15 marca 2015

Niedzielnik nr 54


Z nadejściem cieplejszych dni i z zapachem wiosny, który powoli czuć coraz mocniej, życie nabrało pędu. Dni obfitują w miłe spotkania i choć z tego powodu na czytanie czasu jest jakby mniej, to przecież zawsze mam przy sobie audiobooka i mogę go słuchać w wolnych chwilach.

W czwartek rano, przed wyjściem do pracy, dostałam przesyłkę. Jakież było moje szczęście, gdy po jej rozpakowaniu znalazłam to:


Popołudniu wybrałam się na spotkanie z Mieczysławem Bieńkiem - Hajerem. Na mojej półce stoją dwie jego książki, ale przyznaję, że dotychczas nie miałam okazji, by go posłuchać i pewnie dlatego nie przeczytałam tego, co napisał. A teraz, po spotkaniu, już wiem, że czytać będę.

Czwartkowe spotkanie dotyczyło podróży rowerowej przez Kirgistan i Kazachstan. Hajer opowiada barwnie, wciąga słuchaczy w swoją bajdę, daje mnóstwo wskazówek praktycznych tak, jakby spotkał się z ludźmi, którzy za miesiąc, góra dwa wyruszą jego śladem i przyda im się informacja o puszystym dywanie dla podróżnych położonym w nowej części moskiewskiego lotniska. Czas płynął niezauważalnie, a opowieść i zdjęcia robiły klimat i pobudzały marzenia.


Mam tak, że ilekroć robi się ciepło, budzi się we mnie potrzeba podróży. Kiedyś wrzucałam kilka ubrań w plecak, jakieś dokumenty, pieniądze i ruszałam przed siebie. Teraz, z powodu obowiązków domowych jest to trudniejsze, ale przecież nie niewykonalne. Obiecuję sobie, że kiedyś dotrę w strony, o których opowiadał Mieczysław Bieniek, tym bardziej, że marzyłam o tym już dawno, a tylko codzienność przysypała moje marzenia.



Podczas tego spotkania dostałam wiadomość o śmierci Terry'ego Pratchett'a. Smutek wielki. Przypomniałam sobie, że pierwszą jego książkę czytałam podczas nauki w liceum. Koledzy, Bartek i Mateusz, testowali na mnie różne kontrowersyjne książki i wśród nich podsunęli mi "Dobry omen" Pratchett'a i Gaimana. Później moje drogi z obydwoma autorami rozeszły się na czas jakiś i nawet nie pamiętam co sprawiło, że powróciłam. Widocznie nadszedł na to czas... Gdybyście chcieli uczcić pamięć Pratchett'a wspólnym czytaniem jego książek, zapraszam do dołączenia.

Kolejny dzień to kolejne spotkanie. Tym razem z Kazimierzem Szymeczko, wokół jego najnowszej książki "Tetrus" (pisałam o niej tu). Podczas spotkania obecny był także trener drużyny rugby IKS Jeźdźcy, Janusz Kozak. 

Autor wspomniał również o swojej poprzedniej książce "Kopidoł i Kwiaciareczka" opowiadającej o dwojgu młodych ludziach, którzy podczas wakacji pracują wolontariacko w Ośrodku Caritasu; Małgosia pomaga krawcowej, a Wiktor wspiera opiekunów. To kolejna książka z serii "Plus minus 16" warta polecenia.


Rozmowa z Kaziemierzem Szymeczko dotyczyła głównie procesu zbierania materiału do tak niełatwej społecznie książki, jaką jest "Tetrus", ale też skupiała się na postaciach niepełnosprawnych aktywnie uczestniczących w życiu sportowym.

A swoją drogą - zwróciliście uwagę, że w teledysku do "Hymnu" Luxtorpedy, występują rugbyści? 


Po oficjalnej rozmowie był czas na rozmowy kuluarowe, na kontakt z bibliotekarzami obecnymi w sali (szkoda, że nie było nauczycieli z uczniami) oraz na autografy.


Ostatnio mam wrażenie, że książki w moim domu zaczynają żyć własnym życiem. Rozpanoszyły się, rozpychają, wszędzie ich pełno, a ja w tych nielicznych chwilach, w których podejmuję próbę ich uporządkowania, mam świadomość, że jestem skazana na porażkę. A to przyniosę coś z biblioteki, a to coś przyjdzie pocztą, a to ktoś coś kupił, co powinnam przeczytać. I potem te książki leżą wszędzie, rozpełzają się po każdym pomieszczeniu i biorą we władanie dom.

Swoje książki czytam przy jedzeniu, przed snem, stojąc już gotowa do wyjścia z domu, ale przymuszona koniecznością doczytania rozdziału, słowem - wszędzie. Książki pożyczone, szczególnie te nietknięte jeszcze czytelnikiem, czytuję z namaszczeniem i tylko w chwilach, w których mam wolne obydwie dłonie, by delikatnie, nie rozłamując grzbietu książki, wczytywać się w treść. Wiecie jak to spowalnia?;-)))


Piszę o tym, bo tak właśnie przeczytałam "Siódemkę" Ziemowita Szczerka. Sięgnęłam po tę książkę zwabiona zachwytami koleżanki nad prozą Autora, ale i dlatego, że w najnowszej powieści akcja rozgrywa się wokół trasy nr 7, którą to trasę znam. Okazało się, że ja znam północną część, tę od Warszawy do Gdańska, a Szczerek swoją powieścią otoczył część południową;-) Ale bez względu na to, która część drogi krajowej numer siedem stała się osnową dla snucia historii, owa historia w szalenie bezpośredni sposób ukazuje nasze, polskie, przywary, kompleksy, zapatrzenie w wielkość dawno przebrzmiałą i tęsknotę za czymś, co zwane jest normalnym życiem. Tylko już dawno wszyscy zapomnieli na czym miałoby ono polegać. Warto przeczytać, mimo, że chwilami - nie będę udawała, że jest inaczej - nieco odstawałam od narracji Autora, nieco wybijał mnie z rytmu lektury. Ale może o to chodziło?

Kolejne dwa tygodnie również obfitowały będą w spotkania. Część z nich związana będzie z pracą (tu znajdziecie, co i gdzie - może kogoś zainteresuje), część - nie, ale po wszystkich dużo sobie obiecuję:-) 

No i książki, czekają na mnie wyśmienite książki :-)

Brak komentarzy: