sterylizacji, umówiliśmy się na wtorek.


Ale póki nastał wtorek, to w poniedziałek powędrowałyśmy do psiej fryzjerki. Wykąpanie, wysuszenie i uczesanie Amber zajęło aż dwie godziny i z pewnością gabinet wyglądał po jej wizycie znacznie gorzej niż po wizycie choćby maltańczyka, który był przed nią. Może samo moczenie nie bardzo jej się podobało, ale gdy już wyszła czysta i puchata, to z dumnie podniesionym ogonem wracała do domu.



Podczas sterylizacji okazało się, że Amber miała cysty, usunięto guzy z sutków, a tak w ogóle to już powolutku zaczynały się objawy wskazujące na nieodległe czasowo ropne zapalenie macicy. Czas na adopcję i zabieg sterylizacji był idealny. Psica wróciła do domu w kubraczku, obolała i odmówiła wycieczek na spacery. Tak naprawdę lepiej poczuła się dopiero w piątek wieczorem. Po raz pierwszy zareagowała radością na zawołanie "Amber na spacer" i sama wyszła z mieszkania po przypięciu smyczy.


A co na jej obecność mówią koty? Kajtka Amber fascynuje. Zagląda do niej, sprawdza jak pachnie, łazi dookoła niej po legowisku, gdy psica śpi. Raz nawet zdarzyło się, że skorzystał z jej chwilowej nieobecności i gdy tylko poszła do kuchni aby się napić - zajął jej miejsce. Podobnie ciekawa jest Miya. Obwąchuje psa, z radością podbiega do jego miski licząc na to, ze może znajdzie się tam coś dobrego i dla niej. Druga strona jest też taka, że zaczęła częściej przychodzić dopominając się głaskania. Na jakieś dwa, może trzy dni, zawiesili z Kajtkiem szaleńcze gonitwy po mieszkaniu, ale widząc, że to raczej pies się odsuwa, a nie one muszą, czym prędzej do nich powrócili.


Sisi, Nusia i Ronda idealnie lekceważą psa. Do tego stopnia, że gdy kiedyś Amber w przypływie radości wskoczyła na łózko, by się na nim umyć, to Nusia, owszem podniosła głowę, żeby zobaczyć kto i co, ale czym prędzej odłożyła ją, by z westchnieniem zawinąć się w ciaśniejszy precelek. Zresztą, Nusia ma ważniejsze sprawy na głowie - wciąż się nie myje i jest raz w tygodniu kąpana w wannie. Protestuje już coraz mniej, jakby dla porządku, a Miya - kot kochający wodę - ze zdziwieniem przygląda się całej operacji.


Przed nami odrobaczanie (całego stada, wiadomo), zabezpieczenie przed kleszczami, a później jeszcze szczepienie przeciw wściekliźnie i chorobom zakaźnym (tak, Amber opuściła schronisko bez tych wszystkich - zdawałoby się oczywistych - zabiegów). Oraz - mam żywą nadzieję, wiele przecudnych spacerów i wiele radości z domu pełnego zwierząt.


P.S. Mam kilka książek, z którymi chciałabym się rozstać; znajdziecie je klikając w obrazek:)

2.8.19

Dla dzieciaków (31)

Dla dzieciaków (31)
Paul Griffin. Gdy do domu przyszła za mną przyjaźń.

Ben ma 12 lat, mamę i książki. Mama jest jego mamą dopiero od dwóch lat, bo wcześniejsze lata chłopiec spędził w domach dziecka i rodzinach zastępczych. Porzucone niemowlę, ze śladami narkotyków we krwi, nie rokowało dobrze dla potencjalnych rodziców, a to - oraz częste zmiany miejsca pobytu, ludzi wokół - sprawiło, że Ben jest skrytym, osobnym od reszty obiektem prześladowań mocniejszych kolegów. Jego azylem jest dom z Tess i biblioteka, a w niej niezawodna pani Lotentz. Azylem, wybawcą i nieodłącznym towarzyszem staje się też Flip, niewielkich rozmiarów pies, który świetnie wie co oznaczy być niekochanym.

Życie komplikuje się, na szczęście obecność Flipa sprawia, że wokół Bena pojawiają się ludzie, na których może liczyć. Literatura, stale obecna w życiu chłopca, odmienia jego codzienność, wychodzi z książek, by stać się motywem przewodnim jego przyjaźni z Tęczową Dziewczyną, Halley.

Opisany przez Paula Griffina nastolatek zmuszony jest mierzyć się wciąż na nowo z rozstaniami, pożegnaniami, sprawami ostatecznymi. Dzięki przyjaźni wychodzi z trudnych sytuacji bogatszy - bo doświadczenia bólu uczą go wiele o sobie i o innych osobach. 

Cieszę się, że autor podkreślał w powieści znaczenie przyjaźni, także tej między psem i człowiekiem, oraz literatury, która daje ukojenie, budzi ciekawość, wyzwala kreatywność i daje narzędzia do sprawniejszego porozumienia się ze światem.

Anna Woltz. Sto godzin nocy.


Świetna, inicjacyjna powieść, której bohaterką jest dziewczyna. Czternastoletnia Emilia December de Wit, przytłoczona nienawiścią jaka spadła na jej rodzinę i na nią samą po ujawnieniu faktu, iż ojciec Emilii, dyrektor szkoły, spotykał się (i zakochał) w jednej z uczennic, ucieka z domu. Robi to jednak z wyjątkową fantazją - płacąc kartą kredytową ojca wynajmuje mieszkanie i kupuje bilety na samolot do Nowego Jorku. Na miejscu okazuje się, że mieszkanie nie istnieje, a dziewczynę (zmagająca się z mizofobią) czeka spędzenie nocy na ulicy. Co więcej - do miasta zbliża się huragan.

Wyrwana z miejsc sobie znanych Emilia musi sobie poradzić wśród obcych w niesprzyjających okolicznościach. Gdy okazuje się, ze nowo poznani ludzie okazują jej wsparcie, dziewczyna staje się pewniejsza siebie, z dystansu w pełniejszy sposób spróbuje spojrzeć na swoją rodzinę i cieszy się mocą jaką daje przyjaźń i pierwsze zauroczenie.

Sto godzin nocy to ciekawy portret zaburzonej rodziny. Matki artystki, której mąż i córka pobłażają, by nie zakłócić jej artystycznych dokonań, ojca - mężczyzny, który tkwi w rolach społecznych, jak w pułapce nie widząc rozsądnego pomysłu na zmianę sytuacji. Nastolatki, próbującej ukształtować swoją tożsamość, budującej wzorce emocjonalne wśród kompletnie pogubionych rodziców.

Polecam.

Joanna Wachowiak. Awaria.


Dom naszpikowany elektroniką. Tata pracujący poza domem, mama mająca na głowie obowiązki domowe (gotowanie, sprzątanie, psa, troje dzieci i wszystko inne) oraz dzieci żyjące głównie w świecie wirtualnym, skonfliktowane z powodu najdrobniejszych oczekiwań mamy związanych z zaangażowaniem w życie domowe. Każde ma swój pokój i swój świat, pasje i znajomych (z którymi, a jakże, utrzymują kontakt online).

Pewnego dnia otrzymują paczkę niespodziankę. A w niej robota, który uszczęśliwia całą trójkę - wreszcie będą mogli robić to wszystko, na co nie pozwalał im brak drugiej osoby i to w dodatku nie zadającej pytań, a w pełni skomputeryzowanej. Aż tu nagle - następuje awaria...

W domu gaśnie prąd. Wiedza i umiejętności kończą się, bo nie ma jak zajrzeć do Google czy na serwis You Tube. Mama leży chora i jej pociechy, wspinając się na wyżyny empatii, postanawiają jej nie denerwować i nie wspominać o kłopotliwej sytuacji w jakiej się znalazły.

Podejrzewam, że nie tylko najmłodszym runąłby świat, gdyby nagle zabrakło internetu. Joanna Wachowiak świetnie pokazuje jak bardzo nałożyliśmy na siebie pęta uzależnienia od elektroniki. Warto wziąć pod rozwagę.

1.8.19

Wojciech Bonowicz. Dziennik końca świata.

Wojciech Bonowicz. Dziennik końca świata.

Dziennik końca świata, jak autor informuje z notatce końcowej, w pewnym stopniu powstał na podbudowie tekstów z Tygodnika Powszechnego. Z niektórych z nich Bonowicz zaczerpną ideę, inne wykorzystał fragmentarycznie, a jeszcze inne trafiły tu tak jak trafiły wcześniej do pisma. Ale jeśli nawet jesteście stałymi czytelnikami periodyku, to nie odmówcie sobie zerknięcia do Dziennika..., zachęcam.
Żeby opisywać, trzeba widzieć. To prawda, ale nie cała. Rzeczy i ludzi trzeba słyszeć, z samego widzenia jeszcze niewiele wynika. Obraz musi przyjść od razu ze słowem. [s. 39]
Spacer przez książkę Wojciecha Bonowicza, bo tak właśnie czułam się czytając Dziennik..., toczy się niespiesznie, z umiłowaniem szczegółu, z namysłem nad tym, co widać, ale też nad tym, co doświadczenie owo robi z nami - w naszymi emocjami, myślami, zachowaniem.
Pisać się nie chce głownie z powodu istnienia tak wielu osób i rzeczy, które nie oczekują naszego pisania, lecz jedynie niepiszącej uwagi. [s. 101]
Spacer ów to także szansa na to, by zerknąć w przeszłość autora, ale i naszą, bo pewne zdarzenia właściwe dorastaniu, dorosłości w świecie tu i teraz, są przecież podobne, tworzą swoistą wspólnotę. I skoro poeta i pisarz ubiera to w słowach, których nam może nie wystarczać, to dobrze jest się przyjrzeć rzeczywistości w jego słowach, skonfrontować je z tym, co sami czujemy i myślimy.
Dobrze jest wiedzieć, ze wstało się rano nie tylko po to, by wieczorem położyć się spać. Dobrze jest witać napotykanych ludzi pozdrowieniem. Jeśli to niemożliwe, bo ludzi jest zbyt wielu, dobrze jest przynajmniej postarać się o uprzejmy wyraz twarzy. [s.181]
A to już - przyznacie sami - najprostsze i zarazem najtrudniejsze wyzwanie. Jednocześnie otwierające możliwości i zamykające w katalogu określonych celów, które wszak dalekie są od celów konsumpcyjnych, a nakłaniają nas, ponownie, do zajrzenia w głąb siebie.

Dziennik końca świata to dla mnie zachęta, by odnaleźć w słowach Wojciecha Bonowicza coś co nam się zagubiło, co uciekło w natłoku codzienności. Odnaleźć, zatrzymać się, ucieszyć ze znaleziska i spróbować żyć uważniej.

Czego Wam i sobie życzę.

P.S. Zapraszam na spotkanie.


31.7.19

Andrew Root. Duchowe życie psów.

Andrew Root. Duchowe życie psów.

Andrew Root jest luterańskim teologiem. Gdy zmarł mu pies, a on i jego rodzina, odczuwali z powodu rozstania z czworonogiem smutek, postanowił przeprowadzić proces badawczy związany z duchowością, emocjonalnością, mądrością psów, opierając się na badaniach naukowych. Wyszedł od opinii szefa katedry teologii, który skomentował jego zainteresowania w następujący sposób:
- Więzi duchowe? - odparł. Mam golden retrivera. To jeden wielki futrzasty śmietnik. Przez większość czasu mam wrażenie, że gdyby dać mi do wyboru mnie albo grillowanego kurczaka, wybierze zawsze kurczaka. (...) Aby w ogóle mówić o duchowości, trzeba mieć umysł zdolny do wykroczenia poza samego siebie. W poszukiwaniu umysłu Boga, istoty duchowej czy choćby innego przedstawiciela własnego gatunku. Szczerze? Nie sądzę, aby pies dysponował takim umysłem. Wiara w duchowość psa niczym się nie rożni od wiary w to, że koty lubią wyścigi samochodowe. [s. 32]
Czy Wam również pomyślało się, że ten mężczyzna nie zasługuje na swojego psa?

Root w jakiś sposób skłania się do opinii kolegi, co więcej, wiodąc czytelnika przez teorie od kartezjańskiej, przez behawioralne, po współczesne teorie przyznające zwierzętom uczucia, zdolność tworzenia więzi z człowiekiem, wciąż powraca do tego, że być może owe duchowe elementy psiego życia są wytworem naszej chęci do tego, by je dostrzec.

W książce Duchowe życie psów widać podejścia naukowe, uporządkowane, z bogactwem źródeł, na które autor się powołuje. Przez chwilę nawet zastanawiałam się, czy kolejne rozdziały nie stanowiły podstawy do cyklu wykładów; wskazywało by na to ich uporządkowanie i konstrukcja.

Ważne jest, aby dostrzec to, iż dla autora określenie duchowe związane jest bardzo mocno z religijną stroną życia; wciąż powraca do tego aspektu i w nim próbuje usytuować psy i ich funkcjonowanie. Budując, niczym z klocków, wieżę wiodącą nas do konkluzji, racjonalnie pokazuje to, na czym się opiera, to jakimi błędami poznawczymi obarczona może być materia jego poszukiwań i pozostawia margines dla tego, czego nie jesteśmy w stanie zbadać ani pojąć.

Bardzo ciekawy i pouczający wywód prowadzący do odpowiedzi na pytanie - czy psy mają duszę. Polecam.

30.7.19

Dorota Pasek. Dziewczyna od trawnika.

Dorota Pasek. Dziewczyna od trawnika.

Po przeczytaniu kilku stron wiedziałam, że jeśli doczytam powieść do końca to tylko po to, by się przekonać jak bardzo autorka zagmatwała i uczyniła nierealnym życie swoich bohaterów.

Marysia Tamulska dla o ogród przy domu nazywanym Rezydencją Różowej. Jest architektem krajobrazu, ma bogate projektowe portfolio, ale o tym dowiadujemy się mimochodem, bo głównie występuje jako tytułowa dziewczyna od trawnika. Tak woła za nią nowy właściciel rezydencji, Adam A. Kochański, zapracowany młody (i przystojny) mężczyzna, który w zakupionym domu pojawia się dość rzadko i nie zawsze sam.

Narracja idzie dość spójnie, aż do momentu, w którym nie umiałam się oprzeć wrażeniu, że pominęłam jakieś strony. W jednej chwili mamy dialogi, z lekka uszczypliwe i ironiczne, dziewczyny od trawnika i pana Adama (tak, bo właśnie w ten sposób zwracają się do siebie główne osoby tej powieści), a tuż po - marzenia seksualne, tęsknoty za tym, by być razem i wahania, czy można się wzajemnie obdarzyć zaufaniem.

Sceny erotyczne łatwe do pisania nie są, o czym wiele razy czytałam w wypowiedziach autorów i o czym przekonywałam się czytając te dobrze i źle przedstawione. Niestety, Dorota Pasek nie poradziła sobie w intymną materią i szkoda, że w procesie redakcji nie postanowiono zostawić zbliżeń między bohaterami w sferze niedomówień.

Wiedzę o bohaterach, ich doświadczeniach, motywacjach, przeżyciach gromadzimy podczas - zainicjowanego przez Marysię - rozstania. Ta część książki wybrzmiewa najskładniej - są pewne ramy chronologii, ramy wydarzeń następujących po sobie i będących konsekwencją poprzednich doświadczeń czy wyborów. 

Podoba mi się sposób w jaki autorka pokazała Marysię (niekoniecznie jej wahania i drżenia serca związane z Adamem) i jej przemianę w toku powieści. Początkowo zakompleksiona, byle jak ubrana, cicha, skromna dziewczyna od trawnika, postanawia zawalczyć o swoje szczęście, zadbać o swoją psychikę, rozliczenie zaległości życiowych. I choć robi to z motywacji, która nie do końca mi się podoba, dobrze, że to robi.

29.7.19

Sarah Hall. Madame Zero i inne opowiadania.

Sarah Hall. Madame Zero i inne opowiadania.
Tłumaczenie:
Dobromiła Jankowska

Gdy zaczęłam czytać opowiadania Sarah Hall poczułam się jak gdybym stała na szczycie górskim i mocno wdychała czyste powietrze. Inny, niż zazwyczaj znany, rytm, inne budowanie zdań, postaci nieoczywiste, a klimat całości fascynująco i niepokojąco pochłaniający.
Spojrzała na wodę. jezioro było puste. Pełne odpornego na noc nieba. [s. 264]
Już pierwsze opowiadania, noszące tytuł Pani Lis pokazało, że nie jest to banalny zbiór posklejanych liter, motywowany jedynie pragnieniem, aby było ładnie i miło. Że autorka daje czytelnikowi coś więcej, że więcej wymaga od siebie, ale też od niego, że zaprasza do ekscytującej podróży przez słowa, obrazy, treści.
Pod stopami miała zimne drobiny ziemi. Żadnego światła, żadnego odbicia. Czuła się niewidzialna. Nieobecna. Szła przez dżunglę z wyciągniętymi rękami, szukając nisko wiszących gałęzi. Oczy przyzwyczaiły się do ciemności, ale ta nieustannie wpływała na powrót do oczodołów. Jakby walczyła ze ślepotą. [ s. 238]
Opowiadanie Piękna obojętność stwarza wrażenie, że subkultura, drapieżność, że prostota i dzikość. I tak jest w tej rodzinie, która opisuje narratorka. Nieustraszoność i szacunek, jasne, proste zasady i sposób myślenia zupełnie odmienny od tego w jakim tokiem podążają poglądy tzw. dobrych obywateli. Zaskakujące, ale logiczne w ostatecznej wymowie.

Właściwie każde z opowiadań tomu Madame Zero... zmusza do tego, by porzucić mentalną wygodę, ocknąć się z myślowego zgnuśnienia i spojrzeć na świat na nowo, zupełnie inaczej niż robimy to codziennie.

P.S. Madame Zero i inne opowiadania to dwunasta książka Wydawnictwa Pauza. Nie macie pojęcia jak bardzo cieszę się, że tyle jeszcze mam do nadrobienia - wiele sobie po nich obiecuję:)

26.7.19

Dla dzieciaków (30)

Dla dzieciaków (30)
Temat dzisiejszych polecanek, w kontekście wczorajszego wpisu, nasuwa się sam. Tak, oto książki o psach - dla młodszych i starszych, ale wciąż niedorosłych.

Elżbieta Zubrzycka. Czy mogę pogłaskać psa?


Prosta historia wiodąca do wyrobienia w dziecku ostrożności i bezpiecznego podejścia do psów nieznanych. Co ważne - z podkreśleniem także i tego, że nie jest tak, że każdy pies jest zły, ale że psy także mogą mieć gorszy dzień, być obolałe, zmęczone, smutne i należy to uszanować. Mam nadzieję, że opiekunowie psów, których dzieci wyedukowane na książce Elżbiety Zubrzyckiej zapytają o zgodę na pogłaskanie psa, staną na wysokości zadania i - nawet jeśli nie wyrażą zgody - to wyjaśnią dziecku czemu.

Barbara Gawryluk. Rollek. Baster.

 

Rollek i Baster to książeczki o psach pracujących wchodzące w skład doskonałej serii Pies na medal (O Juniorze i Czarcie pisałam tu). Pierwszy z nich to pies przewodnik osoby ociemniałej. Ludzki bohater tej opowieści jest realny, gościliśmy go w bibliotece i mocno namawiam, aby wybrać się na spotkanie z nim i Rollkiem, gdy tylko będziecie mieli ku temu okazję. Baster, pracuje w Gorcach jako ratownik, choć jego zadanie to nie tylko odszukiwanie zagubionych turystów; często bierze udział także w akcjach poszukiwawczych poza terenem górskim.

Opowiedziane w prosty, do samodzielnego czytania przez sześciolatków, sposób historie psów pracujących i ludzi im towarzyszących, poszerzają wiedzę dziecka, budują jego empatię i podkreślają znaczenie współdziałania międzygatunkowego. A to - przyznacie - cenne.

Sven Nordqvist. Spacer z psem.


Ilekroć sięgam po książki Svena Nordqvista tylekroć zachwycam się bogactwem jego wyobraźni, umiejętnościami snucia opowieści bez słów, kunsztem graficznym.

Historia przedstawiona w książce Spacer z psem zaczyna się prosto - chłopiec wychodzący z domu z psem trzymanym na smyczy, macha na pożegnanie babci. A później jest tylko ciekawiej, weselej, bardziej zagadkowo i niesamowicie. Wagon zabytkowej kolejki, ogród zoologiczny, dżungla, park zdrojowy z muszlą koncertową, wyspy, morza, targowisko kolumn, pokój dziecięcy (wraz z ukrytym w nim artystą - ilustratorem), ogrody, parki, dziwne stwory, podziemia zamku - jak wiele może wydarzyć się podczas jednego spaceru!

Zadaniem dziecka jest wypatrzeć psa i opowiedzieć - można budować własne, wyjątkowe historie - gdzie był, co widział, co mu się podobało. Ta, jak większość książek obrazkowych, daje niesamowite pole do popisu dla dziecięcej (i dorosłej również) wyobraźni. A potem można marzyć o własnym psie i podobnie ekscytujących z nim spacerach.

25.7.19

Amber

Amber
Kiedy czytacie ten post jadę do schroniska. Jadę po sunię, która dołączy do Kociokwików. 

Od chwili, w której Baloo przeprowadził się do swojego nowego domu, tęskniłam za psem. Wiedziałam jednak, że przede mną nieco zmian, zawirowań i nie chciałam sobie - do martwienia się o to, jak zniosą to koty - dokładać zmartwienia o psa. Gdy się już uspokoiło zaczęłam szukać. Rozpuściłam wici wśród osób zajmujących się malamutami i czekałam na chwilę, w której ujrzę malamucią pannę pasującą do nas.

Codziennie oglądałam profile facebookowe ludzi i organizacji zajmujących się psami północnymi. Ogrom bezdomności, cierpienia, nieszczęścia i wyborów, które - powodowane zasobnością konta - pozwalają pomóc temu, a tamtemu już nie, jest przybijający. Wie o tym każdy z Was, kto kiedykolwiek zaglądał na strony schronisk, przytulisk, organizacji prozwierzęcych. 

I wtedy zobaczyłam ten film. Zadzwoniłam pod numer z ogłoszenia, porozmawiałam z kompetentną i miłą osobą; machina ruszyła.


Nie wiadomo co przeżyła Śnieżka i skąd wzięła się wśród domów na przedmieściach. Wiadomo, że była bardzo wyczerpana i zmęczona. Że łaknie kontaktu z ludźmi, a na koty stara się nie patrzeć. Wiadomo, że potrzebuje leczenia, kąpieli i wszystkiego tego, czego potrzebuje pies niczyj, by stać się domownikiem.

Planowałam zaproszenie psiny do Kociokwika pod koniec sierpnia, po wyjeździe urlopowym. Jednak nasze niedzielne spotkanie uświadomiło mi, że nie ma na co czekać, że trzeba dać jej poczucie bycia członkiem rodziny jak najszybciej.


Jutro jedziemy do naszego PanDoktora, w poniedziałek odwiedzimy ulubioną fryzjerkę, gdzie Śnieżka odzyska barwy. Na nowe życie dostanie też nowe imię - Amber, od bursztynu.

Trzymajcie kciuki, proszę. Za nas wszystkich:)

24.7.19

Eric O'Grey. Petty.

Eric O'Grey. Petty.

Trudno wyjaśnić komuś kto nigdy nie miał psa, jaka więź łączy człowieka i jego psiego towarzysza. Trudno też osobom nie zapsionym pojąć wszystko co skrywa się pod hasłem "uratował mi życie". Ja doskonale rozumiem obydwa te przesłania, bo historia o tym jak człowiek ratuje życie psa, a pies -człowieka, jest również i moją historią.

Eric O'Grey zajmował się w życiu różnymi rzeczami. Gdy go poznajemy pracuje w firmie handlowej z AGD i odnosi bardzo dobre rezultaty. Ale ma kłopot z poruszaniem się, nieustające bóle, zadyszkę, bezdech i przyczynę tego wszystkiego - olbrzymia nadwagę. Wyczerpany, zrozpaczony swoim stanem ogląda od niechcenia wywiad z Clintonem, który stwierdza w pewnym momencie, ze zdrowie pomogła mu odzyskać dieta roślinna. Hasło elektryzuje mężczyznę i w ten sposób trafia, po raz pierwszy w życiu, do lekarza, który ma dla niego czas, podchodzi do Erica i jego zdrowia holistyczne i - prócz zaleceń związanych z odżywianiem - zachęca go, by pojechał do schroniska i zaadoptował psa. 

Dalsza historia jest dość przewidywalna, co nie znaczy, że nudna i banalna. Zachwyt Erica odkrywającego bogactwo doznań jakie zapewnia roślinne jedzenie oraz kontakty międzyludzkie prowokowane przez obecność psa, pozwala mężczyźnie powoli dokonywać zmian. Eric jest zdeterminowany, pełen zapału i cieszy się, wraz z Peetym oraz rosnącym gronem znajomych, tym jak łatwo osiągnąć stan daleki od chorobliwego, w jakim tkwił przez lata.

Na plus książce należy oddać listę lektur polecanych, zamieszczonych przez autora na końcu. Zabrakło mi wśród nich dwóch tytułów: Nowoczesne zasady odżywania i 28 dni do zdrowia.

Wzruszyłam się, pouśmiechałam, zadumałam i pomyślałam, że większość z nas, ludzi, dla których zwierzęta są ważne, mogłoby napisać podobne książki.

Obejrzyjcie:

23.7.19

Maria Semple. Gdzie jesteś Bernadette?

Maria Semple. Gdzie jesteś Bernadette?

Pewnie nie sięgnęłabym po tę książkę, gdyby nie lista Padmy gromadząca lektury na wakacje. 

Bernadette Fox, nieszablonowo myśląca gwiazda architektury zamyka się w sobie po zniszczeniu jej dzieła i zgadza się wyjechać z mężem, informatykiem Microsoftu, do Seattle. Tam, w nowym miejscu nie odżywa, lecz nadal pielęgnuje urazę i zamyka się w sobie, aspołecznie reagując na samo miasto i jego mieszkańców. Mija kilkanaście lat, ich córka Bee kończy szkołę z wyróżnieniem i prosi rodziców o wspólną podróż na Antarktydę. Niestety, ani ona, ani mąż Bernadette, nie dostrzega w jak nietypowym stanie jest kobieta. Pewnego dnia pani Fox znika. A jej córka wyrusza na poszukiwania.

Dziwna, a zarazem bardzo poukładana to książka. Bohaterowie są złożonymi osobowościami, zlepkiem doświadczeń, urazów, chwil szczęścia, marzeń i porażek. Ich życie zdaje się iść torem znanym z innych lektur, by za chwilę wywinąć fikołka i podążyć w zupełnie inną stronę. Splot okoliczności, w jakich autorka umieszcza swoje postaci jest bogaty w znaczenia, szczególiki, przekaz, tak by dopełnić tła i urealnić treść.

Lektura Gdzie jesteś, Bernadette? budzi zaciekawienie opowiedzianą historią. Za miesiąc do kin wejście film na podstawie powieści, chętnie obejrzę:)

22.7.19

Lato w Pensjonacie pod Bukami

Lato w Pensjonacie pod Bukami

Zbiór opowiadań pisany według formuły, która doskonale sprawdziła się podczas zbiorów opowiadań o zwierzętach, świątecznych, czy o miłości. Jest jeden temat, w tym wypadku miejsce, i każda z autorek ma zaprosić tam bohaterów, historię życia którym wysnuje.

Dziesięć autorek i dziesięć różnego typu, charakterystycznych dla nich, sposobu opowiadania. Bohaterowie od młodych uciekinierek, przez odkrywających drugą miłość, wierność małżonkom, po starszych państwa świętujących uroczystą rocznicę ślubu. Są rozmowy, spacery i mnóstwo emocji, tak jak należało się spodziewać.

Być może nie byłoby nawet o czym wspominać, gdyby nie jeden szczegół - oprócz tego, że miejscem, w którym miały się zjawić postacie z opowieści był bieszczadzki pensjonat, to całość oparta jest o cytaty z twórczości Edwarda Stachury. I te poetyckie, jedynie zapisane, i te wyśpiewane przez Stare Dobre Małżeństwo, czy inne zespoły z nurtu poezji śpiewanej.

Podczas czwartkowego spotkania w bibliotece, Jacek Dehnel przytoczył badania nad empatią u osób czytających. Mówił, że jej poziom wzrasta, gdy czytamy w stosunku do poziomu mierzonego u osób nie czytających. Ale gdy czytamy literaturę ambitną - ów poziom szybuje znacznie wyżej, niż gdy czytamy coś mniej wymagającego.

I teraz zastanawiam się - czy dobrze jest czytać, nie dla empatii, ale dla poszerzania horyzontów, zbiór opowiadań, które przeczytane zaraz ulecą, ale po których być może niektórych dźgnie ciekawość kim był Edward Stachura i się im jego pisanie spodoba? Czy takie przemycanie poezji Stachury ma sens? Czy może to sposób najlepszy?

Jestem bardzo ciekawa co myślicie. Podzielicie się?

21.7.19

Niedzielnik nr 77

Niedzielnik nr 77
Wzięłam sobie bardzo do serca przesłanie Miesięcznika Znak zachęcające do mikrowypraw. Ostatni czas spędziłam właśnie tak: poznając miejsca niezbyt oddalone, a takie, które chciałam odwiedzić choćby po to, by wyrobić sobie o nich zdanie, którymi chciałam się pozachwycać, bo wiedziałam, że będę i wśród których szukałam odpoczynku. Udało się idealnie:)

Każdego roku staram się odwiedzić festiwal sztuki naiwnej, Art Naif Festiwal. Nie dotarłam na wernisaż, ale zwiedzanie niemalże w samotności, ma też swoje dobre strony. Można się zachwycać bez obaw, że komuś zakłóci się jego obcowanie ze sztuką :-) Bo zachwycać jest się czym.














Prace można kupować (wiele z nich już znalazło nabywców), a ofertę sprzedażową znajdziecie na podlinkowanej wyżej stronie Festiwalu.

*   *   *

Dzięki czeskiemu przewoźnikowi podróż do Ostrawy była szybka, tania i upłynęła w miłej, wręcz familiarnej atmosferze. Samo miasto nieco mnie zaskoczyło - ciszą, pustymi ulicami, brakiem życia i niestety - szarością i brudem.












Miło zaskoczyły mnie powiewające na wietrze trawy zasadzone w doniczkach na placu przed ratuszem. Warto było wjechać na wieżę, by zobaczyć panoramę miasta. Uśmiech budziły pomniki, a murale, szczególnie ten, który widzicie, budziły nostalgię i skłaniały do myślenia o czasach minionych. Niedaleko muralu namalowanego na starym, przepięknym i zrujnowanym budynku znajduje się ostrawska biblioteka oraz Kampus Palace, z przesympatyczną kawiarnią Sladký časy. Być może odwiedzę Ostrawę kiedyś jeszcze, ale to już raczej na rowerze, w ramach wycieczki po okolicy.

*   *   *

Minęło kilka dni, a ja - skrupulatnie sprawdzając doniesienia pogodowe - wyruszyłam na spacer po górach. Jeżdżę pociągiem do jednej miejscowości i przechodzę szlakami do innej, czemu zawsze towarzyszy odrobina ryzyka i niepewności co do tego, czy i na który pociąg zdążę. Najadłam się malin, poziomek i jagód, nasyciłam oczy, dostarczyłam swojemu ciału odpowiedniej dawki zmęczenia i pozachwycałam się światem. Deszcz lunął na 10 minut przed przyjazdem pociągu, gdy już czekałam schowana pod dachem peronu. Trafiłam idealnie;-)







Specjalnie zatrzymałam się na herbatę w Schronisku na Hali Lipowskiej - miałam nadzieję na pogłaskanie Miśka. Nie udało się, ale schronisko polecam z całego serca:)

*   *   *

Kolejna wyprawa może nie była mikro w skali przejechanych kilometrów i ważności powodu*, dla którego się odbyła, ale w skali cieszenia się chwilą - już tak.




Ten żółty budynek to biblioteka, biały - Urząd Stanu Cywilnego. Miło było pospacerować po nowym mieście, poostrzegać detale, posmakować lokalnych specjałów i pobyć wśród ludzi.

A jak Wasze wyprawy, małe i duże?

* O powodzie będzie niedługo. Bo ważny jest :-)
Copyright © 2016 Prowincjonalna nauczycielka , Blogger