27 września 2016

Anna McPartlin. Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu.


Maisie Bean-Brennan rozpoczyna swój pierwszy w życiu (i jak sądzi ostatni) wykład słowami:
Mój pierworodny, Jeremy, został poczęty na skutek przemocy i zmarł na skutek przemocy, ale póki żył, pozostawał światłem mojego życia. Przyszłam tu po to, by opowiedzieć o nim i o wszystkim, czego nauczył mnie ten krótki czas, który razem spędziliśmy. [s.9]
Przyznacie - frapujące. I to na tyle, by chcieć czytać powieść Anny McPartlin dalej, i na tyle, by mieć kłopot z podzieleniem się wrażeniami po lekturze; nie chciałabym zniszczyć Wam przyjemności odkrywania tego, co się wydarzyło.

Maisie wyszła za mąż, bo zaszła w ciążę. Dopiero po latach uświadomiła sobie, że owo pierwsze zbliżenie z przyszłym mężem było gwałtem. Gdy ją poznajemy, jest samotną matką wychowującą szesnastoletniego Jeremy'ego, dwunastoletnią Valerie oraz opiekuje się liczącą blisko osiemdziesiąt lat matką, z którą kontakt - z powodu demencji - jest coraz częściej bardzo utrudniony. Poukładała swoje życie na tyle, by, mimo skromnych warunków finansowych, umieć cieszyć się codziennością. Jeremy wspiera ją, opiekuje się babcią, młodszą siostrą i w dużej mierze czuje się odpowiedzialny za funkcjonowanie rodziny. Dziwi zatem fakt, że pewnego dnia chłopak znika z domu. Tym, bardziej, że tego dnia również Maisie pozwala sobie na wyjście z domu i spędzenie czasu w towarzystwie mężczyzny, który od wielu lat milcząco i z dystansu asystuje jej życiu.

Powieść podzielona jest na fragmenty - najważniejsze postaci relacjonują wydarzenia ze swojego punktu widzenia, co pozwala na pełniejszy ogląd sytuacji i dodaje opowieści tempa. Przyznaję, że jest to również zabieg, który na mnie podziałał tak, iż łatwiej było mi określić podczas czytania emocje wobec poszczególnych osób. A emocji - uwierzcie mi - jest wiele.

Koniec powieści jest zaskakujący. Może nie tylko zdumiewa co się zdarzyło, ale w jaki sposób i z jakiego powodu. Nic więcej nie napiszę; pozostawiam Wam odkrywanie tajemnicy skrytej w historii Maisie i jej bliskich.

Zamówiłam w bibliotece poprzednio wydaną w Polsce powieść Anny McPartlin i już się nie mogę doczekać spotkania z Ostatnimi dniami Królika. Mam nadzieję, że historia w tej książce będzie opowiedziana w podobnie udany sposób, jak miało to miejsce w Gdzieś tam w szczęśliwym miejscu.

25 września 2016

Niedzielnik nr 62 (o marzeniach)

Dwa lata temu byłam na spotkaniu z Mieczysławem Hajerem Bieńkiem i jak zaczarowana słuchałam jego gawędy o podróżowaniu rowerem przez Kirgistan. Na koniec podeszłam do Hajera i powiedziałam, że podczas jego opowieści obiecałam sobie, iż do 50 roku życia pojadę do tej części świata, o której opowiadał i tak jak on przemierzę ją na dwóch kółkach napędzanych siłą nóg. Nie miałam wówczas roweru i nie jeździłam od kilku lat. I nagle, na przełomie roku zostałam zaproszona na wycieczkę rowerową, a później by dołączyć do rowerowej grupy. Od marca jeżdżę (o czym wiecie) i sprawia mi to niesamowitą przyjemność. A Kirgistan na rowerze staje się coraz bliższy:-) 


Kiedyś, na blogu Ania Maluje, trafiłam na doskonały tekst o marzeniach. Nie umiem go odszukać* (może Wam się uda), ale to co z niego zapamiętałam, da się streścić w kilku słowach: pozwól sobie marzyć, nie wprowadzaj autokorekty, nie ograniczaj się, tylko mów, zapisuj, deklaruj wyraźnie to, co chcesz osiągnąć. Nie bój się, że Twoje marzenia mogą być śmieszne, nieważne, pompatyczne. Są Twoje i odważ się, by je mieć i by się do nich przyznawać. Proste, prawda? Ale wcale nie łatwe - trzeba się tego uczyć.

Nigdy nie umiałam odpowiedzieć na pytanie o marzenia. Zawsze wydawało mi się, że marzenia nie są dla mnie - muszę realnie patrzeć na życie, korzystać z tego, gdzie los mnie rzuci i tam szukać najlepszego dla siebie rozwiązania. Nie dążyć, nie zastanawiać się nad tym co bym chciała, a jedynie poruszać się w obszarze tego co tu i teraz jest mi dostępne. Uwierzcie, dopiero od niedawna uczę się (i czuję, że już odrobinę się nauczyłam) mieć marzenia. I jakież to cudowne uczucie!

Jestem przekonana, że rozmowa z Hajerem i moja przynależność do teamu rowerowego to nie przypadek. To droga do spełnienia marzenia:-) 

Mój duch jest Duchem Wędrowca. Doskonale czuję się podróżując, bez względu na cel i sposób podróży. Liczy się tylko towarzystwo i pchająca mnie przed siebie ciekawość świata oraz rozkosz życia w drodze. Pamiętam, dawno temu leżałyśmy z Siostrą na podłodze w rodzinnym domu, wokół nas rozpościerały się mapy i atlasy, a my rozważałyśmy ile czasu zajmie nam objechanie autostopem Morza Czarnego i czy to bezpieczne. Nie wyruszyłyśmy w tę wędrówkę. Ale kto wie - może jeszcze kiedyś? Z każdą kolejną przeprowadzką pozbywałam się "przydasiów". Jednak nigdy w głowie nie powstała mi myśl o tym, by pozbyć się mojej skrzynki z mapami. Są w niej takie pokazujące kawałek świata dziś już urządzony inaczej, takie, na których widnieją rejony w jakie się nigdy nie wybiorę i takie, które przedstawiają świat do jakiego zobaczenia tęsknię. Te mapy to mój łącznik z marzeniami o podróżach. O wędrowaniu, smakowaniu i wąchaniu innych stron niż te, w których jestem codziennie. O zachwycaniu się szumem lasu, smakiem borówek na języku, śpiewnym nawoływaniem na bałkańskich targowiskach i zapachem kawy z tygielka unoszącym się nad bośniackimi wsiami. O pustce na plaży i szlakach górskich, o wietrze i słońcu, o ciszy i zgiełku. 

[Tu powinna być stosowna mapa pobrana z zasobów Polony. Ale Polona się zbiesiła, więc póki co - wklejam link.]

Gdy od bliskich usłyszałam pytanie o to, co chcę na urodziny, odpowiedź przyszła mi niemalże bez namysłu. Chcę czas i możliwość wyjazdu, bo to w moim przypadku towar mocno deficytowy. Gdy się ma zwierzaki niełatwo jest wyruszyć gdziekolwiek. Marzenie się powoli urzeczywistnia - szukam dobrego miejsca w Bieszczadach i nad morzem. Co prawda, już zdążyłam usłyszeć, że pojedynczych osób nie przyjmują, ale jestem optymistką:-) Jeśli możecie zarekomendować coś w okolicach Ustrzyk Górnych, z aneksem kuchennym i w rozsądnej cenie, to polecam się Waszej pamięci. Wasza porada, to krok w stronę realizacji marzenia.

Korespondowaliście kiedyś za pośrednictwem poczty bez @ z kimś z innego kraju? Moje doświadczenia wiążą się jedynie z listami wysyłanymi do dzieci z radzieckich szkół, których adresy ukazywały się w specjalnej rubryce gazety (nie pamiętam jakiej) oraz wymianie listów z uczniami zrzeszonymi w Towarzystwie Przyjaźni Polsko-Radzieckiej. Kusi mnie od kilku lat przyłączenie do postcrossingu, ale wciąż się waham. Ale tak, to także moje marzenie:-) Wyobrażam sobie jaką przyjemność musi dawać wybieranie pocztówki dla adresata mieszkającego gdzieś daleko i jak ekscytujące czekanie na widokówkę od kogoś innego. 


I tu pojawia się kolejne marzenie. Marzenie urodzinowo-podróżniczo-pocztówkowe. Zdaję sobie sprawę, że takie pragnienia ogłaszają światu przeważnie osoby młodsze ode mnie, ale skoro to moje marzenie to nie zamierzam go wypierać. Otóż, chciałabym Was prosić o przesłanie widokówki. Z miejsca, w którym żyjecie, które odwiedzacie, które jest dla Was z jakiegoś szczególnego powodu ważne lub którego żywiołowo nie lubicie. Chciałabym móc ułożyć sobie z Waszych kartek mapę:-) Korespondencję możecie kierować - wpisując moje nazwisko lub nick - na adres: MBP w Katowicach, Kossutha 11, 40-844 Katowice. Osobom, które zdecydują się podać adres zwrotny zrewanżuję się widokówką. 
A jeśli się zdecydujecie wysłać wiadomość do mnie, to pomyślcie również o Wydawnictwie Czarnym - oni też świętują urodziny i mają pocztówkową prośbę:-)

1 października mam urodziny. Okrągłe, pyzate i uśmiechnięte. Będzie mi bardzo miło, jeśli odwiedzając 2. Śląskie Targi Książki, zajrzycie na stoisko 101 i uśmiechniecie się do mnie. Wysoka blondynka w okularach i sukni balowej to będę ja. Zapraszam na coś słodkiego:-) 

Aby dobrze rozpocząć świętowanie zapraszam Was na rozmowę o marzeniach. O 10:00 w Forum 1, Panna Pollyanna i ja będziemy wypytywać Agnieszkę Krawczyk o realizacje marzeń, o tym co zrobić, by zostać pisarzem na cały etat i jak dążyć do urzeczywistnienia swoich pragnień. Rozpoczniemy również nabór na warsztaty pisarskie. Zachęcam - zjedzmy razem śniadanie:-)

Przyjemne jest pozwalanie sobie na marzenia. Ważna jest wiedza, że niektóre z nich poprzestaną na fazie bycia marzeniami, niektóre urealnione uświadomią nam, że tylko nam się wydawało, iż chcemy ich spełnienia, a niektóre - zrealizowane - dadzą nam szczęście.

Pomyślcie nad swoimi marzeniami, znajdźcie chwilę na dopuszczenie ich do głosu w myślach, a później je zwerbalizujcie. Nawet te, które wydają się Wam śmieszne - jak bukiet kwiatów ogródkowych, który chciałabym móc postawić na stole obok tortu:-)


*Znalazłam za to inny, poczytajcie - klik.

22 września 2016

Zapatrzyłam się, czyli o filmach

Z filmami najczęściej mi nie po drodze. Bywają chwile, że nagle mnie coś zainteresuje i zaraz po tym otwierają się kolejne filmowe klapki w mojej chęci poszerzania doznań kulturalnych, ale najczęściej mogłabym o sobie powiedzieć "nie oglądam".

Ostatnio jednak miałam kinowy ciąg i z przyjemnością podzielę się opiniami na temat tego, co zobaczyłam.

Piknik z niedźwiedziami

Film zrealizowano w oparciu o książkę Billa Brysona od tym samym tytułem. Pisarz, wobec otaczających go rozmów o starzeniu się, chorobach, ograniczeniach związanych ze zdrowiem i wiekiem, postanawia zrobić coś ważnego dla siebie. Impulsem staje się także odkryty tuż za domem Szlak Appalachów. Autor szuka towarzysza wędrówki, kupuje mnóstwo sprzętu niezbędnego do przeżycia, zaopatruje się w mapy, przewodniki oraz książki o krwiożerczych niedźwiedziach grasujących wzdłuż szlaku i wyrusza. Co ciekawe - w oryginale książkowym Bill i jego towarzysz mają po 44 lata. W filmie, jak widzicie, ich role są grane przez bardziej zaawansowanych wiekowo aktorów.

Owszem, w filmie bywa zabawnie. Kto czyta książki Brysona wie, że ma on specyficzne, mocno ironiczne poczucie humoru, które udało się choć w części oddać twórcom filmu. Niewątpliwym plusem filmu jest sceneria. Ale tym, co sprawi prawdziwą przyjemność kinomanom jest doskonała obsada aktorska. Robert Redford, Emma Thompson, Nick Nolte. Chyba nie trzeba nic dodawać:)


Królestwo

Film przyrodniczy. 1 godzina i 37 minut z przepięknymi zdjęciami, muzyką i rzadko odzywającą się najsłynniejszą lektorką dokumentów o naturze, Krystyną Czubówną. Sala wypełniona ludźmi w różnym wieku, pojedynczymi, w parach, czy z całymi rodzinami. 

Film gwarantuje sceny budzące wzruszenia. A to małe liski, to ryś uczący się polować na matczynym ogonie, czy niedźwiedzie w rozmiarach pluszowych przytulanek. Pięknie, zielono, sielsko. I tak przez setki lat. Gdy tak snuła się opowieść filmowa, wszystko we mnie cierpło, bo spodziewałam się, że w pewnym momencie usłyszę, że wraz z pojawieniem się w lasach człowieka, nastała bezsensowna śmierć i zniszczenie. 

Optymizm to jedna z tych cech, które mnie charakteryzują. Jednak po obejrzeniu "Królestwa" trudno było mi nie poczuć goryczy. I nawet to, że zdaniem twórców filmu, jeszcze nie jest zbyt późno na opamiętanie, nie wyrwało mnie z zadumy.


Sługi Boże

Ten film ma trzy zalety: Bartłomieja Topę, świetne zdjęcia jeszcze świetniejszego Wrocławia (aż mi się zatęskniło za tym miastem) i jeden rewelacyjny kawałek muzyczny. Niestety, ani intryga filmowa, ani Małgorzata Foremniak w jednej z głównych ról kobiecych, nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. Do tego stopnia czułam się rozczarowania, że aż kilkakrotnie sprawdzałam ile jeszcze czasu zostało do końca filmu.

21 września 2016

Monika Błądek. Szary.


Lubię, gdy w książkach widać to, czym interesuje się autor. Monika Błądek, dotychczas nieznana mi pisarka, jest wojowniczką – opanowała władanie mieczem, szablą, trenuje sztuki walki i jeździ konno. A poza tym, jak przystało na białogłowę, szyje stroje historyczne;-)

Bohatera nagrodzonej III nagrodą w kategorii 10-14 lat w Konkursie Literackim im. Astrid Lindgren, tytułowego Szarego, Autorka wyposaża w podobne do swoich zainteresowania. Choć początkowo Szamil, syn wojownika czeczeńskiego, ma kłopoty z odnalezieniem się w społeczeństwie swojej nowej Ojczyzny i zaakceptowaniem innych, niż wpajane przez ojca, kultury i obyczajów, dzięki rozsądnym rodzicom zastępczym ma szanse zaaklimatyzować się w dość wyważony sposób.

Gdy czytałam Szarego próbowałam współodczuwać emocje Szamila. Dostrzegałam w nim lęk, a jednocześnie pewnego rodzaju wyrachowanie, które miało mu ułatwić osiągnięcie własnych celów, poprzez takie, a nie inne zachowanie. Jednak, z biegiem czasu, a także z narastającym zaangażowaniem chłopaka w pokazy grup rekonstrukcyjnych i społeczności przy niech zrzeszonych, uwidoczniły się zmiany w zachowaniu Szarego. Wyciszył się gdzieś ów gniew, jaki go przepełniał, złość została przekuta w konstruktywne działania, a to, że Szamil ma inny niż otaczający go młodzi ludzie, kolor skóry przestało być jego najistotniejszą cechą. O wiele ważniejsze stało się to, jakimi umiejętnościami może się wykazać i jak funkcjonuje w społeczności.

Szary to interesująca lektura – baza do rozmów o inności, a także o zainteresowaniach. To ukazanie tego, że wojownik ma serce – dla słabszych i wymagających jego opieki oraz szacunek – dla tych, którzy są go warci.

Za mną dopiero trzy nagrodzone powieści. Mam nadzieję wkrótce przeczytać pozostałe – warto je znać.

19 września 2016

Joanna Jagiełło. Zielone martensy.


Choć Szekspir pisał, że zazdrość jest potworem z zielonymi oczyma, to moje skojarzenia z zielenią są zdecydowanie bardziej pozytywne. Nadzieja i przyroda, relaks, odpoczynek, to co ciepłe, miłe i bezpieczne.

Być może  podobne skojarzenia ma Opta - jedna z bohaterek doskonałej powieści Joanny Jagiełło – i dlatego właśnie chadza w zielonych martensach. To widoczne z daleka buty oraz umiejętność szukania we wszystkich życiowych wydarzeniach ich dobrej strony, wyróżniają dziewczynę spośród rówieśniczek.

Drugiemu bohaterowi książki, Feliksowi, jakby na przekór imieniu, jest dużo trudniej niż Opcie dostrzegać pozytywne aspekty codzienności.  Niepozorny wygląd, brak umiłowania sportu, młodsza siostra, mama pracująca za granicą i babcia, która – gdy choruje – wymaga daleko posuniętej opieki chłopaka, sprawiają, że trudno mu nawiązać relacje z koleżankami i kolegami ze szkoły, a i z akceptacją tego, co stało się jego udziałem, ma kłopoty.

Spotkanie tych dwojga, tak różniących się od siebie nastolatków, otwiera ich na nowe doświadczenia, pokazuje im to, że choć ich rodziny są niezbyt przystające do idealnego, promowanego modelu 2+2, to można w nich odnaleźć miłość, wzajemny szacunek, bliskość.

Joanna Jagiełło ma ową przecudowną zdolność pisania o sprawach młodych ludzi, jakby one wciąż dotykały ją osobiście. Udanie przedstawia kwestię relacji szkolnych i trendu, w którym należy mieć odpowiednie ubranie, wyposażenie i sprzęt, by być lubianym. Pokazuje, jak wymagające potrafi być życie, gdy jest się sierotą (obojętnie, czy pół sierotą, czy eurosierotą) i przed jakimi wyzwaniami codziennie stawia tych, którzy na etapie kształtowania osobowości i relacji ze światem, szukają swojego w nim miejsca.

Dużo można się z tej książki nauczyć. Owszem, adresowana jest do nastolatków, ale myślę, że i ich rodzice powinny do niej sięgnąć.

Polecam.

18 września 2016

Niedzielnik nr 61 (o pieniądzach)


Już jakiś czas temu wiedziałam, że dziś napiszę ten tekst. Od chwili, w której go sobie wymyśliłam, próbuję wrócić pamięcią do pierwszej wizyty w bibliotece. I, niestety, nie mam takiego wspomnienia...

W moim domu zawsze były książko. Dużo książek. Może z tego powodu biblioteka nie wydawała mi się miejscem magicznym, nie była odkryciem tak emocjonującym, by odznaczyć się w pamięci.

Książki w szkolnej bibliotece na wsi obłożone były w szary papier. Kolejna szkoła, w której się uczyłam, robiła konkursy na liczbę wypożyczonych książek, co budziło mój gwałtowny sprzeciw. Ale w końcu zaprzyjaźniłam się z otoczeniem biblioteki szkolnej na tyle, by móc spacerować między regałami; zbyt często na propozycje składane przez bibliotekarkę odpowiadałam "czytałam";-) Biblioteka miejska mieściła się w zamku i aby z niej korzystać trzeba było wkładać muzealne kapcie - wielgachne, z filcu. Na piętro, do działu dla dorosłych, wiodły kręcone schody i przyjemność obcowania z biblioteką zdecydowanie zakłócał mi lęk, że schodząc z naręczem książek potknę się w tych kapciach i spadnę przypłacając miłość do literatury kontuzją.

Moje dorosłe spotkania z bibliotekami są o wiele przyjemniejsze. Biblioteki są dla mnie niewyczerpanym źródłem odkryć i przyjemności wędrowania po literackim świecie. Lubię ich klimat, zarówno tych nowoczesnych, naukowych - takich jak BUW, czy CINiBA - jak i tych mniejszych, będących jedynym miejscem szerzenia kultury w niewielkich miejscowościach. 

Z tej biblioteki pożyczyłam Tolkiena. Film wchodził do kin, a ja nie wiedziałam o co tyle szumu. Książki były zamówione, ale osoba, która je zarezerwowała miała pojawić się po weekendzie. Porwałam je z biblioteki w piątek, na koniec dnia i w poniedziałek rano odniosłam. Cały weekend wędrowałam z hobbitami...


W tej samej bibliotece, ale już w nowszej siedzibie, poprowadziłam po raz pierwszy spotkanie autorskie.


Są takie biblioteki, w których czuję się jak w domu. Tak było z tą z poniższego zdjęcia. Bywałam tam mniej więcej raz w tygodniu, znałam ułożenie książek na półkach i mimo, że aby do niej dotrzeć musiałam przejść dobrych kilka kilometrów, każdorazowo wędrowałam z plecakiem pełnym książek.


W BUW-ie po czytałam swoją pierwszą powieść Majgul Axelsson, w Narodowej zgłębiałam czasopisma na mikrofilmach, w bibliotece na wzgórzu katedralnym we Fromborku szukałam informacji o Koperniku (i ochłody), a werbistowskie zbiory biblioteczne w Pieniężnie zachwycały mnie potęgą materiałów pedagogicznych. W elbląskiej bibliotece poznawałam ideę Dyskusyjnych Klubów Książki (Olu, pozdrawiam!)

Gdy zamieszkałam na Śląsku oswajanie nowej przestrzeni zaczęłam od wizyt w bibliotekach. Odwiedziłam Katowice i ościenne miasta wędrując szlakiem regałów z książkami. Do dziś mam karty biblioteczne tych bibliotek, z których korzystałam. Bo korzystam, jak się domyślacie, głównie ze zbiorów tej, w której pracuję.

Jutro w Katowicach zaczyna się głosowanie na projekty zaproponowane do realizacji ze środków budżetu obywatelskiego (partycypacyjnego) przez mieszkańców. Wśród nich jest wiele takich, których beneficjentem ma szanse stać się Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach.


Projekty mają dwojaki charakter. Jedne dotyczą całego miasta i aby przeznaczono je do realizacji muszą otrzymać 135 punktów, inne realizowane są w obszarze dzielnic i wystarczy 45 punktów, by w przyszłym roku z pomysłu i propozycji stały się realną zmianą.

Szczególnie bliskie są mojemu sercu te projekty, które dotyczą komputeryzacji i remontów Filii bibliotecznych, organizacji spotkań autorskich i warsztatów pisarskich oraz zakupów nowości książkowych, także w wersji audio. Chyba Was to nie dziwi?

Domyślam się, że większość z Was, Czytelników bloga, mieszka poza Katowicami. Tych jednak, którzy mieszkają, namawiam do tego, by wsparli swoimi sześcioma punktami (3 na projekty ogólnomiejskie i 3 na projekty lokalne) Bibliotekę. Przyjemnie jest mieć dobre wspomnienia z biblioteką, a do takich z pewnością zaliczyć będzie można świadomość, że zrobiło się coś dla niej. Na stronie Miejskiej Biblioteki Publicznej w Katowicach znajdziecie listę wszystkich projektów wraz z ich numerami. Tych z Was, którzy w Katowicach nie mieszkają, zachęcam do sprawdzenia, czy macie wpływ na to, w jaki sposób wydawane są miejskie/gminne pieniądze w Waszych miejscowościach. Któż wie, może i Wy macie sposobność, by wesprzeć własną bibliotekę głosując na projekty w niej realizowane?


Parafrazując: nie pytaj co biblioteka zrobi dla Ciebie - sprawdź co Ty możesz zrobić dla biblioteki. Zapraszam do głosowania!

P.S. No i zawsze możecie sprezentować Bibliotece książki:)

11 września 2016

Niedzielnik nr 60


Dorastałam w małym mieście, daleko na północy kraju. To w pewnym stopniu zadecydowało o tym kim jestem i jaka jestem.

Jestem słoikiem. Od wielu lat mieszkam poza rodzinnym domem, ale wciąż jadąc na Mazury czuję jakbym wracała do domu. Zapewne sprawia to obecność Mamy, choć wydaje mi się, że i miejsce ma swoje znaczenie.


To, że musiałam - chcąc się dalej uczyć - opuścić swoje miasto lub z niego wyjeżdżać na uczelnię, nauczyło mnie wielu rzeczy. Owo oddalenie od centrów kształcenia zmusiło mnie do zdobywania doświadczeń, o które jestem bogatsza niż ci, którzy całe życie mieszkają w jednym miejscu. Nie zawsze były to doświadczenia miłe, ale dziś, z perspektywy czasu, mogę uznać je za bardzo pouczające.

Z moją pierwszą pracą w szkole wiązała się trudność w postaci odbierania wypłaty. Można ją było otrzymać tylko w gotówce, tylko w kasie Urzędu Gminy i co za tym idzie - tylko w dni pracujące, w określonych godzinach. Między wsią gminną, a tą, w której uczyłam, nie kursował autobus, a gdybym chciała wrócić do miasta i tam przesiąść się w coś co dowiozłoby mnie do wsi gminnej, to nie zdążyłabym przed zamknięciem kasy. Zatem, wracając z pracy, wysiadałam na krzyżówce dróg, dojeżdżałam autostopem do rzeczonego Urzędu Gminy i bogatsza o 372 zł wypłaty, wracałam również autostopem do domu. Wypłata miesięczna wystarczała na miesięczną ratę za studia. Na szczęście mieszkałam z rodzicami i oni też finansowali moje dojazdy na studia.

Co dwa tygodnie miałam wolny od pracy piątek. Wyjeżdżałam autobusem o 4:20 do najbliższego miasta. Tam przesiadałam się na pociąg dowożący mnie do większego miasta. Kolejnym pociągiem dojeżdżałam do Warszawy, a jeszcze następnym do celu. Koło 17 zaczynałam zajęcia, więc najczęściej połowę drogi z dworca na uczelnię biegłam, żeby zdążyć choć kupić kawę, zanim usiądę w sali wykładowej. W niedzielę po zajęciach wsiadałam w pociąg i z dwoma przesiadkami dojeżdżałam do miasteczka, w którym przesiadałam się na autobus. W ostatnim pociągu najczęściej spałam. Plecak z notatkami miałam pod głową, a w ręce ściskałam plastikowy, tani zegarek, w którym budzik nastawiony był na 3 minuty przed moją stacją. Zaraz po jego wyłączeniu stawałam przy drzwiach wyjściowych; gdy raz tego nie zrobiłam natychmiast zasnęłam. W domu byłam o 6:30, autobus, którym dojeżdżałam do pracy ruszał o 7:15.

Mieszkałam w kilkunastu miejscach. Na stancjach współlokatorskich, w mieszkaniach, do których nie miałam kluczy, bo przecież właścicielka wciąż jest w domu, takich, w których perfumy musiałam zabierać ze sobą wyjeżdżając, bo w chwilach ciągu alkoholowego pito w tym domu wszystko. Mieszkałam mając za ściana kaplicę, a pod podłogą przedszkole. Pracowałam w wypożyczalni kaset wideo, przepisując protokoły powypadkowe, myjąc okna i prasując koszule. Wiedziałam, że zawsze sobie poradzę, bo muszę. Gdy w drodze do pracy kupiłam kalafior i w pracy zjadłam go na surowo, to nie miałam innego posiłku. Najadałam się bułką i maślanką truskawkową z wsypanym do niej słonecznikiem. Spałam na podłodze w akademiku i na dworcowej ławce (gdy koleżanka, u której miałam nocować nie pojawiła się w domu). Słuchałam opowieści ludzi i doświadczałam ich dobra (o tym, co złe nie pamiętam). Do kolejnych egzaminów uczyłam się pomiędzy gotowaniem, bo jakoś chciałam się odwdzięczyć tym, którzy przygarnęli mnie na czas sesji pod swój dach. Po obronie pracy magisterskiej straciłam przytomność ze stresu, a później tańczyłam do białego rana, bo mój gospodarz świętował z wieloma przyjaciółmi imieniny. Czasami, gdy mocno padał śnieg, na święta Bożego Narodzenia jechałam kilka godzin autostopem, bo bałam się, że autobus się spóźni i nie będzie w nim dla mnie miejsca.

Umiem się szybko i minimalistycznie spakować. Spać mogę byle gdzie i byle jak. Wszędzie czuję się jak u siebie; błyskawicznie oswajam najbliższą przestrzeń. Trudno mi nawiązywać głębsze relacje; wciąż uczę się zaprzyjaźniania. Z biegiem lat trudniej przychodzi mi zauważanie potrzeb innych; bywam aspołeczna. 

Jestem słoikiem. Mieszkam w dużym mieście i tęsknię za małym. Wyjeżdżając od Mamy pakuję do samochodu dżemy, soki, domowy chleb. Samochód wypełnia się aromatem dojrzałych na słońcu dyni, jabłek, śliwek, malin. Dojeżdżam do miejsca, które nazywam domem i zastanawiam się, co dla mnie oznacza to słowo. 

Mam wrażenie, że miasto, to małe, które nazywam swoim, umiera. Gaśnie, zamiera, a ludzie egzystują w nim, czekając nie wiedzieć na co. To duże, które także nazywam swoim, ale nieco mniej swoim, tętni życiem, rozkwita, przybiera nowe formy, szuka swojej tożsamości. Ta dysproporcja w rozwoju obydwu miast sprawia mi ból i wprawia w zakłopotanie. Czemu to małe nie może mieć choćby odrobiny energii dużego? Znam odpowiedź - energia jest w ludziach. A w małym mieście trudno zostać, trudno żyć, bo nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma potencjału.

Jestem słoikiem. I gdy wracam z mojego miasta do nieco mniej mojego miasta, to zawsze zastanawiam się co bym zrobiła, gdybym nagle miała tyle pieniędzy, by nie martwić się o konieczność pracy i wynagrodzenia za nią. Czy wróciłabym do małego miasta, w którym - jak mam wrażenie - łączy mnie już tylko tęsknota za niedookreślonym? Czy umiałabym zostawić swój poukładany świat, pracę, w której się spełniam, ludzi, którzy mimo moich wad stali mi się bliscy? Czy wybrałabym to, czego już nie ma i próbowała na nowo je odnaleźć/wykreować, czy uznałabym, że ten moment życia, w którym jestem jest zbyt satysfakcjonujący, by dokonywać w nim drastycznych zmian?

Przejechałam dziś 600 km myśląc o tym, o czym właśnie Wam napisałam. I wciąż nie znam odpowiedzi na pytanie który świat jest moim.

09 września 2016

Meave Haran. Najlepsze chwile w życiu.


Przyznaję, że gdy na okładce dojrzałam hasło Sześćdziesiąt to nowe czterdzieści zaczęłam mieć wątpliwości, czy to książka dla mnie. Tym bardziej, że sformułowania tego typu brzmią dla mnie lekko odstręczająco. Mimo obaw, postanowiłam jednak wczytać się w historię czterech przyjaciółek.

Claudia, Ella, Laura i Sal poznały się 30 września, w pierwszym dniu studiów. Minęło ponad 40 lat, a one wciąż się spotykają, przyjaźnią i stanowią dla siebie wsparcie. Podczas spotkania rozpoczynającego powieść jedna z nich zadaje pozostałym pytanie Co zrobimy z resztą naszego życia?

I w zasadzie od tej pory historia mogłaby opisywać kobiety młodsze niż sześćdziesięcioletnie. Owszem, wydarzenia, które stają się udziałem bohaterek w pewnien sposób wynikają z ich doświadczeń życiowych, tego, że mają dzieci i wnuki, że za nimi jest wiele lat małżeństwa, ale pewnien sposób prowadzenia narracji doskonale odpowiadałby także grupie przyjaciółek na innym niż bohaterki Najlepszych chwil w życiu etapie.

Powieść Meave Haran potraktowałabym jako przyjemnie napisaną historię z nurtu obyczajowych. Wpisuje się w trend, który dostrzegłam niedawno - książek opowiadających o bohaterach w wieku dojrzałym. To, co sprawia, że przykuła moją uwagę, jest owo pytanie zadane na początku. Wpisałam je w kalendarz i u progu kolejnych urodzin zaczynam szukać na nie odpowiedzi. Zapytajcie zatem i siebie:

Co zrobię z resztą mojego życia?

04 września 2016

Niedzielnik nr 59

Gdy pracowałam w szkole, już od połowy sierpnia szykowałam się do nowego roku szkolnego. Przeglądałam najróżniejsze pomoce nauczycielskie, pisałam program na rok, szukałam czegoś, co moim podopiecznym ułatwi i urozmaici naukę. Dziś zajmuję się czymś innym, ale wciąż przełom sierpnia i września budzi we mnie wzmożoną potrzebę refleksji nad tym co było i zaplanowania tego, co ma być (w miarę możliwości, rzecz jasna).

To, co nieodmiennie mnie cieszy w nadchodzącej jesieni, to szelest liści, czerwień kaliny i jarzębiny oraz kasztany. Nie czuję się na siłach odgadnąć czemu akurat te przejawy natury chwytają mnie tak mocno za serce, ale faktem jest, że jestem na nie bardzo wyczulona. Piękne są też poranne mgły i mimo, że podczas spacerów z Sarą coraz częściej zastanawiam się nad wyciągnięciem z szafy rękawiczek, bardzo lubię to rześkie, świeże powietrze.


Jesień to - oprócz sezonu na grzyby, warzywa, owoce, czyli to co weganki lubią najbardziej - także sezon na nowe książki. Przyjemność sprawia mi przeglądanie zapowiedzi, sięganie po nowe powieści ulubionych autorów oraz wznowienia tych, których cenię, a których dawno już na księgarskim rynku nie było. Owszem, bywa, że niektóre z książek okazują się być innymi niż oczekiwałam, działania promocyjne wokół niektórych są zdecydowanie za agresywne jak na moje upodobania, ale w ostatecznym rozrachunku, to do mnie należy ocena tego, czy dana książka mi się podoba, czy nie oraz czy uznam, że warto kontynuować znajomość z autorem. Takie szukanie, odkrywanie daje mi dużo satysfakcji. Jesień to także czas targów książki, spotkań autorskich, konferencji. Mimo pewnego ograniczenia w podróżowaniu, zamierzam uczestniczyć w kilku ważnych branżowo spotkaniach. 


Jesień sprzyja aktywności fizycznej. Dni są nieco chłodniejsze niż latem i przyjemniej się ćwiczy, biega, jeździ na rowerze. Jeszcze nie wiem, gdzie mnie rowerowe drogi poprowadzą i kiedy w tym roku, ze względu na pogodę i temperaturę, przyjdzie nam zakończyć sezon rowerowy, ale już cieszę się na kolejne weekendy spędzone na wędrowaniu.


Wrzesień to czas na czytanie kryminałów Agathy Christie. Zachęcam do uczczenia urodzin Królowej Kryminału (bo Królowa jest jedna i zdecydowanie jest nią właśnie Agatha Christie) i sięgnięcia po jej powieści. Ja czytam już drugą:) Po szczegóły wyzwania zapraszam na bloga Na tropie Agathy


Mam nadzieję, że i Wy znajdujecie powody do tego, by cieszyć się na zbliżającą się jesień. Może macie jakieś jesienne postanowienia? Chętnie o nich poczytam:)

26 sierpnia 2016

Ulubione serie, czyli...

wpis, do którego zainspirowała mnie Karolina z bloga Zwiedzam wszechświat.

Istnieją książki, do których zawsze wracam z przyjemnością. Joanna Chmielewska, Lucy Maud Montgomery, Agatha Christie, Gerald Durrell to autorzy podręczni i blisko serca. To ich książki ratują mnie podczas czytelniczej niemocy, po ich powieści sięgam, gdy jestem tak zmęczona, że nie mam siły skupić się na niczym, co musiałabym zapamiętywać. Ich opowieści niczym ciepłe, przyjemne w dotyku swetrzysko opatulają słowami, a ich największą mocą jest to, że są.

Wśród wielu przeczytanych przeze mnie książek trafiłam jednak na takie, które - zostawiwszy niezatarty ślad w moim czytelniczym życiu - są mi bliskie, ale nie aż TAK bliskie, jak te wspomniane wcześniej. Darzę ich Autorów wyjątkową estymą, bohaterów znam i traktuję jak własnych znajomych oraz emocjonuję się przy każdym z nimi spotkaniu.

James Herriot i jego zapiski początkującego (i coraz bardziej doświadczonego) weterynarza. Napisane z olbrzymim poczuciem humoru przedstawiają nieco niedzisiejszy już świat. Z książek Herriota wyłania się wielki szacunek do zwierząt i hm, hm... cierpliwość do ludzi;)

(klik)

Na książki Noaha Gordona trafiłam w szkole średniej. I do dziś darzę je nieustającą miłością oraz staram się zarażać moim uwielbieniem. Gdybyście mieli ochotę obejrzeć film, to bardzo Was proszę - przeczytajcie wcześniej książkę:)

(klik)


Pochwały dla Alexandra McCalla Smitha wygłaszałam tu już tak często, że aż natarczywym wydaje mi się czynienie tego po raz kolejny. Bardzo klimatyczne powieści o Botswanie, oddające koloryt społeczny za pośrednictwem Mma Ramotswe i jej Agencji Detektywistycznej. Chciałabym umieć tak patrzeć na świat jak najsłynniejsza detektywka Afryki.

(klik)

Z Jan Karon i jej pastorem sprawa wygląda podobnie, jak w powyższym przypadku. Chwalę ów cykl, polecam i czynię to na tyle często, że wydawnictwo Zysk i S-ka poprosiło mnie o udostępnienie fragmentu tekstu na skrzydełku okładki. Z wielką niecierpliwością czekam na kolejny tom, a książki, których głównymi bohaterami są Mitford i Tim Kavanaugh, stanowią stały element mojego czytelniczego cyklu rocznego.

(klik)
Znacie twórczość "młodego" Łysiaka? Nie mam pojęcia co robi aktualnie Tomasz Łysiak, ale cykl powieściowy napisany przez niego zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie już kilka lat temu. Wciąż obiecuję sobie powrót do tych książek, ale sami wiecie jak to jest w powrotami i obietnicami, prawda?

(klik)

Mam wrażenie, że Marcina Wrońskiego przedstawiać nikomu nie trzeba. Jego książek również. Powieściowy cykl kryminałów retro zabiera czytelników do Lublina i czyni owo miasto - mimo zbrodni - tak sugestywnie przyjaznym, że niejednokrotnie, podczas lektury, miałam chęć wsiąść do pociągu czy autobusu zmierzającego do Lublina i zanurzyć się w uliczkach opisywanego miasta. Komisarza Zygę Maciejewskiego stawiam nad wszystkich Mocków i innych polskich detektywów;)

(klik)

Tu znów kryminalna seria. I to taka, ze wstydem przyznaję, której uroku długo nie mogłam dostrzec i przed którą długo się broniłam. Ale gdy już wyzwoliłam się z uprzedzeń (albo prościej ujmując - dojrzałam do lektury) zapadłam w opowiadane przez Martę Grimes historie, a inspektor Richard Jury budzi we mnie niekłamany zachwyt.

 (klik)
Tu chyba nie trzeba słów. W kilku się nie da, a na pisanie epopei wychwalającej Terry'ego Pratchett'a nie mam wystarczająco dużo miejsca. Z nim jest trochę jak w Ani z Zielonego Wzgórza - są tacy, którzy znają Pratchetta i ci, którzy nie. Tym pierwszym nie trzeba nic tłumaczyć, drugim nie ma sensu;)


Z racji upodobań, ale też wykonywanych prac zawodowych, staram się być zorientowaną co i kto dobrego wydaje dla młodszych czytelników. Gdybyście zatem poszukiwali cyklu książkowego godnego polecenia, to służę pomocą:)

Winter, malamut alaskański, porwał moje serce od pierwszego spotkania na kartach książki. Blaski i cienie psio-ludzkiego życia opowiadane z perspektywy czworonoga, bawią i uczą. Już nie mogę się doczekać premiery kolejnego tomu.

(klik)


O serii Podpalacze książek powinno być głośno. Bardzo głośno. A niestety - mam wrażenie, że nie jest. To powieści adresowane do czytelników w wieku 12-16 lat, oparte na dynamicznej akcji, zaskakujących rozwiązaniach i - co najistotniejsze - przesłaniu, że książki są skarbnicą mądrości i bez nich jesteśmy społecznie/cywilizacyjnie nikim. Niezbyt często kupuję książki, ale w tym przypadku jestem coraz bliższa wydania pieniędzy. A nic by mnie tak nie uszczęśliwiło, jak wersja audio wszystkich trzech powieści.

(klik)

Przygody Elfa, schroniskowego psiaka, który trafiwszy do rodziny Dużego i Młodego, staje się pełnoprawnym członkiem tejże oraz nadaje nową jakość życiu obydwu panów. Seria bardzo przygodowa, ale też bardzo edukacyjna. Znajdziemy w niej informacje o tym, czym karmić psa, co to są pseudohodowle, jak traktować czworonożnego przyjaciela na spacerach i w domu oraz mnóstwo niezbędnych młodocianym (i nie tylko) miłośnikom psów wiadomości. Jako suplement występuje poradnik traktujący o tym, jak wychować sobie człowieka. 

(klik)

Różni autorzy, różna tematyka, a element spajający to adresat - młodzi ludzie, wkraczający w nastoletni wiek, potrzebujący literatury dla siebie. Takiej, która porusza sprawy im bliskie, pokazuje życie innych młodych ludzi we współczesnych realiach. Zbiór takich powieści prezentowany jest w serii Plus Minus 16. Serii, którą bardzo sobie cenię i której - ze wstydem przyznaję - czytam wciąż za mało.

(klik)

Cykl poświęcony Zosi z ulicy Kociej i jej najbliższym prezentuję tu z zapałem od pierwszego z nim spotkania. Dobrze napisane, bardzo przyjacielsko-rodzinne powieści o dniu codziennym pewnej rodziny. Nowe miejsce zamieszkania, nowi przyjaciele, otoczenie, kolejni członkowie rodziny i upływający czas, pozwalają czytelnikom śledzić przygody rodzinne, ale i dorastać wraz z główną bohaterką.  

(klik)

Wpis o ulubionych seriach powstawał kilka dni. Przymierzałam się do niego, oglądałam półki, rozważałam, którego z Autorów cenię bardziej i co mogę o nim napisać, by Was zachęcić. Mam nadzieję, że choć na niektóre z przywołanych tytułów zerkniecie z przychylnością:)

18 sierpnia 2016

Magda Stachula. Idealna.


Wsiadłam do autobusu. Otworzyłam książkę. I godzina minęła nie wiedzieć kiedy. Podobnie, gdy wracałam do domu - gdzieś na skraju świadomości rozbrzmiewał mi głos odczytujący nazwy przystanków, a ja podglądałam wraz z Anitą przechodniów praskich ulic. Wróciłam do domu, usiadłam przy stole, by zjeść obiad, a chwilę po nim zrobiłam kawę, by jak najdłużej zostać z książką i jej bohaterami. Czytałam, aż do ostatniej strony. Do chwili, w której Autorka opisuje losy swoich bohaterów pozwalając im pójść własną drogą, bez ciekawskich czytelników za siatką z liter.

Nie powiem Wam co w tej książce ma taką magnetyczną moc. Czy jest to los jednej z czterech osób, których życie poznajemy? Czy wzajemne powiązania między nimi? A może ta cudna umiejętność dana niektórym, a - jak można być pewnym - dana Magdzie Stachule, czyli umiejętność opowiadania w ciekawy sposób? Cokolwiek by to nie było, Idealna zawładnęła mną na jedno popołudnie i obudziła tyle emocji, że wciąż mam chęć o tej powieści mówić.

Anita. Kobieta idealna, której życie podupada z powodu pragnienia nie do zrealizowania. Adam. Mężczyzna atrakcyjny, odnoszący sukcesy w pracy. Kochający żonę, ale chwilami na zupełni innym biegunie komunikacji niż Anita. Marta. Idealna, godna zazdrości, zamożna, odnosząca sukcesy lekarka. Zmagająca się z demonami z czasów dzieciństwa. Eryk, na pozór niezwiązany z resztą bohaterów, artysta malarz. Postać, którą Anita dostrzega na przystanku w Pradze okiem kamery umieszczonej na tyle specjalnego tramwaju, zwanego mazací tramvaj.

Bohaterów powieści poznajemy fragmentarycznie. Nie wiemy, co ich kształtowało, jakie wydarzenia stawały się ich doświadczeniem z wyjątkiem kilku, które mogą stanowić motywację dla ich teraźniejszych działań. Nie mamy też świadomości ku czemu dążą; dostajemy ich tu i teraz. Autorka odsłania przed nami wycinek ich rzeczywistości, by opowiedzieć nam ich historię w sposób nie pozostawiający wątpliwości do ich dalszej drogi życiowej. Podprowadza nas i pokazuje, iż owo tu i teraz kończy się właśnie tak. W zasadzie nie zachęca nawet do tego, by zastanawiać się co było dalej. Naszą uwagę zwraca na ów teraźniejszy plan czasowy, to nad nim każe się nam pochylić, zrozumieć zachowania bohaterów i bodźce, które je sprowokowały.

Gdyby Idealna została napisana w konwencji tzw. literatury kobiecej byłaby dla mnie kolejnym mniej lub bardziej przyjemnym czytadłem. Dzięki cechom thrillera psychologicznego nabrała świeżości, a ja poddałam się jej urokowi i pozwoliłam, by wyrwała mnie z realnego świata na kilka godzin.

16 sierpnia 2016

Maja Lunde. Historia pszczół.


Cieszę się, że przeczytałam Historię pszczół. To dobrze napisana, esencjonalna książka, w której słowa mają treść, a każde z nich jest po coś. 

Trzy plany czasowe, troje ludzi, a życie każdej z postaci nierozerwalnie związane z pszczołami. Przez ich obecność, nieobecność, wyobrażenie. 

Maja Lunde w mistrzowski sposób opowiedziała historię marzeń i tęsknot ludzkich oraz tego, co się możne stać, gdy owe marzenia nas zawiodą. O tym, jak wiele sił trzeba w sobie odnaleźć, by sprostać sytuacji, by umieć się z niej podźwignąć i zacząć marzyć od nowa. 

Zastanawiałam się podczas lektury, czy książkę można wpisać w szeroko rozumiany nurt ekologiczny. Czy pszczoły są tu jedynie zabiegiem literackim, wspólnym mianownikiem, którym łatwo było połączyć ludzi żyjących na przestrzeni kilku setek lat. I nie - nie sądzę, aby Autorka znalazła dla pszczół w swojej powieści tylko tają rolę. One - pracowite owady, o których ostatnio robi się coraz głośniej - są dla nas przypomnieniem, czymś w stylu memento mori, sygnałem tego, że nadużywamy danego nam świata, że bez poszanowania Natury znikniemy szybciej niż moglibyśmy przypuszczać.

Warto sięgnąć po Historię pszczół bez względu na to, co z niej dla siebie wyczytacie. Chociażby po to, by rozsmakować się w opowieści.