24 czerwca 2016

Lato

Tydzień temu padał deszcz. Dziś wypijam już nasty kubek wody i cieszę się ciepłem. Mam nadzieję, że cieszą się także koty, bo Sara zapewne nieco mniej.

Z pewnością jednak czuła się dobrze podczas naszego pobytu na Mazurach. Miała czas na moczenie nóg, zabawę na trawie, powolne wędrowanie przy rowerze, spanie na prawdziwych deskach. Do dyspozycji była Pani, która karmiła pysznościami, można było pobawić się w berka z Kavką i Wojtkiem, a nawet podjąć próbę zajrzenia do króliczej klatki. Tylko ta podróż taka daleka...






Koty w tym czasie doglądane przez troskliwych opiekunów hodowały w skrzynkach rośliny maskujące. No i teraz mamy na balkonie pnącą fasolę, rzeżuchę, werbeny (na 5 sztuk trzy się na nas obraziły i uschły), inne kwiatki doniczkowe oraz szafkę na koty sztuk dwie, drapak oraz fotel z poduszką. Nie muszę dodawać, że wszystkie śpią na moim łóżku zamiast korzystać ze świeżego (ekhm) powietrza?




Korzystając z mądrych podpowiedzi oraz siły życzliwych sąsiadów zamieniłam miejscami sypialnię z pokojem gościnnym. Nie, nie wyburzałam ścian, a jedynie przestawiłam wyposażenie obydwu pomieszczeń. Za mną pierwsza noc spędzona w obszerniejszej od poprzedniej sypialni i powiem Wam, że - szczególnie ze względu na wysokie temperatury - to strzał w dziesiątkę. Nusia spała na podłodze przed szeroko otwartymi drzwiami balkonowymi, Sara na balkonie, ale również koło drzwi. Gusia ułożyła się koło mnie i jedynie Sisi upodobała sobie przedpokojowe przestrzenie. Zdjęć po przestawianiu nie ma, bo powinnam jeszcze pomalować ściany (ale wiecie, te 10 regałów pełnych książek do spakowania nieco mnie zniechęca). Są za to koty - bo koty są dobre na wszystko:)




Miłego weekendu:)

11 czerwca 2016

Marcin Szczygielski. Teatr Niewidzialnych Dzieci.


Przyznaję, to moje pierwsze spotkanie z twórczością Marcina Szczygielskiego. Pierwsze, bo boję się elementów grozy w powieściach, a w powieściach adresowanych do młodego czytelnika szczególnie. Do sięgnięcia po Teatr Niewidzialnych Dzieci skłoniła mnie I nagroda IV Konkursu Literackiego im. Astrid Lindgren; staram się czytać wszystkie nagradzane w tym konkursie książki.

Narratorem powieściowej historii jest Michał, dziesięciolatek, wychowanek Domu Dziecka. Jego rodzice zginęli w wypadku samochodowym i jako jedno z nielicznych mieszkańców bidula jest sierotą. Wkrótce ze Śląska przenosi się na Lubelszczyznę, a że akcja książki rozgrywa się w 1981 roku, wkrótce okazuje się, że Historia zazębia się także z losami chłopca z sierocińca.

Uległam opowieści Marcina Szczygielskiego. Uwierzyłam w opisane przez niego historie, czułam emocje dziecięcych bohaterów, niemoc i chęć walki dorosłych. 

Wiem, że przeczytam również pozostałe powieści Szczygielskiego. Przeczytam koniecznie!

06 czerwca 2016

Mikołaj Golachowski. Czochrałem antarktycznego słonia.


10 maja spotkałam Mikołaja Golachowskiego. Nie przypadkiem, rzecz jasna, a z powodu tego, że Autor przyjął biblioteczne zaproszenie do spotkania z Czytelnikami, a ja - będąc jeszcze przed lekturą książki, ale przeczuwając już, że to dobra książka - zarezerwowałam sobie możliwość moderowania spotkania. I choć, że wstydem przyznaję, że zachowywałam się nieco jak nadopiekuńcza kwoka, mam nadzieję, że Mikołaj Golachowski mi wybaczy:)

Czochrałem antarktycznego słonia to opowieść o zimniejszej stronie świata. O zimniejszej, ale przez to wcale nie mniej zachwycającej. Dla niektórych - tak jak dla Autora - wspanialszej niż cała reszta tego, gdzie można żyć i co zobaczyć. Mikołaj Golachowski, doktor ekologii zwierząt, opisuje zajmująco swoje doświadczanie przyrody Antarktyki. Przedstawia także sytuacje, w których człowiek staje wobec potęgi Natury i częstokroć - lekceważąc jej moc, w antropocentrycznym zadufaniu - okazuje się być niczym.

Jeśli czytaliście już książkę o czochraniu słoni, a nie mieliście okazji posłuchać opowieści Autora osobiście, koniecznie wybierzcie się na spotkanie. Tym, którzy książki nie czytali - rekomenduję to samo, z jeszcze większym entuzjazmem, uprzedzam jedynie, że podczas spotkań mogą padać pytania o treść książki. Zatem, chyba warto sięgnąć po spisaną historię, by później zasłuchać się w zajmujących opowieściach Mikołaja Golachowskiego dostępnego "na żywo".


Słuchając człowieka, który napisał: Jeszcze popołudniu byłem zwykłym śmiertelnikiem, ale teraz jestem nowym człowiekiem, bo spotkałem płetwala błękitnego [s. 167], myślałam o tym, jak wielkim szczęściem jest robienie w życiu tego, co nas pasjonuje. Oraz o tym, czemu, gdy szukałam niegdyś pomysłu na życie, nie przyszło mi do głowy, by zostać przyrodnikiem? Na szczęście, Mikołajowi Golachowskiemu przyszło, a o swoich zainteresowaniach/pracy potrafi znakomicie opowiadać. 

Cóż - czytajcie, a ja, o ile będzie jeszcze ku temu kiedyś sposobność, wybiorę się, by raz jeszcze słuchać historii o niedźwiedziach i słoniach. A za niedługo przedstawię Wam książki, które Mikołaj Golachowski adresuje do najmłodszych.

05 czerwca 2016

Emma Adbåge. Liczymy na spacerze.


Urocza książka oswajająca z matematyką adresowana - zgodnie z sugestią Wydawnictwa Zakamarki - do dzieci powyżej 3 roku życia. 


Nie wiem skąd się bierze matematyczna niechęć u niektórych (cierpię na nią, więc nie wiem tym bardziej), ale wyraźnie dostrzegam to, że sposób w jaki Emma Adbage przedstawiła świat wokół nas jako zbiór różnych matematycznych zagadek, może zafrapować niejedno dziecko. Bo jakże inaczej podejść do zadania, w którym obcina się końcówki kiełbasek, a później oddaje się je psu, co symbolizować ma odejmowanie? Lub ćwiczenie polegające na tym, by leżące nieopodal kamienie ponumerować i bawić się nimi dzieląc je na te z cyframi parzystymi i nie, chować jeden i zgadywać jakiej cyfry brakuje?

Autorka pokazuje, że matematyka jest wszędzie. Że nie jest potrzebna tylko do tego, by wiedzieć ile reszty powinna nam wydać pani w sklepie, gdy za wybłagane od mamy pieniądze biegniemy po lody, czy po to, by umieć policzyć o ile pieniędzy więcej niż nasz kosztował tornister koleżanki. Matematyka to coś, co napędza nasz świat - ten dziecięcy poprzez zabawę, dorosły... W sumie też przez zabawę, tylko już nie liczymy w niej szyszek;)

Zabawy matematyczne w książce Liczymy na spacerze podzielone zostały adekwatnie do pór roku i aktywności z nimi związanych. Ciekawa jestem ile dzieciaków już czeka na śnieg, żeby zbudować bałwana nie z dwóch czy trzech dużych kul, ale z całego mnóstwa malutkich;)

Wypróbujecie? Napiszcie później, czy Waszym dzieciom taka matematyka się spodobała:)

03 czerwca 2016

Szwędobylska*

W pewnym radio dwóch panów rozmawiając o kulturze wysnuło wniosek, że biblioteki coraz aktywniej przejmują role, które niegdyś spełniały domy kultury. Zastanowiwszy się przyznałam panom rację, a zerkając w aktywności Biblioteki w czerwcu przyznałam im rację dubeltowo. Korzystam zatem z tego, że łączę pasję z pracą oraz, że wbrew opinii Kanionka o szczęściu, fakt ów napawa mnie to szczęściem, rozpościeram przed Wami szeroki wachlarz wydarzeń i zachęcam do wzięcia w nich udziału.

Zacznę jednak od tego, co już było - tak na zachętę:)


Dzisiaj od 9 w Filii nr 14 zaczęli pojawiać się uczestnicy turnieju czytelniczego Tajemnice Archeo. Nieco później pojawiła się Agnieszka Stelmaszyk, Autorka książek o dzieciach archeologów, patronka honorowa turnieju. Uczestnicy to 16 drużyn z katowickich szkół, wiedzący o treści dwóch pierwszych tomów Kronik... takie rzeczy, że ho ho ho:) 


Były 4 rundy pytań konkursowych, anagramy do rozwiązania, dogrywka, a później - zaraz po wręczeniu nagród ufundowanych przez Wydawnictwo Zielona Sowa - rozmowa z Agnieszką Stelmaszyk. Emocji było mnóstwo, zabawy również, a dzieci biorące udział w turnieju zachwyciły nas swoim oczytaniem.

(fot. Anna Woźniak)

A co będzie?

Już jutro, czyli 4 czerwca, odbywają się trzy wydarzenia.





Tu będę osobiście:) Przygotuję książki fantastyczne, nieco kryminałów, trochę literatury lżejszej, coś dla dzieciaków, no i poradniki z gatunku domowych przetworów. Nie omieszkam dorzucić także odrobiny klasyki. Za każdą książką zapłacicie 2 zł, a czekam na Was od 9:00 - 14:00.






Podczas II Dni Osiedla Witosa, w godz. od 11:00 do 19:00, kupicie książkę antykwaryczną (także za 2 zł od sztuki), a poza tym wraz z dziećmi możecie wziąć udział w zabawach literackich przygotowanych przez koleżanki z Filii 12.

 

Wieczór można spędzić w Bibliotece. Ta w Podlesiu organizuje warsztaty archeologiczne. I choć na zapisy, a miejsca się zapewne skończyły, to i tak informuję - warto dopytać:)

Po weekendzie zapraszamy na dwa spotkania autorskie. Z Anną Sakowicz spotkamy się w Filii 12, na Osiedlu Witosa, a z Iloną Łepkowską w Filii 19, w Szopienicach.

 

Może się wybierzecie? Wypijemy razem jakąś herbatę/kawę przed spotkaniem? :)

W kolejny weekend znajdziecie nas wszędzie. I nie, nie żartuję:)

W piątek i w sobotę na Os. Tysiąclecia organizujemy Żywą Bibliotekę. W piątek szczególnie zapraszamy uczniów i nauczycieli; to doskonała okazja do tego, by porozmawiać z kimś, z kim trudno porozmawiać w innym miejscu i czasie. Mnie szczególnie zafrapował freeganin:) Zaproszenie przyjęła także moja instruktorka pilatesu i jogi; Asiu bardzo się cieszę z Twojej obecności:) Podobną radość sprawia mi także to, że pozytywnie na zaproszenie odpowiedział Ks. Piotr, ze Zgromadzenia Salwatorianów. Ale osób do prowadzenia z nimi ciekawych rozmów będzie całe mnóstwo, więc nie wahajcie się i przybywajcie!


Gdybyście w drodze do Biblioteki chcieli wziąć udział w happeningu czytelniczym, to wystarczy, że 10 czerwca, w samo południe, pojawicie się na Rynku w Katowicach. Koleżanki z Filii 16 i Filii 18 będą na Was czekały z propozycjami literackimi. 

Tego samego dnia, w Murckach, odbędzie się współorganizowany przez Bibliotekę, Filię 26, piknik rodzinny. Byłam na nim w ubiegłym roku, bardzo sobie chwalę i z prawdziwą przyjemnością wspominam przygotowane przez dzieci przedstawienie "Kopciuszka" po śląsku.


Także 10 czerwca rozpoczynają się Dni Bogucic, podczas których 11 czerwca, w godz. 16:00 - 21:00, koleżanki z Filii 33 zapraszają Was na kiermasz książek (tak, również za 2 zł) oraz zabawy literackie. 

Oczywiście, to nie koniec:) W Filii 14 czekamy na Was z Żywą Biblioteką (od 11:00-17:00), a nieopodal, w otoczeniu Filii 17, świętujemy Dni Dębu. Tu także będzie kiermasz książek i inne atrakcje przygotowane przez koleżanki.


Na sobocie weekend się nie kończy, więc w niedzielę, 12 czerwca, Filia 28 zaprasza Czytelników na Dziki Zachód. Gdyby nie to, że w tym czasie będę zupełnie gdzie indziej, pewnie bym się wybrała, bo lubię Podlesie:) I westerny:)


Kolejne czerwcowe spotkania odbywają się w tygodniu. 14 czerwca, w Filii 17 gościł będzie Tomasz Bułhak, czyli Autor książki i bloga Tata w budowie. Dzień później, w Filii 11, w ramach cyklu Wielokulturowy Śląsk, Bibliotekę odwiedzi Tadeusz Kijonka, człowiek instytucja, by nie rzec - legenda. Następny dzień, to następny gość - tym razem w Filii 20 - w której Czytelnicy będą mogli spotkać się z Jackiem Pikułą. 


  

22 czerwca, w Fili 6, gościć będziemy Agnieszkę Krawczyk, popularną pisarkę książek obyczajowych, a 25 czerwca  będziecie mogli odwiedzić ogród kulturalno-edukacyjny w Filii 14, gdzie przywitamy wspólnie lato. W programie same wprowadzające w letni klimat zajęcia - zapraszam do śledzenia strony Biblioteki.

A później zacznie się akcja "Lato z Książką" w tym roku zakręcona w stronę filozofii. Ale o tym już kiedy indziej:)

* Wiem, nie ma takiego słowa. Ale podoba mi się, więc jest:)

Magdalena Witkiewicz. Cześć, co słychać?


Przyznaję - sięgnęłam po tę książkę zwabiona reklamą ściśle związaną z wiekiem głównej bohaterki. Ów kryzys przejścia, brzmiący nieco mitycznie, zainteresował mnie na tyle, by zdecydować się na lekturę. I co?

Magdalenie Witkiewicz, jak sądzę, na podstawie własnych refleksji, udało się włożyć w usta/myśli bohaterki sporo obserwacji czy przemyśleń związanych z wiekiem, które podzielam. Bo choć daleko mi od sytuacji w jakiej znajduje się Zuzanna, to czasami - tak jak ona - podglądam w mediach społecznościowych dawno nie widzianych znajomych. Sprawdzam, kto jak się zmienił, gdzie jest, czy otacza go rodzina, czy też zdjęcia prezentują singla w nieustającej zabawie polegającej na sprawdzaniu samego siebie - ile dam radę, co jeszcze mogę, na co mam siły i energię i co daje mi satysfakcję i adrenalinę. Znacie to? No właśnie...

Fabuła powieści Cześć, co słychać miała dla mnie marginalne znaczenie. O wiele istotniejsze było to, co robiło się w głowie Zuzanny i jej rówieśników, gdy zbliżały się (lub minęły) czterdzieste urodziny. I choć Autorka zaskoczyła mnie pewnym wydarzeniem, to w pewnym momencie miałam wrażenie, że jest ono tam po to, by dobrze wybrnąć z sytuacji.

Być może odebrałam tę powieść zupełnie inaczej niż życzyłaby sobie tego Magdalena Witkiewicz, czy wydawca. Ale skoro oni puścili książkę między czytelników, to już od nas zależy co z nią zrobimy, prawda?

Ciekawe, co Was zainteresuje - jeśli cokolwiek - w tej powieści. Mam tylko jedną prośbę - nie czytajcie tego, gdy do czterdziestki brakuje Wam jeszcze dwudziestu lat;)

01 czerwca 2016

Paul Morand. Czar Chanel.


Uwiodła mnie ta książka. 

Idealnie dopasowane do tekstu ilustracje Karla Lagerfelda, proste, aczkolwiek w ów prosty sposób przedstawiający ulotność modnej sylwetki w niemniej modnym stroju, stanowią doskonałe uzupełnienie słów Coco Chanel. Słów, które Paul Morand zapisywał po każdym spotkaniu z ową ikoniczną postacią i które - wyszperane po wielu latach stają się opowieścią Chanel o tym, co uznała za istotne na tyle, by opowiedzieć swojemu rozmówcy.

Mowa zatem jest o dzieciństwie, o kompleksach, obawach i umiłowaniu prostoty. O przyjaciołach i tych, którzy byli niekoniecznie mile widziani. O miłościach, westchnieniach i porywach serca, przy jednoczesnym dość racjonalnym spojrzeniu na świat. No i o strojach, o tym co kobiety noszą, a co nosiły i przy wydatnej pomocy Chanel udało im się z siebie zrzucić.

Chanel opowiadająca Morandowi o tym, co o życiu myśli, nie stroni od dość zdecydowanych wypowiedzi. A jednocześnie wiele w jej słowach odnaleźć można mądrości, trafnych spostrzeżeń dotyczących funkcjonowania kobiet i mężczyzn w świecie, ról w jakie sami wchodzą mimo, że czasami próbują się przeciwko nim buntować.

Czar Chanel opublikowano czterdzieści lat temu. Obecne wydanie, to wzbogacone przez Lagerfelda, być może zaskakuje czytelników mniej, niż tych, którzy czytali to samo w 1976 roku. Ale nie wierzę, że ówcześni czytelnicy mogli przejść obok tej książki obojętnie. Życzę, abyście i Wy dali się ponieść tej opowieści.

27 maja 2016

Terry Pratchett. Pasterska korona.


"Pasterska korona" leżała na pustej półce, a ja - natykając na nią wzrokiem - walczyłam sama ze sobą. Czułam gwałtowną potrzebę przeczytania kolejnej powieści pióra Pratchetta, a jednocześnie przed jej czytaniem powstrzymywała mnie świadomość, że gdy już zacznę, to nie będę umiała się zatrzymać, że słowo po słowie, zdanie po zdaniu, przeczytam całą OSTATNIĄ książkę napisaną przez sir Terry'ego. I co potem?

Zaczęłam. Czytałam zdanie po zdaniu, wzruszałam się, uśmiechałam, zastanawiałam nad pokrętnymi losami bohaterów i przedziwnymi zbiegami okoliczności w jakie Autor kazał nam uwierzyć, czytałam, czytałam i doszłam do kończącej książkę kropki. Nie, nie zaczęłam od nowa, mimo, że jedna z recenzji okładkowych zaleca ten sposób. Ale wiecie - przeczytam tę powieść jeszcze raz i to dość szybko. Przecież nie mogę zbyt długo układać w sobie tego, co świeże po lekturze - muszę zweryfikować z emocjami obudzonymi przez lekturę ponowną.

W "Pasterskiej koronie" jest mnóstwo mądrości,  szacunek oraz to, co w książkach Pratchetta nieodzowne - humor. Wiele wątków uległo dopełnieniu, pojawiły się nowe postaci, ale i ich obecność jest niczym kolejny element puzzlowej układanki - idealnie pasują tam, gdzie ich miejsce. Niektórzy już znani pokazują drugie oblicze, a inni - wszak też znani - kontynuują umacnianie swojego ja.

Chyba po raz pierwszy czytając Terry'ego Pratchetta poczułam coś, co zaskoczyło mnie samą. Mimo niepochlebnych opinii jakie "Pasterska korona" zbiera w Internecie, dla mnie to książka, która skłoniła mnie do refleksji nad oczekiwaniami, marzeniami, a tym, co zrobiłabym ze swoim życiem, gdybym nagle nie musiała się martwić o nic - a jedynie poukładać to jak żyję, według pragnień. Czy to o czym marzę jest zgodne z tym, co zrobiłabym, gdybym mogła spełnić swoje marzenia?

Chciałabym kiedyś odwiedzić Kredę i terminować u Tiffany. Ale to przecież zupełnie nierealistyczna zachciewajka...

26 maja 2016

Mojej Mamie i innym matkom

Dopóki żyją nasze matki

Dopóki żyją nasze matki, ciągle jesteśmy dziewczynkami.(...)

Dopóki żyją nasze matki, żyją także nasze dziecięce marzenia.

Wsiadamy na brzęczące jak ważki rowery:

czerwone, niebieskie, pomarańczowe,

a czas rozpięty na srebrnych szprychach

niby mija kolejne ulice, ale sam siebie nie mija.(...)

Możemy robić to wszystko, dopóki żyją nasze matki.

Nieważne, że ciężko im wejść po schodach,

łzawią im oczy i zawstydzone oddają nam

nieprzeczytane książki. To wszystko nas nie dotyczy.

Kupujemy im okulary, bawimy się barwą oprawek

i kształtem szkieł. Wozimy je do lekarza i czujemy strach

i urazę, że lekarstwa przestają pomagać.

Dlaczego je boli, dlaczego tak bardzo siebie bolą,

swoją starość, swoją niesprawność, swój lęk?

Usypiamy spokojnie i budzimy się ufne,

dopóki żyją nasze matki.

2 kwietnia 2008

Anna Piwkowska. Farbiarka.


P.S. Cytowałam już kiedyś ten wiersz, ale uznałam, że warto go przypomnieć.

23 maja 2016

Eve Ainsworth. Zadurzenie. 7 dni.

Powieści Eve Ainsworth są zaskakujące. Autorka opowiada o młodych ludziach, takich jak tysiące na naszych osiedlach, na ulicach, w szkołach. Opowiada o nich - takich pozornie zwyczajnych - pokazując to, co może się kryć w nich mrocznego. Na szczęście, uświadamia czytelnikom także to, skąd owo mroczne w młodych ludziach może się brać. I nie, Mili odwiedzający bloga, nie jest to zło wrodzone...


Anna i Will pochodzą z niepełnych rodzin. Widują się z daleka, bo on jest dla niej chłopakiem nieosiągalnym, przystojniakiem, za którym oglądają się wszystkie dziewczyny. Gdy pewnego dnia Will zaczyna z nią rozmowę i okazuje jej coraz intensywniej swoje zainteresowanie, problemy domowe dziewczyny stają się mniej ważne, rozmowy z pedagogiem szkolnym irytująco wścibskie, a najlepsza przyjaciółka zazdrośnicą, która nie pojmuje tego, że gdy się kogoś kocha, chce się z nim spędzać jak najwięcej czasu. Anna powoli odsuwa się od wszystkiego i wszystkich, a Will otacza ją coraz większą... Troską? Kontrolą? 

Zdumiewające, jak bardzo problematyka powieści Eve Ainsworth, adresowanej do młodzieży i opisującej nastoletnie zauroczenie, może okazać się aktualna wśród dorosłych czytelników. Znacie kobiety, które po kilku latach związku dochodzą do wniosku, że wokół nich zapanowała towarzyska pustynia, a ich ukochany coraz częściej wyraża niezadowolenie ze wszystkiego co robią? Jeśli tak, to doskonale zrozumiecie Annę. Autorce należą się brawa za doskonałe sportretowanie procesu prowadzącego do takich sytuacji.

Podobnie przejmująca jest fabuła powieści wydanej w Polsce jesienią ubiegłego roku. Tu owo mroczne wspomniane na początku przybiera postać młodej dziewczyny z przemocowej rodziny, która prześladuje szkolną koleżankę. Historia opisana przez Ainsworth wydarza się podczas siedmiu kolejno następujących po sobie dni, a każda minuta, każdego z nich, staje się dla Jess źródłem bólu, myślenia o sobie w najgorszy sposób. Gdyby jednak zapomniała o tym, że jej życie jest nic nie warte, usłużnie przypomną jej o tym Kez i kibicujące procesowi gnębienia ofiary koleżanki.

Obydwie powieści angielskiej Autorki w celny sposób trafiają w emocje czytelnika. Zmuszają do tego, by zadać sobie pytanie kim jestem, jakim człowiekiem jestem dla innych, co czują inni obcując ze mną. Jednocześni każą się zastanowić nad tym, kto stoi u naszego boku, popatrzeć krytycznie na nasze przyjaźnie i nieprzyjaźnie, na związki i to, jak ufamy, lub nie, ludziom. Ainsworth zachęca do takiej pracy wszystkich swoich czytelników, bez względu na to, ile mają lat.

I oczywiście wyjaśnia źródło owych mrocznych miejsc w młodych ludziach.

Czytajcie. Podsuwajcie nastolatkom. Nauczycielom. Rodzicom. Jeśli dzięki tym książkom choć jedna młoda osoba z Waszego otoczenia przestanie myśleć, że jest niczym i na nic dobrego nie zasługuje, to będzie to wielki sukces. Wasz i Autorki, ale przede wszystkim tego młodego człowieka, który u progu dorosłego życia poczuje, że przed nim całe, ciekawe, choć może niełatwe, życie.

17 maja 2016

Agnieszka Tyszka. Zosia z ulicy Kociej w podróży.


Najnowsza książka Agnieszki Tyszki o Zosi i jej rezolutnej młodszej siostrze Mani, to już kolejne spotkanie z bohaterkami podczas wakacji. Tym samym cykl powieściowy zatoczył koło, osiągnął pułap pewnego nasycenia, a Autorka łagodnie doprowadziła nas do rozstania z tytułową, coraz starszą i coraz bardziej skrytą, dziewczynką.

Ale zanim przejdziemy do ostatnich kartek powieści warto przyjrzeć się nietypowym, ale miłych wakacjom Zosi i jej bliskich. Otóż jedna z babć proponuje, że zabierze dziewczynki i chłopców do swojej przyjaciółki, na Santorini. Dla pełniejszej opieki, a także po to, by dzieciaki nie zamęczyły babci, do wyprawy dołącza druga. I tak oto, czworo dzieci i dwie babci, odprowadzane trwożnymi myślami NIH (czyli matki Zosi i Mani) wywędrowują na wakacyjne przygody ku greckim wyspom.

Zosia z ulicy Kociej w podróży to rzecz jasna książka pełna dziwacznych, acz trafnych powiedzonek młodszej siostry, maksym przemądrzałego kuzyna i tego wszystkiego do czego przywykliśmy w poprzednich tomach i co stwarzało ów oczekiwany, bo doskonale znany, klimat powieści. Nowością, która wręcz zmusza do tego, by się nad nią zastanowić, są zmiany zachodzące w Zosi. Dziewczynka myśli o wolontariacie, mniej nerwowo traktuje rodzeństwo, notatki w pamiętniku są tylko jej notatkami, a pewien kolega z psem spotkany przypadkowo podczas spaceru, powoduje lawinę nieprzyjemnych myśli o równie przypadkowo spotkanej koleżance.

Niby drobiazgi, a jednak to z nich udało się Agnieszce Tyszce stworzyć bardzo realny portret dziewczynki u progu dorastania, dziewczynki, która wkrótce stanie się nastolatką i przestanie pisać pamiętnik do wyimaginowanych odbiorów o kuweciarzach, topieniu marzanny, czy sąsiadkach zza płotu.

Agnieszce Tyszce dziękuję serdecznie za cykl książek o Zosi. A Wam - bez względu na to, czy jesteście na początku swojej znajomości z powieściową bohaterką, czy finiszujecie jak ja - życzę przyjemnych literackich spotkań z postaciami z książek o Zosi i równie rozszalałych, jak u Mani, zdolności słowotwórczych:)

16 maja 2016

Nino Haratischwili. Ósme życie (dla Brilki). Tom 1.


Ty jesteś nitką, ja jestem nitką, razem stanowimy mały ozdobnik, a z wieloma innymi nitkami tworzymy wzór. Każda nitka jest inna, innej grubości i innego koloru. Trudno objąć wzrokiem cały wzór, ale kiedy się patrzy jednocześnie na wszystkie nici, wtedy ukazują się fantastyczne rzeczy. (...) Jestem pewna, że my też tam jesteśmy wplecione, nawet jeśli nigdy nie przyszło nam to do głowy. [s. 31]
Owe słowa wypowiedziała babcia Stazja do wnuczki o imieniu Nica. Stazja, której pełne imię brzmiało Anastazja, przyszła na świat wraz z rozpoczynającym się XX wiekiem. Nica - w 1973 roku. Dzieliła je historia i to nie tylko ta rodzinna, czyjeś narodziny i zgony, małżeństwa wierne sobie i te, które wiernością pochwalić się nie mogły, nie tylko historie uwieczniane na rodzinnych fotografiach i w opowieściach snutych przy suto zastawionych, wszak gruzińskich, stołach. O nie - je dzieliła także Historia przez wielkie "H", ta, która wpływała na losy jednostek i państw, która za nic miała ludzkie pragnienia, miłości i lęki, bo działa się w imię wyższego dobra.

Losy rodziny Jaszi oraz przyjaciół i ich bliskich, Nino Haratischwili ukazała na tle wydarzeń pokojowych, wojennych, powojennych. Pokazała w jak znacznym stopniu decyzje zapadające w Tibilisi, Moskwie, czy Berlinie mogą mieć wpływ na zwykłych ludzi - fabrykanta czekolady, piosenkarkę, robotnika, studentkę. Każda kolejna postać w powieści ma w sobie posmak tragedii, każde z nich musi wybierać między tym, czego pragnie, a tym, co jest najlepsze. I mimo, że w "Ósmym życiu" to kobiety zdają się dominować, na nich spoczywa rola pielęgnowania przeszłości i walki o przyszłość, to i mężczyźni nie są wolni od owych wahań związanych z tym co prawe, a tym, co słuszne i podyktowane inną, niż niejednokrotnie moralna, konieczność.

Dałam się porwać opowieści o gruzińskiej rodzinie. Słowom, które splatały losy babek, matek, ciotek i córek, ojców, dziadków i synów z losami Świata. Słowom, które ukazywały potęgę Historii i nieznaczność historii, szczególnie wobec Generalissimusa mówiącego, iż Śmierć jednego człowieka jest tragedią, śmierć milionów już tylko statystyką.

W oryginale powieść liczy około 1300 stron. Polski czytelnik otrzymuje ją podzieloną na dwa tomy. Po przeczytaniu pierwszego pozostaję w stanie czytelniczego nienasycenia i zaczynam czekać na - zapowiadany na jesień - tom drugi.