02 marca 2015

Część pierwsza

Od ostatniego wpisu minęło sporo czasu. A ja - mimo, że nie piszę - wciąż czytam, słucham, a nawet oglądam. Postanowiłam zgromadzić w jednym miejscu okładki/plakaty tego, co towarzyszyło mi w lutym. Zgromadziłam, popatrzyłam i uznałam, że nie będę oszukiwała ani sobie, ani tym bardziej Was, łudząc, że jestem w stanie każdemu utworowi poświęcić osobny wpis. Poczynię zatem wpis zbiorczy, z kolejnością przypadkową.


Abrahamem J. Heshelem zafascynowałam się już czas jakiś temu. Odnajduję w czytaniu jego pism wyjątkowy spokój, melodię, bliskość, której nie rozumiem, ale z której czerpię. Wśród książek przygotowywanych w pracy do zasobów antykwarycznych znalazłam "Pańską jest ziemię", pożyczyłam i rozsmakowywałam się w tej niewielkiej rozmiarowo, ale głębokiej treścią, książce przez kilka dni.


Gdy zaczęłam czytać książkę Waldemara Wolańskiego pomyślałam, że jest odważny, bo pisanie o hodowli psów w czasach, w których co chwila z mediów dowiadujemy się o tym, że coś co miało być troskliwą opieką nad kochanymi zwierzakami, jest miejscem, w którym liczy się zysk i niewielkie koszty utrzymania suk rodzących co i rusz kolejne szczenięta, jest ryzykowne. Wątek opowieści o sznaucerce miał jednak jedynie zawiązać się w hodowli - Szara Mysza - określana przez kolejnych właścicieli rozmaitymi imionami, wędrowała od domu do domu, od człowieka do człowieka, by wreszcie trafić na ten Dom i tych Ludzi. Wzruszające i oczywiście sprowokowało mnie do łez.


Tu też płakałam, ale jak się domyślacie - ze śmiechu. "Do trzech razy Natalie" wydaje się być książką napisaną raczej z potrzeby zaspokojenia potrzeb czytelników niż Autorki. Na szczęście, ta ostatnia, jak zwykle doskonale radzi sobie z opowieścią o pięciu siostrach noszących to samo imię i nazwisko. Siostry zmęczone różnymi perypetiami życiowymi postanawiają wyruszyć na wakacje. Dzieci jednej z nich (które to dzieci zdecydowanie urosły w tej książce na bohaterów pierwszoplanowych i aż chcę się proszalnie zwrócić do Olgi Rudnickiej, żeby popełniła teraz książkę o upiornych Anielce i Przemku) pozostawiają z swoimi partnerami życiowymi i wyruszają nad morze.

Cóż, nie dla fabuły kryminalnej czytałam tę powieść, a raczej dla rozrywki. Podobnie, jak po to by się pośmiać, sięgnęłam po pierwszy tom historii Sucharskich, czyli po "Natalii 5".


Zmiana kodu medialnego i nastroju. Film "Snajper" (zrealizowany na podstawie książki) opowiada historię mężczyzny, który pojechał na wojnę w Iraku. Uczestniczył w walkach podczas czterech zmian. Obserwujemy go zarówno wśród innych żołnierzy, w chwilach relaksu oraz w chwilach maksymalnego skupienia na zadaniu, czyli podczas zabijania wrogów. I jednocześnie patrzymy jak Kyle się zmienia, jak owe zmiany zauważa jego żona i dostrzegamy jej ból; mężczyzna, który odwiedza ją pomiędzy kolejnymi etapami wojny coraz mniej przypomina mężczyznę, za którego wyszła za mąż. 

Kolejny doskonały film Clinta Estwooda, kolejny tak dojmująco pokazujący ludzkie emocje w zderzeniu z sytuacją graniczną.

Gdy oglądałam "Snajpera" przypomniała mi się zasłyszana przypadkiem rozmowa dwóch kobiet. Działo się to w mieście, w którym była duża jednostka wojskowa, a pracujący tam żołnierze stawali przed nieoficjalnym wyborem - wyjazd na wojnę albo dokładne rozważenie sensu zatrudnienia tego żołnierza przy najbliższym terminie kończącego się kontraktu. I tam, pewnego dnia usłyszałam jedną panią mówiącą do drugiej: "- Powiedziałam mu, że musi jechać, bo przecież jak nie pojedzie, to my się niczego nigdy nie dorobimy".


Pozostając w klimacie wojny... Oblężone Sarajewo niczym nie przypominało miasta pełnego turystów, wielokulturowego tygla przepełnionego radością płynącą z dobrej zabawy. To było miasto, w którym przyniesienie wody zamieniało się w tor przeszkód, gdzie przegrana oznaczała śmierć. Miasto, w którym droga do pracy wymagała sprężystych nóg i umiejętności sprawnego biegania. Miasto, w którym zawodnicy drużyny strzeleckiej stawali się snajperami bez względu na płeć. Miasto, w którym w każdej chwili można było zginąć. Także podczas stania w kolejce po chleb...

Największe wrażenie zrobiła na mnie konstatacja Dragana, ponad sześćdziesięcioletniego mężczyzny, który żonę i syna w pierwszych dniach zagrożenia wysłał do Włoch. Dragan marzy o tym, by dołączyć do bliskich i uświadamia sobie, że zaledwie 500 km od miejsca, w którym żyje nikt do nikogo nie strzela, a jedząc kolację w restauracji można mieć pewność, że kolejnego wieczoru będzie można zjeść podobną do niej, obfitą i smaczną, i nie martwić się brakiem chleba, wody, prądu. A jednocześnie ów osamotniony mężczyzna wie, że Sarajewo stanowi jego tożsamość, że nigdzie indziej nie byłby sobą.

Marzę o powrocie do Sarajewa. Byłam tam zbyt krótko. A "Wiolonczelistę z Sarajewa" polecam gorąco.


Są takie książki, na które czekam z radosną ekscytacją. Czekam i wiem, że zanurzając się w ich fabule urządzę sobie ucztę. Z takim właśnie nastawieniem czekałam na "Gdzie się cis nad grobem schyla" i wyobraźcie sobie, jak bardzo czułam się rozczarowana, gdy poczułam, że coś nie zaskoczyło,  że przewracam kolejne kartki powieści, ale kompletnie nie czuję zainteresowania słowami jakie z nich czytam, że w zasadzie to nie obchodzi mnie co i dlaczego robi Flawia. Książka wróciła do biblioteki, a ja pozostałam ze smutkiem.


Zupełną zmianę klimatu zawdzięczamy "Hitch'owi". Film opowiadający o tym, jak trudno mężczyznom znaleźć właściwy klucz do kobiecych dusz. Jesteśmy kapryśne, nieprzewidywalne, rozhuśtane nastrojowo, a jednocześnie pewne siebie, dumne, przekonane o własnej słuszności. No i potrzebujemy opiekuńczego mężczyzny. Will Smith wcielający się w rolę konsultanta ds. kobiet wypada naprawdę uroczo, a film jest miłym pretekstem do rozmowy o kobietach i mężczyznach.

Czytałam mnóstwo dobrych opinii na temat książek Aaronovitcha i zapragnęłam przekonać się o co tyle szumu. Pomysł na zawiązanie intrygi powieściowej miał autor udany - młody policjant dostrzega ducha i czas jakiś później okazuje się, że jest predestynowany do pracy w nieco tajemniczym, bo magicznym, oddziale policji. A na ten oddział składa się on i jego szef. Były chwile, w których akcja mnie pochłaniała, ale i były takie, przez które brnęłam z nadzieją na to, że wkrótce zacznie się coś dziać. Dla mnie plusem obydwu powieści były rzeki i legendy z nimi związane oraz sam Londyn. "Rzeki Londynu" i "Księżyc nad Soho" to bodajże pierwsze z czytanych przeze mnie książek, podczas lektury których tak mocno poczułam chęć odwiedzenia Londynu.


Najnowsza powieść Kazimierza Szymeczko burzy schematy. "Tetrus" opowiada o chłopaku, który ulega wypadkowi komunikacyjnemu. W szpitalu marzy o popełnieniu samobójstwa, ale jak się zabić, gdy się jest bezwładnym? Za jakiś czas Michał trafia do Ośrodka, w którym przechodzi kolejno falę buntu, zaprzeczenia, obrzydzenia, aby później zacząć się fascynować, naśladować i podejmować próby. To co Nielatowi wydaje się nieosiągalne - czyli własny samochód, praca - okazuje się być w zasięgu ręki. Trzeba się tylko nauczyć nią posługiwać, podobnie jak trzeba nauczyć się wielu, wielu innych rzeczy. Michał musi opanować proste, codzienne czynności, a podczas ich uczenia się odkrywa w sobie determinację o jaką się nie podejrzewał. Doskonale stworzone tło powieściowe, sylwetki mężczyzn żyjących w przyjaźni nacechowanej pewną hierarchicznością, gotowych dzielić się doświadczeniem, gdy ten z którym chcą się dzielić jest gotów przyjąć ich uwagi, tworzą niepowtarzalny klimat powieści.


Historia Max Factora jest książką, którą obiecałam sobie przeczytać w ramach wyzwania 12 książek na 2015 rok. Cieszę się, że włączyłam w te dwanaście książek właśnie tę - dzięki niej wiem, kim jest ów Max Factor, którego nazwisko widniało na pierwszym w moim życiu tuszu do rzęs.

Fred E. Basten w sprawny sposób opisał początki i przebieg kariery Maksymiliana Faktorowicza. Portretując olbrzymią dziś firmę kosmetyczną u jej zarania sportretował także człowieka, który firmował ją swoją twarzą, który dzięki niezawodności, pasji, zaangażowaniu stworzył potęgę stojącą za kobiecą urodą. Fascynujące...


Czasami, czytając książki wydawane przez Poradnię K myślę, że są za szybcy, że ich książki nie mając mocy tworzenia trendów, a jednocześnie trendy wyprzedzają. Książka Michaela Pollana wydana kilka lat temu przeszła, w moim odczuciu, bez większego echa. A szkoda... I dlatego, mimo, że już raz o niej pisałam, postanowiłam do niej wrócić, odświeżyć ją sobie i zastanowić się, czy nie straciła na mocy. Zapewniam - nie straciła :-) Autor, w krótkich tekstach pisze o najważniejszych sprawach dla jedzenia. O tym, że mamy jeść jedzenie, że coś co składa się głównie z rzeczy, których nazwy nikt nie potrafi wymówić, jedzeniem nie jest. Zwraca uwagę na sezonowość i ostrzega przed jedzeniem rzeczy, które się nie potrafią porządnie zepsuć. Warto sięgnąć i zweryfikować pod wpływem lektury zawartość swojej lodówki.


Harry Potter, to jak się zapewne domyślacie, kolejna książka z tych, które postanowiłam sobie przypomnieć. O ile pierwsze trzy tomy powieści o młodym czarodzieju zapamiętały mi się dość dobrze, tak w przypadku czwartego i piątego w mojej pamięci były spore luki. Głos Piotra Fronczewskiego tak silnie związał mi się z książkami J.K. Rowling, że gdy usłyszałam na początku "Czary Ognia" Wiktora Zborowskiego sprawdziłam, czy istnieją dwie wersje lektorskie.

*   *   *
Jestem w połowie pisania. Przed nami jeszcze jeden film, jeden audiobook, coś fantastycznego, coś młodzieżowego, jakiś czytelniczy niewypał. Ale o tym wszystkim kiedy indziej...

3 komentarze:

Agata Adelajda pisze...

Snajper mnie wbił w fotel. Jest mi bliska ta tematyka, chociaż jestem "słabą małą babeczką", to chyba gdybym była silnym facetem, sama pojechałabym na misję. Dużo czytałam o snajperach/saperach/SEALsach etc. Właśnie jestem po Marku Owenie, a Kyle'a też przeczytam. Jest mi chyba bliżej mentalnie do zrozumienia żołnierza, niż czekającej w domu żony.
Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, że na końcu filmu leciały prawdziwe ujęcia z konwoju...

dragonfly pisze...

"Sniper" w ogóle mi się nie podobał dla odmiany. Nie rozumiem, dlaczego nagle koleś, który strzela do ludzi jak do kaczek jest wielkim bohaterem.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Agato, mnie chyba wciąż bliżej mentalnie do II wojny światowej, choć książkę Kyle'a też już zarezerwowałam w bibliotece.
Tak - dostrzegłam zdjęcia prawdziwe, zarówno te z konwoju, jak i te przedstawiające Kyle'a z żoną.

Dragonfly,
bo on nie robi tego z zabawy, czy dla własnej chorej przyjemności - on to robi dla Ojczyzny. A poza tym, dla mnie nie tyle był to film o bohaterze, ile o traumie wojny i tym jak trudno jednostkom sobie z nią poradzić.