31 maja 2014

Grzegorz Gortat. Nie budź mnie jeszcze.


Wydane przez
Agencję Edytorską Ezop

Lubię książki Grzegorza Gortata. Czytam je zazwyczaj jednokrotnie, podczas czytania zaciskam z nerwów pięści, ale jednak wciąż twierdzę, że lubię książki Grzegorza Gortata i co więcej, twierdzę, że należą one do tych opowieści, które nade wszystko warto znać.

Tata Artura został potrącony przez samochód. Od tej pory chłopiec śnił niepokojący sen - Cień, który zbliża się do aparatury medycznej podtrzymującej życie Dawida ma jeden cel - chce zabić ojca chłopaka. Artur wyjeżdża do dziadków i gdy już znajduje się w domu rodzinnym swojego taty odkrywa ze zdumieniem, że po jego szkolnych latach nie zostały żadne pamiątki. Dom wygląda jakby nigdy nie dorastał w nim chłopak, a dziadkowie, bardzo zaniepokojeni, odmawiają rozmowy na temat przeszłości. Jednak Artur drąży...

Rozwiązanie tajemnicy dorosłego Dawida, tajemnicy, która swe źródło ma w jego szkolnych przyjaźniach, okazało się być zdumiewające. Jestem bardzo ciekawa, jak Wam spodoba się ta książka.

30 maja 2014

Marcin Wroński. Pogrom w przyszły wtorek. Haiti.

Książki Marcina Wrońskiego lubię z rozmaitych powodów. Cenię je, bo Autor posługuje się dobrą polszczyzną, a to sprzyja czytaniu. Lubię bohaterów - i Zygę Maciejewskiego, i Lublin. Kibicuję powstawaniu serii od pierwszej książki i każdy kolejny opublikowany tom jest dla mnie przyjemnością literacką, ale też świadectwem tego, że kryminały retro - dobrze pisane - cieszą się powodzeniem. Moja radość z popularności książek o komisarzu Maciejewskim wypływa także z sympatii do Autora.


"Pogromu w przyszły wtorek" wysłuchałam, bo choć lubię mieć książki o Maciejewskim na półce, stwierdziłam, że szybciej zapoznam się z wersją do słuchania. Tomasz Sobczak sprawdził się idealnie. Powieść, której akcja rozgrywa się we wrześniu 1945 roku, udanie portretuje Polskę powojenną, Polskę z czasów umacniania się władzy przychodzące z zewnątrz.


"Haiti" to już rok 1951. Choć tu, podobnie jak w poprzedniej powieści, Autor zastosował dwa plany czasowe - wracamy z Maciejewskim do czasów jego pracy w policji - do 1938 roku. Pytany podczas spotkania o ten zabieg literacki Marcin Wroński wyznał, że to z jego zamiłowania do porządku. 


Miałam wczoraj przyjemność uczestniczyć w spotkaniu autorskim. Nie było nas, czytelników, zbyt wielu, ale rozmowie prowadzącego z Autorem, nie zrobiło to różnicy. Tematyka oscylowała wokół literackiego świata kreowanego przez Marcina Wrońskiego, wokół Lublina, planów pisarskich, warsztatu pisarskiego, czyli wszystkiego tego, o czym chce się słuchać wybierając się na spotkanie z Autorem. Cieszę się, że się wybrałam.



Przed spotkaniem odszukałam na półce wcześniejsze powieści Marcina Wrońskiego. W jednej z nich mam dedykację, której integralną częścią jest logotyp wydawnictwa z domalowaną czapką policyjną i napisem "Policja konna Lublin". Zapytałam Autora, czy rysując tę czapkę wiedział, że kiedyś napisze "końskiego Maciejewskigo". 



Spotkanie prowadził Robert Ostaszewski. Człowiek, niewątpliwie, znający świat polskich kryminałów, krytyk literacki. Niestety, w słuchaniu ciekawych pytań jakie zadawał Marcinowi Wrońskiego, przeszkadzała mi jego wada wymowy (jestem w tym względzie dość ortodoksyjna, nie mogę słuchać Trójki z powodu wielości osób nie wymawiających na antenie tego radia "r").

Marcin Wroński zapowiedział, że książek o Zygmuncie Maciejewskim w sumie będzie dziecięć. To miłe - przede mną jeszcze cztery spotkania z policjantem z Lublina :-)

Romek Pawlak. Czaruś. Pies z charakterem.

Wydane przez
Wydawnictwo Akapit Press

Pamiętacie głosno komentowaną w mediach histoeię dziewczynki, która uratował pies? Wydarzenie to stało się kanwą dla opowieści Romka Pawlaka, opowieści skierowanej do młodszych czytelników.

Kilkuletnia Julka i siedmiomiesięcznu Czaruś stanowili nierozłączną parę. Czasami dziewczynka za mało delikatnie obchodziła się ze szczeniakiem, ale on umiał wiele wybaczyć. Kochał ją i czuł się za nia odpowiedzialny. Kiedy pewnego popołudnia Julka wyruszyła z domu na podwórko, a z podwórka poza furtkę - Czaruś, niechętnie i z obawami - powędrował za nią.

Autor udanie nakreślił psi charakter, wkładając w myśli Czarusia wszystko to, co - według naszego ludzkiego pojmowania - mogło przyjść szczeniakowi do głowy.

Historia zakończona szczęśliwie stała się przyczynkiem do tego, by najmłodszym czytelnikom przybliżyć wielkość psiego przywiązania i radość obcowania z psim przyjacielem. Mam nadzieję, że po lekturze tej książki dzieci ostrożniej podejdą do tematu samodzielnych spacerów.

Grażyna Bąkiewicz. Ale kino!


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Szkolna codziennośc nie jest łatwa. Trudniejsza tym bardziej, im dziwniejsze ma się imię. Wie o tym doskonale Konstancja, która dla dobrego samopoczucia przedstawia się jako Stanka.

Gdy owiany nimbem tajemnicy puchar Złotej Gwiazdy trafia w ręce Zyzola i jego bandy, a w szkole - niczym za magicznym życzeniem - zjawia się ekipa telewizyjna i Xymena Waleczna, bohaterka dziecięcych westchnień, Stanka ma nadzieję, że wkrótce wszystko się unormuje i będzie tak jak dawniej. Dziewczynka przygląda się sobie i szkolnycm znajomym przez pryzmat filmowej kamery i dostrzega zjawiska, relacje, z których dotychczas nie zdawała sobie sprawy.

Mimo mojej sympatii do Konstancji, postacią, która zainteresowała mnie najbardziej, okazał się być kot Jeremiasz. Ale wiecie - mam fioła ;-)

Polecam.

29 maja 2014

Ewa Karwan-Jastrzębska. Agata z Placu Słonecznego.


Wydane przez
Wydawnictwo Marginesy

Przy odchodzącej od Placu Słonecznego ulicy Fortecznej, w jednym ze starych domów, mieszka rodzina składająca się z rodziców, uznanych antropologów, bliźniąt - Piotrusia i Matyldy oraz trojaczków - Adelajdy, Antoniego i Alberta. Młodsze dzieci, obdarzone wciąż jeszcze jakimiś pierwotnymi zmysłami, niczym najczulsze barometry wskazywały niepokojące momenty rodzinnego życia. Takim momentem jest niewątpliwie planowana długa, zagraniczna podróż rodziców i konieczność znalezienia niani, którą i rodzice, i dzieci będą mogli obdarzyć zaufaniem. Jedna z kandydatek na nianię jest fascynująca, niepokojąco odmienna od pozostałych i wyjątkowo barwna. Budzi też najwięcej emocji...

Autorka pisze o swojej postaci tak: Pewnego dnia spotkałam tajemniczą Agatę i zrozumiałam, że muszę opisać jej historię. Z miłości do Marry Poppins...

I faktycznie - w serii "Agata z Placu Słonecznego" można odnaleźć wiele elementów łączących obydwa cykle powieściowe. Niebywałe umiejętności Agaty, jej tajemniczość, przedziwni przyjaciele i członkowie rodziny, czy niebywała przenikliwość, przy jednoczesnym, uroku osobistym, upodabniają dziewczynę do niani z ulicy Czereśniowej.

Gdy czytałam książki o dzieciach z Fortecznej i ich niani zastanawiałam się nad ideą powstania tych powieści. I dopiero podczas rozmowy z panią bibliotekarką z osiedlowej biblioteki znalazłyśmy możliwy wariant rozwiązania zagadki. Książki Ewy Karwan-Jastrzębskiej są może dla tych, którzy już lubią Marry Poppins, ale chyba jeszcze bardziej dla tych, którzy angielskiej niani nigdy nie poznali i dla których Agata będzie nową i nowatorską postacią w literaturze.

Ciekawe na ile nasze intuicje są bliskie rzeczywistości. Jakie jest Wasze zdanie?

28 maja 2014

Czas czułości

Zdumiewa nas czasami więź jaka powstała między Nusią i Wojtkiem. Obydwoje dorośli, wciąż mają dni kiedy się do siebie czulą, wzajemnie myją sobie uszy, czyszczą ślepka i ogólnie okazują sobie wiele uczuć.











P.S. Na ostatnim zdjęciu za plecami Wojtka widać ucho śpiącej mamutki;-)

Joanna Jagiełło. Pamiętnik Czachy.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Czacha ma na imię Amelia, ma niespełna 10 lat i nade wszystko marzy o tym, by w jej domu zamieszkał pies. I choć nie wydaje się, że jej marzenie ma szanse się spełnić, dziewczynka - z całą swoją charakterystyczną żywiołowością - nieustająco myśli o psie.
Tak mi szkoda tych dni, które nie mają swoich nazw! Postanowiłam, że każdy dzień, o którym będę pisać spróbuję jakoś nazwać, żeby nie było mu smutno. [s.7]
Czacha zapisuje najważniejsze wydarzenia w sekretnym zeszycie. I to właśnie z niego dowiadujemy się, co dziewczynka wrzuciła do plecaka przed wyjazdem na obóz harcerski (a może właściwszym byłoby określenie - czego NIE wrzuciła), w jaki sposób ułatwia i utrudnia życie fakt, że ma się dwa domy -oddzielny mamy i oddzielny taty oraz co sprawiło, że Amelia vel Czacha postanowiła zostać wegetarianką.

Wyśmienita, pełna humoru lektura. Polubiłam rezolutną Czachę i kibicowałam realizacji jej marzenia. A pomysł z nazywaniem dni uważam za przedni:-)

27 maja 2014

Barbara Kosmowska. Sezon na zielone kasztany.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Bardzo lubię książki wydane w serii "w kratkę". Z zaufaniem sięgnęłam po jedenaście opowieści, po historie opisujące uczniów uczących się w jednej klasie. Autorka zaprasza nas do tego, by przyjrzeć się poszczególnym dzieciom osobno, by dostrzec to, co czasami - a nawet bardzo często - umyka, gdy z pozycji rodzica lub nauczyciela ocenia się klasę.

Zosia pisze listy do nienarodzonej siostry, Robert opiekuje sie niepełnosprawną siostrzyczką, Paweł marzy o karierze aktorskiej (podczas gdy jego tata chciałby, aby syn został doskonałym piłkarzem), a Zosia przy śmietniku spotyka największą przyjaciółkę swojego życia - Szczotkę.

Codziennośc, rozterki, wątpliwości i szczęścia młodych ludzi przedstawione zostały w wyjątkowo udany, ciepły i serdeczny sposób. W "Sezonie na zielone kasztany" spotykamy ludzi pełnych życia, ludzi podobnych tym, jakich możemy spotkać codziennie tuż obok siebie. Trzeba sie tylko rozejrzeć...

25 maja 2014

V Warszawskie Targi Książki


W tym roku na targi książki w Warszawie pojechałam z racji tradycji. Pierwszy raz zabrałam do Pałacu siostrzenicę, gdy miała 2,5 roku i teraz - gdy liczy sobie już 6,5 - nie mogłam sie nagle wycofać z krzewienia miłości do czytania:-)

Poruszanie się po targach z dwójką dzieci w wieku młodoszkolnym jest poważnym przedsięwzięciem logistycznym i składam gratulacje wszystkim rodzicom i opiekunom, którym się to udaje. Odnalezienie wśród rzeszy stoisk tej jednej, jedynej książki, którą się chce mieć na własność oraz sprawdzenie, czy może jednak nie byłoby lepiej mieć tej drugiej, która znajdowała się na stoisku leżącym idealnie po drugiej stronie korony stadionu może przemienić spokojne wizytowanie targów w szaleńczy galop od stoiska do stoiska. Na szczęście na płycie stadionu były wielkie kolorowanki (13'), które okazały sie być równie atrakcyjne jak oglądanie książek.

Udało mi się przywitać z kilkoma sympatycznymi osobami, obejrzeć kilka interesujących książek, a gdy już zrobiło się zbyt głośno, zbyt gorąco i zbyt tłocznie uznałyśmy, że pora opuścić stadion. Podsumowując - cieszę się, że byłam w Warszawie.

18 maja 2014

Emilia Kiereś. Kwadrans.


Wydane przez
Wydawnictwo Akapit Press

Czymże więc jest czas? Jeśli nikt mnie o to, nie pyta, wiem. Jeśli pytającemu usiłuję wytłumaczyć, nie wiem. Święty Augustyn 

Maksyma Świętego Augustyna idealnie, moim zdaniem, koresponduje z treścią książki Emilii Kiereś. Dwie przedstawione przez bohaterkę rodziny żyją w czasie oddalonym od siebie o wiek, a łączy je jedynie zegar. Zegar niezwykły, zegar ludzkiego życia.

Filip z rodzicami wprowadza się do nowego mieszkania. Dom jest stary, ma skrzypiące podłogi i drzwi, ale podczas rozgardiaszu związanego z przeprowadzką trudno w nim dostrzec coś więcej. Gdy jednak sytuacja uspokaja się, a cały rodzinny dobytek staje na swoich miejscach, Filip słyszy szept, słyszy jakiś dźwięk, który prowokuje go do tego, by w środku nocy wyruszyć z domu i udać się przed siebie. Ale zanim to nastąpi, chłopiec z domowym zakamarku znajduje dziwaczny klucz, a w antykwariacie zlikalizowanym na wprost domu, tajemniczy zegar.

Żyjący o 100 lat wcześniej niż Filip Jeremiasz martwi się o swoja młodszą siostrę, Ludwikę, u której lekarze wykryli chorobę serca. Chłopak będąc uczniem zegarmistrza słyszy pewnego dnia legendę o Zegarmistrzu Zegarmistrzów - postaci mającej pod opieką zegary życia wszystkich ludzi. Młodzieniec chce odnaleźć Zegarmistrza Zegarmistrzów i poprosić go o naprawienie zegara życia Ludwiki. Ale jak znaleźć Legendę?

"Kwadrans" to przepiękna baśniowa opowieść. Autorka wyraźnie pokazuje jak wiele wydarzeń, pozornie będących drobnymi, ma wielkie znaczenie na życie nasze, znajomych i często nieznajomych nam ludzi.

Serdecznie polecam.

17 maja 2014

Wojtuś i samochody

Dwa lata temu, podobnie jak w tym roku, weekend spędzałam w pracy. Trwały targi motoryzacyjne, hala pachniała spalinami, a koleżanka odwiedzająca targi powiedziała "W schronisku siedzi w klatce i płacze koci maleńtas. Weźmiecie go na tymczas, czy my mamy wziąć?"

Przez kilka godzin naradzaliśmy się z TŻ i efekt tego zastanawiania był taki, że wracając z pracy zajechaliśmy do schroniska. Do płóciennego woreczka (podobnego do szkolnych, na buty) włożyliśmy rezolutnego kocurka i ruszyliśmy w stronę domu.

Imię nadaliśmy mu następnego dnia. Ale jeszcze tego samego, w którym go przywieźliśmy obserwowaliśmy jak dzielnie sobie radzi.

Wielką miłością Wojtka okazał się być drapak. Do dziś jest to ulubione miejsce kocich szaleństw i kociego snu. A gdy był mały na drapaku ćwiczył akrobatykę: 
 mordowanie wrogów
 gryzienie
 oraz udawanie zmęczonego kotka.
 Zdarzały mu się jednak i takie chwile, w których z dużym zainteresowaniem przypatrywał się ludziom:
Wyniańczony przez Ciocię Nusię, rozpieszczony przez nas (wszak jest jedynym chłopczydełkiem w naszym zwierzyńcu) jest kotem dużych rozmiarów i niebywale chudym. Sprytny, o dużej inteligencji, choć jednocześnie nieco lękliwy i ostrożny. Mimo owej lękliwości najbardziej skumplowany z psem, do dziś pozostaje w wielkiej przyjaźni z Nusią, która go przytula i myje. Zdarza się nawet, że i Sisi maźnie Wojtulka jęzorem, jakby chcąc przekazać, że jest jej:-)


Panu Doktorowi, który oglądając Wojtka przy okazji jednych z pierwszych szczepień wyszeptał kotu (na tyle głośno, abyśmy i my usłyszeli) "Też bym cię nie oddał", dziękujemy:-) Dzięki temu, że Wojtek z nami został, mamy o wiele bogatsze życie.

16 maja 2014

John Bradshaw. Zrozumieć kota.


W naszej rodzinie najpierw były psy. Później koty. A siedem miesięcy temu znowu dołączył do nas pies – najpiękniejsza na  świecie malamutka. I tak sobie teraz żyjemy z czterema kotami i pieską. Z kotami jestem nieprzerwanie od ośmiu lat, ale nie znam tych zwierzaków tak, jak znam psy. Koty nie okazują emocji w takim stopniu, w jakim emocje okazują psy. Koty nie słuchają ludzi tak, jak słuchają nas psy. Wydaje się, że koty nie potrzebują od ludzi aż tyle, ile potrzebują psy. Koty są zwierzętami udomowionymi, podobnie jak psy, ale bardzo różnią się od psów, co nie jest niczym dziwnym, bo koty i psy to dwa różne gatunki.

John Bradshaw w swojej książce pokazuje, dlaczego koty są takie, jakie są. Pokazuje na tyle, na ile wiemy dlaczego, albo nam się wydaje, że wiemy :-) Wiedziałam wiele z tego, o czym pisze Bradshaw, ale też wiele z tego, co przeczytałam, nie wiedziałam. Nie wiedziałam chociażby tego, że słońce nie stymuluje skóry kota do produkowania witaminy D. I wielu innych rzeczy nie wiedziałam, ale nie podają szczegółów, żeby nie psuć Wam zabawy.

Bradshaw zna koty i podaje mnóstwo szczegółowych danych o kotach, a jednocześnie nie gubi ogólniejszej perspektywy. Pisze na przykład:
Zasadnicza różnica między kotami a ludźmi polega na tym, że te pierwsze przeszły od dzikości do udomowienia drogą ewolucji genetycznej, podczas gdy my sami w porównywalnej skali czasowej ewoluowaliśmy kulturowo, od łowcy zbieracza do mieszkańca miasta. [s. 145]
Bradshaw pisze o kotach w wielu aspektach, z których wszystkie są istotne, bo wszystkie składają się na obraz kota, jaki mamy. Bradshaw, że tak powiem, odmitologizowuje koty, stara się zachowania kotów wyjaśniać w oparciu o dowody naukowe, co tłumaczy tak:
Dzieliłem dom z paroma kotami. (…) Byłem świadkiem narodzin kilku pokoleń kociąt, opiekowałem się kotami, gdy żałośnie się starzały i niedołężniały. Pomagałem w ratowaniu bezpańskich kotów, które dosłownie gotowe były kąsać karmiącą je rękę. A przecież nie mam poczucia, by to osobiste zaangażowanie samo w sobie wiele mi pomogło w zrozumieniu, czym koty są naprawdę. Dopiero prace naukowców – biologów, archeologów, specjalistów od psychologii zwierząt i procesów rozwojowych, badaczy DNA i antropozoologów, jak ja sam, przyniosły mi odłamki wiedzy, z których połączenia zaczął wyłaniać się prawdziwy obraz kociej natury. [s. 9]
Jak najbardziej jestem za tym, żeby badać i wyjaśniać naukowo co tylko się da, a przy tym w kilku kwestiach nie zgadzam się z Bradshawem, choćby w tym, że koty nie bardzo umieją uczyć się przez naśladowanie, zwłaszcza kiedy chodzi o naśladowanie osobników z kotem niespokrewnionych. Nie dysponuję aparatem, dzięki któremu mogłabym swoje tezy wyłożyć na sposób naukowy, i dlatego chciałabym, żeby ktoś kompetentny wyjaśnił mi to, że Nusia nauczyła się od Sisi (to nasze kotki) walić w lustro, kiedy chce jeść. No bo przecież nauczyła się :-)

Na koniec kilka słów o ostatnim rozdziale, w którym Bradshaw, mówiąc najogólniej i zupełnie, ale to zupełnie nienaukowo (to ja mówię nienaukowo, nie Bradshaw :-) postuluje, aby ludzie majstrowali przy kotach w celu ukształtowania zwierząt, które będą lepiej adaptowały się we współczesnym, coraz bardziej zindustrializowanym świecie. Autor pisze:
Ideałem byłoby, gdyby koty o szczególnych predyspozycjach do współczesnego trybu życia (…) były rozpoznawane i preferowane przy rozpłodzie. [s. 337]
Hm… Na razie niech wystarczy to moje „hm…”. Przeczytajcie książkę i napiszcie, co myślicie. 

08 maja 2014

John Robbins, Ocean Robbins. Głosy rewolucji żywnościowej.

Wydane przez
Wydawnictwo Illuminatio

Autorzy rzetelnie stwierdzają, że książka nie ma znamion pracy naukowej, natomiast może być przyczynkiem do dalszych rozważań na temat poruszanych w tekstach kwestii. Moim zdaniem jest to znakomity przyczynek, aczkolwiek długo nie mogłam polubić tej książki, a nie mogłam polubić z powodu wielu egzaltowanych stwierdzeń, jak choćby te wzięte z tytułów rozdziałów:
- Możesz zapobiegać chorobie serca i wyleczyć się z niej. Koniec. Kropka. [s. 39]
- Proste i dowiedzione metody naturalne, które zmieniają świat. [s. 21]

Obawiałam się, że książka w dużej mierze zawiera proste recepty mające naprawić cały świat i uszczęśliwić wszystkich ludzi, ale wyzbyłam się tych obaw. To nie jest zbiór tekstów napisanych przez naiwnych autorów; to jest książka ważna.

Teksty są zapisami rozmów, które John i Ocean Robbinsowie przeprowadzili z naukowcami, lekarzami, działaczami, pisarzami i politykami. Tematy poruszane w rozmowach to żywienie, zdrowie, styl życia, ochrona środowiska, żywność modyfikowana genetycznie, sytuacja zwierząt hodowanych w fermach przemysłowych, głód na świecie. Wszystkie te kwestie dyskutowane są w różnych kontekstach, w tym takich, jak konteksty medyczny i etyczny. Rozmówcy Robbinsów  to ludzie przekonani o wielkiej wadze idei, które propagują, ludzie, którzy jasno wskazują cel, do którego dążą i przedstawiają argumenty na poparcie głoszonych przez siebie tez.

Jak już napisałam, książka nie jest rozprawą naukową, niemniej jednak znalazłam w niej wiele rzeczy, na których się nie znam. Nie wiem, co to są kwasy tłuszczowe omega-3 i jakie mają znaczenie, nie całkiem rozumiem działanie herbicydów, ale ta niewiedza nie przeszkadza mi – to, co czytam, daje mi asumpt do poszerzania wiedzy, co zawsze jest dużą wartością. Z wieloma tezami zgadzam się intuicyjnie; kiedy Jeffrey Smith mówi o żywności modyfikowanej i kiedy stwierdza, iż wprowadzamy geny do środowiska i nie posiadamy technologii, aby je z niego usunąć, albo kiedy utrzymuje, że ryzyko płynące z GMO dla wszystkich żywych istot i wszystkich przyszłych pokoleń jest niespotykane w naszej historii [s. 105], to jestem skłonna zgodzić się ze Smithem.

Na okładce tomu zamieszczono te oto słowa Paula McCartneya: „Inspirująca. Ta książka wyznacza nowy kierunek przyszłości naszej planety”. Czy książka wyznacza nowy kierunek, to się dopiero okaże, natomiast myślę, że byłoby dobrze, gdyby wyznaczała.

Przy okazji polecam wykład Gary’ego Yourofsky’ego – z polskimi napisami: