17 lutego 2017

Sharon M. Draper. Tylko w mojej głowie.


Melody ma 11 lat. Zna miliony słów, ale nie potrafi czytać książek. Umie liczyć do tysiąca, rozpoznaje barwy i melodie setek piosenek. Ale nie mówi, ma porażenie i jedynym systemem komunikacji jaki jest jej dostępny to mruknięcia, mimika i kilka obrazków przyklejonych do tacy zamontowanej na wózku.

Sharon M. Draper pokazuje słowami nastolatki, jak beznadziejnie może być zorganizowana "edukacja" niepełnosprawnych osób. Jak - zamiast miejsc kształtowania wiedzy, wspierania umiejętności i talentów - tworzy się przechowalnie, z niewydolnymi opiekunami, które stają się antyrozwojowe.

Bardzo interesująco autorka pokazuje również środowisko młodych ludzi i ich reakcję na to, że ich porażona koleżanka ma o wiele większą wiedzę niż każdy z nich. Konieczność wyboru między zwycięstwem, a ośmieszeniem powoduje różne reakcje w grupie, a zderzenie się z nimi stawia młodzież wobec prawdy o sobie i tym, co ma dla nich znaczenie.

Mam nadzieję, że Tylko w mojej głowie przetrze szlaki twórczości Sharon M. Draper na rynku wydawniczym w Polsce. 

Pozostaję pod dużym wrażeniem.

P.S. Na stronie wydawnictwa znaleźć można scenariusze zajęć do prowadzenia lekcji w oparciu o treść książki. Stworzyła je Iga Zakrzewska-Morawek, z którą będzie się można spotkać 23 marca, o godzinie 17:00, w Fili nr 16 Miejskiej Biblioteki Publicznej w Katowicach. Na spotkaniu Grzegorz Zalewski z Wydawnictwa Linia zaprezentuje także pozostałe książki z serii Biała Plama. Zapraszam!

13 lutego 2017

Kamil Olechwirowicz. Złote Jabłko.


Umiem wiedzieć, czy fotografia mi się podoba, czy nie. Wynika to jedynie z mojego, co oczywiste, subiektywnego, poczucia estetyki. I na tym moje umiejętności artystycznego postrzegania świata się kończą;) Wiem, jaki chcę mieć kolor ściany w sypialni i zazwyczaj co na siebie włożyć, żeby nie razić, ale już  tworzenie kompozycji, troska o tak zwany wystrój wnętrz mnie przerasta. Dlatego też o przedstawienie Wam albumu Złote Jabłko Kamila Olechwirowicza, poprosiłam Magdalenę Nowak, z którą mam przyjemność pracować i która w mojej ocenie zna się na tym, co artystyczne. To co poniżej, to jej tekst, za który serdecznie dziękuję. Zapraszam:)

Złote jabłko? Pierwsze skojarzenie to dojrzewające sady skąpane w letnim słońcu. Tytuł albumu fotograficznego Kamila Olechwirowicza trafnie nawiązuje do tego co za chwilę wydarzy się po jego otwarciu. Na wstępie dowiadujemy się czym owo jabłko dla artysty jest. Zastanawiając się chwilę jabłko jest ważnym symbolem zarówno w mitologii, religii, literaturze… 
Obok każdej fotografii artysty znajduje się wnikliwa analiza dzieła, namawiam jednak do „obejrzenia” obrazu. Nie zapominajmy, że to on odgrywa tutaj główną rolę. Fotografia jest niezwykłą dziedziną sztuki, która pozwala na przeżywanie w bardzo osobisty sposób. Niezwykła gra światła, realizm, przeplatanie się czerni z bielą nadają poszczególnym kadrom niezwykłego charakteru. Wszak światło nadaje życie i sens fotografii.  
Fotografie Kamila Olechwirowicza zapraszają do poznania historii, jedne z nich są dłuższe inne, są tylko wzmianką. Obecna w nich młodość, dojrzałość, przemijalność – może stanowić metaforę życia. Narodziny i śmierć, pełnię i pustkę, radość i smutek. Autorzy tekstów, które towarzyszą fotografiom także zostawili odbiorcy wiele niedopowiedzeń, zachęcają do własnej interpretacji. 
Jak wiele odmian, gatunków jabłka, tak i różne obrazy uchwycone za pomocą obiektywu, mówią o mnogości ujętych tematów. To tajemniczość, zaskoczenie, rozkoszowanie się smakiem lub rozczarowanie a wręcz zapomnienie? Być może tytułem prac „Złote jabłko” Kamil Olechwirowicz nakłania do wyboru, tego które jest najcenniejsze z całego zbioru… 
Pięknem monochromatycznej fotografii jest to, że pozwala się skupić na tym co ważne. I takich przeżyć życzę. 
Polecam wystawę Kamila Olechwirowicza, która za chwile zostanie zainaugurowana w Mazowieckim Instytucie Kultury http://www.mik.waw.pl/zapowiedzi/item/2178-15-lutego-kamil-olechwirowicz-zlote-jablko-fotografie.html

10 lutego 2017

Wilhelm Schmid. Spokój ducha.


Zainteresował mnie tytuł tej książki. Podtytuł - Co zyskujemy z wiekiem - zaintrygował i uznałam, że koniecznie muszę dowiedzieć się o czym myślał autor uznając, że jest sposób na to, by późniejsze lata swojego życia uznać za te, które przynoszą nam coś dobrego.
W podeszłym wieku przed człowiekiem staje nowe zadanie: nauczyć się żyć tak, by z tego, co ongiś było oczywiste, uczynić sztukę: Art of Aging zamiast Anti-Aging - sztuka starzenia się tak, by ten proces akceptować, zamiast mu się opierać. [s.11]
Wilhelm Schmid, sam będąc człowiekiem, który przekroczył sześćdziesiąty rok życia, kształci się (i pomaga innym w tym trudnym zadaniu) w świadomym kierowaniu swoim życiem. Coś, co określa jako sztukę życia, uprawia się trudno i choć pozornie nie jest to zależne od liczby przeżytych lat, w rzeczywistości okazuje się, że wiek senioralny stawia wyzwania z jakimi wcześniej nie trzeba było się mierzyć.

Jak żyć, aby życie sprawiało satysfakcję? Co zrobić, aby nie popaść w krytycyzm, ani nie czuć się odstawionym na boczny tor w życiu? Jak nie zdziecinnieć i jak nie dać sobie wmówić, że starość to choroba, którą powinno się zwalczać?

Autor książki Spokój ducha przedstawia dziesięć kroków przybliżających do osiągnięcia spokoju ducha. Opisuje je obszernie, zwracając uwagę czytelnika na niuanse tego, jak myślimy o sobie i czasie jakim dysponujemy. Podkreśla zmiany zachodzące w funkcjonowaniu zmysłów, zachęca do pielęgnowania przyzwyczajeń i wspomnień, zwraca uwagę na melancholię wynikającą w dużej mierze z samotności. Dużo Schmid pisze o potrzebie dotyku, tego na poziomie fizycznym i duchowym, o miłości i przyjaźni, które pozwalają nam czuć się potrzebnymi. Ciekawym jest, mimo, że przecież wydawałoby się oczywistym, rozważanie Autora o tym, jak oswoić i przygotować się na pożegnanie z życiem. Pisze również o tym, co - w zależności od naszego światopoglądu - dziać się może po śmierci i sugeruje, aby i to uporządkować sobie w myślach.

Spokój ducha adresowany jest do osób w wieku starszym. Myślę jednak, że z zapoznaniem się z tak dobrze opracowanym zestawieniem porad związanych ze sztuką dobrego życia, nie trzeba wstrzymywać się do sześćdziesiątego roku życia. Mnie ta lektura dała wiele do myślenia...

09 lutego 2017

Kathy Hoopmann. Wszystkie psy mają ADHD.


Książka, która trafia w punkt. W prosty, acz szalenie skuteczny i pomysłowy sposób, przedstawia cechy osoby z ADHD czyniąc porównania do ciekawych świata, rozbrykanych, robiących wszystko szybciej niż zdążą pomyśleć, szczeniąt.


Pomysł, przyznacie, arcyciekawy. Co więcej - podczas oglądania kolejnych stron łapałam się co chwila na myśli, że owszem, dzieci z ADHD reprezentują te właśnie cechy, o których pisze Kathy Hoopmann.


Wszystkie psy mają ADHD to doskonała książka dla młodych z tego typu zaburzeniami zachowania. Nieskomplikowana w sferze narracyjnej pozwala w prosty sposób zapoznać się z przesłaniem i pokazać, że owo dziecko zmagające się z nadpobudliwością, nie jest jedynym takim dzieckiem na świecie. 


Wydawnictwo opublikowało także inną książkę Kathy Hoopmann - Wszystkie koty mają zespół Aspergera. Już czuję się zaintrygowana:) 

08 lutego 2017

Katarzyna Ryrych. Życie motyli.


Jak to jest, kiedy w pewnym momencie swojego życia uświadamiamy sobie, że nie mamy nic i nikogo? Że mimo, iż poświęciliśmy się bliskim, oni odeszli, a my zostaliśmy nijacy, nudni, bez pasji i pomysłu na to, co zrobić ze sobą i resztą życia?

Izydora, lat 50. Mąż odszedł do innej kobiety, syn mieszka za granicą, a ona - z nadmiernymi kilogramami, wieloletnim doświadczeniem w mało satysfakcjonującej pracy - zastanawia się nad tym co dalej. Postanawia zrobić tak, jak bohaterki powieści kobiecych - porzucić miasto dla sielskiej prowincji. Gdy już wprowadza się do domu ciotki okazuje się, że prowincja nie jest tak sielska jakby się wydawać mogło, a ucieczka w inne niż dotychczasowe miejsce życia, nie oznacza ucieczki od siebie. 

Od siebie uciec się nie da. Ale da się nad sobą pracować. A Zofia i Józef oraz inne osoby, które diametralnie różnią się od tych, które otaczały Izydorę we wcześniejszym życiu, okazują się być wytrawnymi kibicami owych zmian. Milcząco wspierają, obserwują, a przede wszystkim pokazują swoim życiem, że można, że warto podjąć wysiłek, skoro w jego efekcie otrzymać można samoświadomość.

Dobrze patrzy się na Izydorę przeprowadzającą eksperymenty, próby odnalezienia swojego miejsca, uczącą się myśleć o sobie jako o pojedynczym człowieku żyjącym nie dla męża i syna, nie dla oczekiwań innych i nie wedle tego, co inni o niej sądzą.

Życie motyli Katarzyny Ryrych może okazać się dla wielu czytelniczek czynnikiem motywującym do spojrzenia na siebie na nowo, przemyślenia ról w życiu, do zmian. I tego efektu życzę zarówno Autorce, jak i tym z Was, które ulegną przykładowi Izydory.

07 lutego 2017

Małgorzata Strzałkowska. Spacerkiem przez rok.


Kolorowo, barwnie, przyjaźnie dla oka i serca. Do takiej właśnie podróży przez kolejne miesiące i pory roku zaprasza nas doskonały duet - Małgorzata Strzałkowska i Elżbieta Wasiuczyńska.


Oczywiście, pierwsze co zrobiłam, gdy wzięłam książkę do ręki to poszukałam miesiąca swoich urodzin. Ilustracja pasuje idealnie, prawda?:)


Wiersz też przypadł mi do serca.


Skoro jednak mamy luty, to warto i o tym miesiącu poczytać.


Cieszy ta książka i oczy, i serce. Barwne strony przyjaźnie kontrastują z szarością za oknem, a wysmakowane teksty sprawiają, że trudno się doczekać do kolejnych miesięcy i pór roku.

02 lutego 2017

Magda Małkowska, Magda Beneda. Czary Mamy.


Czary Mamy trafiły do mnie z Fundacji Hospicyjnej. Uznałam, ze warto napisać o tej książce, bo choć życzę Wam jak najlepiej wiem, że w życiu bywa różnie. A książeczka z serii Bajka plasterek porusza zbyt istotne kwestie, by ją zlekceważyć.

Mama Jasia to czarodziejka - umie szyć, opowiadać, piecze najpiękniej pachnącą szarlotkę. Uszyła też Jasiowi przepięknego wilka. A kolejnego dnia...

Kolejnego dnia jej nie było. Nie chorowała. Potrącił ją samochód i dzień później zmarła.

Chłopiec, a wraz z nim jego wilk, mieli w sobie wiele złości, braku zrozumienia, emocji, których nie umieli nazwać, a które sprawiały, że:
Rozmawiali o tym, co słychać na zewnątrz, a nie w ich sercach. O pracy, o przedszkolu, o planowanych wakacjach, o nowej grze, którą widział u Jacka, ani słowa o mamie.
To mądra książka. Przeznaczona do wspólnego czytania z osieroconymi dziećmi. Dzięki współpracy z dr Marią Rogiewicz i Agnieszką Paczkowską historia Jasia, wilka i Taty, ma odpowiednie zaplecze psychologicznego wsparcia. Dziecko, któremu zabrakło rodzica, może wracać do tej książki, może dzięki niej mierzyć się z własnymi doświadczeniami, przeżywać je wraz z bohaterem książki i jego maskotką.

Czekam na kolejnej książki z serii, a Czary Mamy polecam Waszej pamięci.

01 lutego 2017

Bartosz Janiszewski. Grzesiuk. Król życia.


Dawno, dawno temu przeczytałam trylogię Grzesiuka. Ale zanim to nastąpiło - jeszcze kilka lat wcześniej - będąc u cioci na wakacjach odkryłam kasetę z balladami czerniakowskiego barda i zdecydowanie zbyt dziecięcym głosem podśpiewywałam "Komu dzwonią...". Ale cóż - utwory Stanisława Grzesiuka znałam od najmłodszych lat; z bliżej nieznanych mi powodów mój Tata śpiewał mi o Felku Zdankiewiczu podczas sesji wieczornego usypiania.

Przyznacie - z takim muzycznym przygotowaniem - nie mogłam nie przeczytać książek napisanych przez Grzesiuka. Tym bardziej - nie mogłam zlekceważyć pojawienia się jego biografii.
Witamy na Czerniakowie, dzielnicy biedoty i złodziei, na warszawskim „dole” w królestwie lumpenproletariatu, gdzie na głowach nosi się oprychówki, na szyjach apaszki, w rękawach noże, w sercu dumę, a w głowie ciągły szum. W dzielnicy, o której krąży wiele legend. Część z nich jest prawdziwa.
Świat, który był światem Stanisława Grzesiuka już nie istnieje. Co więcej - znikał na jego oczach, wraz z kolejnymi osobami, które zawierucha wojenna pozbawiała życia i kolejnymi domami upadającymi pod ostrzałem. Ludzie, mimo starań, ulegali grozie wojny, tracili bliskich, cudem przeżywali reżimy obozowe. Wracali inni, z bagażem doświadczeń, których wcale nie chcieliby mieć. Wyniszczeni przez choroby, na skraju wytrzymałości mentalnej i fizycznej, podnosili się i budowali na nowo. 
Położył bruliony spięte gumką na biurku sekretarki i powiedział, że Janina Preger kazała mu to przynieść. Kobieta w recepcji spojrzała na Stanisława, potem na bruliony i skrzywiła się tak, jak krzywić potrafią się jedynie sekretarki.– Ale to musi pan na maszynie, ręcznie pisanych nie przyjmujemy.– Jak na maszynie? Maszyny nie mam, a nikomu nie będę płacił za przepisywanie. Potem wy stwierdzicie, że to głupie, a ja będę stratny.Zostawił zeszyty i powiedział, że mogą z nimi zrobić, co chcą. Sekretarka, nieco oszołomiona, bo z reguły autorzy przed debiutem przychodzili do wydawnictwa na klęczkach, poszła zapytać o zdanie do pokoju redaktorek.
Fascynujące jest to, w jaki sposób Stanisław Grzesiuk stał się pisarzem. Żył zachłannie, oddychał pełną (na ile pozwalała mu gruźlica) piersią i tak też pisał - nie przejmując się nikim i niczym, nie bacząc na jakiekolwiek konwenanse, poprawności społeczno-polityczne, bazgrząc po nocach w kolejnych brulionach pisał, pisał i pisał o swoim życiu i o tym, jakich ludzi przyszło mu spotykać.
Gruźlica to ciężka choroba, wódka nie pomaga w leczeniu. Stanisław chce się wyleczyć. Ale nie ma zamiaru rezygnować z przyjemności. Lekarze ze stanowczością powtarzają, że picie i palenie jest zabronione, ale Grzesiuk nie daje im spokoju.Na spotkaniu pacjentów z dyrektorem dopytuje: „A jak bardzo zabronione? Każdy doktor mówi: nie wolno pić. Zgoda. Ale ja lubię wypić i chciałbym znać prawdę”.
Czas choroby barda to także czas intensywnego rozkwitu zainteresowania tym, co pisze Stanisław Grzesiuk. Ludzie żywo reagują na jego obozowe wspomnienia, książki znikają z księgarnianych półek, a on sam jest zapraszany na kolejne spotkania z czytelnikami. I choć dyskusyjne jest, czy ów niespodziewany dla Grzesiuka sukces i płynąca z niego, zwiększona, intensywność emocji i doświadczeń, skróciły czy przedłużyły mu życie, bezdyskusyjna jest radość z jaką Grzesiuk podchodził do tych, którzy go czytali.
Kocha Warszawę, ale latem kocha ją o wiele bardziej. To miasto jest jak kobieta, która już zmęczona życiem, ufajdana sprzątaniem i kuchnią, nagle wkłada piękną suknię, idzie do fryzjera i wygląda jak naprawdę olśniewająca babka.
Stanisław Grzesiuk kochał życie. Kochał swoje miejsce i ludzi. Miał i tworzył to miejsce, był jego konstytutywną częścią. Gromadził wokół siebie ludzi, ludzie go cenili, lubili jego obecność. 

Porwała mnie jego zachłanność na życie. Na smakowanie tego co przyjemne, na realizowanie pasji i pracę, która jest pasją, na dobrych ludzi, na muzykę i zabawę. To daje do myślenia...



23 stycznia 2017

21 książkowych faktów o mnie

Zabawę podpatrzyłam u Kreatywy. Spodobało mi się, rozważyłam, co można napisać o mojej relacji z książkami i oto zapraszam Was do czytania zwierzeń.


1. Płaczę podczas czytania książek o zwierzętach.

2. Podczas urlopu uświadomiłam sobie, że nie czuję potrzeby mieć przy sobie żadnej z książek, którą zostawiłam w domu.

3. Podczas tego samego urlopu, po niemalże dwóch tygodniach obcowania głównie z książkami w wersji elektronicznej, poszłam do księgarni, żeby dotknąć książek drukowanych.

4. Biblioteki mają na mnie dwojaki wpływ: z jednej strony uspokajają, z drugiej podsycają lęk, że nigdy nie przeczytam tego wszystkiego, co warto.

5. Fragmenty moich rekomendacji znalazły się na okładkach kilku książek. Między innymi "Baśnioboru":)

6. Bardzo rzadko dostaję książki w prezencie.

7. W tym roku minie 10 lat mojego blogopisania.



8. Dzięki książkom i pisaniu o nich poznałam wielu interesujących ludzi.

9.  Mogłam pracować przy organizacji targów książki.

10. Pracuję w bibliotece zajmując się promocją czytelnictwa.

11. Wśród książek zgromadzonych w domu mam wiele takich, których jeszcze nie przeczytałam.

12. Są takie książki, po które mogę sięgnąć zawsze, gdy potrzebuję kilku stron lektury (najczęściej przy jedzeniu) i które bez kłopotu odkładam; znam je niemalże na pamięć;)

13. Czytam, z przyjemnością, zarówno książki kierowane do dorosłych, jak i te adresowane do młodszych odbiorców.

14. Uważam audiobooki za równoprawne drukowanym książki. Mają dla mnie dodatkową pozytywną cechę - mogę poznawać ich treść wówczas, gdy nie mogę czytać patrząc w książkę.



15. Sporo książek, które trafiły do mnie, sprzedałam. W innym wypadku już dawno przestałabym się mieścić z regałami w mieszkaniu, które zajmuję.

16. W moim domu książki już dawno wyszły z regałów. Rozpanoszyły się po obydwu pokojach, zalegają na parapetach, szafkach, podłodze.

17. O książkach piszę na blogu, ale miałam okazję pisać również do czasopism. Ostatnio opowiadam o książkach w RadioeM.

18. Sprzedaję książki, do których już nie wrócę. Wbrew pozorom ta czynność nie sprawia mi bólu - raczej ulgę.

19. Są takie książki, które otaczam czcią zanim po nie sięgnę kierując się tym, co polecają inni. Czasami, gdy już sama się z nimi zmierzę, spadają z piedestału.

20. Lubię wynotowywać cytaty - niektóre z nich są pisane jakby specjalnie dla mnie.

21. Nie mam konta na żadnym z internetowych światów gromadzących czytających.

18 stycznia 2017

Spacer i pamięć

Uwielbiam spacerować z Sarą. Cieszę się widząc jej radość z przemierzania ścieżek i penetrowania terenów mocno zarośniętych, nie mających nic wspólnego z miejscem spacerowym, a dużo więcej z przestrzenią tylko dla psów i innych żyjątek parkowych.

Piszę parkowych, bo też w parku spędzamy najwięcej czasu. Wędrujemy tu i ówdzie, a Sara wącha, znaczy, tropi i ma zdecydowanie wiele radości z tego naszego wędrowania. Doskonale pamięta, która ścieżka gdzie prowadzi, która łączy się z którą i jak iść, by dotrzeć tam właśnie gdzie chce. I jej wyjątkowo dobra pamięć czasami mnie martwi, a jej efektem jest to, że Sara zamiast raźnie dreptać bez smyczy, drepcze ze mną na końcu długiej, ale przecież nie aż tak, by mogła wejść wszędzie tam, gdzie chce, smyczy.



Zanim dotrzemy do bramy ZOO mijamy po lewej ciąg barów. Za nimi stoją kontenery ze śmieciami, których otoczenie Sara każdorazowo próbuje zbadać. Nieco dalej - restauracja rybna, a przy niej domki dla kotów i miski z kawałkami ryb. Zanim przejdziemy jezdnię mijamy cukiernię (na szczęście teraz zamkniętą), pod którą latem Sara siada i spod której daje się wyprowadzić dopiero po zjedzeniu wafla do loda. [Spróbujcie ruszyć z miejsca malamuta]. Nieopodal cukierni jest restauracja, w której serwuje się żur w miseczkach z chleba. Chleb ów leży później koło kontenera i Sara świetnie o tym pamięta. Po drodze do planetarium najpierw mijamy nieczynną restaurację przy której dokarmiane są koty. Dalej - po lewej - iglaste drzewa pod którymi ktoś wykłada pieczołowicie pokrojony w kosteczkę chleb. Nieco wyżej, tym razem po prawej, pewien pan umieszcza plastikowe kubki po serkach, a w nich ser żółty, mleko, wędliny i chleb. Tym, co leży na wielkich kamieniach pod samym planetarium, spokojnie wyżywić się może dzicza rodzina - tyle tam chleba. Raz nawet widziałam paprykę z octu, nie wiem które zwierze zdaniem ofiarodawcy gustuje w takich warzywach.



Aaaa, zapomniałabym - Restauracja Łania w przepięknych białych wiadrach wystawia odpadki mięsne koło śmietnika. Sara doskonale wie, że wystawiają. Czasami zdarzy się też chleb. A w sezonie letnim otoczenie restauracji cieszy się także zainteresowaniem dzików.

Z drugiej strony ZOO jest brama techniczna do ogrodu, a dyżury przy niej czasami pan, który poczęstował Sarę kanapką. Sara pamięta. Nieco dalej - coś na kształt zajezdni dla kolejki wąskotorowej. Tam też ktoś wystawia jedzenie. Gdyby tak obejść ZOO to ponownie trafia się w okolice planetarium, z drugiej jednak strony. I tam, pod każdym niemalże iglaczkiem, leży pokrojony chleb.



Bywamy z Sarą w parku bardzo wcześnie. Rzadko widujemy tam ludzi. Doświadczamy jednak ich obecności - Sara dzięki swojej doskonałej pamięci i jeszcze lepszemu węchowi prowadzi mnie jak po sznurku to tych wszystkich miejsc, do których ja wcale nie chcę z nią chodzić. Nie chcę, żeby jadła przypadkowe rzeczy. Chciałabym jej dać nieco wolności, bo chyba najpiękniejsza jest w chwili, w której beztrosko penetruje świat zachłystując się zapachami i łagodnie machając podniesionym ogonem. Ale wiem, że jeśli odepnę smycz w tym konkretnym miejscu ścieżki ciągnącej się wzdłuż muru ZOO, to czeka mnie bieg z(a) psem, który postanowił sprawdzić, czy przy planetrium ktoś wyłożył świeży chleb. Biegnę i proszę Los, aby drogą dzielącą las od zarośli okołoplanetaryjnych nie jechał żaden samochód, bo na tej kostce, która pod wpływem wilgoci staje się czymś na kształt lodowiska, nikt nie zdąży zahamować na widok psiska radośnie tropiącego zapach chleba.


Bardzo lubię spacerować z Sarą. Czasami tylko nieco mniej lubię jej doskonałą pamięć;)

16 stycznia 2017

Jolene Hart. Eat Pretty. Jedz i bądź piękna.



Książki Jolene Hart, oprócz tego, że cieszą oko wyglądem, cieszą także moje serce treścią. Niby Autorka nie omawia niczego odkrywczego, a jednak to o czym pisze jest ostatnio modne i stało się informacją wartą polecania. I choć zazwyczaj trzymam się z daleka od tego, co modne, to w tym przypadku wspieram teorie Jolene Hart i przychylam się do ich propagowania.

Jaka jest teoria Hart? To co jesz, ma wpływ na to jak wyglądasz i jak się czujesz, więc jedz to, co ułatwi Ci być zadowoloną ze swojego wyglądu. Proste? Oczywiście! 

Jolene Hart nie poprzestaje jednak tylko na wydaniu oświadczenia o korelacji jedzenia i samopoczucia. Idzie krok dalej i konkretnie podpowiada co kupować, czym zapełnić kuchnię, jak i co gotować, aby nam służyło. Istotne jest także i to, że Hart podkreśla naszą indywidualność i choć poleca sezonowe jedzenie, to zwraca uwagę na to, abyśmy tak naprawdę sami sprawdzali jak które warzywo, czy potrawa się sprawdzą w naszym jadłospisie. 


Książka i towarzyszący jej kalendarz (notes z miejscami na zapisy między innymi tego co jemy, naszego samopoczucia po jedzeniu, pory roku, zapisanie tego, co nam sprawia wyjątkową przyjemność, elementów programu proponowanego w książce) doskonale się uzupełniają. Co szczególnie mi się podoba, to krótkie, jasne informacje, najczęściej prezentowane w postaci list. Mamy zatem listę wrogów wdzięku, listę zalecanych ziół i przypraw, listę zakupów dla "pięknych celów" (czyli na przykład dobrego nastroju, mocnych kości albo zdrowego snu). Pojawiają się też przepisy i mimo, iż unikam wszelkich książek kucharskich, bo i tak wolę gotować po swojemu, to w tym przypadku poczułam się zaintrygowana.


Są listy, wyzwania, szereg polecanych w danej porze roku produktów spożywczych i działań, które szczególnie nam sprzyjają (jesienią żegnamy złe nawyki, a wiosną tworzymy nowe, dobre dla naszej urody).

Nie umiałam się oprzeć pokusie i sfotografowałam kilka stron, by mieć je ze sobą - jako wskazówkę - przy kolejnej wizycie w sklepie. Sądzę, że osoby, które dotychczas niezbyt sobie radziły w kuchni lub takie, które dopiero zaczynają przygodę z samodzielnością kulinarną, docenią sugestie Jolene Hart o wiele bardziej niż ja, która wiele z jej propozycji już dawno wcieliła w życie:)

Owo tytułowe "bądź piękna" dalekie jest w idei od tego, by ciało przysłaniać tonami kosmetyków, a twarz maskować kolejnymi warstwami makijażu. Autorka zwraca uwagę na to, iż to jak wyglądamy opiera się na tym jaki mamy stosunek do samych siebie - im bardziej dbamy o to, by żyć zdrowo i szczęśliwie, tym mocniej widać to w naszej skórze, włosach, sposobie poruszania się i tym wszystkim, po czym ludzie oceniają naszą atrakcyjność będącą wszak pochodną zadowolenia z życia.

Książki Jolene Hart zapraszają do zabawy, w której nagrodą jest nasze piękno. Nie sposób oprzeć się takiemu zaproszeniu.

09 stycznia 2017

Joanna Wojdon. Świat elementarzy. Obraz rzeczywistości w podręcznikach do nauki czytania w krajach bloku radzieckiego.


Przyznaję - trafiłam na tę książkę przypadkiem. Otworzyłam i zaczytałam się, bo porównywanie togo, co mogłam znaleźć w elementarzu ja, z tym, co znaleźć mogli moi rówieśnicy z innych krajów mnie zafascynowało. Zresztą - poczytajcie sami:)











Podziwiam mrówczą pracę autorki.