15 października 2015

Niemoc czytelnicza, twórcza oraz inne przypadki

Książkę "Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej" czytałam siedząc u boku Sary podpiętej do kroplówki. Podobnie jak opowieść Cabella o Terry'm Pratchett'cie, która nie wiem czemu wydawała mi się być biografią, a była bardziej podstawą do tego, by zacząć porządkować sobie wiedzę o powieściach twórcy Świata Dysku i jego poglądach. Sara była podpięta do kroplówki, bo miała babeszjozę. Była w bardzo poważnym stanie (babeszje powodują rozpad erytrocytów) i jest z nami nadal dzięki zaangażowaniu w jej ratowanie PanDoktora. Podczas jej choroby spotkałam się z wielką życzliwością i wyrozumiałością ludzi wokół i za to też jestem bardzo wdzięczna. Tak jak na zdjęciu poniżej, wygląda krew zarażonego psa.


W pędzie nowych obowiązków w pracy, skupieniu na Sarze i pozostałych zwierzętach, próbie dołączenia do regularnych treningów biegowych, nadszedł dzień moich urodzin. Poświętowałam ze współpracownikami, na odległość z rodziną, a nawet w ostatni weekend miałam jeszcze okazję uczcić to, że jestem o rok starsza;-)

Czytanie okulało. Poczytałam coś, co nie sprawiło mi żadnej przyjemności, a czytane było z obowiązku. Sięgnęłam po "29.99", które uderzająco trafnie obnażało świat podlegający mocy reklamy, ale z nieznanych przyczyn nie doczytałam. Pod wpływem psiej choroby zainteresowałam się bliżej zoologią i półka z książkami z biblioteki zapełniła się odpowiednimi podręcznikami. W międzyczasie zaczęłam słuchać książki Magdaleny Zawadzkiej "Taka jestem i już" i choć mnie zainteresowała - przestałam zabierać ze sobą słuchawki na spacery. Próbowałam zastosować na czytelniczą niemoc starą dobrą zasadę - książkę znanego i lubianego autora. Owszem, na stole, gdzie jadam, leży "Świadek oskarżenia" A. Christie. A przecież wokół tyle dobrych książek!

Sięgnęłam kiedyś po publikację "Dehumanizacja człowieka i humanizacja zwierząt". Zraziłam się nieco do teorii tam głoszonych, potraktowawszy je dość osobiście, i do sposobu - zbyt uproszczonego, jak na mój gust - argumentowania za tymi teoriami. Zniesmaczona nie doczytałam książki do końca. Miałam jednak okazję uczestniczyć ostatnio w rozmowie związaną z taką tematyką i uznałam, że powinnam wrócić do tego o czym pisze ks. Śledzianowski. Gdy przeczytam - podzielę się z Wami opinią.

4 października było Święto Zwierząt, którego nie odnotowałam, podobnie jak nie uczyniłam stosownej notki dwa dni później, gdy do Kociokwika przybyły Bożątko i Niebożątko (zapraszam do zakładki tymczasy). Wkrótce zrobię ogłoszenia i poproszę Was o pomoc w ich rozpowszechnianiu.

Minioną sobotę spędziłam na festynie rodzinnym. Były książki i zabawki dla najmłodszych, stoiska kiermaszowe z książkami i nie tylko, gry i zabawy, trampoliny i zamki, młodzi i nieco starsi występujący, muzyka poważniejsza i ta popularna oraz szeroki pakiet edukacyjny, który pod przykrywką dobrej zabawy miał trafiać nie tylko do najmłodszych. 







11 października minęły dwa lata obecności Sary w Kociokwiku. Piękne dwa lata, wzajemnego oddania, nowych doświadczeń i różnego rodzaju dobra, które się nam przytrafiło. Takiego jak na przykład ostatnia zbiórka prowadzona przez Fundację Adopcje Malamutów na rzecz pokrycia kosztów leczenia babeszjozy. 

Jesień na rynku książki obfituje w doskonałe zachęty do tego, by czytać. Kuszą mnie zapowiadane dzienniki Jacka Dehnela i Szczepana Twardocha, biografia Wojciecha Kilara. Ucieszyło mnie wznowienie "Tajemnej historii" Donny Tartt, nowa powieść Marka Hłaski i wydanie książki o czytaniu w Polsce i w Szwecji. Tę ostatnią właśnie napoczęłam i przyznam Wam, że czuję się jakbym czytała o innym świecie. Biblioteka dla dzieci w wieku 10-13 lat, festiwal literacki, na który bilety wyprzedawane są w mgnieniu okaz i wiele, wiele pomysłów sprzyjających temu, by cieszyć się czytaniem i książką.

Dwa dni temu miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu z Bogusławą Sochańską, szefową Duńskiego Instytutu Kultury, doskonałą tłumaczką i propagatorką twórczości Andersena. Dzięki jej staraniom i w jej tłumaczeniu ukazały się w Polsce na nowo "Baśnie" Andersena. Na nowo - bo to wydanie, które wszyscy znamy, opublikowane blisko 50 lat temu, tłumaczone było z niemieckiego, a owo najaktualniejsze już z języka twórcy, czyli duńskiego. Ponieważ, jak dowiedziałam się na spotkaniu, cechą charakterystyczną "Baśni" był sposób narracji, uznałam, że warto sięgnąć po nie w wersji audio. Dziś je odbiorę, jutro zacznę słuchać, a później podzielę się z Wami wrażeniami.

Już połowa miesiąca. Obfitego w wydarzenia i doświadczenia. Przede mną jeszcze dzisiaj dwa ciekawe spotkania, w przyszłym tygodniu kolejne i oczywiście wizyta na krakowskich Targach Książki. W ubiegłym roku nie byłam, ciekawa zatem jestem klimatu nowego miejsca.

Chyba nie pokazywałam Wam efektu pracy jaką włożyliśmy w przygotowanie Narodowego Czytania. Moim zdaniem było warto, a Waszym?

2 komentarze:

Pyza Wędrowniczka pisze...

Baśnie w tłumaczeniu pani Sochańskiej brzmią cudownie -- faktycznie odkrywa się zupełnie inny język Andersena: prosty, a równocześnie bardzo poetycki, skierowany do dzieci, ale trochę tak, jakby autor mówiąc cały czas patrzył w okno ;). Nie wiem, jak w słuchaniu -- ale w czytaniu sprawę dodatkowo polepsza to, że ten zbiór baśni jest przepięknie ilustrowany, bardzo miękko, więc dopełnia całość. Ale myślę, że nawet bez ilustracji będziesz zadowolona :).

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Pyzo,
mam nadzieję:-)