22 lutego 2016

Chris Crowley, Henry S. Lodge. Bądź młodsza za rok.


Wszyscy wiemy, że aby żyć długo i szczęśliwie musimy jedynie zdrowo jeść, dobrze spać, ruszać się i dbać o dobre relacje z innymi ludźmi. Jedynie? No to ręka w górę - kto zdrowo je, dobrze śpi, ma czas na pielęgnowanie kontaktów przyjacielskich i dbanie o własną sprawność. Odnoszę wrażenie, że czekamy z tym na później, gdy będziemy mieli więcej wolnego czasu, gdy nasze dni nie będą podporządkowane głównie pracy. Nie chciałabym odzierać Was ze złudzeń, ale to, że my czekamy na lepszy czas, nie oznacza, że czas czeka na nas. 

Chris Crowley i Henry S. Lodge w bardzo komunikatywny sposób pokazują w swojej książce prostą konstatację - istnieje czas wzrostu i czas obumierania. A ów drugi zaczyna się zaskakująco, i zupełnie niespodziewanie dla większości z nas, szybko. Podsuwają nam jednak recepty (Henry jest internistą geriatrą, więc czyni to z pełnym zapleczem medycznym), by ów proces obumierania, czy jak piszą - rozpadu - powstrzymać jak najdłużej.

Książka podzielona jest na dwie, noszące znamienne tytuły, części. "Zadbaj o swoje ciało" i "Zadbaj o swoje życie". Autorzy w dwugłosie objaśniają czytelnikom zasady rządzące organizmami ludzkimi (a nawet ssaczymi) od wieków. Wyjaśniają, co nam sprzyja i czynią to w naprawdę uporządkowany, przekonujący sposób, oraz pokazują jak obrócić to, co nas spotyka i co jest nam dane, na własną korzyść. Owszem, piszą o tym, co się z nami stanie, gdy przestaniemy się ruszać, zaniedbamy aktywność społeczną, będziemy jeść byle co, ale czynią to na tyle subtelnie, że ja po przeczytaniu tej książki, odczuwam tylko jej pozytywną, motywującą moc. Bo jakże można myśleć negatywnie o lekturze, w której trafia się na takie oto zdanie wypowiedziane przez siostrę Esterę w 106 wiośnie jej życia:
W niektóre dni czuję się, jakbym miała 150 lat, ale wtedy zbieram się w sobie i decyduję, że się nie poddam! [s. 321].
"Bądź młodsza za rok" to książka, którą powinniście sprezentować odchodzącym na emeryturę współpracownikom. Książka, którą powinniście podarować swoim rodzicom (jest też wersja dla mężczyzn) i starszym przyjaciołom. Książka, która powinna stanowić wyposażenie sanatoryjnych  i szpitalnych bibliotek. Książka, której brak wersji audio wydaje się być pomyłką. Książka, która...

Mogłabym tak długo. Ale po co; czytajcie, a później wytoczcie walkę rozpadowi. I koniecznie kogoś przytulcie:)

16 lutego 2016

Stanislav Marijanović. Mała encyklopedia Domowych Potworów.


Och, co za cudna książka! 

Encyklopedia stworów i potworów zamieszkujących dom pozwala pełniej zrozumieć, czemu czasami woda z psiej miski rozlana jest na całą podłogę, ulubiona bluzka schowała się wyjątkowo przemyślnie na wieszaku "naktórymzdecydowanieniepowinnojejbyć", wstawanie z łóżka jest trudne, a nocą - oprócz zwyczajowego posapywania śpiącego Kociokwika - ze szpar i zakamarków mieszkania dobiegają różne niepokojące dźwięki.


"Mała encyklopedia Domowych Potworów" pozwoli na oswojenie dziecięcych lęków, na wyjaśnienie tego, kto mieszka w szafie, telefonie i pod łóżkiem. Co więcej - może stanowić doskonałe wyjście do tego, by samemu stworzyć domową księgę współmieszkających potworów. Wszak prawdopodobne jest, że potwór samodzielnie nazwany, opisany i nazwany stanie się potworem zaprzyjaźnionym, ot takim, któremu wieczorem na wysprzątanym do czysta kuchennym blacie zostawia się na spodeczku odrobinę pyszności.


Zachęcam Was do zapoznania się z plejadą cudnych postaci i do robienia wszystkiego, by swoją potworność nieco osłabiły. Zdecydowanie przyjemniej będzie z Decyzellą Poranną pogwarzyć w niedzielę, po pysznym śniadaniu, podczas wybierania ubrań na cały tydzień, niż rano, gdy okazuje się, że jedyna wyprasowana w szafie koszula ma urwany strategiczny guzik;-)


Bawcie się dobrze!

12 lutego 2016

Puzzle, czyli temat na piątek

Bardzo lubię puzzle. 


Fascynuje mnie sztuka tworzenia obrazu z maleńkich kawałeczków, owo początkowe przerażenie na widok wielu fragmentów, które trzeba dopasować i drobne sukcesy polegające na tym, że znajduje się pięć, dziesięć, kilkanaście puzzli łączących się ogonkami.


Mimo swojej wielkiej sympatii dla puzzli układam je bardzo rzadko. 
Zdecydowanie za rzadko.


Powód? Zerknijcie na te zdjęcia. Przypatrzcie się im dobrze. 
A później wyobraźcie sobie jak wielką radością dla pięciu kotów byłoby układanie puzzli.


Puzzle Polska Młodego Odkrywcy firmy ArtGlob są pełne detali, szczegółów, szczególików, które sprzyjają ułożeniu mapy. Żałowałam, że rozkładam je zaledwie do zrobienia fotografii i nie mogę oddać się przyjemności układania, ale liczę na to, że gdy puzzle trafią do mojej siostrzenicy, otrzymam zdjęcia już ułożonej mapy i uzupełnię nimi niniejszą prezentację.

Poukładalibyście?

06 lutego 2016

Czas pożegnania

W 2013 roku trafiłam na książkę, która - mówię to w pełni świadoma swoich słów - zmieniła moje życie. Nie pamiętam jak ją znalazłam, jakie kręte drogi doprowadziły do tego, że przeczytałam ją po raz pierwszy, ale jeszcze dziś czuję emocje towarzyszące mi podczas lektury. Zachwyciłam się tą książką tak bardzo, że zrobiłam coś, czego się zazwyczaj wystrzegam - wywarłam presję na rodzinie i znajomych zmuszając ich do poznania historii w niej opowiedzianych.

Co to za książka?

Po przeczytaniu "Psów z piekła rodem" Joanny Sędzikowskiej wiedziałam, że jeśli kiedykolwiek będę miała psa, to będzie nim malamut. Co więcej, nabrałam przekonania, że do naszego Kociokwika musi dołączyć pies i zaczęłam rozmowy z przedstawicielką Fundacji Adopcje Malamutów. Tak oto, w październiku 2013 roku, do rodziny dołączyła Sara.

Pewnie nie myślałabym o powiększeniu stada, gdyby nie główny bohater książki Joanny Sędzikowskiej. Raptor, malamut alaskański, od szczeniaka pewny siebie, dumny, zadowolony z życia, a jednocześnie w niemalże nadprzyrodzony sposób związany emocjonalnie i mentalnie z Joanną. Mądry, ze wspaniale rozwiniętym poczuciem humoru, cierpliwy, z zapędami edukacyjnymi wobec swoich ludzi i nie tylko. Rodzina Joanny była Domem Tymczasowym Fundacji, a Raptor zajmował się wytrwale i z dużym taktem, kolejnymi psimi biedami jaki trafiały pod jego opiekuńcze skrzydła.


Raptor jest dla mnie archetypem malamuta. Pierwszym, którego poznałam - bo choć nie osobiście - to w miarę dobrze dzięki lekturze. Zdarzyło Was się czuć namacalną więź z bohaterem książki, którą czytacie? Jeśli tak - to wiecie o czym mówię, jeśli nie - żałujcie. Skoro na mnie Raptor wywarł takie wrażenie, to jak bardzo silne są więzi łączącego go z jego domownikami?


Na chwilę udało mi się zwrócić jego uwagę. Podbiegł do mnie i obwąchał moje dłonie. Zajrzałam mu w oczy. Zobaczyłam w nich dumę, odwagę, pewność siebie i ten rodzaj charyzmy, który cechuje naturalnych przywódców. [s.14]
Trudno nie wykazać zainteresowania takim psem, prawda?

W książce Joanna doskonale opisuje te cechy Raptora, które - jak już dziś wiem - są cechami malamucimi, ale i takie, które związane z inteligencją tego konkretnego psa zachwycały ludzi go spotykających.
Siedział zadowolony wśród trupów złotych rybek z łapą na zwłokach fontanny z odgryzionym kablem. Kiedy my szukaliśmy kluczyków Raptor zajął się sadzawkę. Wyrwał i wywlókł z wody pompę, przegryzając kabel pod prądem. Do tej pory nie udało mi się ustalić jak przeżył ten manewr. A potem pracowicie, sztuka po sztuce, wyłowił z oczka wodnego wszystkie czerwone karpie. CO DO JEDNEGO. Wyłowił, porozkładał na trawie i uśmiercił. I, jak Królewna Śnieżka, która kosztowała z każdej miseczki w domu siedmiu krasnoludków, tak on skosztował po kawałeczku z każdego karpia. Patrząc na nie byliśmy pewni, że są definitywnie i nieodwracalnie martwe. I napoczęte. Wszystkie. Co do jednego. [s.41]

Piszę o Raptorze, bo... 

Raptor umarł. I, choć nie spotkałam go nigdy osobiście, odczuwam wielki żal i poczucie straty. Wiem, że moje emocje są zaledwie ułamkiem procenta wobec tego, co przeżywa teraz Joanna i jej domownicy. Ale chciałam podzielić się z Wami historią Raptora i zostawić ślad jego pamięci w ten sposób. Chciałam opowiedzieć o nim - na ile umiem - by zachować go w pamięci jak największej liczby ludzi.


Joanno, jestem przekonana, że Raptor będzie na Ciebie czekał. I czuwał nad Tobą do chwili Waszego spotkania.

04 lutego 2016

Na skraju snu

Na kilka minut przed budzikiem zaczyna się ruch. Wciąż na pół we śnie, na pół w czuwaniu, czuję, że ktoś po mnie drepcze, że smyra mnie po twarzy wąsami. Słyszę ciężar zeskakujących ciał, ziewanie, prostowanie nocnie zwiniętego w kłębek kręgosłupa. Westchnięcia, pomruki i ciche, chrapiące z lekka oddechy tych, którym trudno rozstać się ze snem.


Te, które spały koło poduszek migrują w drugi koniec łóżka, a te śpiące poza łóżkiem - jakby nagle poczuły pilną potrzebę - powolutku sprawdzają, czy znajdzie się dla nich miejsce na kołdrze. Ktoś zalega na moich plecach, komuś wygodnie jest na kolanach, a ja wyłączam kolejne drzemki budzika i obiecuję sobie, że w chwili, gdy wybrzmi to ostateczne wezwanie do wstawania, włączę światło, podniosę się i pójdę po napełniającą dom pobudzającym aromatem kawę.


Nocne oswajanie przestrzeni ma charakter zagarniania tej przestrzeni dla siebie. One nie zastanawiają się, czy mogą, czy wypada i dalekie są od kalkulacji dotyczących tego, czy i ile miejsca zostawić człowiekowi, do łóżka którego zawędrowały. Przychodzą, myją się - niejednokrotnie podejmując próby dokonania tychże aktów higieny także na mojej twarzy lub włosach, szukają najwygodniejszej pozycji, miejsca, które gwarantuje długi, nie przerywany czynnikami zewnętrznymi sen i poddają się marzeniom sennym. Śnią, a ich oddech zmienia częstotliwość, ciało to gdzieś biegnie, to w pełni relaksu robi się niemalże wiotkie i mruczą, oddając mnóstwo ciepła tym, którzy śpią obok.


Gdy wychodzę z domu, dawno już zapomniawszy jak miło i ciepło było pod kołdrą, one znów układają się do snu. Zawijają w kłębki, układają koło siebie niczym bochenki chleba na piekarnianej półce, domywają zabrudzone jedzeniem wąsy, wzdychają wyganiając zmartwienia i oddają się temu, co przyjemne.

*   *   *

Zastanawialiście się kiedyś jaką moc ma Wasze 5 zł? Albo 10? Równowartość dwóch słodkich bułek, porcji frytek czy dwóch jogurtów z kolorowymi polewami w jednym z sieciowych barów, czy kawy z równie sieciowej kawiarni. Oczywiście - są tacy, którzy przeliczą podane kwoty na chleb, książki, piwo, czy co tam jest dla nich priorytetem. Ale dziś chciałam Was namówić do uczynienia swoimi 5 lub 10 złotymi dobra.

Po pierwsze - wybierzcie fundację, której co miesiąc prześlecie owe 5 lub 10 zł. Ustawcie zlecenie stałe (najlepiej w dniu wypłaty lub zaraz po niej). To nie musi być oszałamiająca kwota - 10 zł, które wydacie na kawę, jakieś przegryzki w drodze z pracy/szkoły do domu, czy kolorowe pismo, które po przeczytaniu wyląduje w śmietniku. Jeśli oprócz Was 10 zł wpłaci jeszcze 9 osób, to konkretna fundacja będzie miała zabezpieczone żywienie jednego psa/kota przez miesiąc dobrej jakości karmą. Ja wybrałam 3 fundacje prozwierzęce, które co miesiąc wspieram.

Po drugie - FaniMani.pl. Kupujecie przez Internet? Sprawdźcie, czy sklep, w który robicie zakupy znajduje się w agregacie dobroczynnych zakupów, zarejestrujcie się, kupujcie wybierając organizację, którą chcecie wesprzeć i cieszcie się informacjami, że kolejne kilka/kilkanaście złotych zasiliło konto fundacji przez Was wybranej. Moje pieniądze trafiają zawsze do Fundacji Adopcje Malamutów, ale wybór jest ogromny - szkoły, stowarzyszenia działające na rzecz niepełnosprawnych, harcerze, hospicja. Każdy z Was znajdzie tam coś, co jest bliskie jego sercu:-)

Po trzecie - Paka dla Bezdomniaka, czyli akcja Fundacji Viva opiekującej się, między innymi, Schroniskiem w Korabiewicach. Od pewnego czasu "twarzami" akcji są cztery, uratowane z hodowli, lisy: Sandra, Ola, Fluffy i Czaruś, o których we wspaniały sposób pisze ich Jełopa.

Po czwarte, piąte i kolejne - przeglądajcie bazarki facebookowe organizowane przez fundacje prozwierzęce i kupujcie, to czego potrzebujecie w ten sposób. Sprzedajcie zbędne rzeczy, a pieniądze ze sprzedaży przekażcie na działania wybranej fundacji. Zaadoptujcie wirtualnie zwierzaka - zadeklarujcie stałą wpłatę na konkretne zwierze i zostańcie jego opiekunem. Zorganizujcie w szkole/pracy, podczas ślubu/urodzin zbiórkę żywności, koców na rzecz schroniska. Zostańcie wolontariuszami - róbcie zdjęcia, wyprowadzajcie psy na spacer, głaszczcie koty, piszcie ogłoszenia. Zostańcie domem tymczasowym. Kupcie kalendarz/długopis/kubek z logotypem ulubionego stowarzyszenia; dacie pieniądze, ale też będziecie pokazywać innym, że można i w ten sposób wspierać.

Możliwości jest - jak mawiał bohater książki Joanny Chmielewskiej - mrowie, a mrowie. Uwierzcie w siłę Waszych 5 złotych i zacznijcie działać. Dziś. Nie ma na co czekać:-)