23 października 2015

Na straganie w dzień targowy...


Przyznaję - być może jestem zblazowana w kontekście targów. Kilka lat jeżdżenia na targi książki dla przyjemności + kilka lat jeżdżenia na targi książki zawodowo, uczyniły ze mnie wybredną i wybiórczą odbiorczynię tychże. Na hale targowe spoglądam pod kątem tego, jak do nich dotrzeć, w jaki sposób zaaranżowano w nich przestrzeń, którędy wiodą szlaki komunikacyjne i jak je rozplanowano. Oczywiście - nie bez znaczenia jest oferta, ale tu dochodzi do głosu także codzienne obcowanie z książkami - nowszymi, starszymi, bez znaczenia. Mam to szczęście, że pracuję z ludźmi, dla których książki są równie pasjonujące, co dla mnie. Każde z nas celuje w inny typ literatury, ale każde rozsmakowuje się w czytaniu. Codzienność wypełniona książkami syci mnie tak mocno, że wędrując wczoraj targowymi ścieżkami, większą uwagę zwracałam na wydawnictwa uczelniane, niż te, z literaturą piękną. Z ofertą uczelnianych mam kontakt o wiele rzadszy.

Targi książki mają dla mnie również walor towarzyski i socjologiczny. Spotykam raz do roku osoby, które znam od kilku lat, rozmawiam o tym, co się u nich pozmieniało w tym czasie. Niektórym osobom towarzyszę w wędrówkach przez działy promocji różnych wydawnictw czy firm związanych z rynkiem książki. Z innymi koresponduję nie tylko o książkach, więc i spotkanie na targach nie zawsze wokół książek się kręci. Są i takie osoby, które znane mi dość oficjalnie, nagle stają się doskonałymi rozmówcami na tematy dowolne. 

Mija osiem lat pisania bloga. Robiąc porządki w skrzynce mailowej znalazłam wiadomości od osób, które już dawno zniknęły ze świata książkowego biznesu. Od osób, które przez  kilka, czy nawet kilkanaście miesięcy, istniały dla mnie jako postacie związane z konkretnymi tytułami, wydawnictwami. Z perspektywy czasu wydaja się być znajomymi na chwilę. A, w wielu wypadkach, szkoda. Z przyjemnością witałam się z nimi przy kolejnych okazjach, wtedy, gdy człowiek zza adresu mailowego stawał się uśmiechniętą twarzą, historią, osobą.

Już dawno nie jeżdżę na targi książki dla książek. Jeszcze jeżdżę dla ludzi, ale i z nimi czasami łatwiej i spokojniej można porozmawiać poza stoiskiem, przez pocztę, czy telefon. Ciekawe, w którym momencie uznam, że targi książki nie dają mi nic?

P.S. Przeczytałam książkę o czytaniu. Pierwszą część - szwedzką bardzo mocno charakteryzuje poniższy cytat. Druga - wybrzmiewa przekonaniem, że jedne środowiska okołoksiążkowe mogłyby lepiej zadbać o książkę, czytelników, sprzedaż, czytelnictwo, gdyby nie inne środowiska, które im robią wbrew. 
Człowiek jest w bibliotece ważniejszy niż książki. Zachęcanie ludzi, zwłaszcza dzieci, do czytania ma ogromną wartość społeczną. Jest wiele badań, które to potwierdzają. Na przykład duńska firma konsultingowa Copenhagen Economics przeprowadziła analizę sprawdzającą społeczną wartość bibliotek. Badający doszli do wniosku, że biblioteki rocznie zwiększają PKB Danii w przybliżeniu o dwa miliardy duńskich koron. Chodzi o to, że to dzięki bibliotekom dzieci w czasie wolnym rozwijają swój język, co później przyczynia się do tego, że zdobywają lepsze wykształcenie, a to zapewnia im lepiej płatną pracę. Mając ją, więcej konsumują i wydają, a to zwiększa PKB. Biblioteka nie jest wiec kosztem, tylko bardzo dobrym społecznym biznesem. Inwestycją w przyszłość. Politycy muszą to zrozumieć. [Szwecja czyta, Polska czyta. s.56]
P.S.2. Podkreślenie moje.

4 komentarze:

Agnes pisze...

Och, obym jeszcze długo nie doszła do etapu, gdy targi nie dają mi nic szczególnego.
Bo jak na razie - kocham, kocham, kocham.

Kocie Lektury pisze...

Eh, gdyby i u nas przestało panować podejście rodem z najdzikszego kapitalizmu - coś nie jest rentowne to się to zamyka, redukuje, przenosi... brak długofalowego myślenia, niestety. Na biblioteki i czytelnictwo wielu patrzy, jak na krasnoludki, a wystarczyłoby czasami pokazać czytających bohaterów w filmach/serialach, zrobić fajny reportaż o książkach... długo, by wymieniać.

magdalenardo pisze...

W tym roku nie będzie mnie na Targach Książki ani w Krakowie, ani w Katowicach.
Nie rozpaczam, nie snuję się pod domu z kąta w kąt i nie rozmyślam jak by było, kogo bym spotkała, co zobaczyła.
Nie dlatego, że Targi mi spowszedniały - bo byłam w sumie trzy razy i świetnie się bawiłam, ale dlatego, że mam świadomość, że są rzeczy ważne i ważniejsze. Czasem trzeba zrezygnować z czegoś, by mieć (osiągnąć) coś innego.
W tym roku zdecydowałam, że jeśli na Targi nie pojadę to świat się nie zawali, a ja (i moja rodzina) będę miała czyste sumienie i nie będą targały mną wyrzuty sumienia (głównie w kwestii finansowej, ale też związanej ze spędzaniem wolnego czasu z rodziną (która czytać niestety nie lubi), bo tego ostatnio mam jak na lekarstwo.

Gdyby u mnie w mieście ktoś "z góry" zechciał zrozumieć, że biblioteka szkolna to nie tylko przechowalnia książek, a miejsce, w którym dzieje się wiele dobrego, a uczniowie mają ogromne szanse i możliwości rozwijać swoje zainteresowania, kompetencje językowe, społeczne, manualne... to może pomyślano by, że wskazany jest cały etat dla bibliotekarza, a tym samym możliwość otwarcia biblioteki na każdej przerwie oraz po lekcjach...

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Agnes,
życzę Ci tego:-)

Kocie Lektury,
Przychylam się do Twojego postulatu - więcej bibliotek w popie mogłoby zrobić cuda.

Magdalenardo,
życzę przychylności i mądrości władz miejskich.