30 grudnia 2015

Książki roku i kalendarz dla Was

Rzadko robię podsumowania, ale w tym roku czuję taką potrzebę. Korzystając z podpowiedzi facebookowych albumów, do których co miesiąc wrzucam zdjęcia tego co przeczytałam, wysłuchałam lub co obejrzałam, wybrałam tytuły dla mnie ważne w kończącym się roku. Ważne w tym kontekście ma dość pojemne znaczenie, ale o tym poniżej.


Mniej to książka, o której było głośno. Bardzo głośno. Bo jakże pokazać obcym swój portfel, przyznać się do marnotrawienie pieniędzy, do wydawania ich nierozsądnie i ponad miarę lub pokazać światu swoją biedę wynikającą albo z nieumiejętności gospodarowania tym, co mamy, albo z niewystarczających środków na życie? Jak przeprowadzić publiczną wiwisekcję wydatków, gdy gdzieś w najgłębszych zakamarkach umysłu przechowujemy świadomość, że zakupy są nagrodą/pocieszeniem/nałogiem? Marcie Sapale udało się znaleźć rozmówców chętnych do udziału w projekcie, a efekt wielu osobom - sądząc po recenzjach - dał do myślenia.

Tetrus to powieść. Jednak postacie w niej występujące, historie opowiedziane są zlepkiem doświadczeń autora. Mądra, doskonale napisana, nie tylko dla nastolatków.

Dlaczego podskakuję jest książką napisaną przez trzynastoletniego autystyka. Formuła pytań i odpowiedzi w prosty sposób tłumaczy jak wygląda życie osoby z autyzmem.

Zły Tyrmanda w świetnej interpretacji Adama Ferencego. Czy trzeba dodawać coś jeszcze?

Jednym z niewielu filmów jakie obejrzałam w tym roku są Służby specjalne. Warto.

Zupełnie nie rozumiem dlaczego dotychczas nie poznałam Melkersonów. Na szczęście wysłuchałam Dlaczego kąpiesz się w spodniach wujku? i wiem, że gdybym przeczytała tę książkę w dzieciństwie miałaby szansę rywalizować z Dziećmi z Bullerbyn o tytuł ulubionej książki.

Stasiuk. I tu od razu powiem, że w tym roku pozachwycałam się nim dwukrotnie. Raz dzięki wywiadowi z Dorotą Wodecką, drugi - dzięki zbiorowi opowiadań o współistnieniu człowieka i Natury, a może nawet bardziej człowieka w Naturze.

Złe psy Patryka Vegi to książka- rozmowa. Mroczna, drapieżna i okrutna.

Podpalacze książek mają na razie dwa tomy. Czekam na trzeci i uważnie śledzę rozwój akcji. Powieści dla młodzieży, w których dobrzy zajmują się chronieniem wiedzy zapisanej w książkach, a źli - niszczeniem tejże, bo głupimi ludźmi łatwiej manipulować, są interesującą interpretacją klasyki gatunku.

Dotknij Boga, czyli zapis zaskakującej wędrówki. Świadomie nie piszę podróży i choć waham się nad użyciem słowa pielgrzymka, to jednak określenie wędrówką tego, co robił Patryk Świątek wydaje mi się najwłaściwsze. Książka, która na długo zapada w pamięć.

Pratchettowskie Kiksy klawiatury są dopełnieniem, inspiracją, przyjemnością. Dość powiedzieć, że po ich lekturze obiecałam sobie przeczytać na nowo cały Świat Dysku, a wydawca wyszedł mi w tym na przeciw publikując kolejne tomy cyklu w twardych oprawach za niewielkie pieniądze, do kupienia w kioskach. 

Lektor z pociągu 6:27 to zaskoczenie. I nie wiem, czy nie jedyna francuska powieść przeczytana przeze mnie w tym roku;-)

Kolejną książką nie będącą powieścią w rocznym zestawieniu jest Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej. To interesująca opowieść o zderzeniu cywilizacji Zachodu z cywilizacją tzn. pierwotną. Szkoda, że opowieść o przygnębiającej konkluzji.

Nad listopadowym czytaniem, niestety - nie tak obfitym jakbym sobie mogła tego życzyć - góruje w tym roku książka Ziemowita Szczerka o Ukrainie. Wolę autora w literaturze faktu niż w powieści.

Na obrazku, po prawej stronie, zobaczyć można książkę, która towarzyszyła mi przez cały rok. Oczywiście, nie noszę jej przy sobie i nie wczytuję się ślepo w każde zdjęcie, czy frazy instruktażowe. Ale też, na jej podstawie układam sobie kolejność ćwiczeń, dobieram zestawy, na których robienie mam ochotę w danym tygodniu, traktuję ją jako bazę wyjściową. Zupełnie inna kategoria, ale także ważna i stąd jej obecność w zestawieniu.

Brakuje książki na grudzień. Nie umiałam jej wybrać, bo żadna z nich nie wydawała mi się aż tak odkrywcza, nowa, ważna dla mnie. Ale i bez wybierania lektury grudniowej wiem, że w ciągu roku częściej sięgam po literaturę faktu, wywiady, eseje, dzienniki, zapisy w podróży. Literatura pojmowana jako proza, zachwyca mnie już rzadziej, stawiam jej większe - niż kiedyś - wymagania. 

Uznaję ten rok za dobry. Pozbyłam się wyrzutów sumienia, że czytam za mało, za wolno, że tekstów na blogu jest niewiele. Czytam i piszę w swoim tempie, nie wygasła we mnie zachłanność, ale czas jaki mogę poświęcać na przyjemności literackie znacznie się skurczył w stosunku do lat poprzednich. Nie przeszkadza mi to jednak - wykorzystuję wolne chwile, zawsze mam przy sobie audiobooka, czerpię radość z czytania.

Uporządkowałam wiele spraw w moim życiu. Są i takie, które wciąż porządkuję i takie, do porządkowania których dopiero się zabiorę, bo czekają na swoją kolej. Mam satysfakcję z tego, co już zrobiłam. Po 1 stycznia zrobię wpis na kolejny rok, bo lubię wiedzieć od czego zaczęłam i mieć z czym porównywać. O, tak jak tu.

Dziękuję za Waszą obecność. Za czytanie, komentarze, czasami maile. Za to, że wciąż czuję, że po drugiej stronie mojego ekranu ktoś jest.

Mam prezent dla kogoś z Was. Przywędrował do mnie od Mikołaja, ale Mikołaj zgodził się, bym - mając już dwa kalendarze - trzeci podarowała komuś, kto zechce się z nami podzielić tytułem książki (wraz z uzasadnieniem), która dla niego była najważniejszą książką 2015 roku. Na Wasze typy czekam jutro do północy. 1 stycznia wskażemy, po naradzie z Mikołajem, do kogo powędruje kalendarz.


Przyjemnego witania Nowego Roku!

22 grudnia 2015

Na Boże Narodzenie

Brak mi w tym roku klimatycznego oczekiwania na Boże Narodzenie. Omijam centra handlowe, nie słucham radia, nie oglądam TV, więc reklamy nie przekonują mnie, że powinnam natychmiast kupić to i tamto, bo święta bez tego i tamtego będą nieudane. Inwazji promocji i reklam nie żałuję, żałuję jednak tego, że w tym roku nie zaangażowałam się - jak robiłam to w latach ubiegłych - w wyzwanie Znalezione pod choinką. Niestety, nie ja jedna, sądząc po pustce na wyzwaniowym blogu, mam z zaangażowaniem w tym roku kłopot. Nie sądzę, aby wyczerpała się formuła wyzwania - wciąż przybywa nowych blogerów piszących o książkach i ich wędrówki po okołoświatecznych lekturach czy filmach mogłyby wnieść sporo powiewu świeżości. Cóż, trzeba o tym pomyśleć u progu kolejnego Adwentu...

A tymczasem... Minęła ostatnia niedziela Adwentu. Za dwa dni Wigilia Bożego Narodzenia. Dom pachnie piernikiem i sosem greckim do ryby (którą w tym roku udanie naśladują kotlety sojowe), o regał z książkami opierają się przystrojone lampkami gałęzie świerkowe, a ostatnie prezenty wciąż są w wykonaniu (powtarzam sobie, że zdążę). Na świąteczne czytanie czekają książki i nawet mam przygotowany film It’s a Wonderful Life (to moje kolejne do niego podejście).


Książki dotychczas przeczytane rosną w stos do opisania. Przed snem czytam kolejne, ciesząc się na nadchodzące dni wolne - planuję je spędzić w dużej mierze zanurzona w prozę, w oderwaniu do komputera i telefonu. Ale póki co - kilka słów o tych, które już za mną.

Dziennik roku chrystusowego. To opowieść snuta niczym pogaduszki nad kawą. Wspominki, codzienność, rozważania najróżniejsze, próba wyłapania tego co ważne i co ważniejsze. Oddałam do biblioteki zanim skończyłam czytać, bo wiem, że chcę mieć własną.

Sięgnęłam po drugi tom Podpalaczy książek, czyli Moja siostra wojowniczka, bo pierwszy zachwycił mnie pomysłem na fabułę. I nie mówię tu o dwóch walczących ze sobą bractwach, ale bardziej o tym, że tym o co walczą jest wiedza zapisana w książkach. I o tym, że nagle na plan główny opowiadanej historii wysuwa się autystyczna dziewczynka, którą otoczenie - przyznajmy szczerze - dość mocno lekceważy. Nie muszę dodawać, że niesłusznie?

Drach Szczepana Twardocha czytałam, by domknąć sobie aktualną twórczość Autora. Dracha czytało mi się o wiele przyjemniej niż Morfinę i nawet nie przeszkadzało mi tak bardzo to, że nie rozumiem niemieckich wtrętów. Twardoch zastosował ciekawy zabieg stylistyczny i kolejne kartki przewracałam zainteresowana tym, czy utrzyma się w nim do końca.

Wywiad z Markiem Dyjakiem przeczytałam, bo jedna z moich koleżanek niegdyś mi Dyjaka polecała. Trochę słuchałam, nie wszystko mi odpowiadało w jego chropowatym głosie i sposobie śpiewania, ale ogólnie jestem nastawiona do niego pozytywnie. I nie zmieniła tego wygłoszona przez niego opinia, że Stare Dobre Małżeństwo straszliwie popsuło Stachurę;-) Posłuchajcie...


Za Milionerem z Gdańska Katarzyny Majgier rozglądałam się już od pewnego czasu. Byłam ciekawa, jak potoczy się historia dzieciaków, które odkryły w podziemiach pałacu wehikuł czasu i pilnują, by nikt poza nimi nie dowiedział się o jego istnieniu. Mam wrażenie, że ten tom jest tomem "na przeczekanie" i dopiero w kolejnym wydarzy się coś, co posunie akcję cyklu powieściowego do przodu.

Mania czy Ania w interpretacji Edyty Jungowskiej i Piotra Fronczewskiego jest majstersztykiem. Z pewnością pamiętacie film Nie wierzcie bliźniaczkom z Walt Disney Pictures zrealizowany na podstawie powieści Ericha Kästnera. Jeśli nie - posłuchajcie książki, a później obejrzyjcie film:-)

Przyznaję, że nie pamiętam Zimowej opowieści Szekspira. Ale mimo to sięgnęłam po nią opowiedzianą współcześnie, czyli po Przepaść czasu Jeanette Winterson. Nie rozczarowałam się. Sporo w tej historii momentów do zatrzymania się i podumania, sporo takich, które czynią treść mglistą i wodzą czytelnika na manowce. To proza dobrej marki. Polecam.

Pomiędzy Grząskimi piaskami Mankella, który oprócz pisania - bardzo świadomego - o swojej chorobie, zdaje się zamartwiać o odpady nuklearne i to, że jako ludzkość nie umiemy zbudować miejsc, w których damy je radę bezpiecznie przechować przez 100 tys. lat, przeczytałam książkę Pani komisarz nie znosi poezji. Lubię kryminały nieoczywiste, w których zbrodnia schodzi na dalszy plan, bo istotą powieści jest przedstawienie jej bohatera - prowadzącego śledztwo. Dlatego też polubiłam (mimo koszmarnych okładek) powieści R. D. Wingfielda, o których jak widzę, nie napisałam w ubiegłym roku ani słowa; cóż za niedopatrzenie z mojej strony! 

Czytam nadal Mankella, a jego felietony przeplatam znacznie optymistyczniejszą książką, czyli publikacją Katarzyny Molędy Szwedzi. Ciepło na Północy. Owszem, jest ciepło, życzliwie i zabawnie - właśnie czytam o wspólnych pralniach i skrupulatnym pilnowaniu terminów prania.

✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵

Wśród zwierzaków życie toczy się ustalonym rytmem. Sara spaceruje z Babcią, przysiada pierwsza koło ulubionej ławeczki i oczekuje na smakołyki oraz głaskanie. Gdy wieczorem słyszy ode mnie, że ma iść mi wygrzać łóżko, bo koty gdzieś polazły, nie zastanawia się zbyt długo - tylko ochoczo korzysta z okazji. Dzień spędza pilnując Babci, ze szczególnym zapałem czyniąc to wówczas, gdy Babcia jest w kuchni.

Kavka spaceruje ostrożnie po domu, zajmuje a to drapak, a to poduchę na krześle w kuchni i omija jedynie moją sypialnię. Za dużo zapachów rezydentów i za duża szansa na to, że któryś z rezydentów zaprotestuje czynnie przeciw jej obecności. 

Sisuleńce zdarza się coraz częściej porzucić kosz na pranie stojący tuż przy grzejniku na rzecz wtulenia się ze mnie. Gusia i Nusia to senny zestaw obowiązkowy; gdy w nocy przewracam się z boku na bok, czuję na sobie karcące spojrzenie kocic, a później niemalże słyszę westchnienia "No już się ułożyła, można spać".

W połowie grudnia Tola i Borek z Tymczasowego Domu Tymczasowego przeprowadzili się do własnego. Zamieszkali z dwojgiem ludzi, kotką i psicą. Tym, którzy są ciekawi jak im w nowym domu, zapraszam na facebookowe wydarzenie.

  

Odezwał się także dom Piotrusia. Chłopię jest już wyrośnięte i wygląda tak:

 

Mam nadzieję, że na Święta dostaniemy także zdjęcia od Sawy i Synów Anarchii. Tymona widuję często, ale też poproszę o zdjęcia, żeby Wam pokazać jaki piękny kocur z niego rośnie.

✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵✵

Wiem, że przez najbliższe dwa dni już tu nic nie napiszę. Dlatego już dziś chcę Wam złożyć życzenia dobrych Świąt Bożego Narodzenia. Niech każdemu będzie to, co czuje że jest dla niego dobre. Niech potrzebujący ciszy i spokoju znajdą właśnie to. Tym, którym brak rodzinnego gwaru i ciepła, niech się spełni owo ciepło i gwar. Każdemu niech będzie jego dobro. 


07 grudnia 2015

Kalendarze

Dziś 7 grudnia. Niby do końca roku zostało jeszcze trochę czasu, ale ja już rozmyślam o tym, jaki kalendarz będzie mi towarzyszył przez kolejne 12 miesięcy.

Kalendarze towarzyszą mi od zawsze. Pierwsze, te rodzinne, zdzieraki, powieszone w kuchni na metalowej podkładce. Później, w okresie nastoletnim, zapragnęłam mieć własny, rozmiarami odpowiedni do tego, by notować w nim istotne rzeczy, ale i taki, który bez problemu zmieści się w szkolnym plecaku, między zeszytami i książkami. Im więcej jeździłam, tym mniejsze stawały się kalendarze - przez kilka lat towarzyszyły mi niewielkie, treściwe, kalendarzyki werbistów. Jednak z czasem przybywało mi obowiązków i rzeczy, które chciałam zapisać, a to wymuszało na mnie szukania obfitszych rozwiązań;-)

W rok 2015 wchodziłam z kalendarzem, na który zdecydowałam się kolejny raz i który - także kolejny raz - się nie sprawdził. Za duży i z założenia służący bardziej temu, by traktować go jak księgę domu niż jako podręczny notes na milion najróżniejszych spraw. Pod koniec lutego dostałam kalendarz, który mam codziennie przy sobie. Idealny rozmiarem, z wstążką zakładką, gumką ściskającą coraz bardziej rozpychane przez przydasie kartki, z miejscem na wklejanie karteluszków przypominających o kolejnych książkach Pratchetta w kioskach, na kartkę-kolorowankę z Naszej Księgarni, na słonia ze śmiesznego materiału i magnetyczną zakładkę, która tam jest, bo zachwyciła mnie swoją urodą.

Bieżący rok kończę z trzema kalendarzami na rok następny. Każdy z nich obiecuje co innego, każdy kusi czymś innym. Jeszcze nie wiem, któremu powierzać będę codzienne zapiski, a który będzie mi towarzyszył leżąc na szafce nocnej (owszem, mam swoje typy, ale czas pokaże). Ten Reginy Brett jest kalendarzem ponadczasowym, nie ma w nim dziennych dat, może służyć przez kilka lat, by później, z perspektywy czasu, móc zerknąć na siebie w swoich notatkach i dostrzec zmiany. Ten środkowy, to kalendarz biznesowy - ma mnóstwo miejsca na zapiski, okładkę w energetycznym pomarańczowym kolorze, wstążkę do zaznaczania bieżącego tygodnia i kremowe, bardzo gładkie kartki. Ten najbarwniejszy, noszący tytuł "Odwaga", dopiero poznaję. Znalazłam go wczoraj, w wypastowanym na noc mikołajkową bucie :-)


Rok 2015 przeżyłam także z kalendarzem ściennym. Zamawiałam kalendarze w prezencie i postanowiłam wybrać także zdjęcia dla siebie, takie, które będą mnie cieszyły przez dwanaście miesięcy. Spodobało mi się to na tyle, że już zaczynam się rozglądać na fotografiami mogącymi przyozdobić mój dom w kolejnym roku.

Lubicie kalendarze? Macie swoje ulubione? Dostajecie przypadkowe, starannie wybieracie, zamawiacie według własnych koncepcji?

26 listopada 2015

Astrid Lindgren. Ronja, córka zbójnika.

Wstyd się przyznać, ale nie pamiętam już ile lat minęło od mojego ostatniego spotkania z Ronją. Jednak bez względu na to, jak duży dystans czasowy dzieli mnie od tego dnia, w historię córki zbójnika wkroczyłam zdumiewająco łatwo.

Choć może nie powinnam się temu dziwić? Wszak powieści Astrid Lindgren mają ową magiczną właściwość, że porywają serca bez względu na ich, owych serc, wiek.

W Zamku Mattisa, w pewien wietrzny dzień, przychodzi na świat córka herszta. Wychowywana między zbójeckimi kamratami pierwotnie uważa, że kamienna sala jest cały światem. Gdy stała się nieco starsza i przyszedł czas, by wyruszyła poznawać samodzielnie świat poza Zamkiem usłyszała od ojca bodajże najpiękniejsze rady, jakie ojciec może dać swojemu dziecku:
- Uważaj na Wietrzydła, Szaruchy i zbójców Borki.
- A jak poznam, że to są Wietrzydła, Szaruchy i zbójcy Borki? - zapytała Ronja.
- Zauważysz - odparł Mattis.
- Aha - powiedziała Rojna.
- I uważaj, żeby nie zablądzić w lesie - ciągną Mattis.
- A co mam robić, jak zabłądzę? - zapytała Ronja.
- Odnaleźć właściwą ścieżkę.
- Aha - powiedziała Ronja.
- I uważaj, żeby nie wpaść do rzeki.
- A co mam robić, jak wpadnę do rzeki? - spytała Ronja.
- Pływać.
- Aha - odparła Ronja.
Prawda, że mądre?

Cieszę się, że ponownie sięgnęłam po historię Ronji. Ciepła opowieść o ludziach którzy się szanują, o emocjach, którym zdarza się brać górę nad spokojem i o tym, jak dobrze jest być kochanym.

Pisanie, że polecam byłoby truizmem.

16 listopada 2015

Jan Antoni Homa. Kręgi albo kolejność zdarzeń.


Rzadko przywołuję tu książki raz już opisane. Na prośbę czytelniczki bloga sięgnęłam ponownie do powieści Jana A. Homy i nie czuję, aby ponowna lektura "Kręgów", stanowiła czas zmarnowany. Wręcz przeciwnie.

Kiedyś, kiedy będzie dorosły i silny, sprawi, aby na jeden dzień ściany wszystkich zakładów, w których mordowano zwierzęta, stały się przeźroczyste. Ludzie muszą zrozumieć, czego są współsprawcami, w czym tak naprawdę biorą udział. Zrozumieć i poczuć odrazę. [s.221]
 To takie proste; każde zabicie jest aktem nieposzanowania wobec życia. Pogardy, której ulegamy, którą się zarażamy, którą nasiąkamy bez udziału woli i świadomości, której pełni jesteśmy dla innych niż my sami. Która nie pozostaje obojętna dla kształtu i funkcjonowania naszego codziennego świata. [s.286]
 Po chwili defilada ponad stu ocalałych z wypadku, szorujących brzuchem po ziemi ptasich karykatur, karykatur zdeformowanych przez człowieka i dla człowieka, ruszyła za ludzkimi przewodnikami w kierunku wsi. [ s. 301]

P.S. Poprzednio o książce pisałam tak.

09 listopada 2015

Szanowni Państwo z Działów Promocji - chylę czoła...

Ów świetny wpis zobaczyłam u Agnes z Dowolnika w sobotę rano. Ale jak wiecie, po lekturze poprzedniego postu, weekend miałam pracowity, a w sobotni wieczór nie dość, że nie pomyślałam o pisaniu czegokolwiek, to w dodatku, zasnęłam zanim zdążyłam otworzyć książkę, by przeczytać choć stronę, na dobry sen. Ale dziś, już wypoczęta przystępuję do - jakże miłej - pracy.

W listopadzie mija 8 blogolat. Mnóstwo czasu, mnóstwo książek i mnóstwo ludzi, których dzięki książkom poznałam, nawet jeśli poznałam tylko wirtualnie. W tym oczywiście ci, którym poświęcony jest dzisiejszy wpis, czyli pracownicy działów promocji wydawnictw. Wspominałam ostatnio, że tak długi czas jest doskonałą okazją do obserwowania migracji wydawniczych i pozabranżowych, ślubów, rozwodów, pojawiających się na świecie dzieci, dzieci rozpoczynających edukację, czy wręcz edukację kończących. Tak, wciąż mówię o ludziach z działów promocji i ich historiach :-) Osiem lat, to czas w którym można się naprawdę dobrze poznać.

Komu chcę podziękować w sposób szczególny?

Pan Artur, niegdyś z Muzy, dziś w miejscu mi nieznanym. Jako pierwszy zaufał blogerom, to od niego dostałam pierwsze książki do recenzji i to z nim, jeszcze na targach w Pałacu Kultury, ucięłam sobie co najmniej godzinną dyskusję o ulubionych pisarzach. 

Pani Magda z Wydawnictwa Literackiego. W czasie, gdy coraz lepiej poznawałyśmy się z Panią Magdą, okazało się, że poza pasją literacką, łączy nas również umiłowanie do zwierzaków. Widujemy się rzadko, ale nawet w mailach książkowych mamy zawsze miejsce na to, by podesłać sobie kilka słów o kotach i psach. Mam niejasne poczucie, że gdybyśmy miały okazję spędzić na rozmowach więcej czasu niż ten, który mamy na targach, w idealnych proporcjach wymieszałybyśmy tematykę zwierząt i literatury. Za dyskusje pełne zrozumienia, cierpliwość - dziękuję:-)

Pani Agnieszka z Wydawnictwa Czarnego. To także osoba, która zaufała mi na początku mojej recenzenckiej historii blogowania. Dziś kontaktujemy się rzadziej, ale zawsze myślę o Pani z dużą sympatią.

Maciej, niegdyś z Claroscuro, dziś w Business & Culture. Dzięki niemu przeczytałam mnóstwo książek z najodleglejszych części świata i poraził mnie "Świadek". A ci, którzy lubią Murakamiego, mogą się dzięki niemu cieszyć klubem na Placu Zbawiciela:-) Podziwiam i kibicuję!

Pani Agnieszka oraz Pan Antoni z Iskier. Pani Agnieszko, pamięta Pani nasze spotkanie na Jarmarku Dominikańskim? Do dziś żałuję, że nie miałyśmy wówczas możliwości wyskoczenia na kawę i pogadania o różnościach. Panie Antoni, uwielbiam z Panem rozmawiać i każdorazowo cieszę się widząc z daleka Pański uśmiech:-) Dziękuję Państwu za Stachurę, Konwickiego i wiele, wiele przyjemności z obcowania z doskonale wydawanymi przez Iskry książkami.

Pana Mariusza z EMG znałam tylko korespondencyjnie, ale to dzięki niemu odkryłam Gaję Grzegorzewską i jestem mu za to bardzo wdzięczna. Podobnie jak za odkrycie Macieja Malickiego. Panie Mariuszu, nie wiem, gdzie Pana losy rzuciły, ale życzę powodzenia gdziekolwiek Pan jest.

Pani Małgosia - kiedyś z Literatury. Zdecydowanie czułam się rozpieszczana przez Panią:-) Cudnie się z Panią współpracowało, myślałam z serdecznością o Pani książce, a  dziś często wspominam nasze kontakty z wielką przyjemnością.

Łukasz i Iza ze Skrzata. Zawdzięczam Wam poznanie twórczości Marcina Pałasza, powrót do książek o Mamie, Kaście i gangsterach oraz ostrożność z Nudzimisiami;-) Daliście mi szansę poprowadzenia gali nagród literackich dla dzieci szkolnych, napisania kilku słów na okładkę książki ulubionego pisarza i świetne rozmowy prowadzone na targach, w mailach, czy via Facebook. Iza jest już poza wydawnictwem, a Łukasz milczy, więc pewnie też już wywędrował ze Skrzata.

Pani Agata z Wydawnictwa Nasza Księgarnia. Ileż książek, ileż rozmów, ileż zachwytów literackich! Z Panią Agatą kojarzy mi się życzliwy uśmiech, zaufanie i szacunek. Jestem niezmiernie wdzięczna za serdeczność, zrozumienie dla mojego upodobania do historii Zosi z ulicy Kociej, dziecięcych audiobooków, czy prozy Katarzyny Majger. Dziękuję:-)

Pan Marcin z Publicata. Kiedyś zaskoczył mnie Pan pytaniami o blogosferę, blogerów i wzajemne relacje, powiązania oraz efekty naszego, blogowego, pisania o książkach w kontekście sprzedaży tychże. Nie na każde pytanie umiałam Panu odpowiedzieć, ale bardzo miło wspominam tamtą rozmowę i z przyjemnością witam się z Panem na kolejnych targach. Dziękuję za zrozumienie dla mojego umiłowania powieści Miki Waltariego :-)

Pani Ola z W.A.B., a dziś - jeśli dobrze pamiętam - w Bellonie. Miło wspominam, Pani Olu, naszą współpracę i wszelkie odkrycia literackie, na które mnie Pani namówiła.

Paweł z Impulsu. Gdy byłam czynną nauczycielką chętnie sięgałam po publikacje najlepszego - moim zdaniem - wydawnictwa oświatowego w Polsce. Teraz odeszłam od zawodu i siłą rzeczy pozostaję poza nurtem publikacji branżowych. Mimo to, współpracę z Pawłem wspominam szalenie miło:-)

Pani Marta (już nie) z Zakamarków. Kobieta o dużej energii, wielkim sercu i silnym uścisku dłoni. Zniknęła Pani, Pani Marto, ale mam nadzieję, że to nie oznacza końca naszej współpracy. Jeśli kiedyś będzie Pani szukała ludzi do współpracy przy okołoksiążkowych projektach, proszę o mnie pamiętać.

Moja historia blogowania naznaczona jest, Szanowni Państwo z Działów Promocji, Państwa stałą  i pozytywną obecnością. Jak pokazuje powyższa lista dziękczynna - z wieloma osobami nie mam już kontaktu, ale to one pomogły mi w drodze do miejsca, w którym dziś jestem. Za każdy życzliwy list, za rozmowy o książkach, życiu, pasjach - dziękuję. Za wyrozumiałość, cierpliwość, zaufanie, za udostępnianie linków, podsuwanie kolejnych wartych przeczytania lektur - dziękuję. 

04 listopada 2015

Wpis reklamująco-zapraszający

Najbliższy weekend obfitował będzie w najróżniejsze wydarzenia okołoliterackie. I choć zazwyczaj tego nie robię, dziś chcę zaprosić Was na to, co robimy. My, czyli Miejska Biblioteka Publiczna w Katowicach.

W piątek, o 10:00 ruszają Śląskie Targi Książki. Odwiedzając stoisko nr 18 będziecie mieli możliwość wzbogacenia Waszych księgozbiorów za niewielkie pieniądze. Każda książka za jedyne 2 zł, czyli w cenie drożdżówki. A nie idzie w biodra;-)

O 14:00 w Filii nr 11, na ul. Grażyńskiego 47, rozpoczyna się - po raz pierwszy w Katowicach - Żywa Biblioteka. O tym, czym jest Żywa Biblioteka i z kim możecie, podczas niej, porozmawiać dowiecie się z facebookowej strony.

Także w piątek, ale w Filii nr 14, na ulicy Piastów 20, na Tysiącleciu, możecie spotkać się z Ziemowitem Szczerkiem. Zapraszamy go również w sobotę na Targi, ale tam będziemy musieli trzymać się wytyczonych przez organizatorów Targów czasów; spotkanie w bibliotece daje większą swobodę. I, gdyby dyskusje przeciągnęły się do późna, zawsze można przenieść się do nieodległych miejsc gastronomicznych;-) A sądząc po różnorodności tematycznej książek Ziemowita Szczerka jest duża szansa na to, że dyskusje będą trwały i trwały... [Wydarzenie na FB]

W sobotę o 10:00 ruszamy z Targami i warsztatami literacko-artystycznymi dla dzieciaków. O 14:00 odbędzie się spotkanie z Ziemowitem Szczerkiem, a o 15:00 kolejne warsztaty. Oczywiście, cały czas będzie można na stoisku kupować książki.

W Filii nr 11 również o 10:00 rozpocznie się drugi dzień Żywej Biblioteki.

A o 18:00 w Fabularnej na Warszawskiej, zacznie się PechaKuchaNight organizowana przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Katowicach wraz z partnerami. Pecha Kucha ("peczakcza" - po japońsku „pogawędka”) to impreza organizowana w ponad 800 miastach na całym świecie. PechaKucha Night ma charakter otwarty i niekomercyjny, ma być okazją do spotkań ludzi twórczych, do pokazania ciekawych projektów szerszej publiczności i swobodnej wymiany myśli. Uczestnicy imprezy prezentują swoje pomysły wg prostego schematu: 20 × 20, czyli 20 slajdów po 20 sekund na jeden slajd, co daje w sumie 6 minut i 40 sekund prezentacji. Ciekawe, prawda?

W niedzielę zapraszamy na Targi. Ostatni dzień weekendu wzmożonej aktywności, bo przecież nie wzmożonej aktywności bibliotecznego Działu Promocji w ogóle ;-) Zapraszamy na organizowane przez nas spotkania, te opisane powyżej i inne. Zerkajcie TU i odwiedzacie nas:-) Czekamy;-)

03 listopada 2015

A w Kociokwiku...

Książki, książki, ale przecież też zwierzęta...

24 października przyjechała do Kociokwiku Kavka ze swoją Panią. Zdarza się jej być mało cierpliwą wobec innych kotów na swoim terytorium, więc, dla bezpieczeństwa Maleńtasów, Tola i Borek przeprowadzili się do Tymczasowego Domu Tymczasowego. Są tam rozpieszczane, rosną jak na drożdżach i energii mają aż je roznosi. Tola na przykład koniecznie chciała wczoraj pomóc cioci T. umalować sobie oczy. Bardzo, bardzo;-) Maluchy odwiedziła wczoraj Pani, do której mają docelowo trafić; potrzebne są jednak szczepienia, zatem kocie dzieci pomieszkają jeszcze trochę w owym TDT.




Pamiętacie Synów Anarchii? Zamieszkali w cudnym, troszczącym się o nich domu. Mają do dyspozycji trzech ludzi, spore mieszkanie i ogród. 





Sawa za to zamieszkała z kotem nieco od siebie starszym, z którym zaprzyjaźnia się powoli, ale od którego uczy się łobuzować. Choć znając Sawę i sławę czarnych kotów, zastanawiam się kto kogo uczy szaleństw;-)




Sara regularnie wizytuje bibliotekę zasługując w pełni na miano psa biblioterapeuty. Dzieci wypytują o różne rzeczy związane z psem i opieką nad nim, słuchają opowieści o malamucie tym z książki, i tym, którego mogą dotknąć. A później głaszczą, a Sara aż rozpływa się pod dotykiem dziecięcych rączek. Mamy zaproszenia już na dwa kolejne spotkania.





Kilka dni temu odwiedził nas Tymon. Wiecie... Czarne koty to jednak mają coś w sobie. Zeskoczył z rąk D. z czymś na kształt zniecierpliwienia (No, wreszcie mnie tu przyniosłaś), objął łapkami kufę Sary, otarł się o nią szybciutko i pobiegł zwiedzać. Zaczęli nawet lekko grandzić w Wojtkiem, a gdy Sara goniła ich, Tymon odwrócił się wyprowadzając cios w psie pyszczydło i pobiegł dalej. Wojtek był zauroczony młodym towarzyszem, bo starsze ciotki nie chcą się z nim ganiać i biedak cierpi.

Gusia uznała, że skoro przyjechała Pani, to chyba po to, żeby kot na niej leżał. Nie bacząc na posykiwania Kavki układa się na Mamie i zalega pomrukując cichutko. Kavka uznając ważność domowniczki nad gościem udaje, że nie jest wcale urażona i kładzie się na fotelu, który zajmuje z wyjątkową przyjemnością, by nie rzec rozkoszą, na kocim pyszczku. Obydwie, a wraz z nimi reszta stada, korzystają ze słonecznych i ciepłych dni, zasiadając na balkonie.

Nusia, kotka - nie oszukujmy się - doskonale wyposażona w tkankę grzejącą, tej jesieni miłością wielką zapałała do kosza na pranie stojącego nieopodal jedynego w domu włączonego grzejnika. Można powiedzieć, że do owego kosza obowiązuje kolejka, czy wręcz zapisy;-) Zazwyczaj zajmuje go Sisi, druga w kolejności jest Nusia, ale i Wojtkowi udało się tam przytulić na chwilkę.

Za to gdy przychodzi noc... Spod kocich ogonów wyciągam kołdrę, by móc się nią okryć tak jak lubię. Zasypiam ukołysana Nusiowym burczeniem i chrapaniem dobiegającym z psiego legowiska. A jeśli zdarzy mi się bezsen, to powrotu do marzeń sennych szukam z zwierzęcym rytmicznym oddychaniu.

02 listopada 2015

Patryk Vega. Złe psy. Po ciemnej stronie mocy.


Ostatnią noc października spędziłam w towarzystwie Patryka Vegi i jego rozmówców. Nie była to lektura łatwa i przyjemna, bo i tematyka poruszana w książce do uroczych nie należała.

Praca w policji zmienia. Nie pozostawia obojętnym człowieka, który ze zwykłego przechodnia staje się kimś mogącym decydować o czyimś życiu i śmierci. Nie jest czymś, co bez problemu można zostawić przy biurku w komendzie czy komisariacie. Jest brudna i brudzi, a tylko od siły charakteru i determinacji policjanta zależy jak bardzo służba policyjna i to, co ze sobą niesie, nie stanie się częścią jego osobowości.

Owszem, są tacy, którzy wykorzystują mundur. Są tacy, którzy chcąc ułatwić sobie życie sięgają po to, co moralnie lub społecznie jest przeciwieństwem etosu pracy policjanta. Na szczęścia są wciąż i tacy, dla których bycie policjantem to służba. Przemianom jednak ulegają wszyscy; przechodzący na stronę zła i ci zderzający się z okropieństwami jakie człowiek może uczynić człowiekowi i próbujący zdystansować się do tego, by wracając do rodzin, być "czystymi".

Przeczytajcie wywiady Patryka Vegi. Spróbujcie zrozumieć. Zachęcam Was do tego. 

Córka policjanta, który był w służbie 34 lata.

31 października 2015

Szczepan Twardoch. Wieloryby i ćmy.


Przykład prozy Szczepana Twardocha udowadnia mi tezę o tym, że do wszystkiego trzeba dojrzeć. Kiedyś próbowałam sięgnąć po jego książki, ale nie mogłam ich czytać, dziś - po lekturze dzienników Autora - jestem zauroczona jego sposobem pisania.

"Wieloryby i ćmy" obejmują zapiski z lat 2007 - 2015. Tych wcześniejszych jest nieco mniej, ale w moim odczuciu są pełniejsze, skupione intensywniej na ponadczasowej urodzie życia. To, wśród nich, znaleźć można zdania:
Szedłem z synem do domu. Po całym dniu słoty popołudniem niebo się przetarło, zaświeciło nawet słońce, tym ciepłym w kolorze światłem, który świeci letnimi, późnymi wieczorami. Więc szliśmy oglądając błękit w kałużach, lecz za plecami mieliśmy zmierzch i sunący wał czarnych chmur i kiedy odwracałem głowę, widziałem, jak urywają się spod nich przejrzyste kurtyny deszczu.[s.29]
Twardoch posiada umiejętność czarowania słowami. Zwykłe zjawiska, codzienność przemykająca niezauważalnie i bez budzenia zachwytów, w jego opisie wybrzmiewa urokiem, potęgą doskonałości, czy tym czymś, co skłania nas do zatrzymania się na chwilę w pędzie obowiązków.

Rzadko kreślę w książkach. Wiem już jednak, że mojej ponownej lekturze dzienników, towarzyszyć będzie ołówek, który pozwoli zaznaczyć mi te miejsca, które są dla mnie ważne. Za jakiś czas sprawdzę, czy to, co Szczepan Twardoch pisze w "Wielorybach i ćmach" i co przykuło moją uwagę, jest nadal dla mnie istotne. Być może będę musiała zakreślać kolejne fragmenty?

Polecam.

27 października 2015

Marta Szarejko. Zaduch.


Zastanawiam się, czy reportaże o obcości Marty Szarejko są reportażami o nas wszystkich przybyłych do większych miast z miasteczek, mieścin, czy wsi.Chętnie pokusiłabym się o taką konkluzję, ale chyba się nie da. Mam wrażenie, że to Warszawa wymusza pewne zjawiska, pewne ogranicza, a jeszcze inne oferuje. 

Bohaterami tekstów Marty Szarejko są ludzie, którzy pokonali wiele przeciwności, by znaleźć się tam, gdzie są - w stolicy. Wtapiają się w wędrujący szybko Nowym Światem tłum i tylko oni wiedzą jak dużą satysfakcję sprawia im popijanie kawy z pobliskiej kawiarni sieciowej i jak daleko są od tego, co zostawili w swoich rodzinnych stronach. Zachłystują się Miastem, ale jest to zachłyśnięcie - częstokroć - pełne goryczy.

Pracowałam i studiowałam jednocześnie. Co dwa tygodnie brałam wolne piątki. Wsiadałam o 4:25 do autobusu, którym dojeżdżałam do najbliższego miasta. Tam przesiadałam się w pociąg, później kolejny, a następnie jeszcze dwa. O 17 zaczynałam ćwiczenia, na których powinnam być, więc pół drogi z dworca na uczelnię biegłam. Wpadałam do budynku, miałam czas na umycie rąk i kupienie kawy w automacie. Po prawie 12 godzinach podróży siadałam między moimi starszymi o jakieś 10-15 lat koleżankami, które na ćwiczenia przyjechały z pobliskich domów. Umalowane, pięknie pachnące, zadbane, elegancko ubrane. Kiedyś koledzy, najwyraźniej chcąc mi powiedzieć coś miłego, stwierdzili: Ty to taka naturalna jesteś, fajna, a one to takie wymalowane, że aż sztuczne. Do dziś pamiętam, jak przykro mi się zrobiło po tych słowach. Też chciałam móc być świeża i pachnąca.

Czy jednak takie historie jak ta powyższa lub te opisane przez Martę Szarejko dają nam jakąś wiedzę o świecie? Czy fotografują jedynie wycinek świata, który dziś jest dla kogoś ważny, a jutro stanie się anegdotą, a w późniejszym jeszcze czasie trafi do niszczarni książek, bo kogóż będzie obchodziła opowieść jakiś prowincjuszy stających wobec potęgi Miasta? Czy ważniejszy jest proces wtapiania się w społeczność wielkomiejską i idąc za tym wykorzenienie, czy jednostka. która próbuje zbudować Dom w niesprzyjającym świecie?

"Zaduch" Marty Szarejko skłania do stawiania sobie pytań. I to jest główną wartością tej książki w moich oczach.

23 października 2015

Na straganie w dzień targowy...


Przyznaję - być może jestem zblazowana w kontekście targów. Kilka lat jeżdżenia na targi książki dla przyjemności + kilka lat jeżdżenia na targi książki zawodowo, uczyniły ze mnie wybredną i wybiórczą odbiorczynię tychże. Na hale targowe spoglądam pod kątem tego, jak do nich dotrzeć, w jaki sposób zaaranżowano w nich przestrzeń, którędy wiodą szlaki komunikacyjne i jak je rozplanowano. Oczywiście - nie bez znaczenia jest oferta, ale tu dochodzi do głosu także codzienne obcowanie z książkami - nowszymi, starszymi, bez znaczenia. Mam to szczęście, że pracuję z ludźmi, dla których książki są równie pasjonujące, co dla mnie. Każde z nas celuje w inny typ literatury, ale każde rozsmakowuje się w czytaniu. Codzienność wypełniona książkami syci mnie tak mocno, że wędrując wczoraj targowymi ścieżkami, większą uwagę zwracałam na wydawnictwa uczelniane, niż te, z literaturą piękną. Z ofertą uczelnianych mam kontakt o wiele rzadszy.

Targi książki mają dla mnie również walor towarzyski i socjologiczny. Spotykam raz do roku osoby, które znam od kilku lat, rozmawiam o tym, co się u nich pozmieniało w tym czasie. Niektórym osobom towarzyszę w wędrówkach przez działy promocji różnych wydawnictw czy firm związanych z rynkiem książki. Z innymi koresponduję nie tylko o książkach, więc i spotkanie na targach nie zawsze wokół książek się kręci. Są i takie osoby, które znane mi dość oficjalnie, nagle stają się doskonałymi rozmówcami na tematy dowolne. 

Mija osiem lat pisania bloga. Robiąc porządki w skrzynce mailowej znalazłam wiadomości od osób, które już dawno zniknęły ze świata książkowego biznesu. Od osób, które przez  kilka, czy nawet kilkanaście miesięcy, istniały dla mnie jako postacie związane z konkretnymi tytułami, wydawnictwami. Z perspektywy czasu wydaja się być znajomymi na chwilę. A, w wielu wypadkach, szkoda. Z przyjemnością witałam się z nimi przy kolejnych okazjach, wtedy, gdy człowiek zza adresu mailowego stawał się uśmiechniętą twarzą, historią, osobą.

Już dawno nie jeżdżę na targi książki dla książek. Jeszcze jeżdżę dla ludzi, ale i z nimi czasami łatwiej i spokojniej można porozmawiać poza stoiskiem, przez pocztę, czy telefon. Ciekawe, w którym momencie uznam, że targi książki nie dają mi nic?

P.S. Przeczytałam książkę o czytaniu. Pierwszą część - szwedzką bardzo mocno charakteryzuje poniższy cytat. Druga - wybrzmiewa przekonaniem, że jedne środowiska okołoksiążkowe mogłyby lepiej zadbać o książkę, czytelników, sprzedaż, czytelnictwo, gdyby nie inne środowiska, które im robią wbrew. 
Człowiek jest w bibliotece ważniejszy niż książki. Zachęcanie ludzi, zwłaszcza dzieci, do czytania ma ogromną wartość społeczną. Jest wiele badań, które to potwierdzają. Na przykład duńska firma konsultingowa Copenhagen Economics przeprowadziła analizę sprawdzającą społeczną wartość bibliotek. Badający doszli do wniosku, że biblioteki rocznie zwiększają PKB Danii w przybliżeniu o dwa miliardy duńskich koron. Chodzi o to, że to dzięki bibliotekom dzieci w czasie wolnym rozwijają swój język, co później przyczynia się do tego, że zdobywają lepsze wykształcenie, a to zapewnia im lepiej płatną pracę. Mając ją, więcej konsumują i wydają, a to zwiększa PKB. Biblioteka nie jest wiec kosztem, tylko bardzo dobrym społecznym biznesem. Inwestycją w przyszłość. Politycy muszą to zrozumieć. [Szwecja czyta, Polska czyta. s.56]
P.S.2. Podkreślenie moje.

20 października 2015

Andrzej Stasiuk. Kucając.


Wychodzę z domu o 7. Zauważam ze zdumieniem, że wciąż jest ciemno. Owszem, ciemnoszarawo, ale ciemno. Idąc do pracy myślę, że dziś jest dobry dzień, by zadumać się na najnowszą Stasiukową książką Czarnego.

Gdy czytałam teksty zgromadzone w "Kucając", doświadczałam przedziwnego uczucia - znałam większość z nich, ich frazy, rytm słów, obrazy jakie się z nich wyłaniały. Znałam, bo jak się okazało na koniec lektury "Kucając" to tom tekstów wybranych, zbiór tego, co opublikowane zostało już wcześniej, gdzie indziej. Ale nie wzbudziło to we mnie niezadowolenia, raczej rozbawienie na własne nie dość ostrożne i uważne czytanie tego, co na okładce zamieszcza wydawnictwo. Owo rozbawienie doskonale pasowało do przyjemności jaką odczułam spotykając się z owymi tekstami.Choć nie wiem, czy słowo "przyjemność" w pełni oddaje moje odczucia...

Andrzej Stasiuk nie daje nam dykteryjek. Pisze o przemijaniu, o jedności z Naturą - tej posiadanej, zaburzonej i tej, za którą tęsknimy. O narodzinach i śmierci. O naszej ludzkiej zależności od przyrody i zwierzętach, które podporządkowują się nam, choć przecież ich świat były bez nas spokojniejszy. Teksty Stasiuka to opowieść o żywiołowej młodości i starości, która boli. O dzikości i obojętności na świat wokół nas. O szacunku, wobec praw silniejszych od nas, szacunku, który my zagłuszamy, a który wciąż odczuwają zwierzęta.

"Kucając" to bardzo ważna dla mnie książka. Nie, nie czuję, że napisana dla mnie, ale czuję, ze jest zaproszeniem. Zaproszeniem do spojrzenia na otaczający mnie świat nieco inaczej niż dotychczas. Zaproszeniem do refleksji, do popatrzenia w sposób podobny Autorowi na Naturę i uznania jej potęgi.
Dziwna jest ta nasza cywilizacja. Ratuje, chroni, przedłuża nam życie. A jednocześnie czyni nas bezbronnymi wobec śmierci. [s. 74]

18 października 2015

Niedzielnik nr 57


Myślałam, że ten weekend będzie inny. Spędzony w połowie w aucie, a w drugiej połowie na intelektualnych wyzwaniach. Okazało się jednak, że jestem w domu, mam czas, by się wyciszyć, uspokoić, nacieszyć zwierzyńcem, a intelektualne przygody uzależnione są tylko od tego, na co mam ochotę.

Jak co roku, wraz z nastaniem jesieni, otaczam się wieloma książkami. Kiermasz i wymiany blogerskie sprzyjają zapełnianiu półek, a poza tym biblioteczne zbiory też nie pozostawiają mnie obojętnej na urok słowa pisanego.



Czytam "Szwecja czyta, Polska czyta" i czuję się jakbym poznawała inny świat. Zaczęłam część opisującą czytelnictwo w Polsce i ciekawe jakie będę miała wrażenia po skończonej lekturze.

Jestem już po "Kucając" i "Zaduchu", obydwu poświęcę kilka słów w odrębnych notkach, bo uważam, że warto. "Dziką stronę jedzenia" pożyczyłam ponownie, bo chcę doczytać rozdziały o owocach zlekceważone przeze mnie przy pierwszej lekturze. "Ostatnie dziecko lasu" to kolejna doskonała książka wydawnictwa Relacja (pierwszą było "Mniej" Marty Sapały). Książka Richarda Louva przedstawia problem deficytu przyrody u współczesnych dzieci.

Zdarza się Wam sięgać po książki, które nie są beletrystyką, reportażami, poradnikami? Po książki naukowe, podręczniki? Po publikacje, które mają wstęp, zakończenie, bibliografię i przypisy? Czy oprócz czytania tego, co przyjemne i literackie, fundujecie sobie sesje samokształceniowe? W badaniach Biblioteki Narodowej dotyczących poziomu czytelnictwa można znaleźć takie dane:
więcej czytają osoby z wyższym wykształceniem, choć w 2012 r. aż 34% osób z tej grupy nie przeczytało w ciągu roku żadnej książki (w 2000 r. było to 2%) [źródło]
Zwróćcie uwagę na to, że w badaniach sprawdzano kto czyta, a nie co. Zatem, czy nauczyciel Waszego dziecka, lekarz, weterynarz, ksiądz, czy jakikolwiek inny przedstawiciel zawodów społecznego zaufania, z którym się spotykacie, jest na bieżąco z publikacjami ze swojej dziedziny? Wie, kto i co napisał, jakie są nowe badania i na co wskazują?

We mnie jest wciąż ciekawość świata. Po tym, jak zachorowała Sara zastanawiałam się nad sformalizowaniem i uporządkowaniem, a przede wszystkim uzupełnieniem wiedzy o zwierzętach. Wybrałam się nawet na zajęcia do stosownej szkoły. I choć wiem, że zdecyduję się raczej na nieformalne pogłębianie wiedzy, to przyznaję, że to czego dowiedziałam się podczas zajęć z fizjologii i anatomii zwierząt dało mi podstawy do przyglądania się bliżej interesującym mnie zagadnieniem. Oczywiście, przyglądania się poprzez stosowne lektury (nieco starawe, ale od czegoś trzeba zacząć):



Za oknem piękne słońce, które filtrowane przez jesiennie zażółcone liście zachęca do długich spacerów. Pierwszy już za nami, pewnie wkrótce wybierzemy się na kolejny. Podczas gdy brodziłyśmy w liściach, przypomniała mi się piosenka z dawnych lat:


Zostawiam Was z "Sielanką o domu" i kilkoma zdjęciami. Miłej niedzieli:-)





P.S. W prawej szpalcie znajdziecie link do ogłoszenia Toli i Borka - będę wdzięczna za rozsyłanie w świat.

15 października 2015

Niemoc czytelnicza, twórcza oraz inne przypadki

Książkę "Tam, gdzie wiatr krzyczy najgłośniej" czytałam siedząc u boku Sary podpiętej do kroplówki. Podobnie jak opowieść Cabella o Terry'm Pratchett'cie, która nie wiem czemu wydawała mi się być biografią, a była bardziej podstawą do tego, by zacząć porządkować sobie wiedzę o powieściach twórcy Świata Dysku i jego poglądach. Sara była podpięta do kroplówki, bo miała babeszjozę. Była w bardzo poważnym stanie (babeszje powodują rozpad erytrocytów) i jest z nami nadal dzięki zaangażowaniu w jej ratowanie PanDoktora. Podczas jej choroby spotkałam się z wielką życzliwością i wyrozumiałością ludzi wokół i za to też jestem bardzo wdzięczna. Tak jak na zdjęciu poniżej, wygląda krew zarażonego psa.


W pędzie nowych obowiązków w pracy, skupieniu na Sarze i pozostałych zwierzętach, próbie dołączenia do regularnych treningów biegowych, nadszedł dzień moich urodzin. Poświętowałam ze współpracownikami, na odległość z rodziną, a nawet w ostatni weekend miałam jeszcze okazję uczcić to, że jestem o rok starsza;-)

Czytanie okulało. Poczytałam coś, co nie sprawiło mi żadnej przyjemności, a czytane było z obowiązku. Sięgnęłam po "29.99", które uderzająco trafnie obnażało świat podlegający mocy reklamy, ale z nieznanych przyczyn nie doczytałam. Pod wpływem psiej choroby zainteresowałam się bliżej zoologią i półka z książkami z biblioteki zapełniła się odpowiednimi podręcznikami. W międzyczasie zaczęłam słuchać książki Magdaleny Zawadzkiej "Taka jestem i już" i choć mnie zainteresowała - przestałam zabierać ze sobą słuchawki na spacery. Próbowałam zastosować na czytelniczą niemoc starą dobrą zasadę - książkę znanego i lubianego autora. Owszem, na stole, gdzie jadam, leży "Świadek oskarżenia" A. Christie. A przecież wokół tyle dobrych książek!

Sięgnęłam kiedyś po publikację "Dehumanizacja człowieka i humanizacja zwierząt". Zraziłam się nieco do teorii tam głoszonych, potraktowawszy je dość osobiście, i do sposobu - zbyt uproszczonego, jak na mój gust - argumentowania za tymi teoriami. Zniesmaczona nie doczytałam książki do końca. Miałam jednak okazję uczestniczyć ostatnio w rozmowie związaną z taką tematyką i uznałam, że powinnam wrócić do tego o czym pisze ks. Śledzianowski. Gdy przeczytam - podzielę się z Wami opinią.

4 października było Święto Zwierząt, którego nie odnotowałam, podobnie jak nie uczyniłam stosownej notki dwa dni później, gdy do Kociokwika przybyły Bożątko i Niebożątko (zapraszam do zakładki tymczasy). Wkrótce zrobię ogłoszenia i poproszę Was o pomoc w ich rozpowszechnianiu.

Minioną sobotę spędziłam na festynie rodzinnym. Były książki i zabawki dla najmłodszych, stoiska kiermaszowe z książkami i nie tylko, gry i zabawy, trampoliny i zamki, młodzi i nieco starsi występujący, muzyka poważniejsza i ta popularna oraz szeroki pakiet edukacyjny, który pod przykrywką dobrej zabawy miał trafiać nie tylko do najmłodszych. 







11 października minęły dwa lata obecności Sary w Kociokwiku. Piękne dwa lata, wzajemnego oddania, nowych doświadczeń i różnego rodzaju dobra, które się nam przytrafiło. Takiego jak na przykład ostatnia zbiórka prowadzona przez Fundację Adopcje Malamutów na rzecz pokrycia kosztów leczenia babeszjozy. 

Jesień na rynku książki obfituje w doskonałe zachęty do tego, by czytać. Kuszą mnie zapowiadane dzienniki Jacka Dehnela i Szczepana Twardocha, biografia Wojciecha Kilara. Ucieszyło mnie wznowienie "Tajemnej historii" Donny Tartt, nowa powieść Marka Hłaski i wydanie książki o czytaniu w Polsce i w Szwecji. Tę ostatnią właśnie napoczęłam i przyznam Wam, że czuję się jakbym czytała o innym świecie. Biblioteka dla dzieci w wieku 10-13 lat, festiwal literacki, na który bilety wyprzedawane są w mgnieniu okaz i wiele, wiele pomysłów sprzyjających temu, by cieszyć się czytaniem i książką.

Dwa dni temu miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu z Bogusławą Sochańską, szefową Duńskiego Instytutu Kultury, doskonałą tłumaczką i propagatorką twórczości Andersena. Dzięki jej staraniom i w jej tłumaczeniu ukazały się w Polsce na nowo "Baśnie" Andersena. Na nowo - bo to wydanie, które wszyscy znamy, opublikowane blisko 50 lat temu, tłumaczone było z niemieckiego, a owo najaktualniejsze już z języka twórcy, czyli duńskiego. Ponieważ, jak dowiedziałam się na spotkaniu, cechą charakterystyczną "Baśni" był sposób narracji, uznałam, że warto sięgnąć po nie w wersji audio. Dziś je odbiorę, jutro zacznę słuchać, a później podzielę się z Wami wrażeniami.

Już połowa miesiąca. Obfitego w wydarzenia i doświadczenia. Przede mną jeszcze dzisiaj dwa ciekawe spotkania, w przyszłym tygodniu kolejne i oczywiście wizyta na krakowskich Targach Książki. W ubiegłym roku nie byłam, ciekawa zatem jestem klimatu nowego miejsca.

Chyba nie pokazywałam Wam efektu pracy jaką włożyliśmy w przygotowanie Narodowego Czytania. Moim zdaniem było warto, a Waszym?