18 sierpnia 2017

Ronda i Rest szukają domu


W poprzednią środę, 9 sierpnia, zamieszkały w Kociokwikowym domu tymczasowym dwa koty. Mają około dwóch, może dwóch i pół miesięcy i jak każde kocie dzieci są żywiołowe, chętnie do poznawania świata, spragnione kontaktu z człowiekiem i innymi kotami. Uwielbiają jeść, spać, mruczeć, gonić za piłkami i ogonami siostry/brata. Duży okrągły drapak, podobnie jak umywalka w łazience, kosz na pranie, czy łóżko jawią się im jako poligony doświadczalne - wejdę czy nie, spadnę, czy zeskoczę, uda mi się schować, czy jednak mnie znajdą. Po prostu kocie szczęścia w pełnej krasie.

  

Szukanie domów/domu tym szczęściom jest jednak obarczone odrobiną niepewności. W wyniku choroby - kociego kataru - konieczna był zabieg enukleacji (czyli usunięcia gałki ocznej): u Rondy jednej, u Resta obydwu. Owa wspomniana niepewność wiąże się jedynie z tym, czy ktoś będzie chciał pokochać niewidzącego kota?

  

W kocim świecie zmysł wzroku jest ważny, tak jak u wszystkich zwierząt. Są jednak zmysły, które znacznie mocniej wspierają kota w jego codziennym funkcjonowaniu (czytajcie). Jest przecież i tak u ludzi, że gdy brakuje nam jednego ze sposobów poznawania świata, inne zmysły ulegają wyostrzeniu i doskonale sobie radzimy. U kotów (i pozostałych zwierząt) jest podobnie.


Ronda to odważne serce w maleńkim i szybciutko się poruszającym ciałku. Drapak, półka regału (przy okazji spada kilka książek), koło rowerowe, łóżko, drzwi balkonowe, plecy brata i dalej, dalej... Pokrzykuje bojowo w czasie tego pędu, a gdy się już nabiega, to ostatkiem przedsennych sił wbiega na moje kolana, przewraca się, zaczyna mruczeć i zasypia. W sekundę.


Rest jest ostrożniejszy. Postawiony w nowym miejscu zatacza coraz szersze kręgi, aż wreszcie wie, gdzie jest. Uszy ma nastawione na słuchanie, drżą przy najlżejszym dźwięku. Bez obaw wspina się na drapak, uwielbia buszować w koszyku z orzechami włoskimi, piłka z dzwonkiem w środku to dla niego powód do niezmordowanych rozgrywek. Z podobnym zapałem morduje szeleszczącą mysz, wspina się po zasłonie prysznicowej, czy robi tzw. dziurki zębowe w zakładkach do książek. Gdy zasypia ociera się o mnie, pcha w dłonie, domaga głaskania i burczy gulgocząc. Też zasypia w sekundę.

  

Noc przesypiają na wielkiej poduszce. Budzi ich moje dzień dobry i wyraźnie widać, że nie wiedzą czemu następuje ono tak wcześnie. Asystują mi przy myciu zębów i prysznicu, a gdy idę szykować się do pracy, jedzą - ciamkając i mlaszcząc - swoje śniadanie.

 

Ronda i Rest szukają domu lub domów. Byłoby idealnie, gdyby trafiły albo do domu wspólnego albo do takiego, gdzie już jest jakieś inne zwierzę. Formalnie są pod opieką Fundacji Przystanek Schronisko (czytajcie o adopcji), realnie - moją i jeszcze nie do końca przekonanych do nich Nusi i Sisi. Będę wdzięczna za udostępnianie informacji o Rondzie i Rescie. Wszystkie zdjęcia, te z numerem telefonu też, można powiększyć, wydrukować, itd.

 

Wierzę, że z Waszą pomocą Ronda i Rest zamieszkają w najlepszym dla siebie domu. Domu na zawsze.

16 sierpnia 2017

Fanny Joly. Pralinka. Pralinka nie daje za wygraną.

   

Przyznaję, że mam z Alinką Mętlik kłopot. Owszem, dziewczynka jest żywiołowa, przebojowa, sprytna (bo też trzeba nie lada sprytu, aby wieść w miarę spokojne życie z dwoma starszymi braćmi) i uparta, ale jednocześnie nie dostrzegłam w żadnej ze stworzonych przez Fanny Joly sytuacji, niczego, co pozwoliłoby mi poczuć do Alinki sympatię. A może już po prostu nie pamiętam jak to jest gdy się ma 8 lat?

Alinka ma brata Wiktora (lat 11), brata Jana-Maksencjusza (lat 9), rodziców prowadzących kwiaciarnię, najlepszą przyjaciółkę Celinę oraz ukochanego, Krzysia, który - niestety - jest uczniem tej samej klasy, do której chodzi Jan-Maks. Bracia dokuczają dziewczynce nazywając ją Pralinką-dziecinką, zabierając i wyśmiewając ulubionego pluszowego lwa, Gryzaczka i na tysiące innych sposobów. Odpowiedź Alinki jest dwojaka: gdy rodzice są w domu - włącza turbobek, gdy ich nie ma - radzi sobie doskonale sama.

Ośmiolatka większość doświadczeń życiowych rozpatruje pod kątem własnych korzyści. Jak zapewne każdy z nas w dzieciństwie, w domu pomaga najchętniej wówczas, gdy chce o coś poprosić rodziców. Nową sukienkę koleżanki chwali, a jednocześnie odczuwa zazdrość tak wielką, że przy najbliższej okazji zabiera do sklepu rodziców i namawia ich do zakupu. Przyjmując pod opiekę królika koleżanki, nie uzgadnia tego z rodzicami, i w efekcie królik trafia w ręce Wiktora i Jan-Maksa, którzy zrzucali go po desce do napełnionej wodą wanienki. Z samochodu taty usuwa w przeddzień wyjazdu części zapasowe, by móc w nich schować swoje pudełko ze skarbami. Właściwie jest tylko jedna osoba, dla której Alinka jest w stanie zrobić wiele - jest nią Krzyś, chłopiec, w którym Alinka się podkochuje. Jego odwiedza podczas choroby, dla niego uczy się ról postaci grających w szkolnym spektaklu i wydaje własne pieniądze na ulubione ciastka kolegi.

Dorota Wellman w opinii o bohaterce książki Fanny Joly zamieszczonej na okładce pisze: Mam nadzieję, że wyrośnie z niej kobieta z charakterem. Zapewne. Pytanie tylko brzmi - z jakim? I czy na pewno chcemy mieć takie koleżanki jak Alinka?

07 sierpnia 2017

Katherine Webb. Angielka.


Najnowsza powieść Katherine Webb rozgrywa się w dwóch przestrzeniach czasowych - w końcówce XIX wieku i w latach pięćdziesiątych wieku dwudziestego. Bohaterkami są dwie kobiety, których marzenia związane były z podróżami, a ściślej mówiąc z tym, by odkrywać, by wędrować przez pustynie Arabii.
(...) śniła o pustyni. Śniła o ciszy, w której wszystko wokół zwalniało tempo, tak że odległa przeszłość i nadchodząca dopiero przyszłość wydawały się w zasięgu ręki - i poczuła się wolna. Śniła o tym spokoju, którego nic - ani samotność, ani miłość, ani wyrwa w jej piersi - nie mogło zakłócić, i obudziła się, płacząc z tęsknoty (...) [s. 245]
Maude Vickery, zakochana w przyjacielu brata, ucieka przed ową  miłością nie do spełnienia w pasję podróży. Kobieta marzy o tym, by dotrzeć tam, gdzie żaden biały przed nią nie dotarł, pragnie być odkrywcą, pionierem. I gdy już podejmuje wysiłek, wędruje przez pustynię narażając życie swoje i swoich pomocników/służących, miłość do Nathaniela ponownie stawia ją wobec wyzwania, sprawdza jej lojalność.

Żyjąca ponad pół wieku później Joan Seabrook marzy by poznać Maud, by wyrazić jej swą wdzięczność na otwarcie pewnej dekady w samodzielności kobiet w pustynnych częściach świata. Spotkawszy swoją idolkę czuje się nieco zlekceważona i stara się zyskać aprobatę starszej podróżniczki. Czasami zbyt mocno...

O ile postać Maude jest dla mnie jest wyrazista - silna, twarda kobieta, która im starsza, tym bardziej napędzana poczuciem krzywdy, dąży do zemsty na tym, który odebrał jej sławę, tak Joan nie wzbudziła we mnie zrozumienia. Starsza z kobiet - mimo, że mało sympatyczna, wyrachowana - jest w powieści postacią katalizującą emocje. Młodszej niestety nie da się przypisać tej cechy. Jest rozchwiana, niepewna siebie i widać wyraźnie, jak mocny wpływ wywarła na nią rodzina, a szczególnie matka. Joan stara się zadowolić Maude, nie ściągnąć kłopotów na przyjaciela rodziny, pełniącego funkcję wezyra (ministra spraw zagranicznych) w Maskacie, uwolnić buntownika, zadbać o bezpieczeństwo brata i jego wojskowych kompanów z Sułtańskich Sił Zbrojnych, którzy z buntownikami walczą. Jeśli dołożyć do tego kłopoty z narzeczonym i strach przed tym, by pozwolić sobie na uświadomienie tego, co one oznaczają, to - przyznacie - trudno przyjąć, że Joan jest uporządkowaną, dążącą do jasno określonego celu, kobietą.

Ciekawie było patrzeć, w jaki sposób Katherine Webb pozwala swoich bohaterkom mierzyć się z własnymi ograniczeniami, jak starsza manipuluje młodszą, naiwną i dającą wodzić się komuś kogo uznaje, za autorytet. W tle rozgrywa się historia Omanu, a całość pobrzmiewa szelestem piasku niesionego przez pustynny wiatr i pachnie orientalnymi przyprawami.

04 sierpnia 2017

Adriana Trigiani. Pula szczęścia, marzeń, nadziei.


Ave Maria, kobieta o rzadko spotykanym imieniu, mieszka w Big Stone Gap, niewielkim górniczym miasteczku. Gdy umiera jej matka, dziewczyna dowiaduje się, że mężczyzna, którego dotychczas uważała za ojca nim nie jest, a swoich korzeni, zarówno po kądzieli, jak i po mieczu, powinna szukać we Włoszech. Ave Maria otrzymuje w spadku aptekę, działa w Brygadach Ratunkowych, mnóstwo czyta i jest przekonana, że samotne życie wieść będzie do końca swych dni.

Cykl Big Stone Gap to jednak nie tylko losy Ave Marii. Jak to zwykle bywa z cyklami powieściowymi osadzonymi na amerykańskiej prowincji, w książkach mamy obraz całej społeczności z jej radościami i smutkami. Przedstawienia teatralne, odwiedziny gwiazdy, narodziny, choroby i śmierć, nowe auta, nowe fryzury, czy otwierany tuż koło apteki bufet, to tematy do rozmów, roztrząsania, do współodczuwania i przeżywania z tymi, których dotyczą najbardziej.

Powieści Adriany Trigiani są rozsądnie napisane. Daleko im do lekkich czytadeł, o których zapominamy, gdy tylko odwrócimy ostatnia kartkę w książce. Na szerokim obyczajowym tle Autora pokazuje to, co stanowi podstawę naszego funkcjonowania - więzi rodzinne i przyjacielskie. Ave Maria i jej bliscy miewają wątpliwości, pokusy, lepsze i gorsze dni, ale wciąż się uczą tego, jak być dla siebie dobrymi, jak dbać o ludzi dla nas ważnych i jak okazywać innym, że ich obecność jest dla nas ubogacaniem. 

Pula szczęścia, Pula marzeń i Pula nadziei prowadzą czytelników przez dorosłe życie Ave Marii pokazując jego odcienie. Łatwo jest odnaleźć w tym, co przeżywają bohaterowie serii Big Stone Gap, siebie i swoje doświadczenia, zaskakujące może okazać się, jak inni radzą sobie, w podobnych do tych przeżywanych przez nas, sytuacjach.

Polecam.

P.S. Jeśli lubicie książki Jan Karon, to może polubicie i tę trylogię?

03 sierpnia 2017

Jojo Moyes. We wspólnym rytmie.


Kolejny raz udało się Jojo Moyes wzbudzić we mnie emocje. Ale może to nic dziwnego, bo po pierwsze to właśnie ta autorka, a po drugie - powieść w dużej mierze opiera się na więzi łączącej człowieka ze zwierzęciem.

Sarah ma dziadka i konia. I nic poza tym. W szkolnej hierarchii bywa na samym dnie, nie zależy jej na niczym innym niż na tym, by spędzać czas z dwojgiem najbliższych jej istot, by sprostać naukom dziadka i jednocześnie stać się lepszą towarzyszką dla Boo, muskularnego, międzianowłosego, gorącokrwistego konia. Poddaje jest wskazówkom Henri'ego Lachapelle, jeźdźca z Le Cadre Noir i wierzy mocno w to, że kiedyś wraz z nim pojedzie do Francji, że dane jej będzie osiągnąć takie efekt:


Natasha Macauley jest prawniczką. Prowadzi kilka zajmujących spraw, jest coraz bliższa temu, by zostać wspólniczką w kancelarii, w której pracuje i choć życie zawodowe jej rozkwita, to jednak kosztem życia prywatnego - jej mąż mieszka oddzielnie i zbliża się czas, w którym ona i Mac powinni podjąć decyzję o rozwodzie.

Los zderza obydwie kobiety - młodszą i starszą. Zderza, łączy i odmienia.

Czułam się przedziwnie podczas lektury. Z jednej strony chciałam jak najszybciej poznać to, co się wydarzy w życiu Sarah i Natashy, z drugiej - nie chciałam przyspieszać, czy opuszczać czegokolwiek, bo za dobrze mi się tkwiło w świecie opisanym przez Jojo Moyes. Robiło na mnie wrażenie to, jak Autorka żonglowała doświadczeniami i emocjami bohaterów oraz moimi. Współodczuwałam z Sarah jej determinację, złościłam się wraz z Mackiem na Natashę i czułam szacunek do pana Lachapelle oraz Kowboja Johny'ego.

Doceniam kunszt z jakim Jojo Moyes opowiada historie. Nie widziałam filmu zrealizowanego na podstawie jej powieści, ale podczas lektury We wspólnym rytmie nie opuszczała mnie myśl o tym, że ta książka to doskonały materiał do ekranizacji. Może Robert Redford odnalazłby się w roli dziadka Lachapelle?

31 lipca 2017

Niedzielnik nr 66 (w poniedziałek)


Uświadomiłam sobie dziś, że grafika zapowiadająca niedzielnik jest, delikatnie mówiąc, niedzisiejsza. Oraz, że w codziennej pracy korzystam z programów graficznych, a blog niby ten szewc bez butów (grafiki niedzielnikowej) chodzi. I oto jest - prosto i na nowo.

22 maja miałam zabieg chirurgiczny z lekka ograniczający sprawność nogi. Piszę z lekka, bo 11 czerwca wskoczyłam na rower na niedaleką, bo sześćdziesięciokilometrową trasę. A, że noga okazała się być sprawniejsza niż można było oczekiwać, a lato dopisuje, to od tamtej pory przejechałam, głównie w weekendy, ponad 1500 km. 


Jeżdżę, oglądam, poznaję nowe miejsca, odkrywam ciekawostki, o których zapewne nie wiedziałabym, gdyby nie rower. Nastawiona na letni tryb - czyli kawa i lody - śledzę na rynkach odwiedzanych miasteczek oryginalne lodziarnie i kawiarnie, rozsmakowuję się i nabieram energii do dalszej wędrówki. Czasami też przyjemne (jeżdżenie) łączy się z przyjemnym (pływaniem) i to już zupełnie jest frajda.


Dobrze widzicie - przez siodełko roweru przewieszona jest zwiewna sukienka zakończona koronką. Od pewnego czasu jeżdżę w sukienkach. Wystarczy strój sportowy założyć pod spód i choć nie zawsze sportowe buty pasują do wielobarwnej tuniki czy rozkloszowanej sukni, czuję się w takim zestawieniu bardzo sympatycznie. Spróbujcie:)

Lato w pełni, rynek książkowy zachęca głównie do lektur lekkich bądź to romantyczno-obyczajowych, bądź to z wątkiem kryminalnym. Daję się uwieść i takim, i takim, choć nieustająco obiecuję sobie, że wreszcie ruszę te książki, które przyniesione z biblioteki pomogą mi zrealizować zachętę do letniego poznawania (lub odświeżania) twórczości Natalii Rolleczek. Akcję Urocze wakacje z powieściami... wymyśliła Pyza Wędrowniczka i wielkie jej za to dzięki:)


Zachęcam, wakacje dopiero na półmetku:)

Pozostając w tematyce okołoliterackiej chcę tych z Was, którzy wybierają się na Off Festival, zachęcić do odwiedzenia Kawiarenki Literackiej.


Wraz z Magdaleną Majcher będziemy rozmawiały z Wami o tym, co czytać warto, w sobotę i niedzielę w Czytelniczym Domku. 

Książki, rower, bogactwo smaków dojrzałych owoców i warzyw, opalenizna, woda, dobre towarzystwo (kolejność przypadkowa) to esencja letnich dni. Mimo, że zachwycam się nimi, czerpię siłę i entuzjazm, to czekam już na wrzesień i wyjazd na Mazury. I choć w tym roku przemierzać rodzinne strony będę bez Mamutka, to już nie mogę się doczekać.


26 lipca 2017

Vanessa Farquharson. Zieloni śpią nago.


Pewnie nie zauważyłabym tej książki, gdyby nie to, że stała wśród wielu innych polecanych letnich lektur na specjalnym regale przygotowanych przez bibliotekarki. Pożyczyłam, zaczęłam czytać i czytałam wiedziona jedynie chęcią solidnego doczytania, żeby przekonać się czy to, że książka nie spodobała jest uzasadnione.

Jest.

Dziennikarka czasopisma National Post w lutym 2007 roku postanowiła zmienić swoje nawyki i zostać osobą świadomą ekologicznie. Obiecała sobie i czytelnikom, założonego w celu wytrwałości w postanowieniu, bloga, że każdego dnia będzie wprowadzała jedną zmianę. Każdy z miesięcy, w książce, stanowi spory rozdział, bo choć Autorka nie opisuje wszystkich wymienianych na początku miesiąca zmian, to kilka z nich uznaje na tyle ważne, by szczegółowiej o nich napisać.

Mamy zatem: zatrzymuj się wyłącznie w hotelach przyjaznych środowisku, bierz dwuminutowe prysznice, nie używaj piekarnika, przykręć termostat, śpij nago, susz naczynia na półce zmywarki, nad roślinami, prasuj ubrania tylko na specjalne okazje, naucz się szyć i naprawiać ubrania, jedz lody w wafelku, a nie plastikowym pojemniku, rób dżemy i przetwory, kupuj wyłącznie używany sprzęt sportowy, czyli kompletnie wszystko, wymieszane ze sobą i dotykające mniejszych i większych obszarów życia.

I byłoby miło, gdyby nie to, że Autorka niemalże każdą podejmowaną zmianę torpeduje czyniąc to w stylu trzpiotowatej dziewoi, która owszem - chce być ekologiczną, ale wolałaby nie wprowadzać żadnych rewolucji w życiu. Czasami odnosiłam wrażenie, że wymyślona przez nią ekologiczna nowość już od samego początku budzi jej sprzeciw i to na tyle silny, bo pisząc o niej i wdrażając ją, robiła to tak, by pokazać, że nie warto, że za mało znacząca, że nie ma powodu, by się tego podejmować.

Czas jakiś temu zapanowała moda na książki powstające na podstawie blogów projektowych. Była robiąca furorę Julie&Julia, były inne, które przekuwały pomysły na fascynację czytelników z całego świata i wreszcie formę drukowaną. Niektóre z nich są warte uwagi, niektóre znacznie mniej. Obawiam się, że Zieloni śpią nago należy do drugiej grupy.

24 lipca 2017

Catherine Poulain. Wielki marynarz.

Od chwili, w której przeczytałam fragment wywiadu z Catherine Poulain, w którym Autorka mówi:
Uwielbiam czuć, jak moje ciało walczy, jak zmusza mnie do jeszcze jednego kroku, jeszcze jednego wysiłku. Mogłabym spędzić życie leżąc na kanapie i gapiąc się w telewizor, ale wtedy umarłabym szybko z nudów. Aktywność i ruch są dla mnie bardzo ważne. Ten fizyczny świat daje też niesamowity spokój. Doświadczam go, gdy moje ciało jest wyczerpane wysiłkiem. To najlepszy zabójca dla chorób duszy.
wiedziałam, że MUSZĘ przeczytać Wielkiego marynarza.

Lili przyjechała z Prowansji na Alaskę. Wiedziona chęcią bycia rybakiem, nie bacząc na przewidywane trudności związane z życiem na kutrze, w społeczności zdominowanej przez mężczyzn i uzależnionej od Natury i jej mocy, zaokrętowała się i wyruszyła na morze.

Podczas czytania tej powieści (o silnym wątku autobiograficznym) zastanawiałam się, czy zazdroszczę, czy współczuję bohaterce. A może to jeszcze inne uczucia, które nie jest łatwo sklasyfikować? Z pewnością czułam podziw dla jej determinacji, dla tego, jak wiele jest w stanie znieść, by spełnić to, o czym marzyła, czego dla siebie chciała. Poranione dłonie, zimno, wilgoć, zabijanie ryb, docinki kolegów, sen na podłodze, bo koja należy do tego, kto przyszedł pierwszy. Pewnego rodzaju samotność pomiędzy innymi ludźmi. Podziwiałam jej nieustępliwość, to, że walczyła o swoje mimo pękniętych kości, krzywdząco niskiej stawki za pracę, brak czegoś, co nazywamy komfortem, a co dla większości z nas jest oczywiste.

Gdy towarzyszyłam Lili w mierzeniu własnych ograniczeń czułam się silna jak ona i jednocześnie słaba, bo przecież tylko czytam o jej doświadczeniach, siedząc w wygodnym fotelu, w cieple, z kawą pod ręką. I zastanawiałam się co człowieka pcha do tego, by tak bardzo walczyć. Z sobą? O siebie? Od czego trzeba uciekać lub ku czemu dążyć, by znajdować w sobie tyle mocy? A może to nazbyt wydumane pytania? Może odpowiedź jest prosta: chcę być rybakiem i nim będę. I koniec. Może nie ma tu miejsca na rozważania, a jest czas/miejsce na przyjęcie konkretnych słów: chcę pracować.
Zapach pełnego morza. Wąchać powietrze jak koń, aż do zawrotu głowy, kiedy ciało jest stwardniałe od zimna. Fale są we mnie. Już przypomniałam sobie tempo i rytm głębokich pchnięć, które z morza przechodzą na statek, a ze statku na mnie. Idą w górę od stóp, przenikają lędźwie. A może to miłość. [ss. 117-118]
Wielki marynarz to powieść, która zabierze Was w twardy świat alaskańskich rybaków. I równie twardy kobiecej determinacji.

20 lipca 2017

Raphaëlle Giordano. Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest jedno.

Rewelacyjny tytuł, prawda?

Tak naprawdę nie wiem czego się spodziewałam po tej książce. Zauroczył mnie tytuł i  opis głoszący, że jest to książka ucząca zrywania z rutyną.

Camille ma męża, dziecko, pracę, która może nie do końca jest tym o czym marzyła, ale dającą stabilizację finansową i pozwalającą na system obowiązków służbowych dopasowany do potrzeb matki. Ma też, coraz częściej, napady frustracji, niezadowolenia z życia, zniechęcenia. Gdy pewnego wieczoru wszystko idzie nie tak jak powinno, kobieta trafia do człowieka, który przedstawia się jej jako rutynolog i diagnozuje ją jako ofiarę ostrego rutynizmu.

Dalsza historia jest ujmująco prosta: Claude niczym przewodnik w ciemnościach stwarza okazje ku temu, by Camille zaczęła pracować nad sobą i dostrzegać dawno uśpione, przygniecione codziennością pragnienia, marzenia, szczęście. Podążając za jego wskazówkami kobieta wiele dowiaduje się o sobie, swoim małżeństwie i swojej rodzinie oraz relacjach z ludźmi spoza niej.

Gdy czytałam Twoje drugie życie zaczyna się, kiedy zrozumiesz, że życie jest jedno nie mogłam się pozbyć wrażenia, że coś podobnego znam. I dopiero pod koniec mnie olśniło – podobnie stworzone są historie opowiadane przez Josteina Gaardera w Świecie Zofii i Podróży Teo.


Czasami okazuje się, że to co najbliżej i to, co najprostsze, może być odpowiedzią na nasze poszukiwania. Rozejrzyjcie się, a jeśli wciąż niczego nie dostrzegacie, sięgnijcie po wskazówki rutynologa i pozbądźcie się z życia zgody na rutynowe złość, zniechęcenie, marazm. Świat będzie piękniejszy z Waszym uśmiechem.

19 lipca 2017

Bonnie Leon. Sięgając chmur.

Jest rok 1935. W Ameryce szaleje kryzys, wielu mężczyzn traci pracę i mnóstwo rodzin podupada finansowo. Są jednak tacy, którzy ów – niesprzyjający czas – zamierzają potraktować jako okazję do podjęcia wyzwania i zrealizowania swoich marzeń. Tym kimś jest Kate Evans, młoda kobieta, pilotka, która szkolona od lat dziecięcych przez ojca, postanawia - nomen omen – rozwinąć skrzydła. Opuszcza farmę rodziców w stanie Waszyngton, rozstaje się z narzeczonym i wyrusza na Alaskę, by tam szukać spełnienia swoich pragnień o lataniu.

Albo nastąpił wyjątkowy urodzaj na powieści rozgrywające się wśród alaskańskich krajobrazów, albo takie powieści w przedziwny sposób trafiają do moich rąk. Sięgając chmur jest kolejną i choć każda z nich jest inna od pozostałych, adresowana do innego odbiorcy, czy po prostu pisana w odmiennym od reszty stylu, to ów element łączący, czyli Alaska, budzi we mnie tak wielką ciekawość, że nie potrafię się im oprzeć.

Podziwiam Kate i jej determinację wywodzącą się z marzeń. Wystartowawszy z domowego pasa startowego dotarła do Anchorage i odważnie zapytała o pracę. Czasy nie sprzyjały kobietom pilotkom, a już szczególnie kobietom, które chciały pilotować samoloty przewożące ludzi nad białym pięknem Alaski. A jednak – dwudziestopięciolatka poradziła sobie doskonale znajdując pracę (nie taką o jaką jej chodziło, ale wszystko w swoim czasie), mieszkanie, a czas jakiś później zajmując się tym, co sprawiało jej szczęście.


Jestem ciekawa kolejnej powieści z serii Niebo nad Alaską. Powieść Bonnie Leon jest pozytywną historią o tym, że zawsze trzeba wierzyć w swoje marzenia i żyć tak, jakby ich spełnienie było czymś najoczywistszym na świecie.