21 września 2015

Wynurzenia pourlopowe

Urlop to taki okres, w którym mogę zupełnie lekceważyć zegarek i prawie zupełnie kalendarz (prawie, bo trzeba pamiętać kiedy się urlop kończy). To czas robienia tego na co mam ochotę, pławienia się w przyjemnościach, myślenia o rzeczach dobrych, ogólnie ujmując - relaksu.
Tu od razu płynące z głębi serca podziękowania należą się J., która otoczywszy koty najlepszą z możliwych opieką, umożliwiła mnie i Sarze wyjazd. Dziękuję:-)
W drodze na Mazury odwiedziłyśmy Warszawę gdzie do naszej dwójki dołączyła Sasza, przeurocza haszczanka pojawiająca się niekiedy na blogu. Dojechałyśmy, poszłyśmy na spacer i od razu okazało się, że Szasza jest psem łowiąco-kopiącym, a Sara jakby "zaraziła" się zainteresowaniem skierowanym na kretowiska i nory myszy.


Szybko ustalił się plan dnia. Pobudka, poranny spacer/przebieżka przy rowerze (ewentualnie galopada po polach, bo sarny, zające, lisy). Później kawa z psem na kolanach, śniadanie psie oraz ludzkie i ogólne lenistwo. 






Był jednak czas i na taplanie się w jeziorze, i obserwowanie pływającego łosia, i spacer po lesie (do którego trzeba było dojechać samochodem, ale uspokajam - psy nie jeździły w takiej pozycji, w jakiej je widać na zdjęciu).
 



 





Podczas pobytu w małym miasteczku, z którego pochodzę, poczyniłam kilka obserwacji socjologicznych. Gdy idziemy z Sarą przez park, czy osiedle, ludzie się do nas (do psa) uśmiechają i zagadują. Dzieci pytają, czy mogą pogłaskać i padają przed psem na kolana dając się oblizywać. W małym miasteczku miałam dwa psy. Owszem, nie dało się nie odczuć, że wzbudzamy sensację ;-) Ludzie patrzyli na nas, może nawet lepszym określeniem będzie "gapili się", ale nikt się nie uśmiechnął, nie zagadał i nawet dzieci mijały nas jak byśmy były zadżumione. 

Komentarze były, trzy. Jeden podczas wędrówki ścieżką za miastem, pomiędzy polami. Szasza biegła przy rowerze, na smyczy, Sara wędrowała koło mojej nogi. Pan biegnący z przeciwka zatrzymał się i nie bacząc na to, że widząc jego reakcję lękową, pochyliłam się i złapałam Sarę za szelki, nakrzyczał na mnie, że psy powinny być na uwięzi. Drugi. Spacer przez miasto. Duże podwórko kamienicy otwarte na chodnik. 4 koty w różnym stanie napuszenia siedzą i spod przymkniętych powiek spoglądają obojętnie na stojące na chodniku i węszące psy. Psy na krótkich smyczach stoją i węszą, Sara z zapamiętaniem macha do kotów ogonem. I nagle głos pełen pretensji, że mam wziąć te wielkie psy, bo tu koty siedzą i jeszcze psy je zażrą. Trzeci, w dniu wyjazdu. Starszy pan drepczący obok swojego starszego psa zawołał "Jakie ładne pieski". I tyle. Zdumiewające...

Będąc w domu wróciłam do lektur dawniejszych i świeżych, ale nierozerwalnie związanych ze zwierzętami. Nie wiem, czy wiecie, że Joanna Chmielewska popełniła dwie książki o leśnych zwierzakach - "Pafnucy" i "Las Pafnucego". Ta druga została pierwotnie wydana w formacie A4, twardej oprawie i cenie przyprawiającej o drżenie serca. Na szczęście czas jakiś temu ukazała się w przyjaźniejszej portfelowi ofercie i stanowi jedną z ulubionych lektur Heleny. Pafnucy to niedźwiedź, który przyjaźni się z leśniczym, na posiłki chodzi do ciekawskiej wydry Marianny, a sposób w jaki Autorka przedstawiła życie w lesie powoduje, że mam ochotę natychmiast sprzedać wszystko co mam i zakupić leśniczówkę/gajówkę zlokalizowaną daleko od ludzkich domów.


Drugą lekturę urlopową stanowiły książki Marcina Pałasza opisujące przygody psa zaadoptowanego ze schroniska.



Z książki "Elf i Pierwsza Gwiazdka" pochodzą słowa, które - gdyby tylko umiała - z pewnością powiedziałaby Sara charakteryzując nasz urlop.

(...) okazało się, że ta babcia prawie ciągle krząta się w kuchni, a tam pachnie wyjątkowo smakowicie. Nie minęło dużo czasu, a wyszło na jaw, że to babcia tworzy te wszystkie cudowne zapachy...! Może źle, że to powiem, ale wszystko to, co ona robi pachnie nawet lepiej niż to, co w naszej kuchni gotuje Duży! A na pewno tak samo dobrze.
Sami widzicie, ile mam tu do roboty: pilnowanie Dużego, żeby mi nigdzie nie uciekł. Pilnowanie babci, bo może jej zupełnym przypadkiem spaść na podłogę coś smacznego. Pilnowanie mojej Siostry, żeby nie zjadła tego czegoś przede mną.
[s. 67]
 Wróciłyśmy, oswajamy codzienność i przytulamy koty. Zaczynamy żyć według zegarka i kalendarza. Ale to nic - do zobaczenia na mazurskich drogach za rok.


P.S. Dzień przed naszym wyjazdem Tygrys i Szczotek znaleźli cudny dom :-)

2 komentarze:

Agnes pisze...

Pafnucego znam i uwielbiam. I cieszę się, że mi go przypomniałaś, bo mi dzieci rosną i czas, żeby przestawić te książki (bo są dwie o Pafnucym) z półki z Chmielewską na półkę dziecięcą.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Wiem, że są dwie:-) Ale tę pierwszą znam niemalże na pamięć, a druga z racji ceny i gabarytów, zawsze była mi jakoś bardziej niedostępna.