07 kwietnia 2016

Kilka słów o kilku książkach

Coraz częściej łapię się na myśli o tym, że pewne książki są już nie dla mnie. I nie mówię tu o powieściach dla dzieci czy młodzieży;-) Są książki, których formuła, przypomina losowy zlepek wydarzeń, który twórca próbował z różnym skutkiem okiełznać. Są takie, w których nie umiem znaleźć nic dla siebie, a ich czytanie budzi irytację prowadzącą do przerwania lektury. Nauczyłam się już bowiem tego, że mój czas na czytanie jest zbyt cenny, by go marnować na coś, co nie tylko nie sprawia mi przyjemności, ale też nic mi nie daje. W poniższych refleksjach na temat książek znajdziecie te z przeczytanych w lutym i marcu, które mnie w jakiś sposób za sobą porwały, ale i te które niespecjalnie uważam za warte czytania.

Natalia Socha, Magdalena Witkiewicz. Awaria małżeńska.



Teoretycznie - lekko i przyjemnie. Choć początek wydawać się może z lekka dramatyczny, całość opowiedziana sprawnie i z morałem. Dwie obce sobie kobiety trafiają na tę samą salę szpitalną w wyniku jednego wypadku. Ich mężowie zostają z dziećmi i tzw. życiem domowym do ogarnięcia. Wiecie - historie typu - tata na wywiadówce w klasie innej niż uczy się dziecko, skarpetki antypoślizgowe, których idei nie pojmuje ojciec, czy przygodna niańka do dzieci, która z pierwszego zawodu jest luksusową panią do towarzystwa. Bywa zabawnie, śmiesznie, ale w tle pobrzmiewa gorzkie zawołanie - same sobie żeście to uczyniły! I tu warto przywołać Joannę Chmielewską, która niejednokrotnie pisała o tym, że kobiety zgłupiały w zapędach emancypacyjnych biorąc na swoje barki pracę zawodową, dzieci, dom i niejednokrotnie jeszcze chłopa.

Katarzyna Berenika Miszczuk. Szeptucha.



Wyjątkowe nieszczęście ma ów tytuł książki w polskiej literaturze. Poprzednia powieść o szeptusze sprawiała, podobnie jak ta, interesujące pierwsze wrażenie, ale ostatecznie obydwie powędrowały fabularnie gdzieś, gdzie czytanie przestawało sprawiać frajdę.

Katarzyna W. Miszczuk wymyśliła świat współczesny, ale bez chrześcijańskiego ducha unoszącego się od ponad tysiąca lat nad naszą cywilizacją. Nie było chrztu, a gdy kończy się studia medyczne można trafić do szeptuchy na praktykę zawodową. Świat jest pełen boginek i bogów, przesilenie letnie okazją do eksplozji magii, a kwiat paproci skarbem, dla którego warto zabić.

Przeczytałam. I wciąż czekam na dobrą powieść o szeptuchach.

Ian McEwan. W imię dziecka.


Tu zaskoczenie. Co więcej zaskoczenie, które dzielę z osobą piszącą tekst o tej powieści w bodajże "Nowych Książkach". Ian McEwan przyzwyczaił mnie do tego, że każda jego książka nicowała mnie emocjonalnie, wyczerpywała, wymagając ode mnie wysokiego poziomu empatii i jednocześnie nie dając żadnej ochrony przed tym, co dziać się będzie z bohaterami. 

Sędzina, której życie osobiste ulega nagłemu rozpadowi, ma w tym samym niemalże czasie zadecydować o transfuzji krwi - a tym samym zwiększeniu szans na uratowanie życia - nastoletniego chłopca ze społeczności Świadków Jehowy. Śledzimy zatem proces decyzyjny i skutki ogłoszonego wyroku przefiltrowane przez jej myśli i emocje związane z mężem i małżeństwem.

"W imię dziecka" to powieść, która pozostawia ślad, zmusza do myślenia o sobie, skłania do refleksji nad własnym życiem, nad zawierzeniem i nad tym, co dla każdego z nas oznacza wzrastanie w określonej grupie społecznej.

Olga Rudnicka. Były sobie świnki trzy.



Kocham Natalie. Ich perypetie rozpędziły niejeden smutek w nieco gorszych dniach. Jednak pokochać bohaterek najnowszej powieści Olgi Rudnickiej nie umiem i co więcej - nie wydaje mi się, aby były tego warte.

Trzy kobiety. Mają prawie po 40 lat i zamożnych mężów. Mają również dość swoich mężów i chętnie by się z nimi rozstały, ale decydując się na wstąpienie w związki małżeńskie podpisały intercyzy. A przyzwyczajone do życia na tak zwanej wysokiej stopie nie zamierzają obniżać lotów i życzą sobie pozostać w równie dobrej kondycji finansowej jako bezmężne, jak w chwili, w której są żonami.

Postanawiają swoich mężów pozbyć się raz na zawsze. Radykalnie i bez świadków.

Być może powinnam, z racji współpokoleniowości, w jakikolwiek sposób identyfikować się z bohaterkami. Wolałabym jednak nie;-) Irytowały mnie, nużyły, a do ostatniej strony książki dobrnęłam tylko dzięki wierze w to, że Olga Rudnicka pisze zabawne, odprężające książki. Niestety, tym razem nie było dane mi tego doświadczyć.

Thomas Montasser. Wyjątkowy rok.


Tajemnicza księgarnia, prozaiczna Valerie, która zmienia się pod wpływem księgarni i klimat niedopowiedzeń tworzą niewielką, acz przyjemną lekturę. Choć zdecydowanie bliżej mi do powieści z bardziej zarysowanym finałem niż w tym przypadku, odprężyłam się i zrelaksowałam podczas lektury.

Zauroczyła mnie - i widzę po innych recenzjach, że nie tylko mnie - korespondencja jaką zaginiona ciotka Valerie prowadziła ze swoimi klientami-przyjaciółmi. Ów cudowny efekt przyjaźni jaki daje bliskość myśli okołoliterackich, to coś co łączy ludzi, którzy czytają, rozmawiają o czytanych przez siebie książkach i czerpią z tego radość, jest czymś co trudno zastąpić. Owszem pasje łączą ludzi, ale mam wrażenie, że pasja czytania łączy najsilniej.

Zwrócenie uwagi na ten aspekt literackich perygrynacji jest najsilniejszą stroną "Wyjątkowego roku" Thomasa Montassera.

Rosamund Lupton. Barwa ciszy.



Jeśli macie ochotę na książkę, która przykuje Was do siebie, która sprawi, że podczas lektury będziecie wciąż odczuwać niepokój dzieląc go z bohaterami wykreowanego świata, bez wahania sięgajcie po powieści Rosamund Lupton.

"Barwa ciszy" to historia rodziny na skraju rozpadu. Yasmin podejrzewa, że mąż ją zdradza i by się z nim rozmówić przyjeżdża wraz z córką do niego na Alaskę, gdzie Matt realizuje filmy przyrodnicze. Gdy Ruby i jej mama lądują okazuje się, że wioska, w której mieszkał Matt uległa zniszczeniu i wszyscy jej mieszkańcy nie żyją. Yasmin powodowana przekonaniem o ocaleniu męża staje na przeciw przyrody, braku doświadczenia związanego z pobytem w tak mało gościnnym miejscu, jakim jest alaskańskie pustkowie.

Owszem - można zarzucić "Barwie ciszy" pewne dość nieprawdopodobne rozwiązana fabularne. Ale mnie przekonała determinacja głównej bohaterki, a jazda ciężarówką przez zamarznięte drogi Alaski oczarowały tak, że nie mogę dodać nic ponad to, byście sami sięgnęli po najnowszą powieść Lupton i sprawdzili i czy i Wam się spodoba.

Maureen Johnson. 13 małych błękitnych kopert.



Chciałabym być tak kreatywną ciocią dla Heleny, jak Peg była dla Ginny. Owszem, może nie zawsze miały ze sobą kontakt, ale Peg zapewniała dziewczynie niecodzienne doświadczenia. Także już po swojej śmierci.

Gdy Ginny dostała 13 małych kopert, a wraz z nimi instrukcję postępowania, bez wahania zawierzyła ciotce. Wędrując jej śladami nastolatka odwiedziła Londyn, Paryż, Kopenhagę i inne miejsca. Artystyczne usposobienie Peg zjednywało jej ludzi, a wysyłając dziewczynę tropem swoich wcześniejszych podróży, wyposażała ją nie tylko o pocztówkowy obraz odwiedzanych miejsc, a skłaniała do poznawania siebie stojącej wobec różnorodnych wyzwań.

Fascynująca opowieść nastoletniego nurtu literatury. Do przeczytania w każdym wieku:)

*   *   *   

Ostatnio czytam mało. Słucham książek Lucy Maud Montgomery, żyję intensywnie, w ciągłym ruchu i na książkę mam czas jedynie przed snem. Sił wystarcza mi na jakieś 10-15 stron. Wiosna wygania mnie z domu, ale wiem, że gdy się już nią nasycę wrócę do intensywniejszego czytania.

4 komentarze:

Agnesto pisze...

Mała korekta: Magdalena Witkiewicz, nie Agnieszka.

Agnieszka to ja :-)
pozdrawiam

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Dzięki za zwrócenie uwagi:-) I jeszcze okładkę z nazwiskiem dałam obok;-)

Wietrzyk pisze...

Też nie czytam już na siłę. Jeżeli nie zainteresuje mnie pierwszy rozdział, przerywam.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Chyba tak trzeba - za dużo się wydaje;)