19 czerwca 2018

Agnieszka Tyszka i jej światy...

  

Lubię książki Agnieszki Tyszki. Już od dawna opowiadam Wam o Zosi, którą autorka obdarzyła interesującym charakterem i nie mniej fascynującą rodziną. Dziś jednak chciałam Wam opowiedzieć o trzech książkach, które doskonale nadają się na letnie wojaże. I nie mówię tu tylko o poręcznej wielkości...

*   *   *

Nienia to dziewczynka lasu. Jej letnie przygody toczą się akompaniamencie szumu drzew, śpiewu ptaków, pośród rozsłonecznionych traw na polanach, wśród starych, podupadłych grobów, domków na drzewach i życzliwych ludzi. Gdy do owej leśnej enklawy dziewczynki przyjeżdża Manuelka, dziewczynka przyzwyczajona do świata cyfrowego i nieczuła na to, co Nienię zachwyca, jest nieco głośniej, burkliwiej, wręcz agresywniej. Finał jest jednak taki jak się spodziewacie... Sylwoterapia robi swoje.

Dedykacja jaką Agnieszka Tyszka wpisała mi 2 lata temu do tej książki, sprawia, że książka podoba mi się jeszcze bardziej :)

*   *   *

Fryderyka jest nastolatką, która lato spędza w starym domu kupionym przez jej ojca i jego żonę. Dziewczyna nie lubi swojego imienia, nie przepada za Elizą, a i myśl o wakacjach spędzonych gdzieś na końcu świata, z którego nie da się w żaden sposób wrzucać do mediów społecznościowych atrakcyjnych zdjęć, nie poprawia jej humoru. A jednak coś się wydarza... Do drzwi domu zagląda Historia, a to wydarzenie zupełnie odmienia Fryderykę i jej patrzenie na miejsce i czas w jakich się znajduje.

*   *   *

Opowieść o siostrach Pancernych niby nie do końca pasuje do historii o lecie - wszak akcja powieści zaczyna się 1 września, w dniu, w którym siostry zaczynają kolejny rok edukacji. Ale mimo to... Mieszkają w kamienicy, ich mama jest "zwariowaną" ekomatką i ekożoną, siostry opiekują się sobą wzajemnie (szczególnie po tym, gdy mama miała wypadek samochodowy), psem i prowadzą  - ku niechęci niektórych z nich, szczególnie tych wkraczających własnie w okres buntu - w miarę uporządkowaną, acz skromną pod względem finansowym egzystencję.

*   *   *

Książki Agnieszki Tyszki opowiadają o dojrzewaniu. Do życia, do bycia z ludźmi, do zaprzyjaźniania się z samym sobą i poznania siebie. Nie mają zamkniętych zakończeń - jej bohaterki zostają z nami i to od naszej wyobraźni zależą dalsze ich losy. 

Chciałabym mieć wszystkie książki Agnieszki Tyszki. Dobrze mi się w nich mieszka...

15 czerwca 2018

3 dla dzieciaków (6)

Antonina Kasprzak. Wiłka. Smocza dziewczynka.


Pola i Klara, nazywana w domu Bułeczką, mieszkają z rodzicami, w niewielkim ciasnawym mieszkanku. Mama pracuje w wydawnictwie, a tata jeździ w różne strony świata, by sprzedawać materace. Starsza siostra opiekuje się, wiecznie zapominalską i bardzo jeszcze dziecinną, młodszą. Gdy pewnego dnia w szkole Poli pojawia się, tylko na chwilę, dziewczynka o podobnych do niej długich, bardzo jasnych blond włosach, i jakby specjalnie upuszcza pierścionek zaczyna się akacja poszukiwawcza. Owszem, jest trudniejsza niż te wszystkie, które dziewczyna dotychczas zapisywała w Księdze Wielkiej Zguby Poli Adamczyk, ale przecież nie należy się poddawać...

Podjęty przez siostry trop wiedzie do tajemniczego domu i niemniej tajemniczych ludzi. Odkrywanie kim jest Wiłka i jej bliskich jest możliwe głównie dzięki temu, że mama Poli i Klary, spodziewająca się dziecka, musi leżeć w szpitalu. Nieobecny, bo podróżujący tata, ciocia dzieląca własne życie z opieką nad bratanicami, sprzyjają nawiązaniu przyjaźni ze smoczą dziewczynką.

Wiłka. Smocza dziewczynka to nieco baśniowa historia opierająca się na ponadczasowych wartościach miłości rodzinnej. Bo choć droga ku niej bywa kręta, to okazać się może, że dzięki wsparciu najbliższych, ich obecności w naszym życiu, stajemy się silniejsi i mamy odwagę sprzeciwiać się temu co niedobre.

Agnieszka Frączek. Julka i mała kosmitka. 
Joanna Krzyżanek. Olej i psotny kotek.
Agnieszka Frączek. Filip i sprytny włamywacz.
Maria Szarf. Tosia i jej pupilki.


Zestaw pierwszych czytanek podzielony jest według poziomów zaawansowania czytelniczego. Te z poziomu pierwszego (o Olku i Julce) składają się z niewielu, prostych wyrazów, zapisanych dużą czcionką i podkreślone korespondującym z tekstem grafikami pobudzającymi ciekawość dziecka. Poziom drugi to już zdania złożone, pisownia trudniejszych wyrazów, dialogi. 

Julka podczas spaceru zbiera skarby, z których w domu tworzy ludka. Określa kim jest ludek, a on wówczas ożywa zapraszając dziewczynkę do wspólnej zabawy. Olek ma kotka Klopsa, z którym bawi się i przy okazji trochę rozrabia. Ale gdy jest się kilkuletnim chłopcem i ma się tak żywiołowego kota do towarzystwa, nie można inaczej.

Tosia to dziewczynka, która kocha zwierzęta. Marzy o własnym, ale rodzice się sprzeciwiają. Opowieść zawiera argumenty za i przeciw posiadaniu pupila oraz informacje jak opiekować się ukochanym czworonogiem.

Filipa, jego brata i rodziców zafrapowało to, kto podkrada jedzenie z ich wakacyjnego domku. Ilekroć wracali z plaży okazywało się, że coś zniknęło, a coś innego zmieniło położenie. Gdy odkrywają kto był owym tajemniczym włamywaczem, przygarniają go do rodziny.

Za mojego dzieciństwa mieliśmy jeden elementarz, w którym As i Ola, Ela i lala oraz inne tego typu opowieści. Dziś na dzieciaki uczące się czytać czeka całe mnóstwo prostych i nieco trudniejszych, dobrze zilustrowanych, historii, które pozwolą im wkroczyć na drogę przyjemności obcowania ze słowem pisanym.

Anna Dziewit-Meller. Damy, dziewuchy, dziewczyny. 
Historia w spódnicy. Podróże w spódnicy.

 

Kiedy latem poprzedniego roku zaczytywałam się w Historii w spódnicy, do głowy mi nie przyszło, że powstanie kolejna część. Powstała, a to tylko oznacza, że chcemy czytać o roli kobiet w dziejach świata.

Historia w spódnicy to siedemnaście kobiet, o których opowiada czytelnikowi Anna Henryka Pustowójtówna (dziewczyna z postania styczniowego). Bohaterkami są między innymi Simona Kossak, Świętosława, Izabela Czartoryska, Jadwiga Andegaweńska, czy Wanda Rutkiewicz. O każdej z nich narratorka opowiada barwnie, a wybór tych a nie innych postaci tłumaczy tym, że one - niegdyś tak ważne dla współcześnie żyjących - od lat są zapominane i wieści o nich kurzą się w niepotrzebnych już nikomu podręcznikach historii.

Podróże w spódnicy pomyślane zostały jako numer specjalny gazety. Specjalny, bo pisany tylko przez kobiety, na dodatek żyjących a to w wieku X, a to tysiąc lat później. Podróżniczki piszą felietony, relacje z podróży, recenzje książek innych podróżniczek, czy wreszcie odpowiadają na pytania wywiadu. Właściwie nie ma miejsca na Ziemi (i poza nią; jedną z bohaterek książki jest Walentyna Tierieszkowa), do którego kobiety nie dotarły; szkoda jedynie, że pamięć ich wypraw się zatarła, a sukcesy odkrywcze często są pomijane.

Cieszy mnie, że to książki ponadczasowe i wielorakiego zastosowania. Możemy czytać je w zaciszu domowym, możemy przedstawiać dzieciom w szkole czy bibliotece, a wreszcie - możemy zachęcać dzieci, aby i one odkryły jakąś kobiecą postać, która nie występuje na kartach książek Anny Dziewit-Meller.

14 czerwca 2018

Meral Kureyshi. Słonie w ogrodzie.


Trudno opisać tę książkę. Bo w jaki sposób przełożyć na własne słowa, to co narratorka ubiera we wspomnienia, tęsknoty, pragnienia?

Bohaterka wspomina ojca, który umarł. Umarł niedawno, pozostawiając w jej sercu ranę. Wspomina czasy, gdy była dzieckiem i doświadczała ojcowskiej troski, wspomina  również i te dni, w których  - już jako starsza - spoglądała na ojca i matkę oczyma dorastającej i dorosłej kobiety. Z jej myśli o rodzicach przebija miłość, tęsknota i wybaczenie. Rozdarta między dwie ojczyzny kobieta, docenia opiekę rodziców, którzy wyjechawszy z dzisiejszego Kosowa, próbują stworzyć rodzinie nowe życie, zadbać o asymilację dzieci i wciąż napotykają się na mur przepisów i bezdusznych urzędników. Bo kto nie ma prawa stałego pobytu, ten nie może pracować. Utrzymuje go państwo. I tak przez 12 lat. Przeszłość kobiety to także pamieć języka - tego ojcowskiego, tego nowoojczyźnianego, języka babci i modlitw. 

Słonie w ogrodzie do opowieść o obcości, tęsknocie i oswajaniu nowego. To zapisana wspomnieniami historia miłości do rodziny, języka, części świata, w której wzrastamy. To wreszcie lekcja o tym, co znaczy nie czuć się nigdzie jak u siebie, bo gdziekolwiek by się było tęskni się za tym swoim, które już nie istnieje.

13 czerwca 2018

Pies niespodzianka

Baloo trafił do schroniska (jak wynika z książeczki) mniej więcej rok temu. Na zdjęciach wygląda na kiepsko - co prawda uśmiechnięty, ale jak przeraźliwie chudy...


Dziś jest nieco pełniejszy, choć powiem Wam, że 30 kg na dorosłego, dużego malamuta, to waga dość niewielka. Szczególnie poczułam to podnosząc go i układając na stole do badania w przychodni.


Ale chudość chudością, a apetyt swoje. Baloo lubi jeść, smakuje różne rzeczy i choć z miski wyjada powoli z namaszczeniem, to nie gardzi również rzodkiewką, waflem ryżowym, czy marchewką. Próbuje wyszukiwać też podczas spacerów smakołyków zostawionych przez ludzi - suche pieczywo, lody, bita śmietana, czy najróżniejsze smakołyki. Czasami zdążę mu zabrać zanim zje, czasami znalezisko jest na tyle małe, że zanim się schylę już jest połknięte. 


Ostatnie badania rentgenowskie wykazały rzeczy, które mogą sprawiać psu ból. Ma spondylozę, dysplazję (i na to oprócz leczenia zachowawczego poleca się dom z ogrodem bez schodów) oraz kwalifikuje się do kastracji ze wskazaniem na badania histopatologiczne. Na domiar wszystkiego zrobiło mu się na brodzie jakieś podrażnienie, które próbuję przemywać, ale wiadomo, że bez lekarskiej diagnozy i środków medycznych (podejrzewam również, że bez kołnierza), sobie nie poradzimy. Ale z tym i z resztą rzeczy do naprawiania sobie poradzimy - podczas piątkowej wizyty u PanDoktora ustalimy co, jak i kiedy.



Baloo czuje się już w Kociokwiku na tyle dobrze, że nie krąży. No, może czasami tylko troszkę, by okazać radość, że za chwilę będzie jedzenie albo, że wychodzimy na spacer. Gdy chce, aby go głaskać siada obok mnie, odwrócony tyłem i czeka na dotyk dłoni. Uwielbia być czesany, układa się wygodnie, przymyka oczy i delikatnie się uśmiecha. Wie, że kiedy ja jem, to już za chwilę w jego i kocich miskach też się coś pojawi i cierpliwie czeka. Owszem, jeśli coś zostaje postawione na stole, ot na przykład kanapka, i ta kanapka sprawia wrażenie opuszczonej, osamotnionej i w ogóle nieszczęśliwej, bo niczyjej, to chętnie się zaopiekuje. Jednym kłapnięciem, bo dzielenie jej na dwa kłapnięcia stwarzałyby szansę, abym chciała mu ją zabrać. A tak - nie ma czego:)


Pięknie chodzi na smyczy. Owszem wącha po trawnikach i na zakrętach, odczytuje wiadomości i zostawia swoje, ale gdy idziemy raźno i przed siebie, nie ciągnie, ale idzie w tempie, równo ze mną. Widziałam jaki był rozradowany i spokojny leżąc podczas pobytu u Mamy na trawie, w ogrodzie. Niestety - mieszkając w bloku nie jestem w stanie zapewnić mu tego relaksu, bo spacer i nawet polegiwanie na trawie w parku, to jednak nie to samo.


Baloo zasługuje na miłość i dom. Ma dziewięć lat, nic nie wiemy o jego przeszłości, ale stan zdrowia nie wskazuje na to, by był psem, o którego ktoś dbał wyjątkowo starannie. Póki co - oswajamy się, leczymy i czekamy na to, co przyniesie przyszłość...

P.S. Z Waszych pieniędzy podarowanych na Nukę zostało 1088,31 zł, które przekazałam na rzecz Baloo. Powoli zbliżamy się do wyczerpania tej kwoty i tego, co wpływa na konto Fundacji z przeznaczeniem dla niego. Gdyby ktoś z Was miał życzenie wesprzeć Balko, to serdecznie zapraszam na stronę Fundacji. Dziękuję:)

12 czerwca 2018

T.S. Easton. Chłopaki nie dziergają. Dziewczyny nie biją.

 

Cóż za pożyteczne książki! Proste, z jasnym przekazem, ale na tyle atrakcyjne, by przykuć uwagę młodszych i starszych czytelników pokazując im bardzo wyraźnie, ze tytułowe hasła są prawdziwe.

Ben ma karę i kuratora. Tym to dziwniejsze, że chłopak jest spokojny. W ramach opieki kurator wymaga od nastolatka, żeby pisał dziennik i uczestniczył w zajęciach pozalekcyjnych (do wyboru: naprawa samochodów, ceramika, dzierganie i szydełkowanie). Z różnych przyczyn Ben trafia na te ostatnie zajęcia. Trafia i jak się okazuje jest cennym nabytkiem; jego matematyczna wyobraźnia pozwala mu widzieć przestrzennie wzory, planować pracę na tyle skutecznie, by spod jego palców wychodziły dzianiny niemalże idealne. Tylko jak o tym, że popołudniami robi na drutach powiedzieć kolegom i ojcu?

Fleur, otoczona bardzo mocno matczyną opieką, wiedzie spokojne, uporządkowane życie szesnastolatki. Ma przyjaciół, chłopaka, szkołę i weekendowe przebieranki za dawnych Saksonów. Gdy pewnego dnia trafia z przyjaciółką do sali treningowej, by zaprotestować przeciwko zajęciom boksu jako ograniczającym kobiecą wolność, dostrzega w boksie jakieś niewytłumaczalne piękno. Zaczyna chodzić na treningi, angażuje się, biega, jeździ na rowerze, ćwiczy, je i dostrzega w sobie zmiany na lepsze. Ale czy inni też tak myślą?

Cieszę się z tych książek. Cieszę z literackiej przestrzeni do obalania stereotypów (tak, na treningach MMA byłam jedyną kobietą, ale na tych MMA&boks byłyśmy najczęściej we dwie, z koleżanką trenującą od lat karate). Cieszę, że oprócz powieści o tym, że kobiety mogą wiele (a takich jest ostatnio na naszym rynku wydawniczym sporo), mamy tu również książkę o tym, że stereotypy dotykają również mężczyzn. I z tymi stereotypami walczy się równie trudno, jak z tymi dotyczącymi kobiet.

Poczytacie?

11 czerwca 2018

(po)Niedzielnik 68


Wczoraj, po raz pierwszy od miesiąca wsiadłam na rower i pojechałam daleko (bliżej jeżdżę na bieżąco). Och, jaka to frajda... I chociaż czasami było mi trudno, a termometr na liczniku wskazywał blisko 37 stopni, to widoki z drogi do Wadowic i powrotnej zrekompensowały mi wysiłek.



Sobotni poranek upłynął mi pod znakiem Baloo i jego badań.  O tym, co z nich wyszło i jaka nas czeka przyszłość napiszę w osobnym wpisie. Kolejny raz trafiłam na pozytywnie nastawionego lekarza, który wyjaśnił mi nieco więcej niż wynikałoby to z jego obowiązku. Diagnozował również Nukę.


Piątkowy wieczór spędziłam na wernisażu rozpoczynającym XI Art Naif Festival. Od niektórych prac nie mogłam oderwać oczu i mnóstwo jest takich, którymi chciałabym ozdobić sobie dom. Tegorocznym tematem przewodnim jest sztuka australijska i inspiracje tym tematem widać w wielu pracach. Już dziś wiem, że tam wrócę:)





Czwartek i piątek upłynęły mi pod hasłem Żywej Biblioteki, w której pełniłam rolę współorganizatora i jednocześnie książki o tytule weganka. Serdecznie pozdrawiam osoby, z którymi rozmawiałam, to bardzo ciekawe doświadczenie.

Czytałam trochę młodzieżówki (o której już jutro), komedię obyczajową, kilka gazet branżowych i tych z kręgu moich zainteresowań. 

Kolejny raz dostrzegam jak szybko płynie czas. Jak dzień za dniem znikają, pozostawiając po sobie drobne adnotacje skreślone w kalendarzu ołówkiem. To skłoniło mnie do refleksji, a z niej wykluły się pewne decyzje. Ale o nich następnym razem...

A jak Wam minął weekend?

08 czerwca 2018

3 dla dzieciaków (5)

Szymon Drobniak, Maria Łepkowska.
Amory. Zaloty i podboje, czyli niesamowite historie o rozmnażaniu w świecie przyrody.



Och, jak ja żałuję, że w czasie, gdy byłam dzieckiem, nie było takich świetnych książek przyrodniczych. Takich, to znaczy jak ta, o której piszę, czy książki Mikołaja Golachowskiego o gębach i pupach (jeśli jeszcze ich nie znacie, sięgnijcie koniecznie - po drukowane i w audio)

Szymon drobniak  opowiada w fascynujący sposób o obyczajach związanych z rozmnażaniem się najróżniejszych zwierząt. Częstokroć takich, o których nigdy dotychczas nie słyszałam. Bo czy wiedzieliście, że samica muchy tyczkookiej wybiera na tatę swoich dzieci tego, którego oczy zamieszczone są na dłuższej tyczce? Lub, że istnieje ptak o imieniu batalion, który  - choć poza okresem godowym - jest po prostu brązowym ptakiem na długich nogach, w czasie tokowiska prezentuje grzywę barwnych piór pojawiających się tylko na tę okazję? I co więcej - są trzy rodzaje samców - te walczące o samice, te, pełniące rolę obserwatorów i takie, które udają samice i wraz paniami batalionów wędrują od tokowiska do tokowiska oceniając, który z samców najlepiej nadaje się na tatę. A rozmnażanie bakterii? Lub, niby tak świetnie znanych, pszczół?

Sztuką jest opowiadanie o rozmnażaniu. Językiem zrozumiałym dzieciom i nie noszącym cech wykładu - tym większą. A największą - opowiadanie o rozmnażaniu w tak fascynujący sposób, że zapamiętuje się zdobytą wiedzę na długo (i ma się czym zawstydzać rodziców podczas rodzinnych spotkań).

Zdecydowanie polecam.

Anna Włodarkiewicz, Ola Krzanowska. 
Wiosna Toli. Lato Toli.


Tola ma 5 lat, mamę i tatę. Jest rezolutna, ciekawa świata, otwarta na przygody, zainteresowana otaczającym ją światem. A jest on na wskroś współczesny i zarazem ekologiczny. Na pikniku mama i córka jedzą marchewkę pokrojoną w słupki z hummusem, prezenty urodzinowe jakimi obdarowana jest Tola, to - oprócz hulajnogi o jakiej marzyła -  doniczki z roślinami. Z tatą Tola jeździ na rowerze i buduje zamki z piasku na plaży (a tata ma kąpielówki w różowe flamingi).

Polubiłam świat stworzony przez Annę Włodarkiewicz i narysowany przez Olę Krzanowską. Bardzo podoba mi się wydźwięk tych książek - prorodzinny, spokojny, wyważony i proekologiczny. W świecie Toli chce się zamieszkać. Tak po prostu. Chce się odwiedzić jej dom, sadzić wraz z nią w ogródku dziadków truskawki, szukać skarbów w lesie.

Mam nadzieję, że powstaną kolejne części. Czekam z niecierpliwością.

Liliana Fabisińska, Paweł Mildner. 
Rebelia. Urządź to po swojemu!



Och, to idealna książka dla nastolatków u progu buntu. Taka, która ukierunkuje nieco ów bunt, pokaże że świat można kontestować na różne sposoby i pozwalająca okiełznać nieco swoje ewentualne potrzeby wykrzyczenia światu, że się z nim nie zgadzamy.

Całość pomysłu zasadza się na dwóch propozycjach - wymyśl i narysuj. Zmusza do myślenia o tym, co lubimy, czego nie, o tym jakie wartości, kolory, zachowania, smaki cenimy, a jakie są nam wstrętne i nie chcemy mieć z nimi nic wspólnego. Uczy samoświadomości, bo jak inaczej niż poprzez zastanawianie się nad tym, z kim możemy się przyjaźnić, mamy dowiedzieć się o tym jakie cechy u innych cenimy? Książka namawia też do kreatywnego myślenia o przestrzeni wokół siebie - w domu, szkole, otoczeniu domu. Zachęca, by dobierać strój do tego kim się czujemy, by wyrażać siebie i swoje upodobania także w tym, jakie nosimy buty. Autorka namawia do planowania, myślenia, a ilustrator do tego, by wejść w dialog z nim, a właściwie książką i swoje przemyślenia uzewnętrzniać w formie graficznej.

Na koniec książki jest porada - odłóż ją i wróć do niej za kilka lat. To musi być zabawne;)

Podoba mi się. I czym prędzej robię rachunek sumienia, żeby sprawdzić czy i w jakim stopniu byłam rebeliantką. Mamo, byłam?

P.S. Rozważam rozszerzenie cyklu do 5 dla dzieciaków, bo jest tyle świetnych książek, o których chcę Wam napisać, że nie nadążam:)

07 czerwca 2018

Katarzyna Ryrych. Tercet prowincjonalny.


Katarzyna Ryrych w moim domu zasłużyła już na oddzielną półkę na regale. Tak - tylko jej książki (nie mam niestety wszystkich), zarówno te dla dzieci, jak i dla dorosłych. Bo one są dobre - szorstkawe, czasami nieoczywiste, ale bardzo mądre, przenikliwe i w nieoczywisty sposób opowiadające o tym, co w życiu najważniejsze.

Tercet prowincjonalny to opowieść o trzech osobach, które w ujęciu plotkarskiego, wścibiającego w nie swoje sprawy nos, światka są godne potępienia. Baba, która chciała zabić męża? Chłop, co to miał być księdzem, a jest nikim? Starucha, która pojawiła się nie wiadomo skąd, przygarnęła psa i kota, nie słucha podszeptów tych, co wiedzą lepiej z kim powinna, a z kim nie się spotykać?

Znacie takie spojrzenia?

A przecież można inaczej... Kobieta, która sprzeciwiła się maltretującemu ją mężowi i postanowiła żyć tak jak ma ochotę. Mężczyzna, który swojego powołania nie odnalazł w sutannie, a na polach, łąkach lasach i schroniskach, gdzie na naszą ochronę (przed nami samymi) i pomoc czeka mnóstwo stworzeń. Emerytowana nauczycielka szukająca spokojnej przystani po wielu latach pracy z młodzieżą.

Bohaterów powieści Katarzyny Ryrych łączy coś ważnego - chcą żyć tak, jak dyktuje im to serce i pozwalają, by inni żyli podobnie. Nie wtrącają się, nie narzucają swojego zdania, poglądów, przekonań, czy opinii. Żyją po swojemu, szanując ludzi i zwierzęta, którzy czynią podobnie. Odwracają się od fałszu i obłudy, dążąc do tego, by z ludźmi, którzy się tym karmią, mieć jak najmniejszy kontakt.

Zdecydowanie Katarzyna Ryrych zasługuje na własną półkę w naszych myślach, sercach i domach. Rozważcie to...

06 czerwca 2018

Baloo i kocie tymczasy

Mija miesiąc od dnia, w którym na parkingu w Częstochowie, odebrałam psa. Energicznego, zaciekawionego, z wyłażącą sierścią, pobudzonego. Do psa dostałam też prawie pustą książeczkę, bo schronisko - mimo, że obiecało Fundacji nieco inne rzeczy - obietnic niekoniecznie dotrzymało. Wróciliśmy do siebie i prosto z auta poszliśmy na spacer.


Pierwsze dni upłynęły nam, a to na głaskaniu i przymilaniu się, a to na warczeniu, gdy próbowałam odebrać psu najważniejszą - jego zdaniem - zdobycz, czyli np. saszetkę po kocim jedzeniu. Na koty nie warczał, nie wykazywał zainteresowania i nawet, gdy Nusia wyrażała swoje oburzenie, to odsuwał się i odchodził.

Zabierałam go do pracy. W pierwszy dzień  95% czasu krążył w kółko. U PanDoktora krążył. W domu krążył. Ale trzeciego dnia wspólnego pobytu w biurze położył się w wygodnym miejscu i spał. Coraz częściej chodził w koło tylko jakby szukając wygodnej pozycji do tego, by się ułożyć, a nie by być w gotowości, pełen zdenerwowania.

Gdy nadszedł dzień umówionej wizyty u psiego fryzjera, zostałam zaskoczona. Pies, mimo pobytu w schronisku, nie został wykastrowany. Ale to był tylko początek niespodzianek;-)

Nasza codzienność układała się coraz lepiej. Urządzaliśmy sobie długie spacery, wypracowaliśmy plan dnia uwzględniający moje wyjście do pracy i przynoszenie psu (który nic nie zniszczył) nagrody. Na zaplanowany wcześniej wyjazd w góry było za szybko, ale zaczął mi świtać pomysł na kilkudniowy wyjazd do Mamy.

Zaraz po przyjeździe Baloo zrobiliśmy badanie krwi, kontrolnie. Ich wyniki wskazywały na to, że konieczna jest antybiotykoterapia. Po jej zakończeniu powtórzyliśmy badanie i wyszło, że psisko ma w sobie dirofilaria repens. Tuż przed wyjazdem na Mazury podałam pierwszą dawkę leku, zapakowałam psa do auta i wyruszyliśmy.




Chodziliśmy dużo. Baloo korzystał z możliwości moczenia łapek w rzece i jeziorze. Spotykaliśmy robale, zające, żurawie. Z Kawką zapoznawał się ostrożnie, z Wojtkiem niemalże natychmiast się polubili. Królikiem zainteresował się bardzo, więc uszatek zamieszkał na czas naszego pobytu w innym miejscu. Pies spał koło huśtawki, na której piłyśmy kawę, w wydrążonej przez siebie jamie, rozsmakowywał w kości otrzymanej od Pani, próbował razem z nami lodów mandarynkowych, zaglądał ciekawsko do piwnicy, a noce spędzał na dywaniku przy łóżku Pani. 
Bo Pani przecież jest w tym domu najważniejsza.

  


Gdy wróciliśmy do siebie, odespaliśmy całonocną podróż i poszliśmy na spacer, a wówczas okazało się, że psu nogi odmawiają posłuszeństwa. I właściwie od tygodnia jest tak, że gdy dostaje leki to chodzi nieco pewniej, gdy ich nie dostaje - nogi sztywnieją, drżą,a  spacer wokół bloku jest idealnie dopasowany do psich możliwości. Stąd też od dziś będzie przyjmował leki codziennie.

Baloo to przekochany pies. Lubi być z człowiekiem, szuka kontaktu, czasami podczas spacerów zaczepia do zabawy. Chętnie wpatruje się w jedzącego człowieka, próbując wyżebrać coś dla siebie. Nie oponuje, gdy wchodzę do jego legowiska, siadam przy nim i głaszczę, czeszę, szepczę miłe słowa. Dzieci kocha i z przyjemnością się z nimi wita. Do wszystkich psów macha z daleka ogonem, a jeśli jakiś nie odpowie równie sympatycznie, odwraca wzrok i nie szuka zaczepki.

*   *   *

Lord, po pewnych początkowych niesnaskach z rezydentem, coraz mocniej zawłaszcza domową przestrzeń. Owszem - Wacław wciąż prycha i wyraża swój brak aprobaty na panoszenie się Lorda po domowych zakątkach, ale jest coraz lepiej. Dla mnie ważne jest to, że rodzina adopcyjna się nie poddaje; wsparli koty odpowiednią karmą, feromonami i cierpliwie czekają na osiągnięcie porozumienia.

 


Lulu, ważąca już - uwaga - ponad pół kilograma, jest kocięciem bardzo aktywnym. Oraz obdarzonym solidnym apatytem. Ronda, do której Lulu dołączyła, ją zaakceptowała i choć nie pucuje młodszej koleżanki, to bawią się razem, szaleją po całym domu, a wieczorem na wyścigi pakują się do łóżka, żeby spać ze swoim człowiekiem. Ostatnio Lulu zrobiła sobie krzywdę i przez kilka dni musiała mieć unieruchomioną łapkę, ale na szczęście - wszystko skończyło się dobrze.


Bycie Domem Tymczasowym ma swoje blaski i cienie. Czasami trudno jest zachować dystans wobec zwierzęcia i jego problemów, czasami - mimo, że zwierzę pójdzie na swoje - wciąż się łaknie z nim kontaktu i chce się wiedzieć co się z nim dzieje. Bywa i tak, że świadomość bycia Domem Tymczasowym pozwala okiełznać emocje i podejść do powierzonego zwierzaka z troską, ale bez zaangażowania, które - gdy nadchodzi pora rozstania - wybija człowieka z rytmu życia i sprawia, że jest nieszczęśliwy. A czasami, to trudne, bardzo trudne...

05 czerwca 2018

Will Hill. Gdy ogień gaśnie.


Głos Ojca Johna w mojej głowie wrzeszczy, że Obcy pragną tylko mojej krzywdy. Chcą mnie torturować i zabić. [s. 18]
Przyznaję, że kiedy zaczęłam czytać tę powieść nie mogłam zrozumieć w jakim czasie i miejscu się dzieje. Pierwsze co przychodziło mi na myśl to utopijna społeczność żyjąca rzeczywistości po katastrofie. Dopiero, gdy zaczęłam uważniej śledzić słowa, pojęłam kim jest główna bohaterka i z czym przyszło się jej zmierzyć. Uświadomiłam sobie - kolejny raz w życiu - że ludzka wyobraźnia i chęć panowania nad innymi przekracza naszą wyobraźnię. A już na pewno przekracza to, co zwykliśmy zamieszczać w literaturze.

Każdego roku, u progu wakacji, rekruterzy sekt wyruszają na polowanie. Każdego roku, w czasie letnich miesięcy, pojawiają się kolejni wyznawcy, którzy podlegając psychomanipulacji innym mechanizmom uzależnień, odseparowują się od bliskich i zostają w nowej grupie, nie dostrzegając często tego, jak bardzo są niszczeni.

Moonbeam, główna bohaterka powieści Gdy ogień gaśnie nie miała wyboru. Trafiła do sekty mając kilka lat. Farma to cały jej świat. Wraz z mamą, przyjaciółmi z dzieciństwa, słucha Ojca Johna, oddaje się opiece Centurionów i ciężko pracuje, by mieć co jeść. Podlegając ostrym nakazom powinna, jak wielu z jej towarzyszy, nie mieć czasu na wątpliwości. A jednak go znajduje, a to o czym myśli, jakie pytania pojawiają się w jej głowie, owe niezgodności na to, jak żyje, sprawiają, że chce ratować siebie i bliskich. Ale czy nastolatka, którą wychowano w panicznym strachu przez Obcymi, odważy się zakwestionować słowa przywódcy Farmy?

Napisać, że ta książka mną wstrząsnęła, to jakby nic nie napisać. Czytałam każdy fragment współodczuwając z Moonbeam jej ból, strach, przerażenie i niemalże straceńczą odwagę. 

Książka Gdy ogień gaśnie otrzymała nagrodę YA Book Prize 2018 i jest to jedna z najbardziej zasłużonych nagród z jakimi się spotkałam.. O szczegółach - tutaj

Koniecznie przeczytajcie...

P.S. Inne nominowane do tej nagrody w ostatnich latach powieści, które znajdziecie na blogu to: