17.6.19

Spencer Quinn. Po dobrej stronie.

Spencer Quinn. Po dobrej stronie.

Są takie książki, które ze względu na poruszany w nich temat cechuje pewna bariera poznawcza. I takie zjawisko występuje, moim zdaniem, w powieści Spencer Quinn, Po dobrej stronie.

LeAnne Hogan od dziecka umiała dążyć do osiągnięcia celu. Była zdyscyplinowana, nastawiona na ciężką pracę, w wyniku której oczekiwała sukcesu. Z takimi cechami trafiła do wojska, gdzie została doceniona, co oznaczało w efekcie coraz trudniejsze misje i coraz większą odpowiedzialność. Misja w Afganistanie, w przekonaniu Hogan ostatnia ze względu na jej chęć odejścia z wojska, okazała się prawie ostatnią; kobieta wróciła stamtąd okaleczona i ze świadomością śmierci swoich podwładnych.

Obserwujemy żołnierza, który nie pozwala sobie pomóc i sam sobie pomóc nie umie. Obserwujemy kobietę, która nie ma punktu stałego w życiu, nie ma nikogo kto się o nią troszczy i nie ma nikogo, o kogo ona mogłaby się troszczyć. Głowę wypełniają jej myśli, uciekające, niepewne, związane z tym co zrobiła, co zrobić mogła, by ocalić swoich ludzi, ma mętlik czasowy, sytuacyjny, relacyjny.

I choć stworzenie takiej bohaterki i prowadzenie narracji w idealny sposób dopasowanej do jej sytuacji życiowej, pozwoliło stworzyć naprawdę dobrą powieść, to jest ona w pełni zrozumiała tylko przez te osoby, które albo same uczestniczyły w misjach wojskowych, albo wśród najbliższych mają żołnierzy powracających z wojny.

A może się mylę? Sprawdźcie.

14.6.19

Dla dzieciaków (26)

Dla dzieciaków (26)
Hania Buch. Orka w wannie.



Spotkałam autorkę wraz z nowiutką książką o orce na Targach w Krakowie. Lekarz weterynarii piszący o ochronie środowiska i tym, jak podczas codziennych czynności możemy zadbać o zmniejszanie zasobów naturalnych, zaintrygowała mnie. Wiem, minęło sporo czasu, ale w końcu jest - Orka w wannie.

W pewnym domu, w pewnej rodzinie, w wannie pojawiła się orka. Życzliwie nastawiona do mieszkańców, nie chciała jednak samodzielnie opuścić ich domu, a odtransportowanie jej napotykało na trudności prozaiczne - za pomocą jakiego sprzętu przenieść orkę do oceanu? Dorośli próbowali ją wynieść, karmili, smarowali lanoliną, by nie wyschła, ale to dziecko zapytała - czemu tu jesteś. Pytanie Ali przyniosło zaskakującą odpowiedź. Taką, która zmusza do myślenia, refleksji nad własnym zachowaniem i nakłania do zmian.

Książka, mimo, że cechuje ją pewna nieporadność językowa, niesie ze sobą istotne ekologicznie przesłanie. 

Arnold Lobel. Mysie bajeczki.


Tata Mysz ma siedmiu synów. Gdy proszą go o bajkę na dobranoc opowiada im siedem - po jednej bajce na synka. 

Bajki mają w sobie łagodność, zachwyt światem, ironię i humor, upodobanie do życia, spokój i radość. Mają w sobie różnorodność, która sprawia, że dziecko za każdym czytaniem będzie miało szansę zwrócić uwagę na coś innego, coś co skieruje jego uwagę na odmienne od wcześniejszych lektur, znaczenie słuchanej historii.

Zdecydowanie dla młodszych dzieci, idealne do usypiania:)

Oliver Scherz. Zaraz wrócimy, tylko do Afryki skoczymy.


Pewnego wieczoru, podczas nieobecności rodziców w domu, do sypialni Karola i Mai ktoś stuka. Stuka w okno. Przerażone dzieci odkrywają, że ich gościem jest słoń. Słoń - uciekinier. Abuu urodził się i wychował w ZOO, ale tęskni za rodziną żyjącą w Afryce. Zna ją tylko z opowieści swojej mamy, która niestety zmarła w ogrodzie zoologicznym nie mogąc wrócić do Afryki. Słoń opowiada dzieciom o swoim pragnieniu powrotu do rodzinnych stron, dzieci zerkają na globus, by upewnić się, gdzie leży Afryka i podejmują decyzję o tym, ze zaprowadzą Abuu do rodziny. 

Wędrują, wędrują, a po drodze napotykają różne zwierzęta, które - zaciekawione ich wędrówką - zapraszają ich do rozmowy, proszą o pomoc lub po prostu im towarzyszą. 

Zaraz wrócimy, tylko do Afryki skoczymy to bardzo czytelna opowieść o emocjach zwierząt, ich tęsknotach, miłości, poszanowaniu, trosce o siebie wzajemnie, lojalności. Książka Olivera Scherza będzie pomagała Wam wykształcić w dziecku empatię, uwrażliwić na los zwierząt, nauczyć wzruszeń.

13.6.19

Lucia Berlin. Poradnik dla pań sprzątających.

Lucia Berlin. Poradnik dla pań sprzątających.

Opowiadania Lucii Berlin czytałam zaciekawiona doskonałymi recenzjami. Czytając dostrzegałam w nich świat miniony, ale też przesączony złem, relacjonowanym pozornie niedbałym tonem.

Indianie, którzy opijają świetność, jakiej sami nigdy nie doświadczyli, młodzi migranci wrzuceni w świat kompletnie dla siebie nie zrozumiały, groźny i prowadzący do wypaczenia ich charakterów, dzieci, odczuwające, ze dorośli robią im krzywdę, choć nie do końca świadome tego jaką i zupełnie nie umiejące się przed tą krzywdą bronić, udzie, którzy życie dostrzegają ładnym po wielu kieliszkach alkoholu i równie wielu dawkach narkotyków. Zagubieni, wyobcowani, zmagający z Rzeczywistością, poprzez bierne jej się poddanie.

Nie widzę w tych opowiadaniach nadziei. Nie umiem dostrzec żadnego optymistycznego prądu skłaniającego nas, czytelników, do wyciągnięcia wniosku, że mimo trudnych (tak, to eufemizm) warunków życia, bohaterowie opowiadań Lucii Berlin mają szansę na normalność. Dla mnie pozostają oni na zawsze uwikłani w takie relacje ze światem, które z góry skazują ich na porażkę.

12.6.19

Ciepło, a Kociokwiki wypoczywają...

Ciepło, a Kociokwiki wypoczywają...
Każdy z kotów znalazł swoją niszę. A to balkon, a to pokój, do którego słońce zagląda tylko rano, a to łazienka. Kajtek z upodobaniem przysypia na skrzynce, w której posiałam mieszankę kwiatów łąkowych i która - przed wszędobylskimi kociętami - zasłonięta jest ochronną folią.


Za to nocą - Kociaste odżywają i biorą w posiadanie całe mieszkanie. Co i rusz budzą mnie kocie łapki plączące się w moich włosach, trzaśnięcie bliżej niesprecyzowanego czegoś, co spada razem z kotem, uderzenie w barierkę balkonową - mam wrażenie, że koty testują wytrzymałość siatki.


Sisi chodzi się coraz trudniej. Jeździmy na kurację kwasem hialuronowym, kocinka jest po 4 zastrzykach, ale niestety - nie dostrzegam poprawy. Chętnie za to korzysta z podnoszenia, noszenia, zdejmowania z miejsc, na które się wspięła i z których zejść się obawia. Trzynaście lat życia to poważna sprawa...


Nusia nadal walczy z nadżerką. Przechodzi kurację antybiotykiem, z dodatkiem leków osłonowych. Oczy niby ładniejsze (jako efekt uboczny), ale na języku wciąż wyżarty kawałek ciała. Kolejna wizyta kontrolna w poniedziałek. Co rano zastanawiam się, gdzie Nusia śpi, bo w łóżku jej najwyraźniej zbyt gorąco.


Koty wzięły we władanie dom. Znajdują zakamarki, zaglądają w szczeliny, pokazują, gdzie jeszcze można wejść, wdrapać się, ukryć, gdy się jest kotem. Pokazują jak dbać o ich potrzeby, jak zatroszczyć się o komfort kocich panienek i chłopczyka, podzieliły mieszkanie na swoje terytoria.


Myślałam, że Kajtek, z każdym kolejnym dniem życia, będzie stawał się odważniejszy. Ostatnia wizyta gości pokazała, że płonne to były nadzieje. Po pierwszym dzwonku do drzwi i obcym głosie rozlegającym się w domu, kocisko próbowała zdemolować kuchnię szukając szczeliny, w którą może się wcisnąć. Gdy tylko za ostatnim gościem zamknęły się drzwi, Kajtek wyłonił się z nicości i po solidnym przeciągnięciu ruszył raźno do kuchni w poszukiwaniu misek.

Co rano siadam w ich towarzystwie na balkonie. Czytam, piję kawę, spoglądam na nie, śledzące wzrokiem przelatujące ptaki, oglądające spacerujące ze swoimi ludźmi psy i zastanawiam się jaką ceną płacą za bycie zwierzętami towarzyszącymi człowiekowi. A jednocześnie mam świadomość jaką cenę za wolność płacą koty żyjące wolno.

P.S. Autorem trzech pierwszych zdjęć jest T. Z.

5.6.19

Emilia Smiechowski. My, superemigranci.

Emilia Smiechowski. My, superemigranci.

Emilia Smiechowski wyjechała z Polski będąc dzieckiem, więc jej emigracja była emigracją nieświadomą. Pewnego dnia, pod pretekstem odwiedzin wakacyjnych u wujka, rodzina wyruszyła w poszukiwaniu lepszego życia.

Rodzice napominali córki, by pilnie poznawały język niemiecki, wkraczały w kulturę, społeczność, tak, by jak najmniej było w nich widać polskości. Tytułowi superemigranci są właśnie tacy - wtopieni idealnie w społeczność w jakiej zdecydowali się żyć, kultywujący tradycje od najprostszych dotyczących dań na stole i kanapek do szkoły, po te nieco bardziej związane z wątkami narodowościowymi. Autorka podkreśla, że odrębność jej rodziny dotyczyła głównie obecności w polskim kościele, gdyż ten niemiecki nie wydawał się rodzicom bliski mentalnie na tyle, by czuć się tam dobrze.

Uderzające w opowieści Smiechowski jest to, jak bardzo ówczesna emigracja - totalna, bo związana z miejscem, językiem, kulturą, różni się od tej współczesnej - rozpychającej się w niemieckim społeczeństwie artyzmem, językiem, sztuką, literaturą. Podkreśla również wyobcowanie, którego oświadczają dziecięcy emigranci, nie czujący się nigdzie tak naprawdę u siebie.

Interesująca lektura.

29.5.19

Ele Fountain. Uciekinier / Khaled Hosseini. Modlitwa do morza

Ele Fountain. Uciekinier / Khaled Hosseini. Modlitwa do morza
 

Ostatnio cierpię na niedoczas i zmęczenie bardziej niż zwykle. Następują zmiany, zmiany generują więcej pracy i wieczorami najczęściej sił wystarcza mi jedynie na prysznic i w miarę bezpieczne dotarcie pod kołdrę. A jednak - ta książka zelektryzowała mnie na tyle, by na jej lekturę zarywać i tak za krótkie chwile odpoczynku.

Shif to chłopak jakich wielu wokół nas. Ma 14 lat, młodszą siostrę, wychowuje ich mama. Nastolatek uwielbia matematyczne zagadki, z zapałem rozgrywa z Binim, najlepszym przyjacielem, partie szachowe, żyje beztrosko jak wielu w jego wieku. I nagle nadchodzi dzień, w którym Bini nie pojawia się w szkole, a Shif słyszy od jego matki, że już więcej się tam nie zjawi. Co gorsza - on sam, od swojej mamy dowiaduje się, że ojciec, którego uważał za zmarłego, zniknął pewnego dnia i nie wiadomo co się z nim stało. Zniknął, bo sprzeciwiał się władzy. Chłopcom także grozi niebezpieczeństwo - młodzi ludzie zaraz po ukończeniu szkoły są wcielani do wojska, z którego niektórzy już nie wracają. Gdy w nocy w domu Shifa rozlega się łomot do drzwi ani on, ani jego bliscy nie wiedzą, jak wiele determinacji będzie musiał mieć, by przeżyć.

Choć Ele Fountain i Khaled Hosseini piszą o uchodźcach z innych stron świata, to przecież w przymusowym pozostawianiu swojego życia i wyruszaniu w nieznane jest zbyt wiele wspólnego, by dzielić uchodźców. Tam, gdzie u Brytyjki narratorem jest nastolatek, u Hosseiniego - w poetyckiej opowieści - dorosły mężczyzna, który opiekuje się w trakcie ucieczki synem; dzieckiem pełnym ufności, wierzącym w słowa taty i w niej pokładającym nadzieję.

Każda z historii, o których tu piszę, jest przejmująca na swój sposób. Każda skrywa ból, poczucie osamotnienia, grozę nieznanego losu czekającego bohatera, obawę o życie najbliższych.

Zarówno Uciekinier, jak i Modlitwa do morza ukazują nam otrzeźwiającą prawdę. Ci, którzy zmuszeni konfliktami wojennymi musieli opuścić swoje domy nie są liczbami w statystykach. Są ludźmi - marzącymi o tym wszystkim, czego my, wielokrotnie, nie umiemy docenić.

Przeczytajcie.

24.5.19

Katarzyna Ryrych. Hodowla.

Katarzyna Ryrych. Hodowla.

Kiedy Katarzyna Ryrych opowiadała o książce Hodowla zapowiadając jej wydanie, miałam przed oczyma inny obraz tego co przeczytam. Wydawało mi się, że historię opowiedzą nam nastoletni bohaterowie, którzy dostrzegą to, czego nie chcą dostrzegać ich rodzice. Z dużym zdumieniem przyjęłam starszy, niż wyobrażony przeze mnie, wiek narratora. Ze zdumieniem i - z każdą obracaną kartką - poczuciem, że taki zabieg narracyjny sprawił, iż powieść ma wymowę silniejszą niż miałaby, gdyby jej bohater miał lat naście.

Wracanie po dziesięciu latach do miasta, w którym się mieszkało i w którym przeżyło okres dojrzewania do własnych idei, rozwoju społecznego, fizycznego oraz wspinało się na wyższy niż w latach dziecięcy poziom obserwowania świata, może być trudne. I takie też jest dla narratora - mężczyzna spacerując po miejscach odwiedzanych z kolegami, przestrzeniach, które dla nich - młodzieży licealnej - były miejscami pierwszych poważnych rozmów, spotkań, przy jeszcze wówczas nielegalnie pitym alkoholu, miejscami odkryć i fascynacji płcią przeciwną. Chodzi po mieści i wraca myślami do szkolnych dni. Do tego, by zawsze było wszystko jak najlepiej, nie bacząc na predyspozycje i chęci uczniów. Do tego, że w hierarchii szkolnej byli równi i równiejsi, a to po czyjej wówczas stali stronie zdeterminowało ich dorosłe lata i wybory życiowe. Do czasów tolerancji i jej braku, chwil pełnych wyzwań wobec terroru jedynej słusznej racji.

Bohater ogląda się wstecz i dostrzega to, co będąc nastolatkiem jedynie przeczuwał. Podczas spotkania z kolegą, niezbyt lubianym dawniej, odkrywa pewne tropy, które pozwalają mu zauważyć więcej i z innej, niż dotychczas, perspektywy.

Mocna książka. W kontekście dyskusji nad współczesną edukacją - bardzo potrzebna i bardzo trafnie wypunktowująca błędy systemu.

Polecam.

23.5.19

Łukasz Pilip. Podwórko bez trzepaka. Reportaże z dzieciństwa.


Trzynaście reportaży o dzieciach, których dzieciństwo wygląda inaczej niż to sielskie, jakie istnieje w naszej wyobraźni, wspomnieniach, czy kodzie kulturowym kojarzonym z pierwszymi latami życia.

Bohaterami tekstów Łukasza Pilipa są dzieci - celebryci, dzieci zmagające się z nieuleczalnymi chorobami, agresją własną bądź czyjąś, narażone na zainteresowanie dorosłych o zabarwieniu seksualnym, dzieci niechciane, zbyt wcześnie dorosłe, przejmujące rolę opiekunów rodziny.

Trudna to lektura, wymagająca i pokazująca świat na jaki niekoniecznie chcemy patrzeć. Ale to przecież rola reportaży - aby pokazywać nam coś, czego sami nie dostrzegamy, czy to z powodu omijania wzrokiem, czy zbyt małej empatii.

P.S. Autor jest laureatem Festiwalu Wrażliwego, znacie Festiwal?

22.5.19

Brigitte Bardot. Łzy walki.

Brigitte Bardot. Łzy walki.

Brigitte Bardot dla wielu z nas na zawsze pozostanie gwiazdą srebrnego ekranu, legendą, symbolem seksu. Kobietą podziwianą, kochaną, w towarzystwie której chciano się pokazywać. Kobietą, która pewnego dnia powiedziała stanowcze "dość" i postanowiła swoją popularność wykorzystać w walce o prawa zwierząt.

Z manifestami osób zaangażowanych w propagowanie idei, której są oddane, może być niełatwo. Często w grę wchodzą emocje wybrzmiewające silniej niż przesłanie, które autor tak naprawdę chciałby zawrzeć w swoich słowach. I choć - gdyby chodziło o jakiekolwiek inne niż upominanie się o zwierzęta idee - mogłabym się zżymać na pewną chaotyczność wywodu spowodowaną właśnie emocjami, to w przypadku tego tematu w pełni rozumiem.

Brigitte Bardot opowiada o swoim domu dzielonym ze zwierzętami, opowiada o pierwszych chwilach walk o zakaz zabijania foczych dzieci, o transportach koni i tych wszystkich strasznych rzeczach, które my ludzie w swojej bezduszności i krótkowzroczności robimy zwierzętom. 

Dziś, w Dniu Praw Zwierząt, nie sposób przedstawić Wam innej książki. Książki, która jest zapisem tego, jak nierówna jest walka człowieka wrażliwego z ludźmi, którzy koncentrują się na zyskach, nie bacząc na cierpienie jakie sprawiają innym niż człowiek stworzeniom.

Jednak, nie bacząc na to jak boli okrucieństwo wobec zwierząt, trzeba się o cierpiące i osamotnione zwierzęta upominać. Wciąż i wciąż. Trzeba im nieść pomóc na każdy z możliwych sposobów, bo to my jesteśmy winni temu złu, które staje się ich udziałem.

17.5.19

Dla dzieciaków (25)

Dla dzieciaków (25)
Marcin Wicha. Klara. Proszę tego nie czytać! Słowo na "Szy".


Nowe wydanie historii Klary napisanej przez Marcina Wichę zrobiło wokół książki nieco szumu i bardzo się cieszę, bo dzięki temu miałam okazję się o niej dowiedzieć. Sięgnęłam po wydanie poprzednie, w dwóch tomach i choć nie ma tu chwalonych mocno ilustracji, to doceniam całą sobą treść.

Klara ma 9 lat, młodszego brata i rodziców. Marzy o psie (kto w jej wieku nie marzy), pisze pamiętnik i bardzo skrupulatnie obserwuje świat wyciągając wnioski z tego co widzi. Ironia, jaką dokłada do wypowiedzi Klary Marcin Wicha sprawia, że przygody dziewięciolatki są szalenie pouczające dla dorosłych czytelników. Autor, obserwacjami dziewczynki, tropi absurdy, pokazuje wynaturzenia, obśmiewa dziwactwa, które wytworzyliśmy sobie sami i do których próbujemy dorównać.

Zacytuję Wam fragment, jakże aktualny wobec niedawnego strajku nauczycieli:
Kiedy on [tata - przypisek mój] był mały, ciągle stawiali dwóje, wpisywali uwagi do dzienniczka i kazali nosić coś, co się nazywało juniorki. Zwłaszcza wywiadówki były okropne. Babcia musiała chodzić do szkoły i obiecywać, że tata się poprawi.Na szczęście teraz nie mamy żadnych stopni, tylko grzybki, motylki i kwiatki, żeby się nie stresować. Nie ma też zeszytów, tylko karty pracy. No i nie mamy wywiadówek. Zamiast tego jest dzień otwarty. Wtedy pani musi zostać dłużej w pracy i obiecać rodzicom, że się poprawi (...). [s. 69]
Poczytajcie - to bardzo pouczająca lektura.

Kamila Loskot, Łukasz Loskot. Czy to pies, czy to bies, czyli zbiór słowiańskich stworów.



Podoba mi się rozkwitająca moda na mitologię słowiańską. Po długim okresie zachwytów mitami innych nacji, przyszła pora na nasze swojskie południce, mamuny, strzygi, zmory i inne. Tekst Łukasza Łoskota idealnie współgra z ilustracjami Kamili Łoskot, wzajemnie się dopełniają i sprawiają, że jedno bez drugiego nie byłoby tak sugestywne, przemawiające i urokliwe.

Książka adresowana jest do dzieci i autor tekstów pisze ją tak, by dzieci zrozumiały kim są stwory słowiańskich mitów, ale by nie przeraziły się nimi zbytnio. Ot, na przykład o mamunach dowiadujemy się, że: (...) wylęgają się z duszyczek nieślubnych dzieci, które niespodziewanie opuściły ten świat [s. 26], a o chmurniku, że rodzi się z duszy człowieka, który został porwany przez wichurę lub zginął trafiony piorunem i nie jest dobrze wychowanym dżentelmenem [s. 68]

Przyznam Wam, że podczas lektury tej książki nie umiałam się oprzeć zamyśleniu nad tym, jakim stworem byłabym, gdybym miała być. I cóż... Odpowiedź - dla tych, którzy mnie znają - jest łatwa: leszym lub przedstawicielem plonek.

A Wy?

David McKee. Urodziny Elmera.


Fanką Elmera jestem już od dawna i na wieść, że w tym roku kraciasty, kolorowy słoń obchodzi 30 urodziny uśmiechnęłam się szeroko. 25 maja będziemy świętować, a póki co - zapraszam do lektury.

Słonie postanawiają zrobić Elmerowi niespodziankę - dzień przed jego urodzinami namawiają wszystkie zwierzęta, aby udawały, że zapomniały o święcie. Zwierzęta podejmują próby wyjaśnień, dopytują, ale słonie są skupione i nie pozwalają na dyskusje. Następnego dnia większość zwierząt mija przyjaciela w kratkę z lekko niewyraźnymi minami, a gdy nadchodzi wieczór jeden ze słoni pyta: Nie jest ci smutno? Nikt nie złożył ci życzeń urodzinowych.

Co było dalej i czy Elmerowi faktycznie było smutno, doczytajcie. A później pomyślcie o niebywałym optymizmie i pogodzie ducha słonika i przedstawcie go (o ile jeszcze nie znają) dzieciom. To bardzo inspirująca postać:)
Copyright © 2016 Prowincjonalna nauczycielka , Blogger