Katherine Rundell. Wilczerka.

Katherine Rundell. Wilczerka.



Dziś wyjątkowo, dziecięcym piątku, tylko o jednej książce. Ale za to o jakiej...


Strach jest dla ludzi obdarzonych rozumem, oczami i sprawnymi zakończeniami nerwowymi.

Wilczerka to ktoś, kto przywraca wilki Naturze. Te, które kupione w szczenięcym okresie mają służyć za ozdoby salonów, popisywać się na przyjęciach i nie stąpać nigdy po ziemi wśród lasów. Tym właśnie zajmują się Marina i Fiedora, jej córka. Gdy ta pierwsza zostaje brutalnie zaaresztowana i wywieziona z rodzinnego domu, ta druga wraz z towarzyszącymi jej zwierzętami i uciekinierem z wojska, wyrusza na pomoc matce. 

Fabuła niby prosta, dająca się streścić w kilku zdaniach, pozornie zdawać by się mogło, że nawet przewidywalna. Ale nie! Po pierwsze - Katherine Rundell napisała Wilczerkę tak, że każde słowo w tej książce dużo waży, a poszczególne sceny są misternie snutymi opowieściami o wielkim znaczeniu. 

Przepiękna historia, równie przepięknie przetłumaczona przez Paulinę Braiter, zabiera nas w pewien wyobrażony świat. Nierzeczywisty, aczkolwiek oparty o pewne realnie istniejące przestrzenie i wydarzenia. Wędrówka Fiedory i Aleksieja nie jest reportażową historią - to baśniowa narracja pełna zdarzeń, w które trzeba wierzyć, gdy czyta się tego typu powieść. 

Fiedora jest dla mnie symbolem miłości, a jej historia to opowieść o sile, lojalności, wierności,  zwyciężaniu zła mocą dobra.

P.S. Dawkowałam sobie tę książkę, by nie przeczytać jej zbyt szybko. Szkoda było mi rozstać się z bohaterami.

P.S.2. Wilczerkę znajdziecie na Litres.pl a link jest linkiem afiliacyjnym:-)
Niedzielnik w środę, czyli garść informacji (79)

Niedzielnik w środę, czyli garść informacji (79)



Wróciłam :-) I mimo, że od powrotu upłynęło już kilka dni, codziennie próbuję zebrać motywację do tego, by pisać. Mam nadzieję, że ten nietypowy niedzielnik stanie się motorem napędowym, bo przeczytałam kilka świetnych książek i zanim znów wyjadę chciałabym się nimi z Wami podzielić.


Zachwyciłam się Bieszczadami. Zdaję sobie sprawę, że nie jestem w owych zachwytach odosobniona, ale i tak - w pełni nieracjonalnie myślę - że ten mój zachwyt jest najgłębszy, bo jest najmojszy.


Przygotowałam się solidnie: trasa, noclegi, pakowanie i ważenie plecaka, odpowiednia grupa na facebooku. I nie wzięłam pod uwagę jednego. Ja miłośniczka Natury, i jak mi się wydawało, córka Dziczy, nie uwzględniłam pogody:-D


Podkarpacie przywitało mnie deszczem, ale gdy dojechałam do Ustrzyk Górnych i wędrowałam do Wołosatego, towarzyszyło mi nieśmiało wyglądające zza chmur słońce. W nocy była burza. I rano była burza. Nie zraziło mnie to, zwinęłam szybko namiot i powędrowałam. I nawet słowa pani sprzedającej bilety do Bieszczadzkiego Parku Narodowego - "Jak zaczęło padać z początkiem maja, tak pada do dziś" nie dały mi do myślenia i nie zabiły mojego entuzjazmu. Och, te porywy serca...


A potem było lepiej i lepiej. Szłam sama, wokół szumiało, huczało w strumyku, słońca zaczynało oświetlać drogę, a widoki robiły się coraz piękniejsze. I wiatr, tak cudnie wiał...



Każdej noc była burza. I każdej nocy cieszyłam się, że mam nad głową dach - owszem z materiału, owszem - niewielki, ale dach, pod którym przeżywało się burzę zupełnie inaczej niż wówczas, gdyby złapała mnie na szlaku. Szlaki były cudne... Owszem, te w lesie błotniste i śliskie, wymagające wiele uważności, ale i tak piękne.


Dużo mnie nauczył ten wyjazd. Miałam mnóstwo czasu na myślenie i choć czasem zamiast zastanawiać się nad kwestiami egzystencjalnymi musiałam skupiać się nad bezpiecznym uczynieniem kolejnego kroku, to i z tego płynęła do mnie wartościowa lekcja.


Wiem, że wrócę. W Bieszczady, Beskid Niski, zahaczę o Magurski Park Narodowy. Wiem, że fizyczne zmęczenie (plecak ważył 12 kg :-)), inne niż na codziennie funkcjonowanie, pozwoliły mi się niesamowicie zresetować i przewartościować pewne sprawy. 


W Cisnej odwiedziłam, nucąc "Piosenkę dla zapowietrznego" (w innym wykonaniu, bo Stachurowym) Siekierezadę. Skusiłam się na regionalne danie, poprawiłam kawą i syciłam się klimatem. Wędrówka do schroniska i pobyt w nim ponownie otworzyły mnie na nowe doświadczenia. 


Spotykałam rozmaitych ludzi, którzy byli jak barwne motyle - zamienialiśmy kilka słów, dzieliliśmy wrażeniami ze szlaku i szliśmy każde w swoją stronę. Zaimponowały mi dwie studentki, które szły już kolejny dzień niosąc na sobie cały swój dobytek, łącznie z kuchenką zabezpieczające je we wrzątek; mnie pewnego poranka także 😉


Po powrocie do domu zdążyłam jeszcze ponownie wybrać się w góry i przekonać jak wyglądają szlaki w Beskidzie Śląskim. Nie mylicie się - podobnie mokro. Amber była oburzona. 


Udało mi się również - po raz pierwszy w tym roku - wybrać na wycieczkę rowerową. I ta, debiutancka w sezonie 2020, przejażdżka spodobała mi się na tyle, by kolejnego dnia wyruszyć ponownie. 


Brzask w górach

Wyszedłem przed dom
spod nóg runął pejzaż
który zaspał w trawie
listek ćwierknął jak wróbel

W środku lasu
nagle roześmiało się drzewo
to ptaki

Podczas pobytu w Bieszczadach odkryłam dla siebie twórczość Jerzego Harasymowicza. Czytam jego wiersze i czuję, że napisał je tak jakby chciał mi o sobie opowiedzieć. Dawno już żaden poeta nie trafił tak bardzo w moją wrażliwość. 
*   *   *

Dziękuję tym, którzy doczytali aż dotąd. Mam dla Was prezent od księgarni litres.pl - kod, który da Wam 10 zł za zakupy za minimum 20 zł. Wystarczy, że w piszecie PROWINC10. Od jutra będą się także pojawiały linki afiliacyjne i - jeśli uda mi się ogarnąć kwestie techniczne - baner.


Doświadczenia zebrane podczas tego urlopu wzbogaciły mnie, były źródłem cennych lekcji. Są także elementem, który wzbudza we mnie tęsknotę. Za tym, by zredukować swoje potrzeby, odrzucić to co zbędne i cieszyć tym, co najważniejsze. 
Suzanne Collins. Ballada ptaków i węży.

Suzanne Collins. Ballada ptaków i węży.



Prequel znakomicie przyjętej na całym świecie trylogii Igrzyska Śmierci opowiada o X Głodowych Igrzyskach i biorącym w nich Coriolanusie Snow. I choć to on jest głównym bohaterem, to na pierwszy plan wysuwają się relacje, zachowania i emocje jego i osób z otoczenia. 

Coriolanus Snow jest młodzieńcem pochodzącym ze znanego i szanowanego rodu. On i mieszkająca z nim kuzynka starannie ukrywają przed światem, że z dawnego majątku nie pozostało już nic, a ich życie jest grą pozorów. Babcia, pozostająca pod opieką wnuka wciąż wierzy w wyjątkową rolę jaką przyjdzie mu odegrać w społeczności Kapitolu. 

Zaangażowanie uczniów do Igrzysk jest nowatorskim posunięciem. Organizatorzy szukają sposobu na to, by zainteresować mieszkańców dystryktów w transmitowane rozgrywki i łączenie młodych ludzi z Kapitolu z młodymi ludźmi biorącymi udział w walce na śmierć i życie, wydaje się im doskonałym rozwiązaniem. Czy jednak tak jest? 

Gdy czytałam Balladę ptaków i węży nie odczuwałam grozy tego co dzieje się na arenie. Patrzyłam na przebieg Igrzysk podobnie jak Snow - z pewnym wyrachowaniem, dystansem pozwalającym na osiągnięcie celu. To, że tak bardzo współdzieliłam emocje bohatera mnie zaskoczyło, zaskoczyły mnie również - podobnie jak jego - pewne wydarzenia wpływające na przyszłość Coriolanusa, mocne osadzenie jego osoby w społeczności i oczekiwania wobec niego. 

Ballada ptaków i węży to dla mnie opowieść o lojalności. O tym, co ona oznaczała dla Snowa, jak ją rozumiał, wykorzystywał i wobec kogo decydował się być lojalny. Odpowiedź na to ostatnie wcale nie jest tak bardzo oczywista. 
Niedzielnik 78

Niedzielnik 78



Gdy to czytacie, idę przez bieszczadzkie połoniny. Kto by pomyślał, że się tam wybiorę :-) Owszem, nawet słuchając ubiegłego lata zbioru opowiadań wakacyjnych od polskich autorek, a dziejących się w Bieszczadach, pomyślałam raz czy drugi, że byłoby miło odwiedzić tę - kompletnie mi nieznaną - część Polski, ale wiecie jak to jest z takimi westchnieniami. Zawsze jest za mało czasu i za dużo obowiązków.

Koronawirus spowodował jednak zmiany. Jestem pracoholikiem, z ubiegłego roku zostało mi wiele dni urlopu, który powinnam "zużyć" czym prędzej. I tak oto rok 2020 upłynie mi pod hasłem odkrywania/doświadczania nowego.

I choć nie wiem na ile będę mogła pozwalać sobie na kontakt z Wami on-line, to zadbałam o to, abyście powędrowali ze mną w czasie, przestrzeni i w głąb siebie. Codziennie o 12:00 ukaże się na facebooku (KLIK) link do tekstu o książce. Tekstu pisanego kilka lat temu, o książce, pod wrażeniem której jestem nadal. Serdecznie zapraszam! Zapraszam Was także na Instagram (KLIK). Tam bowiem będę się starała pokazywać Wam urodę drogi, którą idę, tam też - codziennie o 18.00 - znajdziecie cytaty o wędrowaniu i życiu.

Trzymajcie kciuki za udaną wyprawę i spełnienie marzenia, które kiełkowało we mnie już od dawna. Do zobaczenia/poczytania w wirtualnym świecie!

P.S Kociokwiki zostają pod najlepszą opieką. Lepszą niż moja.
Graeme Simsion, Anne Buist. Na szlaku szczęścia.

Graeme Simsion, Anne Buist. Na szlaku szczęścia.



Szlak do Santiago de Compostela pobudza wyobraźnię wielu twórców i pielgrzymów. Graeme Simsion znany Wam z Projektu Rosie (KLIK) i Efektu Rosie (KLIK)  napisał wraz z towarzyszącą mu Anne Biust powieść o pielgrzymowaniu po tym, jak dane im było doświadczyć Camino w 2012 i 2016 roku. Czyli - wiedzą o czym piszą, prawda?

Bohaterami powieści Na szlaku szczęścia jest dwoje życiowych rozbitków. Ona, wdowa po czterdziestce, która pojawia się we Francji i wyrusza na szlak trzy tygodnie po śmierci męża, i on po pięćdziesiątce - rozwodnik, z nastoletnią cierpiącą z powodu rozstania rodziców córką, chcący przetestować prototyp wózka, który ma usprawnić długie wędrówki i zdeklasować plecak. Powody wyruszenia na drogę św. Jakuba mocno niereligijne, ale też to jedna z rzeczy podkreślanych bardzo wyraźnie w tej książce - Camino nie jest tylko dla wierzących. Znacznie częściej jest dla tych, którzy szukają. Uspokojenia, potwierdzenia własnej wartości, a czasami - jak pokazują historie opisywanych osób - przelotnych romansów. 

Ciekawym podczas lektury było nieodparte uczucie, że autorzy nie koloryzowali - unikali zarówno słodzenia i wygładzania postaci pielgrzymów, jak i nie wyposażali ich z początku w cechy odrażające, by potem, z każdym kilometrem drogi mogli się zmieniać na lepsze. Postacie w powieści są żywe, wieloznaczne, mają wady i zalety, jak każdy z nas.

Losy i droga Zoe i Martina to się splatają, to podążają niezależnie od siebie. Jak jednak wszyscy na szlaku spotykają się co jakiś czas w tych samych miasteczkach, miejscach noclegowych, czy po prostu na drodze. Idą, rozmawiają, dzielą się tym, z czym idą - choć nie wszyscy idą (wbrew zasadom podjeżdżają taksówkami) i nie zawsze planują aż do Santiago.

Na szlaku szczęścia nie jest książką hurraoptymistyczną, jest książką - drogą przez życie i konsekwencje swoich wyborów.  Zerknijcie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Prowincjonalna nauczycielka , Blogger