21 maja 2017

Niedzielnik nr 65



Kilka dni temu usłyszałam w porannej audycji radiowej pytanie o to, czy da się współcześnie żyć bez telefonu i Internetu. Jeśli jesteście stałymi czytelnikami Niedzielnika to wiecie, że taką próbę podjęłam i okazało się, że prawie się da.

Przerwę w życiu bez Internetu musiałam zrobić wtedy, gdy uświadomiłam sobie, że zapomniałam ustawić zlecenie stałe na czynsz i gdy - już pod koniec dwutygodniowej wędrówki - musiałam sprawdzić połączenia na powrót do domu. Telefon, Nokia bez możliwości korzystania z sieci, milczał przez większość czasu, kilka razy jedynie dawałam znać do domu, że dotarłam do kolejnego punktu podróży. Dało się. Nie czułam potrzeby sprawdzania tego, co w internetowych zakamarkach świata piszczy. Nie sprawdzałam co chwila wyświetlacza telefonu szukając na nim wiadomości. Żyłam, chłonęłam rzeczywistość wokół mnie, bez internetowego filtra i wniosek ma z tego oświadczenia taki, że warto raz na jakiś czas zrobić sobie taki odpoczynek od bodźców.

Czemu o tym piszę? Przede mną kolejny czas z ograniczonym dostępem do Internetu, a co za tym idzie z mniejszą aktywnością blogową, facebookową i instagramową. Być może uda mi się zamieszczać recenzję (bo obiecuję sobie tak dużo czytania ile to tylko możliwe, więc będzie o czym pisać), ale być może będą to teksty pisane ręcznie i zamieszczane w formie zdjęcia w dużej rozdzielczości. Będę zadglądała do poczty i pewnie też na FB, ale głównie zamierzam poświęcić się czytaniu.

Obiecałam sobie, że będę czytać naprzemiennie - jedną książkę z domu, jedną z biblioteki. Zobaczymy, jaki będzie efekt, bo każda z tych książek kusi i nęci, a jak wszyscy wiecie - czas targów to czas obfitości wydawniczej:)

Zachęcam - odetnijcie się czasami od prądu i pożyjcie w spokoju i ciszy. Spróbujecie?

19 maja 2017

Mateusz Wysocki. Las zabaw.


Przepiękne, poetyckie zalecenia związane z tym, co robić warto w lesie, ilustrowane przez Agatę Królak, to najnowsza książka Wydawnictwa Czerwony Konik. Najnowsza i jak każda wcześniejsza - wydana ze smakiem i pomysłem na to, by najmłodszych czytelnikom dostarczyć dobrej, wysmakowanej tekstowo i graficznie lektury.

Piętnaście zdań typu: wspinaj się na gałęzie, skacz w stertę liści, rozpoznawaj zapachy uzupełniane są na dwojaki sposób. Po pierwsze poetyckimi frazami, po drugie - informacjami o funkcjonowaniu leśnej przyrody, konkretnymi, botanicznymi, które - dopasowane do percepcji i wieku czytelników - pozwalają poszerzać wiedzę.

Integralną część książki stanowi mapa zachęcająca do zanurzenia się z nią po pas w las. To również zadania, miejsce na dorysowanie własnych zdobyczy leśnych, zanotowanie refleksji ze spaceru. Można ją później - taka ubarwioną przez czytelników - zawiesić na ścianie, przyozdobić nią pokój.

Mamy wiosnę, za chwilę lato i mnóstwo okazji do tego, by uciec z miast do lasu. Sięgnijcie po Las zabaw i powędrujcie z nim przez leśne ostępy. I może zrealizujcie moją ulubioną książkową sugestię:

Głaszcz mech
Mech to wehikuł, który przenosi nas
W przeszłość - do czasów, kiedy nie
Nadaliśmy jeszcze nazw kolorom.
[zadanie nr 11]

P.S. Informacja ze stopki książki: Papier wykorzystany do produkcji tej książki nie przyczynił się do wycinki drzew. Brawo:) 

18 maja 2017

Agnieszka Tyszka. Zosia z ulicy Kociej w ciekawych czasach.

Jak wiecie, bardzo lubię rezolutną Zosię i jej najmilszą słowotwórczo siostrę Manię, powołane do życia na kartach powieści Agnieszki Tyszki. Z wielką przyjemnością obserwowałam dorastanie dziewczynek, zmieniające się relacje rodzinne i szkolne, kibicowałam każdemu z bohaterów serii. Ucieszyłam się zatem kolejnym tomem, choć im bardziej go czytałam, w tym większe pomieszanie wpadałam. Dlaczego?

Zosia jest w szóstej klasie i dowiaduje się, że gimnazja są w likwidacji, więc będzie uczyła się nadal w swojej szkole. Jednak według zasad i programów, których nikt nie zna i nikt nie wie jak mają wyglądać. Wiadomo jedynie, że sklepik znowu zapełni się czipsami i napojami gazowanymi, a panie w stołówce już nie będą musiały chować (...) soli i cukru. [s.167] Mania jest uczennicą klasy pierwszej, ma nauczycielkę, która ewidentnie nie nadaje się do tego, by pracować z dziećmi i 10 koleżanek, co smuci dziewczynkę, gdyż jako jedyna jest nieparzysta. Zbliżają się czterdzieste urodziny taty, wujek Jurek został zredukowany w radiowej pracy, do domu wprowadziły się myszy podwórkowe, co sprawia, że NIH chadza w kaloszach, a babcia krakowska otwiera pensjonat. Ach, i jest jeszcze stodoła na łące, którą chcą kupić rodzice Zosi, ale w wyniku zmian w przepisach, być może kupić nie będą mogli. Oczywiście, to nie wszystko, bo w książkach Agnieszki Tyszki o bohaterach mieszkających na ulicy Kociej jest zawsze gwarnie, nieco chaotycznie i wiele się dzieje. Dzieją się także ciekawe czasy.

Moje mieszane wrażenia biorą się właśnie z tego określenia i tego,w  jaki sposób autorka pisze o sprawach politycznych. Zastanawiam się na ile manifestacja, bo tak to odbieram, przekonań i opinii związanych z polityką, jest czymś co powinno się znaleźć w książkach dla dzieci. W cyklu, który - poprawcie się, jeśli się mylę, dotychczas był wolny od tej tematyki.

Zaniepokojonych uspokajam - Mania wciąż wymyśla nowe słowa, Wiluś jest coraz aktywniejszym dzieckiem z wyraźnym upodobaniem do koparek i innego sprzętu budowlanego, Alina błądzi myślami i rysuje komiks, Tata wycisza szalejącą rzeczywistość, a rodzina i przyjaciele mieszkańców domu z ulicy Kociej są jak zwykle radośni i nieco zwariowani. Zosia dorastając wciąż jest tą Zosia, której przygody są uzależniające;)

Na koniec cytat. Mania to mądra dziewczynka, weźcie sobie do serca to co powiedziała:
- Moja dobra kobieto! - (Szewczyk Dratewka zaciera ręce, kiedy to słyszy!) Mania posyła mamie spojrzenie pełne współczującej wyższości. - Czy myślisz, że świat należy do ostrożnych i grzecznych?
- Cóż... - biedna NIH w popłochu analizuje usłyszane słowa.
- Świat należy tylko do odważnych i nieposłusznych! - oznajmia Mania.
[s. 123]

15 maja 2017

Konrad Kruczkowski.Halo Tato. Reportaże o dobrym ojcostwie.


Przyznaję, że na blog Konrada Kruczkowskiego zajrzałam po raz pierwszy dopiero niedawno, a to za przyczyną wywiadu z Katarzyną Bondą. Z ciekawością przywitałam wydane niemalże przed chwilą reportaże na temat, o którym na szczęście robi się coraz głośniej - o ojcostwie.

Sześć reportaży, dwa wywiady, felieton córki jednego z ojców przedstawionych w książce. Każdy z tekstów zabiera czytelników w odrębny świat jego bohaterów, a wszystkie razem pokazują, że choć może każdy nieco inaczej rozumie kim jest dobry ojciec i czym jest dobre ojcostwo, to są pewne elementy, które spajają te wizje i pozwalają stworzyć coś na kształt nieformalnego kodeksu dobrego ojca.

Przedstawieni w reportażach Konrada Kruczkowskiego ojcowie są ojcami, którym się chce, którym zależy, mimo, że czasami ich ojcostwo wydaje się być trudniejsze od ojcostwa innych mężczyzn. 

Halo Tato przeczytałam z dużym zainteresowaniem. Badania przytoczone w książce pokazują, że ojcowie w przytłaczającej liczbie rodzin nie cieszą się zaufaniem, nie są dla swoich dzieci osobami bliskimi. Mam nadzieję, że reportaże Konrada Kruczkowskiego dadzą zielone światło na pisanie o relacjach ojciec - dzieci, a co za tym idzie - temu, by większą rolę przywiązywać do znaczenia ojcostwa.

11 maja 2017

Boreasz i Loki

W piątek wolontariusze i pracownicy schroniska zauważyli karton. W środku, kiepsko - jak się okazało - zabezpieczonego pudełka, była kocia mama i siódemka jej dzieci. Kocica uciekła w chwili podnoszenia kartonu, ale dzieciaki - takie 2,5 tygodniowe - zostały.

Nawoływania nie pomogły, wabienie także. Podjęto decyzję, że maluchy spędzą noc w bezpiecznej, ciepłej budce, żeby przywołać mamę. Nie przyszła, więc w sobotę całą siódemkę rozdzielono do domów tymczasowych. Do mnie trafiło dwóch chłopaków.


Dostałam kociaki wraz z mlekiem w proszku, butelką i klatką. Dorzuciłam maskotkę, butelkę z gorącą wodą udającą ciepłą mamę i podjęłam się obowiązku dbania o pełne brzuchy i socjalizacji.

W sobotę głównie piszczały. Postawione na wykładzinie zamierały, a gdy tylko spróbowały zrobić krok, rozjeżdżały im się łapki. Czołgały się i piszczały, a mimo maleńkich ciałek robiły to tak donośnie, że zarówno koty, jak i Sara, schowały się w łazience.

Oczywiście, próbowały przytulać się do psa, ona jednak spoglądała na mnie z przeprosinami w oczach i delikatnie wstawała odsuwając się z zasięgu kocich łapek.


Nakarmione, odsiusiane, wtuliły się w koc i zasnęły. Obudziły mnie koło północy, ale piszczenie ustało, gdy tylko ponownie napełniły się brzuchy, a maleńtasy zapadły w sen.

W niedzielę zaczęły widzieć już jakby coś więcej niż tylko mglisty zarys przedmiotów i postaci i choć bure kociątko wciąż miało kłopot, żeby trafić łapką do pyszczka, to czarny kot już umiał sobie wylizać wnętrze łapki. Jadły z dzikim apetytem i coraz śmielej eksplorowały pokój, piszcząc rozpaczliwie w chwili, w której zawędrowały tam, gdzie ich zdaniem świat się kończył. Reagowały na głos i powolutku, acz uparcie drepcząc przywędrowywały do mnie jakby zdziwione, że się im udało.


W poniedziałek bałam się, że w dzień będą płakały z głodu. Zastałam je smacznie śpiące, wtulone w siebie i oczywiście mocno spragnione mleka. Nakarmione, zaniosłam do kuwety, której kompletnie nie pojęły i puściłam wolno, żeby sobie wędrowały. A na noc kolejny dawka jedzenia, ciepła woda w butelce zawinięta w koc - spaliśmy do rana.


We wtorek zweryfikowałam swoje obawy o to, że zostawione w domu same, płaczą. Musiałam je koło 10, przed wyjściem do pracy obudzić i nakarmić nieco na siłę, bo wiedziałam, że wrócę dopiero wieczorem. W trakcie dnia okazała się jednak rzecz niebywała - mama kociaków przyszła do schroniska. Wolontariuszki umieściły ją, wraz z rodzeństwem moich podopiecznych, w mieszkaniu jednej z nich.


Sisi i Nusia nie wykazały zainteresowania opieką nad małymi. Nusia początkowo syczała na nie, a później zdarzyło jej się, ukradkiem, nieco wstydliwie, raz czy drugi polizać po łepetynkach, ale nie rwała się do niańczenia. Sisi podobnie - owszem polizała, krzywdy nie zrobiła, ale generalnie wolała, żeby maluchy trzymały się z daleka. Gdy się zbliżały, majestatycznie odchodziła.


Wczoraj popołudniu kociaki trafiły pod opiekę mamy. Gdy skończy je karmić, zostanie wysterylizowana i objęta adopcją. Maluchy trafią ponownie do mnie i dlatego już dziś ogłaszam, że szukam im domu.


Boreasz - uwielbiający przytulanie, odważny, dzielnie kroczący przez świat. Mruczy obłędnie głośno, słucha uważnie tego, co się do niego mówi, a na piersi nosi przepiękny biały krawat.


Loki - natura filozofa, spokojny, spoglądający na świat z lekką zadumą i zdziwieniem. Swoim zaskakująco wzorzystym umaszczeniem budziłby zazdrość niejednego projektanta. Krucha czułość i ufność.

Będę wdzięczna za Waszą pomoc w ogłaszaniu kociaków. Znajdźmy im najlepszy dom na świecie:)

P.S. Zaczytałam się ostatnio w książkach Anety Jadowskiej i stąd imiona kociaków.

09 maja 2017

Bonnie-Sue Hitchcock. Zapach domów innych ludzi.


Opowieść rozgrywająca się na Alasce. Debiut literacki. Okładka. To trzy powody, dla których zdecydowałam się przeczytać Zapach domów innych ludzi. I cieszę się, że to zrobiłam.

Czworo młodych ludzi. Każdy z nich u progu życia zadaje sobie pytania o to kim jest, w kim ma wsparcie, co go czeka w przyszłości i - choć to może dość zaskakujące pytanie - za kogo jest odpowiedzialny. 

Szukają miłości, akceptacji rodziny i przyjaciół, możliwości realizacji swoich pasji, bezpieczeństwa. Uciekają, ulegają naciskom starszych, poddają się decyzjom innych, a jednak walczą o siebie nawet w chwilach, w których brakuje im sił.

Zapach domów innych ludzi to historia pełna urody. Bo choć wiele w niej tego, co mroczne, to młodość bohaterów daje nadzieję, stwarza szansę do tego, by dojrzeć pozytywy w przyszłości i w tym, że gdy jest się wśród osób bliskich można odmienić swój los.

Autorka w losy Ruth, Dory, Alyce i Hanka wplata także wątki tradycji alaskańskich oraz stereotypów rasowych.

Uwiodła mnie ta opowieść. Nie bardzo umiem określić czym, ale dałam się zauroczyć. Może to owa niespieszność, szacunek do przyrody, tradycji, tęsknota za wolnością od krzywd, motywacja do spełniania marzeń, siła? 

Czytając Zapachy domów innych ludzi przeniosłam się w inny świat. I tylko zorzy polarnej mi zabrakło...

Polecam.

08 maja 2017

Natasza Socha. Zula i porwanie Kropka.


Lubię "dorosłe" książki Nataszy Sochy i gdy okazało się, że napisała książkę dla młodszych czytelników, z przyjemnością po nią sięgnęłam.

Zula, czyli Zuzanna, jest córką lekarzy. Efekt tego taki, że kiedy rodzice postanawiają wyjechać do Afryki, by tam służyć swoimi umiejętnościami medycznymi, dziewczynka musi przeprowadzić się do sióstr mamy. Sióstr, których - dodajmy - nie zna i co do których ma mieszane uczucia. Bo jakże traktować ciotki, których imiona brzmią Hela i Mela?

Jednak w Poziomkowie okazuje się być bardzo przyjemnie. Pokój dziewczynki wygląda jak pokój z jej marzeń, rudy kot - dotychczas mocno bezpański - postanawia obdarzyć Zulę zaufaniem i przyjaźnią, a spotkany w drodze do szkoły Kajtek okazuje się być niezłym kolegą. W chwili, w której do tych dwojga dołącza także Maks, a Zula odkrywa w sobie przedziwne, bo magiczne, umiejętności (najbardziej zachwyciła mnie zdolność rozumienia zwierzęcej mowy), małe miasteczko okazuje się być niemalże rajską krainą. Niemalże, bo ktoś porwał Kropka - psa rasy maltipoo.

Zula i porwanie Kropka Nataszy Sochy to historia, w której czytelnicy znajdą i szkołę, i przyjaźń, i wredne koleżanki. Znajdą także magię, więzi rodzinne, zagadki detektywistyczne i determinację do tego, by pomóc porwanemu psiakowi. Choć chwilami opowieść wydawała mi się nie tak płynna, jak mogłaby być, czytałam z dużym zainteresowaniem, ciekawa tego, jak Autorka poprowadzi historię dziewczynki. Spodobało mi się na tyle, by czekać na kolejny tom przygód Zuli i jej przyjaciół. 

Jeśli Wasze dzieci zaczytywały się w przygodach Zosi z ulicy Kociej, przedstawcie im Zulę z Poziomkowa:)

04 maja 2017

Emily Barr. Jedyne wspomnienie Flory Banks.


Flora Banks ma 17 lat, popisane ręce, pudełko pod łóżkiem wypełnione notatkami i przyjaciółkę Paige, którą zna od czasów przedszkolnych. Ma również starszego brata mieszkającego we Francji i troskliwych rodziców. Do tego dość normalnego poziomu codzienności trzeba dodać coś, co w znacznym stopniu utrudnia życie Flory i bliskich jej osób; dziewczyna ma amnezję następczą.

Flora zapomina. Zapomina kim jest, ile ma lat, co się wydarzyło wczoraj, czy o poranku. Nie rozpoznaje ludzi, zapomina kim jest, ma kłopoty z trafieniem tam, gdzie chce. 

W życiu Flory wydarza się przedziwna rzecz. Dziewczyna uczestniczy w imprezie zorganizowanej na pożegnanie wyjeżdżającego Drake'a, chłopaka Paige. Gdy postanawia opuścić spotkanie, trafia nad morze i tam, na plaży, przy wtórze szumu fal, całuje się z Drake'm. I następnego dnia pamięta o tym. Nie zapomina, a świadomość owego pocałunku towarzyszy jej przez kolejne dni. Zaczyna wymieniać maile z chłopakiem, który wyjechał na Svalbard. Korespondencja, a także świeża wciąż pamięć bliskości, popychają Florę do zrobienia czegoś, co jej samej z trudem wydaje się możliwe - do wyruszenia w podróż.

Los Flory Banks wydaje się być okrutny. Brak możliwości zapamiętywania tego, co w życiu piękne, osób ważnych, wydarzeń, które wzbogacają, czy uczą brzmi jak skazanie na życie niepełne, na życie pozbawione smaku. To jak bardzo ono takim bywa, dowiedzieć się można z korespondencji Flory z jej starszym bratem. Jednak listy Jacoba pokazują dziewczynie też inną stronę jej życia - barwną, radosną, odważną. Wyjaśniają również relacje jakie panują w rodzinie i to, czemu starszy brat Flory od lat mieszka poza granicami kraju.

Książka Jedyne wspomnienia Flory Banks to powieść o miłości i człowieczeństwie. O tym, jak wiele możemy zrobić powodowani miłością i jak bardzo czasami nasze intencje mijają się z tym, co jest dobre dla osób, które kochamy.

Polecam. Nastolatkom i ich rodzicom. Tym drugim może nawet bardziej;)

02 maja 2017

Aneta Jadowska. Akuszer Bogów.


Uświadomiłam sobie, że mimo tego, iż przeczytałam całą serię o Dorze Wilk oraz pozostałe książki Anety Jadowskiej, to nie wspomniałam o nich zbyt wiele na blogu. Postanowiłam się zrehabilitować, tym bardziej, że Akuszer Bogów nastroił mnie refleksyjnie.

Nikita, której imię rodzinne brzmi Erynia, wyrusza na północ by odkryć tajemnice rodzinne. Towarzyszy jej Robin, partner zawodowy, którego - jak sama ogłasza i ku zdumieniu innych - jeszcze nie zabiła. Okazuje się, że po drugiej stronie morza czekają na nich przyjaciele przyjaciela, którzy mają pomóc w wyprawie, a sama obecność Nikity w tej cześć świata, w której koegzystencja magii i jej braku przebiega pokojowo, bez zakłóceń i stanowi normę, wiele dziewczynie daje. W tym wiedzę o sobie samej.

Być może jest tak, że Akuszer Bogów powstał jako tom bardziej niż wcześniejsze nasączony przemyśleniami głównej bohaterki na temat relacji z innymi, człowieczeństwa, istoty tego co w nas dobre i złe. Dopuszczam jednak i taką możliwość, że sięgnęłam po tę książkę w odpowiednim czasie i nastroju - na tyle odpowiednim, by umieć dostrzec w niej to, czego nie dostrzegłabym w innym czasie.

Przeczytam Akuszera Bogów ponownie. Mam na to ochotę, więcej - czuję taką potrzebę.
Jestem człowiekiem w budowie. Jestem na odwyku od nieczucia, które było moim bezpiecznym kocykiem i używką. Odważyłam się wpuścić do swojego życia ludzi. [s. 134]

P.S. Zamówiłam już w bibliotece pierwsze trzy tomy serii o Dorze Wilk (pozostałe są wypożyczone). Mam ochotę na ponowne spotkanie z bohaterami powieści:)

01 maja 2017

Rupi Kaur. Mleko i miód.


Przyznaję - z poezją mam kontakt sporadyczny. Postanowiłam to zmienić, o czym poniżej, a zmianę zapoczątkować chcę głośnym ostatnio tomem poezji Rupi Kaur. Uwierzcie mi - to doskonałe wiersze do tego, by się przekonać, że poezja jest wszędzie.

Wiersze, refleksje wyrażone w sposób poetycki, Autorka podzieliła na cztery etapy: cierpienie, kochanie, zrywanie, gojenie. W każdym z nich sytuują się wydarzenia z życia kobiety - takie, które odcisnęły na niej piętno, które jednocześnie stanowią jej codzienność i niezwykłość.

Frazy Rupi Kaur opowiadają o kobietach. O tym jak mężczyźni uważają się za tych, którzy mogą rządzić kobiecym życiem i ciałem. O tym, jak wykorzystuje się kobiety, o braku ojców, nadmiernym zainteresowaniu wujków i kuzynów. O czymś, czego oświadczała sama, ale czego - jak jest świadoma - doświadczają setki kobiet na całym świecie.
Rupi Kaur ubiera w słowa to, o czym wiele kobiet myśli, ale nie umie tego powiedzieć. Lub nie umie tego powiedzieć w tak piękny sposób. Opowiada o miłości: tej emocjonalnej, wyrażanej uczuciami, tej sytuującej się w sercu i głowie, ale także tej fizycznej - pełnego zmysłowych przyjemności bycia blisko z drugą osobą. 


Wiersze, przechwycone mgnienia rzeczywistości, sformalizowane w ciągach liter, układają się w coś, pod czym pewnie niejedna z nas mogłaby się podpisać. Jestem przekonana, że wiele kobiet odnajduje się w wątpliwościach i wyznaniach, w zachwytach, uniesieniach i lękach, o których pisze Poetka. 

Życzę Wam idealnych randek i refleksyjnego wędrowania, wraz z Rupi Kaur, przez wiersze.

*   *   *


W maju chcę Was zaprosić do czytania wierszy. Jeśli macie ochotę dołączcie do wydarzenia na FB, jeśli chcecie - zaproście także swoich czytelników na Waszych blogach. Czytajmy:)

P.S. Wszystkie ilustracje (z linkami) pochodzą z facebookowego konta Rupi Kaur.