Przejdź do głównej zawartości

Reaktywacja na zakończenie weekendu

Zdaję sobie sprawę, że trzymiesięczna nieobecność w Sieci, to bardzo długa przerwa. I w zasadzie nie mam nic na swoje usprawiedliwienie - miałam mnóstwo wolnego czasu, który spędziłam wśród zwierząt, więc - przynajmniej w teorii - pisać powinnam. Mam nadzieję, że długie milczenie nie przepłoszyło ostatecznie czytających bloga i z ciekawością zajrzycie w nasze blogowe kąty.

Na koniec marca miałam wypadek, w wyniku którego złamałam rękę. Zaraz po tym, gdy usłyszałam, że przez 6 tygodni będę miała unieruchomioną rękę w gipsie, zaczęłam się zastanawiać, czy uda mi się założyć i zapiąć psie szelki jedną ręką. Udało się i udawało kilka razy dziennie, ale główna w tym zasługa anielsko cierpliwej Sary. Zresztą zwierzęta w żaden sposób nie odczuły negatywnie mojej jednoręczności - korzystały za to intensywnie z tego, że długi czas przebywałam w domu.

Świąteczne dni, niezbyt atrakcyjne - jeśli pamiętacie - pogodowo,  spędzaliśmy na przykład tak:


I tak:


Codzienne poranne spacery przynosiły nam wiele radości. Sarze nawet udało się znaleźć marchewkę, którą wzgardziły policyjne konie:


Pewnego razu zrobiłyśmy próbę, która kosztowała mnie mnóstwo nerwów, i okazało się, że Sara może chodzić bez smyczy. Oczywiście wyposażona jest w adresówki, jest też zachipowana, ale i tak największą radość daje mi fakt, że wraca, gdy ją przywołam i ogólnie - mimo radosnej eksploracji - trzyma się blisko.




Zwiększona ruchliwość Sary wywołała u niej niemalże natychmiast bóle stawów, ale psica dostaje środki wspomagające i hasa jakby nie miała jedenastu lat.

Okazało się co prawda, że w tym roku nasze miejsce spacerowe w szczególny sposób upodobały sobie dziki, co nieco komplikuje poruszanie się po parku i spowodowało już naszą kilkukrotną ucieczkę. Dziki chodzą tam, gdzie chcą i nawet omijanie miejsc, które - jak wieść niesie - szczególnie lubią, nie daje żadnej gwarancji na to, że się ich nie spotka; zapuszczają się nawet w okolice linii tramwajowych. Widziałam kilka, słyszałam o kilkunastu, ale dziś - w towarzystwie innych spacerujących/rowerzystów - dane mi było spotkać stado złożone z kilkudziesięciu sztuk dzików w różnym wieku. Rezygnacja ze spacerów w parku niewiele zmienia, bo w zaroślach koło osiedlowego kościoła też zamieszkała locha z potomstwem.


W maju minęły trzy lata od chwili, w której do Kociokwika trafił rozwrzeszczany Wojtek. Mężnieje z dnia na dzień, staje się coraz bardziej kocurem. Zobaczcie:




W ramach opisywanej wcześniej akcji "czyszczenie pyszczydełek kocich" do PanDoktora po raz drugi trafiła Sisi. Tym razem usunięte zostało wszystko, co trzeba i kotka powoli doszła do siebie - je już także suchą karmę. Przy okazji, zupełnie przypadkiem, podczas rozmowy z koleżanką udało mi się wyjaśnić tajemnicę brzydkiego wyglądu Sisuleńki. "Ona się nie myje, bo brzydko jej pachnie z pyszczka" - usłyszałam i nagle zrozumiałam wszystko. Zaczęłam pucować Sisi, często ją czesać i kotka wygląda o niebo lepiej. Prawda?




Gusia zachwyciła się nowym wystrojem balkonu i często zdarza się, że spędza tam całe dnie. Miewa również napady czułości objawiające się głównie tym, że przez pół nocy chodzi mi po twarzy, liże mnie w powieki chcąc zachęcić do otwarcia oczu oraz - już nieco zrezygnowała - wplątuje się w moje włosy i zasypia na poduszce tworząc z siebie mocno grzejącą czapeczkę. Pozostaje także wierna "koszykom na koty", po kolacji biegnie do jednego z nich i w nim zasypia.




Nusia uznała, że otoczenie poduszki jest najlepszym miejscem na nocny odpoczynek i już wieczorem układa się tak, by padało na nią światło nocnej lampki. Zazwyczaj całą noc przesypia tuż obok mojej głowy, choć zdarza się i tak, że zajmuje inne miejsca do spania.




A w następnym wpisie (tym, który nastąpi szybko) opiszę Wam... Ech, kto się nie może doczekać informacji kogo opiszę, niech zajrzy TU.

Komentarze

grazynaewak pisze…
Miło Was widzieć :-)
zakurzona pisze…
Dobrze, że wróciłaś :)
Sisi z łapką i Nusia pod lampką - cudne!
Witajcie znowu całą gromadą :) Głaski dla wszystkich kociastych i Sary :)
kociokwik pisze…
Grażyno, Zakurzona, Madziaro,
dziękuję za powitanie - dobrze ponownie Was spotkać:-)
efka i koty pisze…
Ależ dobrze zobaczyć znowu Twoje koty i Sarę. Jak zwykle u Ciebie ciepło i domowo. Zwierzaki chyba były zadowolone, że miałaś dla nich tyle czasu. Gorzej z Tobą bo bez ręki to ciężko i pewnie bolało. Mam nadzieję, że już wszystko ok z Twoją ręką - ja niestety wciąż odczuwam skutki stłuczenia ręki w grudniu.
Wygłaszcz całą zwierzo-ekipę ode mnie. Pozdrawiam serdecznie!
kociokwik pisze…
Efko,
:-) Zwierzaki wygłaskane:-) Ręka coraz lepiej, choć czasami jeszcze pobolewa. Serdeczności:-)

Popularne posty z tego bloga

Wygrywajka

Dziś, w dniu moich urodzin, do wygrania dwie książki: Książkę  Marcina Wrońskiego udostępnił KDC , książkę  Danuty Noszczyńskiej -  SELKAR , za co bardzo dziękuję:) Proszę w komentarzu zostawić wiadomość zawierającą tytuł książki, w losowaniu której chcecie wziąć udział. Losowanie odbędzie się w niedzielę o 8:00. Zapraszam serdecznie:) *   *   * WYLOSOWANO :-D Officium Secretum. Pies Pański. Mogło być gorzej Gratuluję i proszę o kontakt na m1b1m1m@gmail.com :)

Pożegnanie

Od kilku dni zbieram się, by napisać o odejściu Amber. Jest mi trudno, odpycham ten czas, ale uznałam, że to będzie sposób na pewnego rodzaju domknięcie - tak mi bardzo potrzebne. Amber zamieszkała z nami 25 lipca 2019 roku. Wypatrzyłam ją na FB schroniska w Tomaszowie Mazowieckim, pojechaliśmy na wizytę zapoznawczą, a kilka dni później - już po nią. Ułożona w bagażniku na wygodnym materacu, przeczołgała się na tylne siedzenie i ułożyła na moich kolanach. Tak dojechaliśmy do domu. O początkach wspólnego życia przeczytacie TUTAJ  i TUTAJ . Gdy już nieco okrzepliśmy w codzienności z psem, a Amber - z ludźmi i kotami, pojawił się pomysł na wspólny jesienny wyjazd w Beskid Niski. Zanim to jednak się stało psica miała atak padaczki, co spowodowało, że wyjazd odwołaliśmy, wdrożyliśmy leczenie i od nowa zaczęliśmy oswajać z nami i wspólnym życiem zdezorientowanego chorobą psa. Udało się ustabilizować zawirowania zdrowotne i wówczas zaczęliśmy się cieszyć sobą wzajemnie już na 100%. Dopier...

Urodziny "Z lektur prowincjonalnej nauczycielki"

ImageChef.com Flower Text Dziś mijają trzy lata od dnia, w którym zamieściłam tu swój pierwszy wpis. Trzy lata, które wiele mnie nauczyły, otworzyły mi wiele ścieżek, pozwoliły upewnić się, że jest mnóstwo podobnych do mnie czytających szaleńców. "Z lektur prowincjonalnej nauczycielki" rozwija się dzięki Wam - tym, którzy odwiedzacie mnie bez słowa i tym, którzy dyskutujecie ze mną o przeczytanych książkach. Dzięki tym wszystkim, którzy mi zaufali. Rozwija się też dla Was. Piszę, bo przyjemność sprawia mi dzielenie się z Wami wrażeniami po lekturze, czytam, bo bez książek nie umiem żyć. Dziękuję Wam za codzienną obecność. Za nominację do Papierowego Ekranu, za link do mojego bloga na Waszych stronach, za wszystkie słowa jakie kierujecie do mnie w komentarzach, czy e-mailach. Poświętujecie ze mną?