Dla dzieciaków (45)

Dla dzieciaków (45)

Marcin Podolec, Bajka na końcu świata. Tom 1-4



Przez świat po zagładzie wędrują we dwie. Z karty na kartę komiksu dowiadujemy się, w którym miejscu życia zastało je trzęsienie ziemi, co straciły i ku czemu podążając szukając co wieczór śladów dalszej wędrówki na niebie, wśród rozbłyskających gwiazd.

Idą i idąc uczą się życia na nowo. Uczą się też siebie, doceniania swojej obecności, reakcji na stres i bodźców motywacyjnych. Pozwalają sobie na chwile szczęścia i smutku. Wędrują i po drodze trafiają na nietypowych mieszkańców odwiedzanych miejsc. Spotykają na przykład tapira roznoszącego sadzonki roślin, gołębie mające swoje królestwo i urządzające Wielki Turniej Jedzenia, czy błękitny latawiec, który zamienia się w to, czego potrzebują - klucz, worek, linę...

Wiktoria i Bajka wędrując po świecie, który jest inny niż ten jaki znały wcześniej, pokazują budowanie więzi między sobą, wyzwalają emocje u czytelników i uczą jak ważni są przyjaciele w czasach kryzysu.

Delphine Perret, Bjorn

 


Doskonałe historie o spokojnym życiu w lesie. Niedźwiedź Bjorn w otoczeniu przyjaciół żyje spokojnie, z pozytywnym nastawieniem do świata, witając nowości z lekkim rozmarzeniem, życzliwym podejściem i ogólnie rzecz ujmując - w rytmie slow. Proste historie z prostą kreską, polecam:)

Lorenzo Clerici, Ta książka jest psem
Silvia Borando, Ta książka jest kotem

 

Opierające się na schemacie angażowania dziecka w interakcję z książką, która - jak w tym wypadku jest psem lub kotem - publikacje są przyjazne kolorystycznie, opowiadają o zwierzęciu i jego czynnościach oraz skłaniają dziecko do reakcji na to, co zwierzę robi. Twarde karki, powierzchnia pozwalająca na przetarcie stron wilgotną chusteczką z pewnością sprzyjać będą najmłodszym czytelnikom. I tylko jedno mnie zastanawia - dlaczego dziecko ma wycierać ubłoconego psa i przemoczonego kota brzegiem koszulki?:)

Peter Knorr, Doro Gobel, Na placu budowy. Zawody maszyny i pojazdy


Z rozżaleniem przyznaję - nie miałam jak przetestować tej książki na dziecku. Ale od czego moje wewnętrzne dziecko, które radośnie pozwoliło sobie dojść do głosu widząc tak bogatą szansę na pracę wyobraźni?

Bogactwo szczegółów mnie oszołomiło. Obracałam stronę za stroną (twarde, dużo wytrzymają) śledząc postaci i ich losy na kolejnych obrazkach. Patrzyłam jak zmienia się widoczna na grafikach przestrzeń. Jak coś, co było zapyziałym budyneczkiem zamienia się w okazały budynek, a wybetonowana ziemia niczyja porasta zielenią. Patrzyłam na ludzi, ich otoczenie i - chyba jednak najmniej - na te maszyny, które widnieją w tytule książki. Zakładam jednak, że to wina mojego skażonego dorosłością wewnętrznego dziecka. Chyba, że zawsze taka byłam;)

Świetna robota zapewniająca mnóstwo przyjemności z obcowania z książką.

Michał Rusinek, Joanna Rusiek, Od mikmaka do zazuli. Atlas regionalizmów dla dzieci
Na tę książkę zdecydowałam się w chwili, w której zobaczyłam nazwę Lubawa w jej opisie. Mieszka tam bowiem część mojej rodziny i byłam ciekawa jakie słowa charakterystyczne dla regionu zamieści autor w książce. Jestem napływową mieszkanką Śląska rozmiłowaną w gwarze i tu również kierowała mną ciekawość  - jakież to słowo Michał Rusinek zastosuje w Atlasie.

Przyjemnie wędruje się po Polsce w poszukiwaniu regionalizmów. To taka wyprawa w nieznane, bo wielu słów nie znałam, a niektóre - mimo, że kojarzyłam - to jednak w zupełnie innym znaczeniu. odkryłam też, że znana mi i swojska szneka z glancem nie pochodzi wcale z rodzinnych stron mojej Mamy, a Poznania.

Fascynująca podróż nie udała by się zapewne, gdyby nie chyba jeszcze bardziej fascynujące badania związane z regionalizmami. Ta przeciekawa część językoznawstwa jest jedną z wdzięczniejszych , skłaniają do namysłu nad obyczajami, historią, do poszukiwań w przeszłości.

Jeśli chcecie zaszczepić w dzieciach chęć poznania regionów Polski i powiedzeń dla nich charakterystycznych, to sięgajcie po Od mamaka do zazuli; a okres wakacyjnych podróży po Polsce będzie jak znalazł.

P.S. Gdybyście chcieli się przyjrzeć śląskiemu w przyjaznej formie, bo zapraszam do Gryfnie (KLIK); są dla mnie źródłem językoznawczej radości:)
Iwona Gralewicz-Wolny, Beata Mytych-Forajter. Po pierwsze. O literaturze dla dzieci (i nie tylko)

Iwona Gralewicz-Wolny, Beata Mytych-Forajter. Po pierwsze. O literaturze dla dzieci (i nie tylko)

Jakaż to ciekawa książka i jak dobrze się czułam podążając tropami wskazywanymi przez obydwie autorki. A jakie to były tropy? Wiodły poprzez literaturę dla dzieci, tę raczej w wieku już zaawansowanym i przez to nabierającą pełni kontekstów w jakich możemy je wciąż i wciąż na nowo odczytywać i rozumieć. Wiodły tam, gdzie moje dziecięce ja było (lub uznało, jak w przypadku O czym szumią wierzby, że być nie chce), a moje dojrzałe ja z przyjemnością wróciło dowiadując się o lekturach czasu dziecięcego mnóstwa ciekawych rzeczy. I odkrywając na nowo, dla siebie, do zachwytu, niektórych bohaterów.

Czy wiedzieliście, że postać dr Dolittle powstała jako sprzeciw wobec niepotrzebnych i niedostrzeganych zwierzęcych śmierci, które obserwował Hugh Lofting podczas wojny? A Pipi Pończoszanka i Pipi z książki Wyspa mojej siostry Katarzyny Ryrych mogą mieć wiele wspólnego? Z przyjemnością wróciłam do postaci Ferdynanda Wspaniałego (nabierając z każdym zdaniem przekonania, że powinnam ponownie przeczytać o jego przygodach), spróbowałam pojąć fenomen Mikołajka, z którym jakoś nigdy nie było mi po drodze, aż wreszcie - w rozdziale o geopoetyckim projekcie Kennetha White'a - zakochałam się na nowo we Włóczykiju. To oczywiście nie wszystkie utwory kierowane do najmłodszych zanalizowane w tej publikacji, piszę jednak o tych, które najmocniej skłoniły mnie do refleksji.

Po pierwsze to książka nie tylko dla specjalistów i badaczy literatury. To zbiór tekstów, do których sięgnąć może (a nawet powinien) każdy z nas, komu literatura adresowana do dzieci jest bliska. 

Polecam.
Deborah Feldman. Unorthodox.

Deborah Feldman. Unorthodox.


Przyznaję - ta książka (z poprzednią okładką, wydana w 2017 r.) czekała na swój moment aż do teraz. Wieść o ponownym wydaniu, połączonym z premierą serialu, skłoniła mnie do tego, by zapoznać się z opowieścią Deborah Feldman. Bardzo lubię zestawienia książek i filmów, więc i w tym przypadku nie mogłam sobie odmówić.

Deborah mieszka z babcią i dziadkiem. Jej matka zniknęła z rodziny, ojciec pojawia się tylko niekiedy, nadużywa alkoholu i jest niezdolny do sprawowania opieki nad kimkolwiek. Dziewczynka nie ma nikogo kto by się za nią ujął, kto zadbałby o nią i jej funkcjonowanie w społeczności rówieśników.

Rodzina Deborach to ortodoksyjny Żydzi. Kierują się w życiu wskazówkami Tory i rabina, nakładając na siebie mnóstwo ograniczeń. Ot, choćby jak to, że skoro w szabas nie można jeździć wózkiem, ani niczego nosić, to rodziny z małymi dziećmi, nie poruszającymi się samodzielnie, nie mogą uczestniczyć we wspólnym świętowaniu. Zajde, dziadek dziewczynki, jest wyznawcą teorii, że nauka jest dla mężczyzn. Deborah porozumiewa się z resztą rodziny w jidisz, nie bardzo umie odczytywać hebrajski, a angielskiego uczy się w bardzo ograniczonym stopniu - jest niemile widziany. A rabin naucza, że Holokaust był karą za asymilację.

Patrząc na otaczający ją świat, dorastając i mając świadomość, że z każdym dniem jej świat będzie się zamykał coraz bardziej, młoda kobieta pragnie wolności. Tęskni za czymś czego nie zna, co mgliście sobie uświadamia i czego trochę się obawia. Ale tęskni i wie, że jeśli podąży za tęsknotą będzie to droga tylko w jedną stronę.

Pewnie w książce znalazły się takie elementy chasydzkiego życia, które miały nami wstrząsnąć i pokazać jak ważna jest dla Deborah wolność i jak wiele zniosła, by móc ją osiągnąć. Bardzo możliwe, że były też jaśniejsze dni w życiu młodej Żydówki i pokazanie przytłaczającej większości chwil mało optymistycznych służyło pewnej tezie. Ale tej tezy nikt nie ukrywa i jest ona znana od początku - to książka mająca pokazać różnice między dwoma światami i trudny wybór jakiego dokonuje bohaterka. A to wyszło doskonale.

Przeczytacie zanim obejrzycie?
Agatha Christie w komiksie

Agatha Christie w komiksie



Mam tak, że gdy przeczytałam książkę i oglądam ekranizację - porównuję. Podobnie działa mój umysł, gdy czytam komiksy nawiązujące do wcześniej opublikowanych powieści.W tym przypadku odczuwałam to szczególnie mocno, ale też mocno zwalczałam w sobie takie podejście chcąc docenić komiksy jako odrębne wytwory kultury, a nie dopełnienie, czy naśladownictwo.

Trzy świetnie znane książki Agathy Christie zostały, w stulecie opublikowania jej pierwszej powieści, wydane w wersjach komiksowych. Opowieść z Herkulesem Poirot, panną Marple oraz młodymi Beresfordami pokazuje bogactwo postaci jakie towarzyszyły Królowej Kryminału. Owe bogactwo udało się w komiksach pokazać, choć przyznaję, że jako wieloletnia wielbicielka Christie jej bohaterów znam i być może dostrzegałam więcej cech niż te pokazane.

Scenariusz Morderstwa w Orient Expressie stworzył Benjamin von Eckartsberg, którego działania artystyczne obejrzeć możecie na jego stronie (KLIK). Kolorystyka i rysunki są dziełem Tsai Chaiko, podpatrzcie czy Wam się podobają.

Scenariusz do Nocy w bibliotece sporządził Dominique Ziegler (KLIK), scenarzysta i reżyser wielu sztuk teatralnych prezentowanych w Szwajcarii, Belgii, Francji. Komiks to działanie mocno uboczne dla jego twórczości, ale to jednak nie medium, a umiejętności opowiadania historii są tu najważniejsze. 

Olivier Dauger, którzy przepięknie narysował Miss Marple, to ilustrator i grafik z dwudziestoletnim stażem, miłośnik lat 30 i 40 XX wieku, a szczególnie lotnictwa, architektury i designu tamtego okresu. Jego prace podejrzycie na - niestety dawno zdezaktualizowanym - blogu (KLIK), a ja Wam zdradzę, że gdybym miała wybrać, czy bardziej podobają mi się prace Daugera, czy Emilio Van der Zuidena, w którym za chwilę, miałabym kłopot. 


Ostatni, ale wcale przez to nie najgorszy tom opowieści o młodych ludziach, którzy wobec groźby biedy postanawiają zająć się pracą detektywów powstał według scenariusza i został narysowany przez Emilio Van der Zuidena. Oglądając jego grafiki utrzymane w nurcie pin up (KLIK) zastanawiałam się jak bardzo wymagające okazały się dla niego bohaterki w zapiętych pod szyję sukniach. Jednak mimo odpowiednich dla epoki strojów, skromnych i zasłaniających, postacie kobiece w tym tomie są wyjątkowo - nazwijmy to tak - kobiece:) 

Szukając informacji o twórcach komiksów inspirowanych powieściami Agathy Christie znalazłam informację, że oprócz trzech już u nas opublikowanych Wydawnictwo Paquet wydało kolejne dwa tomy. Mam nadzieję na ich lekturę po polsku.

Stawiam pierwsze kroki w czytaniu komiksów i sprawia mi to wiele frajdy :)
Jacek Walkiewicz. Pełna MOC życia.

Jacek Walkiewicz. Pełna MOC życia.


Jak zapewne pamiętacie biorę udział w wyzwaniu Kamili Rowińskiej (zawieszonym na czas pandemii). Jedną z lektur wyzwaniowych była ta. Przyznaję, pewnie nie sięgnęłabym po nią, bo już sam tytuł budzi moją nieufność. Ale jak wyzwanie, to wyzwanie ;-) Poniżej kilka refleksji po czytaniu:

Jeśli pokusimy się o namysł nad samymi sobą, uświadomimy sobie bogactwo własnego doświadczenia (zarówno złego, jak i dobrego), to możemy sobie ufać.

Marzenia motywują do zmian - to truizm, prawda? A jednak, im bardziej słucham wielu osób zaangażowanych w działania na rzecz rozwoju osobistego, tym trudniej - wbrew pozorom - jest mi określić swoje marzenia. Wynika zatem z tego, że osiadanie marzeń wymaga mojej zgody na nie i że warto odświeżyć sobie pojmowanie "marzeń". Bo czy to spacer w góry w najbliższy weekend, czy wędrówka przez mongolskie stepy - ważne tak naprawdę jest to, co zrobię z tym marzeniem i czego się podejmę, by je zrealizować.

Kto zarządza moim czasem, zarządza moim życiem. To motto, które przylgnęło bardzo mocno do moich myśli.

Jeśli wiem gdzie idę, wszechświat będzie sprzyjał mojej wędrówce. Zadziała precesja. O co tu chodzi? Otóż o to, że gdy wymyśliłam, że chciałabym jeździć volvo V70, to nagle wokół zaczęła dostrzegać mnóstwo tych aut. Gdy zrezygnowałam - przestałam je dostrzegać;)

Kreuję, a nie czekam co przyniesie życie. Co o tym myślicie?

Zmiana słownictwa: z muszę, na chcę, itp. otwiera mnóstwo możliwości. Idzie za tym zmiana myślenia. Sprawdziłam - działa :)

Podejmowanie decyzji to otwartość na to, co one przyniosą. Bez względu na emocje jakie temu będą towarzyszyły. To nie zawsze jest łatwe. Ale mimo to - konieczne i daje poczucie panowania nad swoim życie,

Jeśli upadam, mam gorszy czas potrzebuje siły, nie litości. Od innych i od siebie.

Chcę, by w moim życiu - każdej decyzji - widać było wartości jakimi się kieruję. Znacie swoje wartości? Jeśli nie, warto zrobić ćwiczenie, by je poznać. Możecie sięgnąć np. tu - KLIK.

Ciekawa jestem, czy czytaliście tę książkę i co o przesłaniu Jacka Walkiewicza pomyśleliście :)
Jean-Marc Rochette. Wilk.

Jean-Marc Rochette. Wilk.


Góry, pasterz, owce i wilki. Trochę archaicznie brzmi, prawda? Szczególnie dla tych z nas, którzy owce widzieli dawno temu lub w reklamie serów. A przecież to rzeczywistość - wciąż są pasterze, którzy toczą z wilkami pradawny spór o owce. Nawet jeśli sami sprzedają owe owce na rzeź.

Ktoś mi kiedyś powiedział, że wśród ludzi obcującymi ze zwierzętami użytkowymi nie ma wegan - mają oni bowiem zupełnie inne, tak właśnie użytkowe, podejście do zwierząt, którymi się opiekują, a jednocześnie pierwotny do niech szacunek. Nie czuję się jednak na siłach, by ocenić prawdziwość tego przekonania. A postać Gasparda nie ułatwia tej oceny.

Samotny człowiek i samotny wilk. Pomiędzy nimi stado i pilnujący go pies. Nad nimi i w nich - góry. Piękne, surowe i bezlitosne. Trudne miejsce, trudne relacje. Walka o to, kto ma większe prawo, prawo do życia i zanurzenia w Naturze: wilk czy człowiek.

Podoba mi się porównanie tej opowieści do historii Santiago mierzącego się w Hemingway'owskiej narracji z marliem. Siła tkwiąca w każdym z bohaterów jest siłą nie do pokonania, siłą, którą pozostaje wzajemnie uznać, okazać drugiemu istnieniu szacunek.

W podkaście (KLIK) Szymon Holcman i Radosław Czyż zastanawiają się nad tym, czy komiks Rochette'a, wielkiego miłośnika gór, który ze względu na stan zdrowia musiał zrezygnować z ich eksplorowania w tak dużym zakresie jak dotychczas, jest powieścią ekologiczną. Moim zdaniem tak, ale tylko wówczas jeśli przyjmiemy literalną definicję ekologii, czyli potraktujemy ją jako naukę zajmującą się badaniem oddziaływań pomiędzy organizmami a ich środowiskiem oraz wzajemnie między tymi organizmami. Gdy dodamy do tego bardzo dużo dawkę estymy wobec Natury jaka wyłania się  z ręki i serca autora, możemy być o tym pewni.

Wilk robi wrażenie. Niezapomniane.
Maria Dahvana Headley. Dziedziczka jeziora.

Maria Dahvana Headley. Dziedziczka jeziora.


Nie pamiętam kiedy czytałam książkę tak nietypową, tak angażującą jak najnowsza powieść Marii Dahvana Headley, autorki, której dotychczas nie czytałam.

To opowieść o kobietach. O kobietach i ich synach, odwiecznej roli pramatki i syna, który w pewnym etapie życia potrzebuje wyzwolić się z matczynej opieki.

We wnętrzu góry żyje weteranka wojenna Dana z synkiem, Grenem. U podnóża tej samej góry stoi szklany dom, w którym żyje Willa, żona chirurga plastycznego i matka Dylana, mającego być równie doskonałym i równie wykształconym, jak jego ojciec. I choć te dwa światy pozornie nie mają ze sobą nic wspólnego poza przestrzenią i powietrzem jakie ją wypełnia, to pewnego razu okazuje się, że Gren i Dylan budują więź, więź jakiej nie pozwolą nikomu zniszczyć.

Każda z kobiet widzi w dziecku drugiej zagrożenie, widzą też zagrożenie w sobie wzajemnie i w tym, czym dysponują. Owszem, Dana ma niewiele, głównie broń, ale jej ciało jest narzędziem, co wyraźnie pokazuje sytuacja z mężem Wilii. 

Nad wszystkim, co się wydarza, unosi się głos wszechwiedzących i wszechwidzących, a przedwieczną mądrością, zrozumieniem świata tak wielkim, jakiego nie doznaje nikt inny. 

Dziedziczka jeziora to opowieść poza czasem i realnością, mimo, że osadzona w świecie nam znanym. Sposób w jaki autorka prowadzi narrację przenosi nas w inny poziom odbierania literatury i to zaskakuje tak bardzo, że nie sposób porzucić tropienia losów bohaterów. Tropienia i zadawanie sobie pytania - ile zrobimy dla miłości, a ile dla władzy?
Dla dzieciaków (44)

Dla dzieciaków (44)

Benji Davies, Powrót wieloryba
Pamiętacie Noi, jego tatę i mieszkających z nimi 6 kotów? I najważniejsze - spotkanie chłopca z młodym wielorybem? (Poczytacie o nich tu - KLIK). Minął już jakiś czas, a dziecko wciąż wspomina tęsknie wieloryba i zastanawia się czy kiedyś się jeszcze spotkają. Przydarza się sytuacja, w której - jak wynika z tytułu - wieloryb wraca. Jaka? Poczytajcie:)

Piękna książka: i graficznie, i w perspektywie przesłania jakie ze sobą niesie.


 Dominika Gałka, Sklep z babciami


Mamy niedobry czas na to, by wnuki odwiedzały babcie. Ale - pewnie podobnie jak Wy - mam nadzieję, że wkrótce ów czas minie i znów bez kłopotu międzypokoleniowe spotkania będą mogły się odbywać.

Wojtek jest zły. Wakacje przed czwartą klasą zapowiadały się wyśmienicie, ale rodzice nie mogą opuścić pracy i czekają go wakacje w mieści. Ze złości rzuca swoją ulubioną maskotką o ścianę, pieskowi pęka guzik stanowiący nos i chłopiec wybiera się do pasmanterii. A tam... Trzy starsze panie, siostry, które traktują swój sklep jako salon własnego domu i witają wszystkich zainteresowanych zakupami, jak swoich, serdecznych gości. W ową sieć życzliwości wplątuje się także Wojtek, a wynika z tego wiele dobrych rzeczy.

Miła, optymistyczna opowieść, doskonale zilustrowana przez Macieja Szymanowicza.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel, Pracownia Aurory


Tę książkę zostawiłam na koniec, bo też wydaje mi się, że jest to propozycja - podobnie jak Jeleń tej samej autorki (KLIK) - nie tylko dla dzieci.

Aurora zmierzając do swojej pracowni napotyka na przeciwności. Pada deszcz, wieje silny wiatr, wygina się parasolka. To wszystko oraz to, że na ulicy, przy której mieści się jej zakład, jest ostatnią osobą "starego" porządku i jej firma nieśmiało tkwi między burgerownią, kliniką urody, tym, co oferuje życie proste i szybkie. A Aurora i jej pracownia naprawy złamanych serc wymagają precyzji, delikatności i czasu. Kobieta zaczyna myśleć o przejściu na emeryturę, a wówczas u jej progu pojawia się ktoś niespodziewany.

Lubię książki Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, czytam ją od lat (KLIK) i każdorazowo znajduję w jej pisaniu coś, co łapie mnie za serce.
Dla dzieciaków (43)

Dla dzieciaków (43)

Dziś w zestawieniu głównie książki dla starszych dzieci. Są jednak dwie poruszające tematykę ekologii, będące doskonałym przyczynkiem do domowych rozmów z młodszymi i starszymi, nie tylko dziećmi.

Sarah Crossan. My dwie, my trzy, my cztery


Trzynastoletnia Apple mieszka z babcią. Jej wspomnienie związane z mamą jest wspomnieniem kogoś, kto odchodzi tłumacząc się, ze musi i wspomnieniem pełnym tęsknoty i smutku. Dziewczynka wciąż czeka na powrót matki, w dni świąteczne czeka szczególnie mocno. 

Gdy pewnego dnia kobieta się pojawia, Apple patrzy na nią z fascynacją. Matka, tak zupełnie inna od stonowanej, stanowczej i konserwatywnej babci, która doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ustalone zasady pozwalają żyć i dorastać w stabilizacji i poczuciu bezpieczeństwa, uwodzi dziewczynkę swoim sposobem bycia. Pozwala jej pić alkohol, zabiera na zakupy, aż wreszcie - proponuje, by córka zamieszkała z nią, a nie dotychczasową opiekunką. Nastolatka wita ową propozycję z radością - tak bardzo tęskniła za mamą, ze jest gotowa przyjąć z jej strony wszystko i na wszystko znaleźć usprawiedliwienie. Są jednak takie rzeczy, których nie da się wyjaśnić. I Apple w bolesny sposób się o tym przekonuje.

Sarah Crossan w ciekawy sposób pokazuje emocje nastolatki, jej próbę przepoczwarzania się z dziecka w młodą kobietę, dorastania pomiędzy dwoma wzorcami kobiecości. Bazując na uczuciach pokazuje spectrum odpowiedzialnych i nieodpowiedzialnych zachowań dorosłych i ich wpływu na rozumienie świata przez dziecko. 

Ben Guterson, Hotel Winterhouse, Sekrety hotelu Winterhouse

 

Bohaterka książek Bena Gutersona ma 11 lat i mieszka z wujostwem. Są ubodzy, niezbyt sympatyczni, a dziewczynka ma wrażenie, ze mieszka w najbiedniejszym domu miasta. Wydarza się jednak coś przedziwnego - wszyscy wyjeżdżają na zbliżające się Boże Narodzenie. Wszyscy, ale nie razem - ona do Hotelu Winterhouse, jej opiekunowie w inne miejsce. Dziewczynka jedzie samotnie do nieznanego miejsca, a gdy już do niego przybywa jest witana jak dawno oczekiwany gość. A  hotel? To najpiękniejsze miejsce jakie dane jej było kiedykolwiek zobaczyć. Wkrótce zaczyna czuć się tam lepiej niż w domu: ma wygodny pokój, bogato wyposażoną bibliotekę, smaczne posiłki, przyjaciela kochającego rozwiązywania zagadek podobnie jak ona. 

Elizabeth Somers zauroczona miejscem zaczyna dostrzegać w nim nietypowe zdarzenia. Ciekawość nie pozwala dziewczynce zostawić ich bez angażowania się, a owo angażowanie może być czasami bardzo niebezpieczne. Na szczęście - są przyjaciele.

Jestem bardzo ciekawa jak książki odbierają czytelnicy, do których są adresowane. Mnie, niestety, czegoś w nich brakowało, odnosiłam wrażenie, że są niedopowiedziane tam, gdzie uzupełniłoby to wiarygodność opowieści. Wielki jednak plus należy się autorowi za szyfry, zagadki i klucze do ich rozwiązywania zaprezentowane w powieściach. W tym miesiącu ukaże się w Polsce tom wieńczący trylogię, z ochotą przeczytam.

 Kimberly Brubaker Bradley, Wojna, która ocaliła mi życie, Wojna, którą w końcu wygrałam

 

Gdyby Wasze dzieci miały przeczytać w tym półroczu tylko dwie książki, to podsuńcie im koniecznie powieści Kimberly Brubaker Bradley.

Ada urodziła się ze szpotawą stopą. Nigdy nie opuszczała mieszkania na piętrze nad pubem. Porusza się chodząc na czworaka. Ma 10 lat i dla swojej matki jest zawalidrogą, kaleką, niczego nie wartym powodem do wstydu. Jej młodszy brat, Jamie, też nie jest ulubieńcem matki, ale on ma coś czego brakuje Adzie - wolność. Może wychodzić z domu, biegać z kolegami gdzie chce, oglądać świat, którego dziewczynka nie dostrzeże z okna na piętrze. Jednak wobec zbliżającej groźby nalotów na Londyn, władze miasta zarządzą ewakuację dzieci. Ada, wbrew matce, wymyka się wraz z młodszym bratem. Pierwszy raz widzi drzewa! 

Dzieci trafiają do Kent, a w nim do Susan Smith cierpiącej na depresję po śmierci wieloletniej towarzyszki życia Becky. Pokaleczone emocjonalnie dzieci i nieszczęśliwa kobieta to być może nie jest najlepsza podstawa, by budować coś pięknego, a mimo to - relacje między dziećmi i ich opiekunką rozwijają się, dzieci uczą się wielu nowych rzeczy i stają się coraz śmielsze.

Powieści Bradley pokazują jak wiele zła możemy uczynić drugiemu człowiekowi przez brak akceptacji i złe słowa. Jak silne są rany wyrządzane szydzeniem i pogardą. Unaoczniają jak wiele czasu trzeba, by ktoś w siebie uwierzył, by przekonał się, że to, co dotychczas było nie dla niego - z przyczyn kompletnie nieobiektywnych - jest mu dozwolone, bo jest dozwolone każdemu. Przedstawiają trudny, bolesny, lecz bardzo satysfakcjonujący proces leczenia miłością.

Gerda Raidt, Śmieci
Eun-Ju Kim & Ji-Won Lee, Plastik fantastik?

 

Dwie doskonale wyjaśniające temat śmieci, w tym śmieci plastikowych, książki. Gerda Raidt pokazuje, że śmieci nie są domeną współczesności. Co więcej - to co kiedyś stanowiło odpad, dziś pomaga nam w poznawaniu dawniejszych kultur, nad tym pieczołowicie pochylają się archeolodzy. Proponuje również, by na rzeczy, których już nie potrzebujemy, a są w dobrym stanie, spojrzeć nie jak na śmieci, ale jak na przedmioty mogące posłużyć komuś innemu. Opisuje oczywiście też kwestię recyklingu, segregacji, wskazuje sposoby zadbania o to, by śmieci pozostawało po nas jak najmniej.

Książkę o plastiku można potraktować jako uzupełnienie wcześniejszej. Historia obecności plastiku w naszym życiu zaczyna się od opowieści o zabawkach do kąpieli, które strącone z kontenerowca podczas burzy opłynęły cały świat. Treść "Plastik fantastik?" jest szukaniem odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule. Są pokazane pozytywne strony korzystania z plastiku (choćby wykorzystanie go w medycynie), ale i te, które zdecydowanie określić możemy jako negatywne. Uważni czytelnicy obydwu lektur dostrzegą korelację narracji związane z odzyskiwaniem plastikowych śmieci i ich ponownego przetwarzania.

*   *   *

Sporo dziś propozycji, ale wszystkie są warte tego, by Wam o nich opowiedzieć. Zachęcam do lektury:)
Cait Flanders. Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów.

Cait Flanders. Królowa oszczędzania. Mój rok bez zakupów.


Mimo, że nigdy nie miałam kłopotu z zakupoholizmem, a jedną z wartości wyznawanych przeze mnie w życiu jest prostota, to lubię zaglądać do książek, w których ktoś pisze o swoim sposobie na okiełznanie nadmiernego konsumpcjonizmu. Ciekawi mnie niepomiernie z jakiego pułapu ktoś startuje, jakie zastosował metody i czy to co osiągnął jest dla niego satysfakcjonujące.

Cait Flanders zaczynała swoją drogę oszczędzania z olbrzymim długiem i niewielką gotówką w portfelu. Zaczynała, gdy uświadomiła sobie, że za chwilę nie będzie miała co jeść i za co zapłacić rachunków. Walczyła także z innym problemem - alkoholizmem, który starannie ukrywała przed bliskimi. Gdy pewnego dnia postanowiła dokonać zmiany (a wręcz była zmuszona jej dokonać), przystąpiła do pracy metodycznie robiąc listę tego, co kupować może. Wszystko, co poza listą było niedozwolone.

Autorka zaczęła się zastanawiać jakie wyrwy w życiu próbuje zaspokoić zakupami i alkoholem. Co w niej, jej psychice wymaga naprawy, zmiany, przepracowania, a co dotychczas spychała na margines świadomości kompulsywnie pijąc i kupując. Oglądała swoje rzeczy (ubrania, książki, inne) i zastanawiała się nad tym co nią kierowało, gdy je wybierała w sklepie. Co ciekawe - umiała się zdobyć na szczerość pisząc, że część z posiadanych przez siebie rzeczy kupowała dla siebie z przyszłości - gdy już będzie lepszą wersją siebie: elegantszą, mądrzejszą, bardziej wyrafinowaną.

Mimo początkowego wrażenia, że opowieść Cait Flander jest zanadto chaotyczna, Królowa oszczędzania to ciekawie opisany eksperyment. Co ważne - eksperyment na tyle dogłębny i przemyślany, że spowodował pozytywną odmianę życia autorki. 

Kusiło Was kiedyś, by nałożyć na siebie takie ograniczenie i sprawdzić jak się z tym czujecie? Mnie tak, więc jeśli się zdecyduję, to chętnie podzielę się z Wami emocjami jakie takiemu doświadczeniu towarzyszą.
5 rzeczy, które wciąż wzruszają mnie w zwierzętach

5 rzeczy, które wciąż wzruszają mnie w zwierzętach


Sisi pojawiła się w moim życiu w 2006 roku. Kolejne koty w następnych latach, a w 2013 roku dołączyła do stada Sara. Od tamtej pory przez moje serce i dom przewinęło się mnóstwo zwierząt, a jednak wciąż zdarzają się chwile, w których ich zachowanie mnie rozczula. Jakie?

1) Doskonałe rozumienie sytuacji i znaczenia komunikatów.

Rondzie zdarza się sikać na łóżko. Mamy zatem na łóżku położona matę higieniczną. Gdy dziś rano wymieniałam zasikaną na czystą, zapytałam, obwąchującą w tym samym czasie owoce leżące na stole, kocicę - "Ronda, co tu się stało?". Odsunęła się od miski, przygarbiła i zrobiła minę mówiącą "No, może to i ja, ale nie udowodnisz mi, więc się bezpodstawnie czepiasz. Daj mi spokój!"

2) Sympatie i antypatie

Czasami do psiej miski trafia kawałek chleba (upieczonego przeze mnie w domu, więc bez rozmaitych niezdrowych dodatków). Jeśli Amber nie ma na niego ochoty, chleb leży. Ostatnio zauważyłam, że malamutka zawarczała na przechodzącą tuż obok kromki Rondę. Myia natomiast może wejść jej do miski, a psica się wówczas jedynie odsunie, ustępując jej miejsca.

3) Zabawa

Nusia w maju tego roku świętowała będzie 12 lat życia. Od długiego czasu, jak wiecie, ma kłopoty zdrowotne, większe niż wcześniej. Nieustępliwa nadżerka na języku powoduje dyskomfort, kocica ma problem z umyciem się, choć na szczęście nie z jedzeniem. No, ale zdrowa nie jest. Jednak, gdy tylko zobaczy bawiące się inne koty, przybiega, zabiera zabawkę i biega z nią, szaleje, podskakuje, jak koci dzieciak.

4) Nieśmiałość

Kajtek jako jedyny chłopak w zwierzęcym stadzie jest nieco zdominowany. Owszem, najbardziej kocha Miyę, ona też lubi jego towarzystwo, lecz gniewa się na niego, gdy ten w zabawie straci umiar. Kajtek boi się obcych, na dźwięk pukania do drzwi, czy dzwonka zmyka i zaszywa się w trudnym do odnalezienia miejsca. Co zaskakuje mnie najbardziej, to fakt, że po czułości Kajtuś przychodzi tylko nocą. W dzień żyje sobie obok, bez natarczywości obserwuje mieszkańców domu. Jednak, gdy zapadnie zmrok i wokół słuchać senne posapywania, Kajtek przywędrowuje do łóżka, przykłada swoje czoło do czoła człowieka i prosi " Głaszcz".

5) Reakcje stadne

Około 5.00 wracamy z Amber z porannego spaceru. Czas do 5.30, czyli pory podania leków i posiłku zwierzakom, jest moim czasem na kawę i książkę. Z kubkiem kawy usadawiam się wygodnie na łóżku i czytam. A na mnie ogniskuje się 5 par oczu wygłodniałych zwierząt. Bywa, ze Amber się wyłamuje i idzie poleżeć na balkonie, ale koty zasiadają na krawędzi łóżka, drapakach, parapecie i patrzą. A gdy tylko nadchodzi właściwy czas, biegną przede mną, ustawiają się na kuchennym blacie we właściwej kolejności i czekają - mniej lub bardziej cierpliwie - na to, aż staną przed nimi napełnione miski.

Życie ze zwierzętami pełne jest chwil, które zapisują się w naszej pamięci. Pełne momentów, które uwiecznia się własną pamięcią, bo wzięcie do ręki aparatu nic nie da. Mgnień, które wzruszają, rozczulają, wyciskają łzy. Życie bez zwierząt jest o to wszystko uboższe. Zgodzicie się ze mną?
Miesięcznik Znak (Nr 777)

Miesięcznik Znak (Nr 777)


Podczas czytania lutowego numeru Miesięcznika Znak uświadomiłam sobie, że poza sytuacjami służbowymi, podczas organizacji Żywej Biblioteki, nie mam kontaktu z osobami środowiska LGBT+. Czytałam wypowiedzi rodziców, osób wspierających rodziny i docierało do mnie, że być może wynika to z tego, iż coming out wciąż jest czymś szalenie bolesnym i trudnym. Szczególnie czuć było to w wypowiedziach matek akceptujących swoje dzieci i obawiających się o brak akceptacji w otoczeniu - rodzinie, wśród rówieśników, sąsiadów, w mieście i wsi. Wywiady, rozmowy poprowadzone są z dużą uważnością i wzbogacone o ważne książki o chrześcijanach LBGT+ oraz słownik pojęć i listę miejsc, gdzie można szukać wiedzy i wsparcia.

Zastanawiałam się, zanim rozpoczęłam czytanie, czy to numer dla wszystkich, czy osoby, które - podobnie jak ja mają minimalny kontakt z opisywanymi ludźmi - mogą być zainteresowani. A potem przypomniałam sobie wiersz, ten, którego możecie wysłuchać poniżej:


Po części wiodącej w numerze, w dziale publicystyki, następuje wywiad, który dla mnie jest najważniejszym tekstem numeru. Andrzej Brzezicki rozmawia z prof. Piotrem Sztompką, a ten opowiada mu o sześciu najważniejszych zasadach funkcjonowania społecznego i o tym, co dzieje się z ludźmi - w kontekście społeczeństw i jednostek - gdy owe zasady są zachwiane. Profesor, posługując się narzędziami socjologicznymi dokonuje bardzo obrazowej i szalenie przemawiającej do wyobraźni diagnozy tego, co współcześnie dzieje się w Polsce i kreśli obraz tego jak wyglądać może nasza przyszłość.

Tym, którzy ciekawi są pracy redaktorów, którzy zastanawiają się, czy to praca dla nich, z pewnością spodoba się kolejna ważna część Miesięcznika. Część zatytułowana O pracy redaktorskiej, gdzie zamieszczone są wypowiedzi Julianny Jonek-Springer, Elżbiety Kot, Katarzyny Krzyżan-Perek, Magdaleny Link-Lenczowskiej, Daniela Lisa, Dariusza Sośnickiego i Małgorzaty Szczurek, niesie ze sobą wiele treści i pokazuje jak różne można mieć podejście do swojej profesji.  Przeczytałam z dużą sympatią.

Podobnie jak recenzje książek, pomniejsze teksty, felietony. Z numeru na numer czyta mi się Znak lepiej, głębiej w niego wchodzę, dostrzegam pewne prawidłowości. Przyzwyczajam się, czy edukuję?

Oceńcie po sobie samych:)
Natasza Socha. Zamrożona.

Natasza Socha. Zamrożona.


Książki Nataszy Sochy czytam już czas jakiś i każdorazowo polecam (np. tu). W przypadku Zamrożonej będzie podobnie. Cóż takiego mnie do tej powieści przekonuje?

Julia ma samodzielne dzieci, męża, który żyje coraz bardziej obok, a nie z nią, pracę i życie, jakiego dla siebie nie chciała. Co więcej, nigdy nie spodziewała się, że takie właśnie będzie wiodła: żony, matki, pracownicy, kobiety, która ponad swoje potrzeby każdorazowo stawia potrzeby innych. Potrzeby, chęci, upodobania. Siebie spycha na dalszy plan i uczy swoich najbliższych tego, że można ją marginalizować.

Bodźcem do zmiany jest podsłuchana w kawiarni rozmowa i następstwa owego podsłuchiwania. Julia nieśmiało próbuje nowego, odważa się na coś, czego jak sądziła dotychczas, robić nie powinna. Dzięki tym małym krokom, w kobiecie budzi się ta, która głowę miała pełną marzeń, wiedziała, co lubi, dążyła do realizacji swoich pasji i żyła pełnią życia.

Zamrożona to historia kobiet zogniskowana w postaci jednej z nas. To opowieść o tych wszystkich z nas, które bez wahania dają dziecku 50 zł na wyjście do kina, ale rezygnują z pomalowania paznokcie u kosmetyczki, bo to kosztuje aż 50 zł. Opowieść o tych, które chciałyby być obiektem pożądania swoich mężczyzn, ale wstydzą się swojego ciała i jego pragnień. O tych, które zapomniały, że są ważne i mają prawo do tego, by inni tak je traktowali. W domu, pracy, w relacjach z szefem, mężem, dziećmi.

Osnuta wokół zdrady powieść o odkrywaniu siebie jest - jak zwykle u Nataszy Sochy - napisane w sposób dosadny i doskonale pokazujący nasze, kobiece błędy. Idealna do tego, by przejrzeć się w niej jak w lustrze.

Polecam.
O psie, który jeździł koleją

O psie, który jeździł koleją


Gdy tylko dostałam propozycję wyjazdu w lutym w góry, pomyślałam o tym, że pojadę z psem i to pojadę pociągiem. Sprawdziłam połączenia, miesiąc przed podróżą kupiłam bilety i mentalnie szykowałam się na wycieczkę.

Lista z tym, co do zabrania (psiego) niezbędne zawisła na drzwiach szafy na kilka dni przed wyjazdem. Ekwipunek Amber zajął połowę niewielkiego plecaka, choć uczciwie przyznaję, że głównie było to jedzenie. Wiedziałam bowiem, że będziemy chodzić, i to dużo, więc zapasy energetycznie musimy mieć.


Amber nieco obawiała się wejścia do pociągu (stary skład z wysokimi schodami z kratki), ale wniesiona na rękach, tylko przez chwilę wykazywała ekscytację. Pociąg miał przedziały, a my - wg biletu - miałyśmy siedzieć pod oknem.


W trosce jednak o dobrostan pasażerów wymaszerowałyśmy na korytarz, gdzie ja zajęłam krzesełko, a psica podłogę. I tu spotkała nas miła niespodzianka. Pani konduktor zaproponowała nam przedział służbowy. Dojechałyśmy nikomu nie wadząc, do miejsca przesiadki. Dworzec z błyszczącymi podłogami i hałasami wynikającymi z ogłoszeń megafonowych i rozmów ludzkich opuściłyśmy czym prędzej, a po chwili na trawce, dobiegłyśmy do stojącego w korku auta naszych współtowarzyszek wypoczynku i zainstalowałyśmy się w nim.


Na miejscu był śnieg. Śnieg! Amber z dużą radością zanurkowała w nim, a potem pobiegłyśmy pohasać po zasypanym śniegiem polu :-) Pokój (z dużą kuchnią i równie dużą  łazienką) miałyśmy na piętrze i to za pierwszym czy drugim razem stanowiło dla suni kłopot - było dość stromo. Szybko jednak opanowała pokonywanie schodów, tym bardziej, że każda droga w dół oznaczała śnieg i spacer, a prawie każda w górę - jedzenie.


Spacerowałyśmy codziennie. Tylko jeden dzień, bardzo wietrzny i deszczowy, poświęciłyśmy w znacznie mniejszym stopniu spacerom, a w większym głaskaniu i lenistwu domowemu. Ale już nazajutrz poszłyśmy ponownie na szlak.


Cudnie było przemierzać metry i kilometry brodząc po śniegu i widząc jak wielką frajdę sprawia to psu. Węszyła, rozglądała się w nowych miejscach, zostawiała swój zapach. Ludzie, których spotkałyśmy na szlaku - szczególnie w niedzielę było ich sporo - zachwycali się nią, chwalili, głaskali, a ona z przyjemnością przyjmowała te zachwyty. 


Odwiedziłyśmy Schronisko PTTK Zygmuntówka, gdzie została wygłaskana i wyprzytulana przez mieszkające tam z rodzicami dzieciaki. Zdarzało się nam również spotykać inne psy - przyglądała się im zdumiona i ostrożnie witała. 


Owszem, były chwile, w których było widać, że jest zmęczona. Gdy szłyśmy kilkanaście kilometrów szlakiem jako pierwsze i jedyne, torując sobie drogi przez zaspy, tylko na początku Amber szła przede mną - później uznała, ze wygodniej będę gdy to ja wydepczę drogę;) Po powrocie do pokoju piła i zasypiała. Snem bardzo spokojnym, regenerującym. Budziła się tylko na kolację:) Z moich obliczeń wyszło, że przeszłyśmy razem blisko 45 km. 



Dni, spędzone na spacerach, rozpieszczaniu psa i korzystaniu z uroków życia rodzinno-kobiecego, upłynęły zdecydowanie zbyt szybko. I znów trzeba było wsiąść do pociągu - tym razem podmiejskiego, więc z przyjaźnie niskimi podłogami. Amber ułożyła się na środku wagonu, a im więcej ludzi wsiadało, tym bardziej ją ku sobie przesuwałam. Spała, leżała, poddawała się głaskaniu i wykorzystywała czas na odpoczynek. W miejscu przesiadki znów chwila na trawniku, a potem wnoszenie na rękach do kolejnego pociągu. Tu było nieco trudniej, bo wagon jaki nam przypadł (tak, znów miejsce przy oknie) nie miał nawet krzesełek na korytarzu, ale dałyśmy radę.


Amber bardzo dobrze czuje się w podróży. Przećwiczyłyśmy pociąg (i pewnie nie raz to jeszcze zrobimy) na nieco dłuższej trasie i poza kłopotliwym wejściem i wyjściem nie było żadnych powodów do tego, by zawahać się przed kolejną podróżą. Podobnie upodobanie ma do jazdy autem - w bagażniku ma materac, wskakuje z duża ochotą i od razu pochyla głowę, aby bezpiecznie zamknąć klapę. Układa się, a gdy nie ma już na materacu koca, który wyraźnie jej przeszkadzał, robi to znacznie szybciej i sprawniej. 


Już nie mogę się doczekać naszych kolejnych wypraw:)


Marta Kisiel. Płacz.

Marta Kisiel. Płacz.


Ledwie zdążyłam wrócić z krótkiego wyjazdu w Góry Sowie, a już przeniosłam się tam ponownie dzięki literaturze. Trzecia, i ostatnia, część cyklu wrocławskiego (link zawiedzie Was do części pierwszej), zaczyna się bowiem we Wrocławiu, ale później przenosi się na południowy-wschód od Wałbrzycha. Przyznaję - byłam ignorantką, lecz własna podróż, podkreślona powieścią Marty Kisiel, otworzyła mi szerzej oczy.

Eleonora zniknęła. Telefon Dżusi jest atakowany wielokrotnie, a gdy kobieta decyduje się odebrać słyszy w nim jedynie jakieś niezidentyfikowane głosy i szumy. Ciotka dziewczyn, Klara, odwiedza wciąż siostry Bolesne, wyglądając jak jeden wielki wyrzut sumienia. I wówczas wydarza się coś, co elektryzuje wszystkich, co sprawia, że zaczynają działać wspólnie, miast pogrążać się w żałowaniu dni za szybko mijających, okazji niewykorzystanych, czynów dokonanych. Wyruszają, by odnaleźć Eleonorę, gdyż pomiędzy dźwiękami realnego świata dobiega ich jej głos. Głos wołający o pomoc.

Spora dawka historii regionu jaką zaproponowała nam w powieści autorka nadaje ton losom bohaterów, łączy współczesność z przeszłością, pozwalając doświadczać tego, na co oni z pewnością nie mają ochoty, a czemu my - czytelnicy siedzący wygodnie w fotelach i pod kocami - przyglądamy się z niedowierzaniem, grozą i narastającą chęcią sięgnięcia do źródeł historycznych, do źródeł, które objaśnią nam jeszcze pełniej historię pałaców, obozów i podobozów nazistowskich, tego, w jak przemyślny sposób można było wykorzystać ziemię, by czynić na niej zło. Zło, które jest w niej obecne do dziś.
Żyć - powtórzyła pani Jaga w zamyśleniu. - Tak, to całkiem niezły plan. [s.206]
Plan historyczny jest w tej książce szalenie istotny, niemniej jednak ważny jest plan społeczny. Marta Kisiel napisała bowiem książkę o oddaniu, lojalności, o miłości, która każe podążać za ukochaną osobą. O czymś, co trudno określić słowami, bo wydają się za banalne, ale o czymś, co pokazuje się czynami. I co ściska za czytelnicze serce.

Wiem, że w naszej popkulturowej świadomości zdanie Coś się kończy, coś się zaczyna należy do zupełnie innej opowieści. Przywołam jej jednak, gdyż Marta Kisiel w mistrzowski sposób przedstawiła w Płaczu istotę tego zdania. A dzięki niemu - mnóstwo innych ważkich spraw, które - przefiltrowane przez naszą wrażliwość - nie pozostawią nas obojętnymi.
Raynor Winn. Słone ścieżki.

Raynor Winn. Słone ścieżki.


Już dawno odkryłam, że najszczęśliwsza jestem w drodze, że przemierzanie odległości, droga przed siebie wycisza mnie, pozwala okiełznać myśli, porządkuje. Co więcej, kiedy czas temu jakiś robiłam sobie pewien test, znalazłam w nim potwierdzenie na moje umiłowanie wędrówki. Książka Słone ścieżki Raynor Winn, zdawała się być zatem idealną dla mnie lekturą. Czy była?

Raynor i Moth tracą wszystko ci mieli. Zostaje im trochę mebli, a z osób bliskich - dzieci. Utrata domu stanowi dla ich obojga, nie tylko w wymiarze fizycznym, ale także mentalnym - ogromny cios. Minęli już 50 urodziny i nagle z dnia na dzień stali się bezdomni. Co gorsza - Moth słyszy diagnozę lekarską, która w prosty sposób komunikuje mu, że umiera, a wszelki wysiłek fizyczny może owo żegnanie się z życiem przyspieszyć. Co robią? 

Zainspirowani przewodnikiem Paddy'ego Dillona postanawiają zapakować do plecaków namiot, śpiwory, niezbędne rzeczy i wyruszyć szlakiem wzdłuż południowo-zachodniego wybrzeża Wielkiej Brytanii. Mają siebie nawzajem, to co na plecach i 48 funtów tygodniowo wpłacanych im na konto przez opiekę społeczną.

Raynor Winn świetnie pisze o tym, jak bardzo różne są reakcje ludzi na nich. Na zmiany zachodzące w zachowaniu tych, którzy z nimi rozmawiają, w chwili, w której dowiadują się, że owa wędrówka to nie kaprys bogaczy, którzy lada dzień wrócą do ciepłego, suchego i świetnie urządzonego domu, a wędrówka tych, którzy nie mają domu. Pokazuje ludzką wrażliwość i mechanizmy społeczne, które funkcjonując w społeczeństwie, każą wartościować po statusie materialnym.

Pięknie też pisze o łączącej ją z mężem więzi. O tym kim dla siebie są, jak wyglądało ich życie w chwili, w której się spotkali i jak mocno kształtowała się ich miłość. To, co może zdumiewać polskiego czytelnika, to niemalże nieobecne, studiujące dzieci Raynor i Motha. Nie wiem, czy to świadomy zabieg literacki, czy realizm obyczajowości brytyjskiej.

Zastanawiałam się w czasie czytania, jak wiele zmienia w głowie świadomość "mam/nie mam gdzie wrócić". Jak bardzo napiętnowała obydwoje bohaterów, a jak bardzo pozwoliła czuć się im wolnym. I wreszcie pytanie najbardziej osobiste - jak ja odnalazłabym się w takiej sytuacji. Czy też podjęłabym wędrówkę? I jak owa wędrówka, z przymusu lub nie, wpłynęłaby na mnie?

Polecam - przejrzyjcie się w tej książce. I napiszcie mi jakie zrobiła na Was wrażenie, jestem bardzo ciekawa.

Olga Gitkiewicz. Nie zdążę.


Czytałam reportaż Olgi Gitkiewicz i czułam, że i ja miałabym wiele do opowiadania o tym, jak się mieszka w miejscu, z którego trudno się wydostać inaczej niż siłą własnych nóg lub samochodem. O wsi, w której zaczynałam pracę nauczyciela i o innej, w której odbierałam wynagrodzenie za tę pracę - nie połączonych w żaden sposób autobusem. O godzinach spędzonych w pociągach, na dworcach, w autobusach i na przystankach. O tym, że dziś bez samochodu nie dojadę do miejscowości, z której pochodzę, a już na pewno nie zrobię tego, gdybym chciała ze sobą zabrać psa. Podzieliłam się tą refleksją z Wami również na Instagramie.


Czytałam i zastanawiałam się, czy ów reportaż to bardziej zatrzymanie chwili, pokazanie jak bardzo jest już źle i jak może być gorzej? A gdyby tak zobrazowanie bezwładu komunikacyjnego miało na celu obudzenie nas, władzę, i sprowokowanie do wprowadzania zmian? Najtrudniejszą do przyjęcia byłaby diagnoza, że Olga Gitkiewicz napisała Nie zdążę, żeby czytelnicy sięgający po jej książkę za kilka dekad, mogli ją potraktować jako źródło wiedzy historycznej. Bo już i tak nie przyjdzie opamiętanie, i nic nie da się zrobić.
Retro pisma (3)

Retro pisma (3)

Dziś sięgnęłam do zasobów największej polskiej biblioteki cyfrowej - Polona.pl. Znalazłam kilka perełek, które chciałabym Wam przybliżyć.

Nasze Myśli : miesięcznik wydawany staraniem uczennic Miejskiego 
Gimnazjum  i Liceum Żeńskiego w Katowicach
R. 2, nr 8 (czerwiec 1929) = nr 10


Nasze Myśli to miesięcznik wydawany przez uczennice gimnazjum żeńskiego w Katowicach. Ten konkretny numer opublikowany był w 1929 roku. Są w nim oczywiście odniesienia do miejsca, w którym owe uczennice żyją, są krótkie notatki syntetycznie podsumowujące lektury, mnóstwo poezji, głównie abiturientek. 

 

Nie brak artykułów traktujących o wewnętrznych sprawach gimnazjum - jak widzicie poniżej, kilka słów o maturze, sprawozdania z kółek dramatycznego, Ligi Morskiej i Rzecznej (gdzie znaleźć można obserwację, że Polska, dopiero po odzyskaniu niepodległości, zrozumiała czem jest morze dla państwa. Ciekawe jest to, że w gazecie jest kilka stron reklam :)

Znam jedną szkołę , gdzie uczennice wydają swoją gazetę (KLIK). Kojarzycie inne?


Nowy Czas. R.3, nr 359 (31 grudnia 1933)


Nowy Czas z ostatniego dnia 1933 roku zawiera podsumowanie roku minionego oraz spory artykuł, którego autor rozważa jak wyglądać będzie i co dobrego przyniesie 1934 rok. W podsumowaniu tym znajdziemy na przykład informację o tym, że 21 lutego kongres amerykański większością 2/3 głosów uchwalił zniesienie prohibicji, 14 marca zlikwidowano polsko-gdański zatarg o Wester-Platte (brakuje informacji w jaki sposób), a 5 grudnia otwarto port morski w Gdyni. 

 

Jeśli przyjrzycie się nagłówkom artykułów Nowego Czasu wyraźnie dostrzeżecie pewnego rodzaju nacisk na takie brzmienie, które ma zaciekawić odbiorcę szukającego zadziwienia i sensacji. Okazuje się, że nie tylko nagłówki są sensacyjne - treści doniesień prasowych są również utrzymane w tymże tonie.  Można w nich jednak znaleźć i informacje nieco poważniejsze, ot - choćby jak ta, że Maria Dąbrowska otrzymała Państwową Nagrodę Literacką. Nagroda ta to 7 tysięcy złotych. A teraz popatrzcie ile kosztuje numer Nowego Czasu :-)

Kolejne pismo jest wynikiem mojej niedawnej lektury  - Nie zdążę Olgi Gitkiewicz. Duża cześć książki poświęcona jest upadkowi kolei polskiej i gdy dostrzegłam w Polonie czasopismo kolejarskie zajrzałam do niego szukając informacji, co zajmowało pracowników kolei w 1926 roku.

Kolejarz : pismo miesięczne poświęcone obronie interesów kolejarzy polskich 
R. 7, nr 17 (1 września 1926)

 

Z lektury wynika, że środowisko kolejarskie jest ubogie, zaniedbane, niedofinansowane. Odezwy, listy do ministrów, artykuły pokazują chęć rozmów, postulaty środowiska i poszczególnych podgrup zawodowych.

Smutna ta lektura - i mocno współczesna w wymowie. Mimo, że pismo wydane było w 1926 roku.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Prowincjonalna nauczycielka , Blogger