03 maja 2015

Dają siłę, czyli o wpływie literatury na życie

Kiedy ponad miesiąc temu ortopeda na ostrym dyżurze stwierdził, że mam złamaną prawą rękę i za chwilę poprosi mnie do gabinetu, by mi ową rękę nastawić i włożyć w gips na sześć tygodni, nie dotarło do mnie w pełni jakie owa wypowiedź niesie za sobą konsekwencje. Po chwili zaczęłam je sobie uświadamiać i by stawić im czoła, poszłam kupić sobie herbatę z automatu. Obrzydliwy ulepek, ale nie dla napoju to zrobiłam, a dla sprawdzenia, czy umiem jedną ręką otworzyć torebkę, wyjąć portfel, otworzyć portfel i znaleźć w nim właściwe pieniądze, wrzucić, nacisnąć co trzeba, schować portfel, zamknąć torebkę, odebrać herbatę i z kubkiem w lewej ręce wymyślić sposób na otwarcie drzwi.

Im dłużej trwały zawirowania szpitalne, tym bardziej gorączkowo myślałam o tym w jaki sposób muszę oswoić codzienność, by sobie poradzić i by nie stać się uciążliwą dla przyjaciół (którym z tego miejsca serdecznie dziękuję za wszelką pomoc). I choć to może proste skojarzenie, to na myśl przyszła mi czytana niedawno książka Kazimierza Szymeczko. W świecie opisanym w "Tetrusie" podstawową zasadą jest nie być "męczydupą". Postanowiłam nie być ;-)


Wiecie jak długo wkłada się spodnie jedną ręką? Jak dużej współpracy i zrozumienia ze strony psa wymaga nałożenie mu i zapięcie szelek? Myśleliście kiedyś o tym, że gdy macie nieczynną jedną rękę sznurowane buty stają się wyzwaniem, a obieranie i krojenie niektórych warzyw misją nie do zrealizowania (choć pewnie jakiś sposób jest, bo niby jak obierają marchewkę osoby bez ręki?). 

Uświadomiłam sobie, że czas, w którym mam wyłączoną z użytkowania wiodącą rękę, jest czasem na zastanowienie się, na naukę i gromadzenie doświadczeń, czasem danym mi przez Los na refleksję. I wtedy trafiła w moje ręce kolejna książka.


Od pewnego czasu Francuzki podbijają nasze księgarnie i księgozbiory. Uczymy się od nich gotować, jeść, dobierać ubrania, prowadzić dom, uczymy się od nich jak być szczęśliwymi. I choć Jamie Cat Callan jest Amerykanką, to odwiedzając rodzinny kraj swojej babki tak bardzo zachwyciła się kobietami i ich sposobem bycia, że postanowiła podzielić się swoimi obserwacjami. 

Po tym jak skończyłam czytać "Szczęście na dzień dobry", kupiłam jarmuż i mnóstwo mrożonych warzyw, pomalowałam sobie paznokcie (chwała temu, kto wymyślił patyczki do uszu, bo niczym innym nie dałabym rady pozmywać tych plam wokół paznokci jakie sobie zrobiłam), opanowałam tuszowanie rzęs i malowanie ust (także konturówką) oraz wybrałam się do kawiarni w centrum miasta, by nabrać nowej perspektywy i ułatwić sobie w miłych okolicznościach szukanie elementów szczęścia w sytuacji, w jakiej się znalazłam.

Trafiłam na rozsądnego ortopedę i dziś nie mam już gipsu, tylko ortezę. I choć piszę do Was dwoma palcami lewej ręki, bo prawa wciąż się nie nadaje to tego typu działań, to wiem, że to nie był zmarnowany czas, a książki - czasami zdawałoby się przypadkowo dobrane - mogą nieść ze sobą idealne w danej chwili przesłanie:-)


Miłej niedzieli!

P.S. Czyż nie sądzicie, że do tak zaprojektowanej ortezy doskonale pasowałby jakiś miecz?;-)

2 komentarze:

Pyza Wędrowniczka pisze...

To jest bardzo pokrzepiająca historia o sile książek (i jak dobrze napisana!). Trochę inaczej spojrzałam teraz na te książki o francuskim stylu życia, bo do tej pory trafiałam tylko na takie dość pretensjonalne, które radziły mieć w domu albumy ze sztuką, obejrzeć film z Audrey Hepburn i mieć dwie pary dżinsów. A orteza bardzo steampunkowa :)!

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Pyzo,
ta książka - napisana zresztą przez kobietę pięćdziesięcioczteroletnią, a więc taką z pewnym życiowym doświadczeniem - bazuje raczej na relacjach jakie mamy z samymi sobą oraz innymi ludźmi.