11 września 2016

Niedzielnik nr 60


Dorastałam w małym mieście, daleko na północy kraju. To w pewnym stopniu zadecydowało o tym kim jestem i jaka jestem.

Jestem słoikiem. Od wielu lat mieszkam poza rodzinnym domem, ale wciąż jadąc na Mazury czuję jakbym wracała do domu. Zapewne sprawia to obecność Mamy, choć wydaje mi się, że i miejsce ma swoje znaczenie.


To, że musiałam - chcąc się dalej uczyć - opuścić swoje miasto lub z niego wyjeżdżać na uczelnię, nauczyło mnie wielu rzeczy. Owo oddalenie od centrów kształcenia zmusiło mnie do zdobywania doświadczeń, o które jestem bogatsza niż ci, którzy całe życie mieszkają w jednym miejscu. Nie zawsze były to doświadczenia miłe, ale dziś, z perspektywy czasu, mogę uznać je za bardzo pouczające.

Z moją pierwszą pracą w szkole wiązała się trudność w postaci odbierania wypłaty. Można ją było otrzymać tylko w gotówce, tylko w kasie Urzędu Gminy i co za tym idzie - tylko w dni pracujące, w określonych godzinach. Między wsią gminną, a tą, w której uczyłam, nie kursował autobus, a gdybym chciała wrócić do miasta i tam przesiąść się w coś co dowiozłoby mnie do wsi gminnej, to nie zdążyłabym przed zamknięciem kasy. Zatem, wracając z pracy, wysiadałam na krzyżówce dróg, dojeżdżałam autostopem do rzeczonego Urzędu Gminy i bogatsza o 372 zł wypłaty, wracałam również autostopem do domu. Wypłata miesięczna wystarczała na miesięczną ratę za studia. Na szczęście mieszkałam z rodzicami i oni też finansowali moje dojazdy na studia.

Co dwa tygodnie miałam wolny od pracy piątek. Wyjeżdżałam autobusem o 4:20 do najbliższego miasta. Tam przesiadałam się na pociąg dowożący mnie do większego miasta. Kolejnym pociągiem dojeżdżałam do Warszawy, a jeszcze następnym do celu. Koło 17 zaczynałam zajęcia, więc najczęściej połowę drogi z dworca na uczelnię biegłam, żeby zdążyć choć kupić kawę, zanim usiądę w sali wykładowej. W niedzielę po zajęciach wsiadałam w pociąg i z dwoma przesiadkami dojeżdżałam do miasteczka, w którym przesiadałam się na autobus. W ostatnim pociągu najczęściej spałam. Plecak z notatkami miałam pod głową, a w ręce ściskałam plastikowy, tani zegarek, w którym budzik nastawiony był na 3 minuty przed moją stacją. Zaraz po jego wyłączeniu stawałam przy drzwiach wyjściowych; gdy raz tego nie zrobiłam natychmiast zasnęłam. W domu byłam o 6:30, autobus, którym dojeżdżałam do pracy ruszał o 7:15.

Mieszkałam w kilkunastu miejscach. Na stancjach współlokatorskich, w mieszkaniach, do których nie miałam kluczy, bo przecież właścicielka wciąż jest w domu, takich, w których perfumy musiałam zabierać ze sobą wyjeżdżając, bo w chwilach ciągu alkoholowego pito w tym domu wszystko. Mieszkałam mając za ściana kaplicę, a pod podłogą przedszkole. Pracowałam w wypożyczalni kaset wideo, przepisując protokoły powypadkowe, myjąc okna i prasując koszule. Wiedziałam, że zawsze sobie poradzę, bo muszę. Gdy w drodze do pracy kupiłam kalafior i w pracy zjadłam go na surowo, to nie miałam innego posiłku. Najadałam się bułką i maślanką truskawkową z wsypanym do niej słonecznikiem. Spałam na podłodze w akademiku i na dworcowej ławce (gdy koleżanka, u której miałam nocować nie pojawiła się w domu). Słuchałam opowieści ludzi i doświadczałam ich dobra (o tym, co złe nie pamiętam). Do kolejnych egzaminów uczyłam się pomiędzy gotowaniem, bo jakoś chciałam się odwdzięczyć tym, którzy przygarnęli mnie na czas sesji pod swój dach. Po obronie pracy magisterskiej straciłam przytomność ze stresu, a później tańczyłam do białego rana, bo mój gospodarz świętował z wieloma przyjaciółmi imieniny. Czasami, gdy mocno padał śnieg, na święta Bożego Narodzenia jechałam kilka godzin autostopem, bo bałam się, że autobus się spóźni i nie będzie w nim dla mnie miejsca.

Umiem się szybko i minimalistycznie spakować. Spać mogę byle gdzie i byle jak. Wszędzie czuję się jak u siebie; błyskawicznie oswajam najbliższą przestrzeń. Trudno mi nawiązywać głębsze relacje; wciąż uczę się zaprzyjaźniania. Z biegiem lat trudniej przychodzi mi zauważanie potrzeb innych; bywam aspołeczna. 

Jestem słoikiem. Mieszkam w dużym mieście i tęsknię za małym. Wyjeżdżając od Mamy pakuję do samochodu dżemy, soki, domowy chleb. Samochód wypełnia się aromatem dojrzałych na słońcu dyni, jabłek, śliwek, malin. Dojeżdżam do miejsca, które nazywam domem i zastanawiam się, co dla mnie oznacza to słowo. 

Mam wrażenie, że miasto, to małe, które nazywam swoim, umiera. Gaśnie, zamiera, a ludzie egzystują w nim, czekając nie wiedzieć na co. To duże, które także nazywam swoim, ale nieco mniej swoim, tętni życiem, rozkwita, przybiera nowe formy, szuka swojej tożsamości. Ta dysproporcja w rozwoju obydwu miast sprawia mi ból i wprawia w zakłopotanie. Czemu to małe nie może mieć choćby odrobiny energii dużego? Znam odpowiedź - energia jest w ludziach. A w małym mieście trudno zostać, trudno żyć, bo nie ma pracy, nie ma pieniędzy, nie ma potencjału.

Jestem słoikiem. I gdy wracam z mojego miasta do nieco mniej mojego miasta, to zawsze zastanawiam się co bym zrobiła, gdybym nagle miała tyle pieniędzy, by nie martwić się o konieczność pracy i wynagrodzenia za nią. Czy wróciłabym do małego miasta, w którym - jak mam wrażenie - łączy mnie już tylko tęsknota za niedookreślonym? Czy umiałabym zostawić swój poukładany świat, pracę, w której się spełniam, ludzi, którzy mimo moich wad stali mi się bliscy? Czy wybrałabym to, czego już nie ma i próbowała na nowo je odnaleźć/wykreować, czy uznałabym, że ten moment życia, w którym jestem jest zbyt satysfakcjonujący, by dokonywać w nim drastycznych zmian?

Przejechałam dziś 600 km myśląc o tym, o czym właśnie Wam napisałam. I wciąż nie znam odpowiedzi na pytanie który świat jest moim.

2 komentarze:

oisaj pisze...

Ja nie jestem słoikiem, nigdy nie byłem i najpewniej nie będę. I trochę zazdroszczę tych dwóch światów, sam mam jeden, w którym niekoniecznie dobrze się czuję.
Powodzenia ! :D

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Oisaj,

uświadomiłam sobie, że nie napisałam w tekście o jednej, bardzo ważnej rzeczy, którą zawdzięczam byciu "słoikiem". Wszystko co w życiu osiągnęłam mam dzięki swojemu zaangażowaniu i pracy :)

Pozdrawiam:D