26 sierpnia 2016

Ulubione serie, czyli...

wpis, do którego zainspirowała mnie Karolina z bloga Zwiedzam wszechświat.

Istnieją książki, do których zawsze wracam z przyjemnością. Joanna Chmielewska, Lucy Maud Montgomery, Agatha Christie, Gerald Durrell to autorzy podręczni i blisko serca. To ich książki ratują mnie podczas czytelniczej niemocy, po ich powieści sięgam, gdy jestem tak zmęczona, że nie mam siły skupić się na niczym, co musiałabym zapamiętywać. Ich opowieści niczym ciepłe, przyjemne w dotyku swetrzysko opatulają słowami, a ich największą mocą jest to, że są.

Wśród wielu przeczytanych przeze mnie książek trafiłam jednak na takie, które - zostawiwszy niezatarty ślad w moim czytelniczym życiu - są mi bliskie, ale nie aż TAK bliskie, jak te wspomniane wcześniej. Darzę ich Autorów wyjątkową estymą, bohaterów znam i traktuję jak własnych znajomych oraz emocjonuję się przy każdym z nimi spotkaniu.

James Herriot i jego zapiski początkującego (i coraz bardziej doświadczonego) weterynarza. Napisane z olbrzymim poczuciem humoru przedstawiają nieco niedzisiejszy już świat. Z książek Herriota wyłania się wielki szacunek do zwierząt i hm, hm... cierpliwość do ludzi;)

(klik)

Na książki Noaha Gordona trafiłam w szkole średniej. I do dziś darzę je nieustającą miłością oraz staram się zarażać moim uwielbieniem. Gdybyście mieli ochotę obejrzeć film, to bardzo Was proszę - przeczytajcie wcześniej książkę:)

(klik)


Pochwały dla Alexandra McCalla Smitha wygłaszałam tu już tak często, że aż natarczywym wydaje mi się czynienie tego po raz kolejny. Bardzo klimatyczne powieści o Botswanie, oddające koloryt społeczny za pośrednictwem Mma Ramotswe i jej Agencji Detektywistycznej. Chciałabym umieć tak patrzeć na świat jak najsłynniejsza detektywka Afryki.

(klik)

Z Jan Karon i jej pastorem sprawa wygląda podobnie, jak w powyższym przypadku. Chwalę ów cykl, polecam i czynię to na tyle często, że wydawnictwo Zysk i S-ka poprosiło mnie o udostępnienie fragmentu tekstu na skrzydełku okładki. Z wielką niecierpliwością czekam na kolejny tom, a książki, których głównymi bohaterami są Mitford i Tim Kavanaugh, stanowią stały element mojego czytelniczego cyklu rocznego.

(klik)
Znacie twórczość "młodego" Łysiaka? Nie mam pojęcia co robi aktualnie Tomasz Łysiak, ale cykl powieściowy napisany przez niego zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie już kilka lat temu. Wciąż obiecuję sobie powrót do tych książek, ale sami wiecie jak to jest w powrotami i obietnicami, prawda?

(klik)

Mam wrażenie, że Marcina Wrońskiego przedstawiać nikomu nie trzeba. Jego książek również. Powieściowy cykl kryminałów retro zabiera czytelników do Lublina i czyni owo miasto - mimo zbrodni - tak sugestywnie przyjaznym, że niejednokrotnie, podczas lektury, miałam chęć wsiąść do pociągu czy autobusu zmierzającego do Lublina i zanurzyć się w uliczkach opisywanego miasta. Komisarza Zygę Maciejewskiego stawiam nad wszystkich Mocków i innych polskich detektywów;)

(klik)

Tu znów kryminalna seria. I to taka, ze wstydem przyznaję, której uroku długo nie mogłam dostrzec i przed którą długo się broniłam. Ale gdy już wyzwoliłam się z uprzedzeń (albo prościej ujmując - dojrzałam do lektury) zapadłam w opowiadane przez Martę Grimes historie, a inspektor Richard Jury budzi we mnie niekłamany zachwyt.

 (klik)
Tu chyba nie trzeba słów. W kilku się nie da, a na pisanie epopei wychwalającej Terry'ego Pratchett'a nie mam wystarczająco dużo miejsca. Z nim jest trochę jak w Ani z Zielonego Wzgórza - są tacy, którzy znają Pratchetta i ci, którzy nie. Tym pierwszym nie trzeba nic tłumaczyć, drugim nie ma sensu;)


Z racji upodobań, ale też wykonywanych prac zawodowych, staram się być zorientowaną co i kto dobrego wydaje dla młodszych czytelników. Gdybyście zatem poszukiwali cyklu książkowego godnego polecenia, to służę pomocą:)

Winter, malamut alaskański, porwał moje serce od pierwszego spotkania na kartach książki. Blaski i cienie psio-ludzkiego życia opowiadane z perspektywy czworonoga, bawią i uczą. Już nie mogę się doczekać premiery kolejnego tomu.

(klik)


O serii Podpalacze książek powinno być głośno. Bardzo głośno. A niestety - mam wrażenie, że nie jest. To powieści adresowane do czytelników w wieku 12-16 lat, oparte na dynamicznej akcji, zaskakujących rozwiązaniach i - co najistotniejsze - przesłaniu, że książki są skarbnicą mądrości i bez nich jesteśmy społecznie/cywilizacyjnie nikim. Niezbyt często kupuję książki, ale w tym przypadku jestem coraz bliższa wydania pieniędzy. A nic by mnie tak nie uszczęśliwiło, jak wersja audio wszystkich trzech powieści.

(klik)

Przygody Elfa, schroniskowego psiaka, który trafiwszy do rodziny Dużego i Młodego, staje się pełnoprawnym członkiem tejże oraz nadaje nową jakość życiu obydwu panów. Seria bardzo przygodowa, ale też bardzo edukacyjna. Znajdziemy w niej informacje o tym, czym karmić psa, co to są pseudohodowle, jak traktować czworonożnego przyjaciela na spacerach i w domu oraz mnóstwo niezbędnych młodocianym (i nie tylko) miłośnikom psów wiadomości. Jako suplement występuje poradnik traktujący o tym, jak wychować sobie człowieka. 

(klik)

Różni autorzy, różna tematyka, a element spajający to adresat - młodzi ludzie, wkraczający w nastoletni wiek, potrzebujący literatury dla siebie. Takiej, która porusza sprawy im bliskie, pokazuje życie innych młodych ludzi we współczesnych realiach. Zbiór takich powieści prezentowany jest w serii Plus Minus 16. Serii, którą bardzo sobie cenię i której - ze wstydem przyznaję - czytam wciąż za mało.

(klik)

Cykl poświęcony Zosi z ulicy Kociej i jej najbliższym prezentuję tu z zapałem od pierwszego z nim spotkania. Dobrze napisane, bardzo przyjacielsko-rodzinne powieści o dniu codziennym pewnej rodziny. Nowe miejsce zamieszkania, nowi przyjaciele, otoczenie, kolejni członkowie rodziny i upływający czas, pozwalają czytelnikom śledzić przygody rodzinne, ale i dorastać wraz z główną bohaterką.  

(klik)

Wpis o ulubionych seriach powstawał kilka dni. Przymierzałam się do niego, oglądałam półki, rozważałam, którego z Autorów cenię bardziej i co mogę o nim napisać, by Was zachęcić. Mam nadzieję, że choć na niektóre z przywołanych tytułów zerkniecie z przychylnością:)

18 sierpnia 2016

Magda Stachula. Idealna.


Wsiadłam do autobusu. Otworzyłam książkę. I godzina minęła nie wiedzieć kiedy. Podobnie, gdy wracałam do domu - gdzieś na skraju świadomości rozbrzmiewał mi głos odczytujący nazwy przystanków, a ja podglądałam wraz z Anitą przechodniów praskich ulic. Wróciłam do domu, usiadłam przy stole, by zjeść obiad, a chwilę po nim zrobiłam kawę, by jak najdłużej zostać z książką i jej bohaterami. Czytałam, aż do ostatniej strony. Do chwili, w której Autorka opisuje losy swoich bohaterów pozwalając im pójść własną drogą, bez ciekawskich czytelników za siatką z liter.

Nie powiem Wam co w tej książce ma taką magnetyczną moc. Czy jest to los jednej z czterech osób, których życie poznajemy? Czy wzajemne powiązania między nimi? A może ta cudna umiejętność dana niektórym, a - jak można być pewnym - dana Magdzie Stachule, czyli umiejętność opowiadania w ciekawy sposób? Cokolwiek by to nie było, Idealna zawładnęła mną na jedno popołudnie i obudziła tyle emocji, że wciąż mam chęć o tej powieści mówić.

Anita. Kobieta idealna, której życie podupada z powodu pragnienia nie do zrealizowania. Adam. Mężczyzna atrakcyjny, odnoszący sukcesy w pracy. Kochający żonę, ale chwilami na zupełni innym biegunie komunikacji niż Anita. Marta. Idealna, godna zazdrości, zamożna, odnosząca sukcesy lekarka. Zmagająca się z demonami z czasów dzieciństwa. Eryk, na pozór niezwiązany z resztą bohaterów, artysta malarz. Postać, którą Anita dostrzega na przystanku w Pradze okiem kamery umieszczonej na tyle specjalnego tramwaju, zwanego mazací tramvaj.

Bohaterów powieści poznajemy fragmentarycznie. Nie wiemy, co ich kształtowało, jakie wydarzenia stawały się ich doświadczeniem z wyjątkiem kilku, które mogą stanowić motywację dla ich teraźniejszych działań. Nie mamy też świadomości ku czemu dążą; dostajemy ich tu i teraz. Autorka odsłania przed nami wycinek ich rzeczywistości, by opowiedzieć nam ich historię w sposób nie pozostawiający wątpliwości do ich dalszej drogi życiowej. Podprowadza nas i pokazuje, iż owo tu i teraz kończy się właśnie tak. W zasadzie nie zachęca nawet do tego, by zastanawiać się co było dalej. Naszą uwagę zwraca na ów teraźniejszy plan czasowy, to nad nim każe się nam pochylić, zrozumieć zachowania bohaterów i bodźce, które je sprowokowały.

Gdyby Idealna została napisana w konwencji tzw. literatury kobiecej byłaby dla mnie kolejnym mniej lub bardziej przyjemnym czytadłem. Dzięki cechom thrillera psychologicznego nabrała świeżości, a ja poddałam się jej urokowi i pozwoliłam, by wyrwała mnie z realnego świata na kilka godzin.

16 sierpnia 2016

Maja Lunde. Historia pszczół.


Cieszę się, że przeczytałam Historię pszczół. To dobrze napisana, esencjonalna książka, w której słowa mają treść, a każde z nich jest po coś. 

Trzy plany czasowe, troje ludzi, a życie każdej z postaci nierozerwalnie związane z pszczołami. Przez ich obecność, nieobecność, wyobrażenie. 

Maja Lunde w mistrzowski sposób opowiedziała historię marzeń i tęsknot ludzkich oraz tego, co się możne stać, gdy owe marzenia nas zawiodą. O tym, jak wiele sił trzeba w sobie odnaleźć, by sprostać sytuacji, by umieć się z niej podźwignąć i zacząć marzyć od nowa. 

Zastanawiałam się podczas lektury, czy książkę można wpisać w szeroko rozumiany nurt ekologiczny. Czy pszczoły są tu jedynie zabiegiem literackim, wspólnym mianownikiem, którym łatwo było połączyć ludzi żyjących na przestrzeni kilku setek lat. I nie - nie sądzę, aby Autorka znalazła dla pszczół w swojej powieści tylko tają rolę. One - pracowite owady, o których ostatnio robi się coraz głośniej - są dla nas przypomnieniem, czymś w stylu memento mori, sygnałem tego, że nadużywamy danego nam świata, że bez poszanowania Natury znikniemy szybciej niż moglibyśmy przypuszczać.

Warto sięgnąć po Historię pszczół bez względu na to, co z niej dla siebie wyczytacie. Chociażby po to, by rozsmakować się w opowieści.

14 sierpnia 2016

Niedzielnik nr 58


Ci z Was, którzy zaglądają na mój instagramowy profil, wiedzą, że od wiosny z zapałem oddaję się nowej pasji. Odkryta po wielu latach przyjemność jeżdżenia na rowerze stała się niemalże uzależnieniem, a ja zachłystuję się nią podśpiewując radośnie (choć nie wtedy, gdy wjeżdżam pod wymagającą skupienia i sił górę). 

Satysfakcja płynąca z pokonywania własnych słabości, ograniczeń, a do tego ta wynikająca z tego, że umiem, potrafię, daję radę, działa niczym najlepszy środek podnoszący nastrój. Nie do opowiedzenia jest poczucie szczęścia jakie odczuwam, gdy docieram tam, gdzie jeszcze nie byłam i to docieram dzięki sile własnych nóg i - tego, co myślę. Bo, jak świetnie o tym wiecie, wszystko zaczyna się w głowie. Gdybym od razu zakładała, że nie uda mi się, nie dojadę, szukałabym od pierwszego przełożenia pedałów argumentów za tym, by się poddać.

Przed ostatnim wyjazdem - bardzo długim - poczułam się lekko nieswojo. Cały dzień, zimne poranki i wieczory, coś energetycznego do jedzenia, co pozwoli mi utrzymać tempo grupy, nowe baterie w lampkach - takie hasła tłukły mi się po głowie. Aż wreszcie uświadomiłam sobie jedno - ten wyjazd to prosta rzecz. Mam wsiąść na rower i pedałować tak długo aż dojadę do umówionego miejsca. A potem tylko z tego miejsca wrócić do domu. Być może to zadanie nie było łatwe do wykonania. Ale, przyznacie sami - było proste.


Dojechałam i wróciłam. I mam z tego olbrzymią frajdę.

*   *   *

Wczoraj minęły trzy lata od kiedy Duszki nie ma już w Kociokwiku. 


Dziura po Duszce jest nadal.

*   *   *

Chudnięcie Gusi oraz jej pokasływanie skontrolowane badaniami RTG dało wynik w postaci guza na płucach. Kocinka dostaje leki wspomagające oddychanie, a ja oswajam się z myślą.

12 sierpnia 2016

Jojo Moyes. Razem będzie lepiej.


Pierwszy raz zetknęłam się z Jojo Moyes w 2009 roku. Przyznam szczerze, że nie zapamiętałam z lektury nic, ale dzięki wpisowi na blogu wiem, że Srebrna Zatoka jest opowieścią o współczesnych wielorybnikach. Zapewne odświeżę sobie lekturę, bo te ostatnio przeczytane książki Autorki (czyli Zanim się pojawiłeś i Kiedy odszedłeś oraz ta, o której właśnie piszę) zrobiły na mnie dobre wrażenie.

Uwaga! Hm, hm... Chciałam Wam wyznać, że w pewnym sensie utożsamiam się z Jess, bohaterką powieści Razem będzie lepiej. Nie, nie mam dwójki dzieci, w tym jednego przysposobionego, kłamiącego równie łatwo jak oddychającego byłego męża i literalnie takich samych problemów/zmartwień, czy kłopotów jak Jess. Mam zaledwie dużego psa i - to, co tu chyba najważniejsze - podobne podejście do życia.

Po pierwsze Jess szuka wciąż i we wszystkim pozytywnych stron. Po drugie - jej mottem jest Damy radę! co i mnie jest zadziwiająco bliskie. Po trzecie - a tym rozczuliła mnie najbardziej - wierzy, że chodzenie w japonkach przyspieszy ciepłe dni. Jest silna, zdeterminowana by być szczęśliwą, pokłada zaufanie w ludziach i ma zasady (owszem, nie zawsze udaje się jej ich trzymać).

Istnieją różne powiedzonka mające wykazać, że przeciwności losu czynią nas twardszymi, bardziej przygotowanymi na to, co jeszcze czas przyniesie, a przeciwstawianie się im sprawia, że hartujemy swoją osobowość. Kto doświadczył nieprzyjemności (tak to eufemistycznie nazwijmy) życia, ten wie, że w chwilach trudnych jakoś wyjątkowo opornie przychodzi nam wiara w owe bon moty. Zresztą, czy ma się wtedy czas na ich rozważanie? Trzeba walczyć z oporem niesprzyjającej materii i przeć dzielnie do przodu wierząc, że będzie lepiej. Bywa jednak i tak, że nawet najsilniejsza kobieta ma ochotę usiąść, rozpłakać się lub dla odmiany trzasnąć talerzem o ścianę wykrzykując inwektywy. 

A później... Później można znów głosić światu, że damy radę, a dla podkreślenia powagi swoich słów (oraz dodania sobie mentalnych sił) do owego głoszenia można włożyć koszulkę:

I od razu lepiej, prawda?:)

A książkę polecam. Z całego serca.

05 sierpnia 2016

Aleksandra Chrobak. Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach.


Z fascynacją zajrzałam - za pośrednictwem - Aleksandry Chrobak za zasłonę kryjącą kobiece twarze w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ciekawość wiodła mnie do tego, by przekonać się kto kryje się w samochodach ozdobionych kryształami Swarovskiego za ciemnymi szybami. Z przyjemnością zanurzyłam się w opowieści o kobiecych dyskusjach, strojach, zapachach i tym wszystkim, co z Emiratek czyni kobiety głodne sukcesu, świadome własnej wartości i próbujące dopasować tradycję do współczesnych wymagań świata.

Aleksandra Chrobak dużo pisze o codzienności i obyczajach z nią związanych. Nie pomija jednak krótkiego rysu historycznego, dla tych, którzy - tak jak ja - dotychczas niezbyt intensywnie interesowali się tym, od kiedy i dlaczego ZEA, stały się centrum luksusu i przepychu. Trudno uwierzyć, gdy czytamy, że państwo istnieje dopiero od 44 lat, a wcześniej, czyli przed odkryciem złóż ropy, Emiratczycy byli nomadami i żyli w ubóstwie.

W Bediunkach na Instagramie poczytacie o tym jak wygląda życie codzienne kobiet w tej szalenie dla nas egzotycznej części świata. A gdybyście mili ochotę spotkać się z Autorką i osobiście zadać jej pytania o ZEA, to zapraszam na spotkanie.

28 lipca 2016

Graeme Simsion. Efekt Rosie.


Kiedy po raz pierwszy zetknęłam się z bohaterem książki Projekt Rosie, Donem Tillmanem, zafascynował mnie sposób w jaki Autor uczynił z mężczyzny z wyraźnym Zespołem Aspergera wdzięczną postać literacką. Owszem - pewne zachowania Dona bawiły, ale nie był to ten typ żartu, który zakrawałby na wyśmiewanie się, kpienie, czy wręcz nietolerancję. Jednocześnie - tworząc postać zagubionego w świecie emocji naukowca - udało się Greame'owi Simsionowi - pokazać jak w zwierciadle nasze, często mało społeczne zachowania, z których niejednokrotnie zapewne nie zdajemy sobie sprawy.

Kolejne spotkanie z Donem, także oscylujące wokół Rosie, to już poważniejszy etap. Owszem, wyraźnie widać dążenie Autora do tego, by było zabawnie jak w pierwszej części historii, ale też zadanie przed jakim staje bohater powoduje, że bardziej profesorowi Tillmanowi współczułam niż radośnie kibicowałam. 

Don Tillman zostanie ojcem. Dowiaduje się o tym i nagle paraliżuje go lęk. Świadom własnych ograniczeń emocjonalnych, zaburzeń w kontaktach interpersonalnych, poddaje się obezwładniającemu uczuciu niemocy. Wydaje mu się wręcz chwilami, że łatwiejszym rozwiązaniem będzie utrata osoby, którą kocha niż sprostanie wymaganiom ojcostwa. A jednocześnie - jak na szalenie uporządkowanego naukowca przystaje - do idei bycia ojcem podchodzi metodycznie i w sposób przypominający działania projektowe.

Przed lekturą Efektu Rosie przypomniałam sobie - tym razem w wersji audio - część pierwszą historii Dona Tillmana. Choć Borysa Szyca polubiłam bezgranicznie po lektorowaniu w Karaluchach Jo Nesbo, tu nie do końca odpowiadał mi jego głos. 


Rzadko w literaturze pięknej możemy znaleźć tak charakterystycznego bohatera jak Don Tillman. I rzadko literatura piękna jest tak edukacyjna, jak obydwie powieści Greame'a Simsiona. Polecam.

18 lipca 2016

Małgorzata J. Kursa. Nieboszczyk wędrowny.


Bardzo lubię poczucie humoru Pani Małgorzaty J. Kursy. Jak już kiedyś pisałam - książki, których fabuła zasadzona jest w Kraśniku i opowiada o perypetiach poszczególnych mieszkańców miasteczka - dobrze mi robią na nastrój i nawet różne trupy, czy, jak w tym wypadku, nieboszczycy wędrowni, nie odbierają mi poczucia, że oto spotykam się z lekturą przyjemnie napisaną i odprężającą.

W Kraśniku pojawiają się nowi mieszkańcy. Zmarła właścicielka apteki zapisuje swojej, dawno nie widzianej, powinowatej dom i dobrze prosperujący sklep. Maryla, Sławek i przecudnej urody kocisko o wdzięcznym imieniu Belzebub, przeprowadzają się z Lublina i tym samym rozpoczynają w swoim życiu nowy, ekscytujący rozdział.

Ekscytujący tym bardziej, że pewnego dnia, po powrocie z pracy, znajdują leżącego w pokoju martwego kuzyna Marylki. Uśmierconego sposobem jak najbardziej domowym...

Nie zdradzę Wam nic więcej. Ponoć na facebookowym koncie Autorki znaleźć można było fragmenty, więc kto już się nie może doczekać lektury całości, powinien poszperać. Ale z drugiej strony... Po co próbować kawałków, skoro przed Wami całość? I to taka smakowita:)

Przy okazji - Nieboszczyk wędrowny ukazał jak okropną czytelniczką jestem. Gdy odwróciłam ostatnia kartkę po kilku godzinach od chwili, w której otworzyłam książkę, uświadomiłam sobie ze zgrozą, że Małgorzata J. Kursa oraz redaktorzy i inni pracownicy wydawnictwa pracowali nad powieścią czas dłuższy. A ja nie bacząc na wkład ich pracy przeczytałam ją błyskawicznie i teraz czekam na kolejną opowieść Autorki. Niewdzięcznica ze mnie.

A Belzebuba kocham:)

12 lipca 2016

Annie Barrows. Opowiem ci pewną historię.


Choć niejasne są dla mnie kryteria według jakich Boog Page obwołało "Opowiem Ci pewną historię" jedną z najlepszych książek roku, i choć nie wiem, czy pokusiłabym się o podobną opinię, to muszę przyznać, że lektura powieści Annie Barrows dała mi dokładnie to, czego potrzebowałam - ukojenia z realistycznym, acz fikcyjnym świecie, ciekawych bohaterów i małomiasteczkową, nie zawsze przyjazną, atmosferę.

W materiałach promocyjnych książki znajdziecie informację o Layli Beck, córce senatora, którą ojciec odciął do rodzinnych finansów i tym sposobem (oraz dzięki odpowiednim znajomościom) nakłonił do zajęcia się pracą zarobkową. Dziewczyna została skierowana do Projektu dla Pisarzy, a jej zadaniem było sporządzenie historii niewielkiego miasteczka Macedonia. Ale to nie jest jedyna, istotna dla rozwoju opowiadanej historii, bohaterka. Równie ważnymi są Jottie Romeyn i jej dwunastoletnia bratanica Willa.

Layla, przyjęta początkowo sceptycznie przez mieszkańców miasteczka, oraz swoich gospodarzy Romeynów, pracując nad zamówioną książką zaprzyjaźnia się z niektórymi w Macedonii i odczuwa coraz silniejszą więź z miejscem, w którym tymczasowo mieszka. Okazuje się, że jej obecność działa jak katalizator - pytania dziewczyny o przeszłość odsłaniają także wydarzenia bliższe czasowo, wydarzenia, które kładą się cieniem na rodzinie Romeynów i ich roli w życiu miasta.

Opowiem Ci pewną historię zabrało mnie do powieściowego świata, który nie jest idealny, ale daje wiarę w ludzką siłę, magię uczuć łączących bliskie sobie osoby, w to, że bez względu na to, gdzie rzuci nas los - za naszą zgodę lub przy braku tejże - możemy znaleźć przyjaciół i dzięki ich spojrzeniu odczytać siebie na nowo.

04 lipca 2016

Eksperymentalnie, czyli ważne książki

Ocenianie, wybieranie tego, co najlepsze przychodzi mi z trudem. Każda rzecz poddana analizie wydaje mi się być odpowiednia, bądź nie, dla mnie, ale jednocześnie odpowiednia, bądź nie, dla kogoś innego. I cóż zrobić jeśli polecę coś lub zganię, a przez to ktoś się zniechęci? Nie cierpię na megalomanię, ale czuję na sobie odpowiedzialność wynikająca z zaufania jakim mnie darzycie i długich lat pisania.

Zatem, nieco eksperymentalnie i bez obietnic, że będę to powtarzała prezentuję poniżej - w kolejności chronologicznej - książki, które w szczególny sposób przyciągnęły moją uwagę w pierwszej połowie 2016 roku. 











Agnieszka Tyszka. Nienia z Zielonego Marzenia. Lato Nieni. 


02 lipca 2016

Kurt Vonnegut. Gdy śmiertelnicy śpią.


Przyznaję - gdybym miała robić listę książek/autorów, których nie znam i których nieznajomości się wstydzę - Kurt Vonnegut znajdowałby się na wysokiej pozycji. Gdy przeszperałam zasoby bloga znalazłam co prawda jedną powieść Autora czytaną przeze mnie, ale z tekstu o niej wynika, że nie zachwyciła mnie na tyle, by twórczość Mistrza Vonneguta poznawać dogłębnie. Zelektryzowała mnie jednak informacja, że ukazują się nowe, niepublikowane dotychczas opowiadania Autora i postanowiłam dać sobie jeszcze jedną szansę.

I może nie tyle zaskoczyło i zafrapowało mnie do tego stopnia, by natychmiast biec do biblioteki i wypożyczać kolejne książki, ale coś w tomie Gdy śmiertelnicy śpią mnie zahaczyło...

Może to była opowieść o lalce, której ktoś poświęcił życie? A może o młodej wdowie, która próbuje się przeciwstawić matce swojego męża owładniętej obsesją posiadania na wyłączność tego co materialne i nie, pozostałe jej po dziecku? Czy bardziej o kobiecie, której, rozpalona listami od nieznanego przyjaciela, wyobraźnia, każe udać się w podróż mającą na celu spotkanie się z owym tajemniczym autorem poetyckich listów? Lub o mężczyźnie, któremu życie każe wybierać między szczęściem małżeńskim, a makietami kolejowymi?

Tak naprawdę nie wiem powiedzieć co stanowiło o owym magnetycznym uroku jaki odczułam wędrując po ścieżkach wyobraźni Vonneguta. Było to jednak na tyle sile uczucie, że nie będę już stroniła od jego twórczości. I przestanę się wstydzić;)

01 lipca 2016

Dzień Psa

Kiedy 1 lipca 2013 roku pisałam ten wpis, nie spodziewałam się, że już jesienią moja tęsknota do zamieszkania z psem zostanie zaspokojona. Po latach kociego towarzystwa postanowiłam zaprosić do domu także psa - malamutkę, którą już świetnie znacie, Sarę.


Sara miała być pierwotnie tylko psem tymczasowym, do chwili, w której Fundacja znajdzie jej najlepszy dom pod słońcem. Okazało się jednak, że nie wyobrażam sobie życia bez niej, więc została w Kociokwiku i już 11 października będziemy świętowały wspólne trzy lata.

Jak to jest mieć psa? Ten kto nie ma - nie zrozumie. Ten, kto psów się boi lub ich nie rozumie, nie zrozumie tym bardziej.

Dzwoni budzik. Oddech Sary zmienia częstotliwość. Na dźwięk mojego głosu zaczyna delikatnie, mocno jeszcze zaspana, machać ogonem. Wstaję, więc wstaje i ona. Zagradza mi drogę do kuchni, do której w zasadzie wkładam tylko rękę, by włączyć ekspres. Gdy się myję ona leży w progu łazienki, by za chwilę powędrować ze mną do sypialni. Z zainteresowaniem śledzi każdy łyk kawy, bo im szybciej ubędzie jej w filiżance, tym szybciej pójdziemy na spacer. Wędrujemy pustymi, mokrymi od rosy ścieżkami parku, czasami ją zagaduję, czasami muszę przywołać, a czasami obserwuję tylko uśmiechając się coraz szerzej jak szuka w wysokiej trawie zapachów przebiegającego nieco wcześniej zająca.

Jest ze mną zawsze, gdy gotuję. Gdy biorę na kolana koty, przybiega sprawdzić, czy może jednak chciałabym je zrzucić. Jeśli robię sobie piżama party i z książką, herbatą i czymś smakowitym ląduję w łóżku, pilnuje mnie najdokładniej pod słońcem i zdecydowanie okazuje kotom, że nie są mile widziane (przynajmniej do chwili, do której mam jedzenie).

Zasypiam, a ona śpi na swoim legowisku lub tuż przed łóżkiem. Sapie mocno przez sen, czasami gdzieś biegnie, czasami wita się z kimś machając ogonem. 

Lubię ją mieć przy sobie.

Ale pies (i w ogóle zwierzęta), to nie tylko przyjemność. To także obowiązek. Plan dnia ustawiacie pod psie spacery. Podobnie jak spotkania towarzyskie oraz wszelkie inne zajęcia. Tak, także treningi, wspólne wypady rowerowe, bieganie, czy cokolwiek innego aktywnego robicie. Nie zawsze Wasz pies może czy wręcz powinien towarzyszyć Wam podczas aktywności fizycznej. Może nie pozwala mu na to jego wiek lub kondycja, a może Wasi współtowarzysze ćwiczeń nie czują się bezpiecznie z psem? Wyjazd z miasta, szczególnie latem, też nie jest łatwy. Jeśli macie samochód z klimatyzacją lub lubicie podróżować nocą sprawa jest ułatwiona. Wystarczy jedynie znaleźć miejsce, gdzie przyjmą Was z psem, a to się na szczęście robi coraz łatwiejsze (vide nasza ubiegłoroczna wycieczka). Ale pamiętajcie, że samotne wyprawy z psem oznaczają np. zastanawianie się, co zrobić z czworonogiem, gdy chce się w zatłoczonym schronisku na szlaku, wejść do łazienki. My wchodziłyśmy razem. Pociąg czy autobus jako środek komunikacji nasuwają większe ryzyko - inni ludzie mogą nie życzyć sobie Waszego towarzystwa. Zostawienie psa w domu wymaga znalezienia dla niego opiekuna, więc tu kolejne logistyczne zadanie. 

Pomijam obowiązki podstawowe, czyli troskę o dobrostan zwierzęcia. Są tak podstawowe, że aż czuję, że nie powinnam o nich tu pisać; jesteście zbyt świadomymi ludźmi.

Życie ze zwierzętami jest bogatsze od tego bez nich. Pełniejsze, szczęśliwsze, dające więcej satysfakcji. Uczy wielu rzeczy - żonglowania czasem, sobą, dokonywania wyborów, odpowiedzialności. Przegania egoizm i antropocentryzm, kształci wyrozumiałość, cierpliwość, umiejętności komunikacyjne.

Życie z psem jest pięknym życiem. Doceniam i cieszę się każdym dniem z Sarą. Pomyślcie o swoich psach, a jeśli jeszcze nie zaprosiliście żadnego do swojego życia, to może właśnie dziś, w Dniu Psa, warto to rozważyć?


Jeśli zrobicie zakupy w zooplusie wchodząc do sklepu przez baner sklepu w prawej szpalcie bloga, to procent od Waszych zakupów zasili miski Sary i kotów. Zachęcam i serdecznie dziękuję tym wszystkim, którzy tak zrobią:)