25.1.20

Retro pisma (2)

Retro pisma (2)
  

Już z zapowiedzi na okładce, tej traktującej o rocznicy bitwy pod Małogoszczą, wnioskować można czemu zostanie poświęcony numer 20 Płomyka. I faktycznie - zaczyna się bowiem czasopismo artykułem o tym, jak było dawniej, by płynnie przejść do wspomnień p. Józefy Łabędzkiej, która będąc dzieckiem obserwowała zachowania Moskali szukających w domu szlachty powstańców. opowiada również o fortelu zaproponowanym przez matkę, który uratował życie jednemu z poruczników polskich. W numerze zamieszczono sześć rycin Artura Grottgera i krótki biogram malarza. Wspomniany został również Romuald Traugutt. Cześć numeru poświęcona jest Polakom na Syberii, czy też wspomnieniom stamtąd. Między Dybowskim, a Piłsudskim przywołany został Wacław Sieroszewski, pełniący ówcześnie funkcję Prezesa Polskiej Akademii Literatury, a w 1879 wysłany przez sąd wojenny na Syberię.

Płomyczki maja o wiele weselszy klimat. Są wiersze o padającym śniegu, o raku, który chodzi wspak (M.A. Kasprzyckiej), opowiadanie o dzieciach, dla których słup ogłoszeniowy, z barwnymi afiszami cyrkowymi i teatralnymi jest doskonałą rozrywką. Maria Kruger napisała artykuł zatytułowany O wychowaniu i odżywaniu waszych piesków, w którym radzi między innymi, aby nie prowadzać psa w obroży, a na szelkach i przypomina, że namordnik powinien być obszerny i niemęczący. Pamiętacie piosenkę o Marynie, której Maciek kazał gotować pierogi? Gdyby ktoś życzył sobie pograć w trakcie śpiewania, to znajdzie w Płomyczku z 18 stycznia 1933 r. nuty. Przywołano również legendę kaszubską o świętej Pani, która rybakom pomogła, R. Turońska napisała opowiadanie o nowej zabawie zaproponowanej dzieciom przez koleżankę Stefcię przybyłą niedawno do szkoły, a Hanna Ożogowska napisała wiersz o Wojtusiowej izbie i ławie, przy której odbywa się najlepsza zabawa. Na końcu pisma redakcja zamieszcza rebusy, zagadki, uzupełnianki, także te od młodych czytelników. Na przykład takie:
Ma skrzydła a nie lata
Jak wiatr, to woła" ta-ta-ta...
Coś w nim stuka i miele,
da pewnie mąki wiele.

24.1.20

Dla dzieciaków (41)

Dla dzieciaków (41)
Tracy Packiam Alloway, Tajemnica króliczej karmy, 
Sam na placu zabaw, Doskonały projekt, Przygoda z mapą


Cztery książeczki dr Tracy Packiam Alloway mają przygotować czytelników w wieku 4+, oraz ich rodziców, do akceptowania innych niż standardowe zachowania. Napisawszy słowo standardowe zastanowiłam się czy takie w ogóle istnieją. Ale pewnie tak, skoro pewne reakcje na bodźce okazują się być specyficzne... Wracając do książek - mowa w nich o autyzmie, dysleksji, stanach lękowych i ADHD. Grafiki i język są dostosowane do percepcji cztero- i pięciolatków, dzieciaki występujące w książeczkach robią to, co ich czytelnicy - bawią się na placu zabaw, chodzą na wycieczki, przygotowują w szkole wspólne zadania, czy też po prostu, chodzą do szkoły opiekując się mieszkającymi w klasie zwierzakami. 

Podoba mi się wymowa tych historii - w bardzo wyraźny sposób jest podkreślone to, co dziecko (autystyczne, dyslektyczne, nadpobudliwe czy lękowe) ma dobrego i wyjątkowego (świetna pamięć, orientacja w terenie, skupienie na zadaniu, otwartość na innych) w związku ze swoją innością. Zamieszczony na końcu każdej z książek serii Specjalne moce krótki poradnik dla rodziców i nauczycieli, daje jasne i łatwe do realizacji podpowiedzi tego, jak z dzieckiem pracować, by wzmacniać jego dobre strony, podpowiada też cechy, które dziecko może wykazywać. Jest tam również zachęta i klucz do interpretacji treści historii bohaterów wraz dziećmi.

Shannon Hale i LeUyen Pham, Prawdziwe przyjaciółki


Lektura tego komiksu utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie chciałabym być ponownie dzieckiem i wrócić do szkoły. A już z pewnością nie do podstawówki.

Towarzyszymy Sarze od jej pierwszych dni w szkole podstawowej. Nieśmiała, nieco zahukana nie dowierza, że będzie to miejsce miłe, przyjazne i takie, które odwiedzać będzie z przyjemnością. Gdy jednak poznaje Adriannę i zostają przyjaciółkami - świat się zmienia. Na lepsze. Jednak wraz upływem dni, dziewczynki przechodzą do wyższych klas i tu zaczyna się rodzić problem. Tworzą się grupy, jest liderka i koleżanki, które jej potakują i ostro odseparowują tych, którzy dostąpić zaszczytu należenia do grupy nie powinni. Znacie to z własnych doświadczeń?

Autorka bardzo celnie przedstawiła uczucia dziecka odrzucanego przez grupę rówieśniczą, dziecka zabiegającego o akceptację i ostatecznie dziecka - które zaczyna budować swoją wartość nie tylko o oparciu o to, co powiedzą lub co przemilczą koleżanki.

Bardzo ważna publikacja; podsuńcie ją młodszym dziewczynom z Waszego otoczenia.

P.S. Kilka dni temu ukazał się drugi tom.


 Adam Michejda, Skarb getta


Adam Michejda, wieloletni dziennikarz opublikował książkę dla młodszej młodzieży, w której na warsztat bierze historię. David Kantorowitz otrzymuje w spadku po przodku jego pamiętnik. Gdy wreszcie decyduje się otworzyć i zaczyna czytać okazuje się, że Dawid był jednym z dzieci Janusza Korczaka i ocalał, gdy doktor z innymi podopiecznymi wyruszyli do obozu. Chłopiec spotkał pomocnych ludzi, a los pozwolił mu na wyjazd do Ameryki. W swoich zapiskach z dziecięcych lat wspomniał o okropnościach wojny i o tym, jak bardzo dorośli z Domu Sierot próbowali stworzyć żydowskim dzieciom namiastkę normalnego świata.

Kiedy o  pamiętniku Dawida Kantorowitza dowiadują się przyjaciel Davida, Max, i jego tata, składają chłopcu i jego rodzicom niecodzienną propozycję - Rafał Pilny chce zabrać obydwu chłopców na wakacje do Warszawy, do swoich rodziców i urządzić im przy okazji lekcję historii naocznej. Wyruszają, a na miejscu - podczas poszukiwań skarbu dziadka Kantorowitza - czekają na nich różne nieprzewidziane i niekoniecznie miłe, wydarzenia.

Pomysł świetny, wzorzec, który stanowił - jak sądzę - dla Adama Michejdy Zbigniew Nienacki ze swoim Panem Samochodzikiem, zrealizowany idealnie i właściwie wszystko można by opisać w superlatywach, gdyby nie to, że w pewnym momencie poczułam się przytłoczona wielością doświadczeń starszego z panów Kantorowitz i podążających jego tropem współczesnych poszukiwaczy przygód.

Niemniej jednak - polecam, bo to atrakcyjnie podany fragment polskiej historii. 

Zapraszam na spotkanie z autorem - odwiedzi bibliotekę (Filię nr 3) 9 marca, o godz. 12.00. 

23.1.20

Czwartki z Bocheńskim (1)

Czwartki z Bocheńskim (1)

22.1.20

Marta Sapała. Na marne / Miesięcznik znak nr 776

Marta Sapała. Na marne / Miesięcznik znak nr 776

Marta Sapała jesienią odwiedziła bibliotekę, a ja - przyznaję ze wstydem - po jej książkę sięgnęłam dopiero teraz. Zgodnie jednak z moją teorią głoszącą, że książki czytamy w korelacji z potrzebami - czas na lekturę jest idealny. Najwyraźniej właśnie teraz miałam czytać o tym jak wielka jest skala tego, co marnujemy. A marnujemy głównie jedzenie.

Na marne obudziło we mnie sporo emocji. To książka, z której nie tyle poznałam liczby i dane statystyczne, ale w której skonfrontowałam się z własnymi zakupami i tym, co wyrzucam do śmietnika. Zrobiłam też przy okazji rachunek sumienia dotyczący tego, jak gospodaruję, jaki mam styl tzw. prowadzenia kuchni, w jaki sposób zarządzam dobrami w domu. I choć nie jestem przekonana, czy chciałabym robić sobie chipsy z obierek po marchewce i ziemniakach, to wiem, że w moim domu naprawdę niewiele się marnuje. 


Miesięcznik Znak, który tu przywołuję, jest w pewnym zakresie komplementarny z tym o czym pisze Marta Sapała. Co więcej, w nr 766 poświęconym przyszłości jedzenia, zamieszczono tekst autorki tytułując go Czułość dla jedzenia. A pisze w nim Sapała o rzeczach trudnych do przyjęcia, choć przecież łatwych do zrozumienia. Przywołuje między innymi raport EAT-Lancet (KLIK), w którym wyliczono, iż dzienny koszt jadłospisu ułożonego wg zaleceń prozdrowotnych i proekologicznych równa się kwocie 2,84 $ (około 11 zł dziennie). I zaraz potem dodaje, że 1,9 mln Polaków nie może sobie pozwolić na taki wydatek. Bardzo ciekawie o nieuniknionej zmianie naszych preferencji kulinarnych mówią również Zbigniew M. Karaczun i Ewa Kopczyńska. 

Jednak poza artykułami związanymi z jedzeniem mamy w Miesięczniku bogactwo innych tematów. Dominika Szkatuła, świecka misjonarka w Peru opowiada Karolowi Wilczyńskiemu o roli kobiet w Kościele na misjach i debatach Synodu Panamazońskiego. Wiele do myślenia dały mi wywiad i artykuł dotyczący antynatalizmu, przypisującemu negatywną wartość narodzinom. David Benatar, antynatalistyczny filozof w bardzo prosty i racjonalny sposób przekonuje, że głoszona przez niego filozofia jest czymś co warto wziąć pod uwagę. Jeśli dołożymy do tego głosy o zaprzestaniu rodzenia dzieci ze względu na zagrożenia związane ze zmianami klimatycznymi, robi się nam z tego całkiem bogaty pakiet idei skłaniających do przemyśleń.

Dla mnie dwoma wiodącymi tematami tego numeru są jedzenie i antynatalizm. Wy zapewne też, znajdziecie w numerze coś swojego, bliższego Waszym zainteresowaniom. 

Polecam - i książkę, i czasopismo.

21.1.20

Pora na przegląd

Pora na przegląd

Pierwotnie do PanDoktora miała pojechać Nusia, na kolejne zastrzyki - antybiotyk i przeciwzapalny. Okazało się jednak - po wnikliwym wczytaniu się w książeczki - że Miya powinna być zaszczepiona. Kilka dni wcześniej do Amber przyplątało się zapalenie spojówek, a Ronda kilka razy zwymiotowała w sposób mocno nieładny.

I tak oto w czwartek pojawiliśmy się w gabinecie razem - trzy koty, pies i personel ludzki. 

Jako że już poprzednia dawka antybiotyku o przedłużonym działaniu kompletnie nie zrobiła wrażenia na zmianie jaką Nusia od przeszło roku ma na języku, zaniechaliśmy zastrzyku decydując się jedynie na coś, co uśmierzy ból. Nuś najwyraźniej jednak czuje się ciut lepiej, bo waga wskazała więcej niż w poprzednio, a i syczenie na PanDoktora było wyjątkowo udane.

Amber broniła się przed wejściem do gabinetu, potem dość niechętnie dała sobie zajrzeć w oko, ale skoro wizyta polegała tylko na oglądaniu, przebolała. Nieco się pokręciła, przycupnęła na wagę (nie tylko w sposób widoczny na zdjęciu), by w końcu - znudzona kompletnie - ułożyła się na wadze i zapadła w drzemkę.

Miya wyrażała dość nieśmiało swoje zniecierpliwienie tym, że musi siedzieć w klatce. Wyjęta i postawiona na stole próbowała się wyśliznąć i iść zwiedzać. Nowe miejsce, nowe zapachy, tyle zakamarków to rozkosz dla ciekawskiego kota. Bez towarzyszącego u boku Kajtka była nieco mniej odważna, niż zwykle, ale chęć eksplorowania świata była silniejsza od strachów. Gdy już nieco poznała gabinet, została zważona i zaszczepiona, po czym wróciła do transportera.

Ronda najtrudniej zniosła podróż i wizytę. Jest kotem wycofanym, przychodzi się głaskać głównie w nocy i zatrzymuje się w takiej odległości od mojej ręki, abym sięgała do niej zaledwie czubkami palców. Na posiłki przychodzi wtedy, gdy ma chęć, a nie wtedy, gdy są podawane, a obecność psa przywitała systematycznym sikaniem na psie legowisko (które od tamtej pory jeździ w bagażniku). Płakała po drodze, płakała w gabinecie, a badana przed PanDoktora zniecierpliwiła się. Gdy ów sięgnął po maszynkę, by wygolić sierść i wbił igłę w żyłę, postanowiła się bronić, podjęła próbę ugryzienia i zestresowała się w tym tak bardzo, że krwi - jak dzień później zgłosiło laboratorium - oddała do badań za mało. Czeka ją (nas) powtórka.

Zastanawiałam się co myśli Kajtek zostawiony jako jedyny z Kociokwików w domu. Tego chyba jednak nie będzie mi dane się dowiedzieć...  
Copyright © Prowincjonalna nauczycielka , Blogger