14.6.15

Reaktywacja na zakończenie weekendu

Zdaję sobie sprawę, że trzymiesięczna nieobecność w Sieci, to bardzo długa przerwa. I w zasadzie nie mam nic na swoje usprawiedliwienie - miałam mnóstwo wolnego czasu, który spędziłam wśród zwierząt, więc - przynajmniej w teorii - pisać powinnam. Mam nadzieję, że długie milczenie nie przepłoszyło ostatecznie czytających bloga i z ciekawością zajrzycie w nasze blogowe kąty.

Na koniec marca miałam wypadek, w wyniku którego złamałam rękę. Zaraz po tym, gdy usłyszałam, że przez 6 tygodni będę miała unieruchomioną rękę w gipsie, zaczęłam się zastanawiać, czy uda mi się założyć i zapiąć psie szelki jedną ręką. Udało się i udawało kilka razy dziennie, ale główna w tym zasługa anielsko cierpliwej Sary. Zresztą zwierzęta w żaden sposób nie odczuły negatywnie mojej jednoręczności - korzystały za to intensywnie z tego, że długi czas przebywałam w domu.

Świąteczne dni, niezbyt atrakcyjne - jeśli pamiętacie - pogodowo,  spędzaliśmy na przykład tak:


I tak:


Codzienne poranne spacery przynosiły nam wiele radości. Sarze nawet udało się znaleźć marchewkę, którą wzgardziły policyjne konie:


Pewnego razu zrobiłyśmy próbę, która kosztowała mnie mnóstwo nerwów, i okazało się, że Sara może chodzić bez smyczy. Oczywiście wyposażona jest w adresówki, jest też zachipowana, ale i tak największą radość daje mi fakt, że wraca, gdy ją przywołam i ogólnie - mimo radosnej eksploracji - trzyma się blisko.




Zwiększona ruchliwość Sary wywołała u niej niemalże natychmiast bóle stawów, ale psica dostaje środki wspomagające i hasa jakby nie miała jedenastu lat.

Okazało się co prawda, że w tym roku nasze miejsce spacerowe w szczególny sposób upodobały sobie dziki, co nieco komplikuje poruszanie się po parku i spowodowało już naszą kilkukrotną ucieczkę. Dziki chodzą tam, gdzie chcą i nawet omijanie miejsc, które - jak wieść niesie - szczególnie lubią, nie daje żadnej gwarancji na to, że się ich nie spotka; zapuszczają się nawet w okolice linii tramwajowych. Widziałam kilka, słyszałam o kilkunastu, ale dziś - w towarzystwie innych spacerujących/rowerzystów - dane mi było spotkać stado złożone z kilkudziesięciu sztuk dzików w różnym wieku. Rezygnacja ze spacerów w parku niewiele zmienia, bo w zaroślach koło osiedlowego kościoła też zamieszkała locha z potomstwem.


W maju minęły trzy lata od chwili, w której do Kociokwika trafił rozwrzeszczany Wojtek. Mężnieje z dnia na dzień, staje się coraz bardziej kocurem. Zobaczcie:




W ramach opisywanej wcześniej akcji "czyszczenie pyszczydełek kocich" do PanDoktora po raz drugi trafiła Sisi. Tym razem usunięte zostało wszystko, co trzeba i kotka powoli doszła do siebie - je już także suchą karmę. Przy okazji, zupełnie przypadkiem, podczas rozmowy z koleżanką udało mi się wyjaśnić tajemnicę brzydkiego wyglądu Sisuleńki. "Ona się nie myje, bo brzydko jej pachnie z pyszczka" - usłyszałam i nagle zrozumiałam wszystko. Zaczęłam pucować Sisi, często ją czesać i kotka wygląda o niebo lepiej. Prawda?




Gusia zachwyciła się nowym wystrojem balkonu i często zdarza się, że spędza tam całe dnie. Miewa również napady czułości objawiające się głównie tym, że przez pół nocy chodzi mi po twarzy, liże mnie w powieki chcąc zachęcić do otwarcia oczu oraz - już nieco zrezygnowała - wplątuje się w moje włosy i zasypia na poduszce tworząc z siebie mocno grzejącą czapeczkę. Pozostaje także wierna "koszykom na koty", po kolacji biegnie do jednego z nich i w nim zasypia.




Nusia uznała, że otoczenie poduszki jest najlepszym miejscem na nocny odpoczynek i już wieczorem układa się tak, by padało na nią światło nocnej lampki. Zazwyczaj całą noc przesypia tuż obok mojej głowy, choć zdarza się i tak, że zajmuje inne miejsca do spania.




A w następnym wpisie (tym, który nastąpi szybko) opiszę Wam... Ech, kto się nie może doczekać informacji kogo opiszę, niech zajrzy TU.

6 komentarzy:

grazynaewak pisze...

Miło Was widzieć :-)

zakurzona pisze...

Dobrze, że wróciłaś :)
Sisi z łapką i Nusia pod lampką - cudne!

madziaro z dzikiego zachodu pisze...

Witajcie znowu całą gromadą :) Głaski dla wszystkich kociastych i Sary :)

kociokwik pisze...

Grażyno, Zakurzona, Madziaro,
dziękuję za powitanie - dobrze ponownie Was spotkać:-)

efka i koty pisze...

Ależ dobrze zobaczyć znowu Twoje koty i Sarę. Jak zwykle u Ciebie ciepło i domowo. Zwierzaki chyba były zadowolone, że miałaś dla nich tyle czasu. Gorzej z Tobą bo bez ręki to ciężko i pewnie bolało. Mam nadzieję, że już wszystko ok z Twoją ręką - ja niestety wciąż odczuwam skutki stłuczenia ręki w grudniu.
Wygłaszcz całą zwierzo-ekipę ode mnie. Pozdrawiam serdecznie!

kociokwik pisze...

Efko,
:-) Zwierzaki wygłaskane:-) Ręka coraz lepiej, choć czasami jeszcze pobolewa. Serdeczności:-)

Copyright © 2016 Prowincjonalna nauczycielka , Blogger