11 kwietnia 2018

Juliana Burhing. Droga, którą jadę.


Czasami, by ruszyć się i zmienić swoje życie potrzebujemy dużego wydarzenia, często traumatycznego. Dla Juliany czymś takim była utrata ukochanej osoby. Kobieta zasklepiła się w żalu, żałobie i tkwiła w niemocy przez długi czas. 
Głęboki smutek bardziej naznacza człowieka niż fizyczna blizna. Po tygodniach obezwładniającej żałoby obudziłam się pewnego dnia i spojrzałam w lustro. Wiedziałam że muszę coś zrobić, żeby się ratować, albo pochłonie mnie głęboka melancholia, w której tonęłam. [s. 24]
Impulsem do zmian była informacja o rowerowej wyprawie dookoła świata trwającej 194 dni. Rzecz ekscytująca, pozwalająca zmierzyć się z własną słabością, tak bardzo totalnie afirmująca życia, jak bardzo silna była wcześniejsza melancholia Juliany. Gdy kobieta zaczęła się bardziej interesować tematem, zdecydowała się objechać świat samotnie jako pierwsza kobieta i dokonać tego, pobijając męski rekord, w 150 dni.

Wyobrażacie sobie? Samotność i samodzielność. Obcowanie z własnymi myślami (i ewentualnie treścią słuchanej książki). Przezwyciężanie pogody i własnej niemocy. Zachwycanie się mijanymi krajobrazami i siłą mięśni. Tęsknota za porządną kawą, strach przed zdziczałymi psami i radość z kolejnego pokonanego wzniesienia. 
Nie jesteśmy niczym innym, jak tylko maleńkimi, nieznaczącymi organizmami, którym wydaje się, że są środkiem wszechświata. (...) Jadąc na rowerze dookoła świata, jestem bez znaczenia. Wszechświat był przed nami i będzie trwał długo po naszym krótkim okresie świadomości. A jednak, być może, gdzieś w podświadomości, był to jeden z wielu powodów, dla których wyruszyłam w podróż rowerem dookoła świat. Żeby uczcić nieprawdopodobieństwo tej egzystencji. Żeby zostawić odcisk stopy w cemencie, jak jaskiniowiec, który zostawia odcisk dłoni na ścianie jaskini. Może tworzenie dziedzictwa to jest to, co co naprawdę nam chodzi. [s. 228]
Podziwiam Julianę Buhring. Bardzo podziwiam. 

Brak komentarzy: