31 maja 2013

Paweł Lisicki. Kto zabił Jezusa?


Wydane przez

W recenzji umieszczonej na tylnej okładce Waldemar Łysiak pisze, że Paweł Lisicki w swojej książce rozprawia się z fałszywym poglądem, w myśli którego źródłem dwudziestowiecznego antysemityzmu oraz Holocaustu jest pisana ewangeliczna tradycja chrześcijańska. We „Wprowadzeniu” ks. prof. Waldemar Chrostowski stwierdza, że polityczna poprawność narzuca perspektywę, w której Holocaust jest konsekwencją i kontynuacją duchowego i religijnego dziedzictwa chrześcijaństwa, mającego korzenie w Nowym Testamencie, naukach Ojców Kościoła i    rozwijanego w kolejnych stuleciach. [s. 6]

Pierwszy rozdział zatytułowany jest „W cieniu Holocaustu” i w rozdziale tym Lisicki od razu bierze się za temat kontrowersyjny i być może trudny, ale czy trudny, to nie wiem, bo nie mam kompetencji w tej dziedzinie. W każdym razie autor robi, jak mogłoby się wydawać, trywialna uwagę, ale kłopot polega na tym, że, jak pokazuje praktyka, nie jest to uwaga trywialna:
Jedynym celem pracy historycznej powinno być dążenie do ustalenia faktów. Wszystkie inne cele, dydaktyczne, pedagogiczne, moralne, ideologiczne, mogą mieć znaczenie drugorzędne. W historii procesu Jezusa najważniejsza jest zatem rekonstrukcja zdarzeń i odpowiedź na pytanie, kto, za co i dlaczego skazał Go na śmierć. [s. 21] 
Lisicki cytuje Paula Fiebega, ewangelickiego teologa, który dobitnie napisał, że nauka nie jest zainteresowana tym, aby winą za śmierć Jezusa obarczyć Żydów i uniewinnić Rzymian, ani na odwrót, a to, co zrobił Piłat nie daje podstawy do obwiniania Rzymian wszystkich czasów, podobnie jak naród żydowski wszystkich czasów nie odpowiada za czyny Kajfasza i innych przedstawicieli przywódców Izraela z epoki opisanej w Nowym Testamencie.

A zatem Lisicki zajmuje się kwestią tego, kto i w jakim stopniu odpowiada za śmierć Jezusa, powołując się przy tym na teksty wielu teologów i nie tylko teologów; do jakich wniosków dochodzi, to już sobie przeczytacie sami.

Kwestia winy za śmierć Jezusa nie jest jedynym tematem książki; Lisicki pisze o powstawaniu Ewangelii, o istotnej kwestii wiary w zmartwychwstanie, o pozachrześcijańskich świadectwach traktujących o Jezusie. Opisując ostatnie godziny życia Jezusa opisuje proces wytyczony Nazarejczykowi, kreśli sylwetki bohaterów tego procesu, opisuje relacje między Jerozolima i Rzymem.

W rozdziale zatytułowanym „Mesjasz z Galilei” Lisicki interpretuje niektóre trudne fragmenty Ewangelii, w tym opowieść o tym, jak Jezus spowodował, że uschło drzewo figowe; opowieść tę Lisicki określa mianem jednej z najbardziej zadziwiających historii ewangelicznych.

„Kto zabił Jezusa?” to książka o religii, historii, teologii, polityce, metodach badawczych i jeszcze paru innych dziedzinach. Łysiak we wspomnianej recenzji poleca przeczytać książkę Lisickiego chrześcijanom i tym, którzy nie są wyznawcami Chrystusa; tym pierwszym po to, aby dowiedzieli się więcej, tym po to, aby się dowiedzieli. To dobra rada.

25 maja 2013

Z książką na stadionie


Na Stadionie Narodowym pojawiłam się w czwartek, przed 10 rano. Stanęłam w kolejce do wejścia wraz z rozentuzjazmowanymi dziećmi i lekko zdenerwowanymi paniami przedszkolankami. Oraz dużą grupą osób po prostu spragnionych tego, by upolować książki w dobrych cenach. Widziałam nawet panie z walizkami lub torbami na kółkach :-)


Od pewnego czasu zwiedzanie targów zaczynam od stoisk (o ile takie są) wydawnictw uczelnianych, czy naukowych. Można u nich wyszperać w rewelacyjnych cenach książki z dziedzin nas interesujących, a znacznie tańszych od tych standardowo sprzedawanych na stronach wydawców.


Gdy już poczynię odpowiednie zakupy zaczynam rozglądać się wokół. Oglądam układ stoisk, podziwiam wielkośc i układ stoisk, sposób w jaki zaprezentowano książki. Praca w branży targowej zmienia perspektywę :-) Miłą częścią pobytu na Targach są rozmowy z ludźmi. Czasami żałuję, że większość z nich jest - mimo wszystko - przesycona atmosferą pośpiechu, rozmową jedną z wielu, jakich ja, ale i moi rozmówcy podczas targów przeprowadzą mnóstwo.


Nagle pod koniec dnia okazuje się, że nogi już nie chcą mnie nosić, gardło mam zaschnięte, a w dłoni ciążą torby z książkami. Urczy to ciężar, przyznacie...


Tegoroczne Targi na Stadionie Narodowym uważam za bardzo udane. Na tyle udane, że wracając z Warszawy musiałam pożyczyć od siostry walizkę. Oczywiście na kółkach:-)

P.S. A gdy tylko wróciłam z Warszawy zajęłam się bardzo intensywnie tym, więc sami rozumiecie... [Edycja, godz. 15:35]

19 maja 2013

Rocznica

Rok temu przywieźliśmy Wojtka ze schroniska.

W samochodzie wyglądał tak:



A taraz tak:



:-D

13 maja 2013

Marta Fox. Autoportret z lisiczką.


Wydane przez
Wydawnictwo Mała Kurka

Pisanie Marty Fox czytam od lat. Zaczynałam od książek młodzieżowych, przewędrowałam przez książki "dla dorosłych", opowieści, czy eseje. Podczytuję blogowe zapiski Autorki i z ciekawością sięgnęłam po "Autoportret...".

Ile w pisaniu o codzienności Autora jest jego życia, a ile kreacji? Czy bohaterowie historii zamieszczanych w książkach są tacy, jak ich pierwowzory? Jak tożsame są osoby noszące to samo imię i nazwisko, ale różniące się tym, że istnieją na kartach książki i w rzeczywistości? 

Historie opowiadane w "Autoportrecie z Lisiczką" brzmią jak prawdziwe. Ale chyba nie o to Autorce chodziło, byśmy zastanawiali się, co jest prawdą. Ważniejsze, w moim odczuciu, jest to, byśmy docenili urodę owych tekstów, byśmy dostrzegli godziny spędzone przez Martę Fox przy "biurce", godziny podczas których rzeczywistość przefiltrowywana przez kunszt pisarski stawała się materią pisarską, opowieścią dla czytelników.

Czytając o podróżach przez Polskę, od biblioteki, do biblioteki, czuję się wyjątkowo blisko opowiadającej historie kobiety. Radość lub niemoc wynikająca z mijanych kilometrów, spokój płynący z samotnej podróży i czasami - niepokój. Biblioteki, całe rzesze regałów z książkami, ludzi, dla których spotkanie z pisarzem jest wciąż świętem, serdeczność jaka nieustająco zdumiewa.

Teksty różne: rozmowy z wnukiem, pożegnania literackie, wspomnienia podróżne, sytuacje życiowo codziennie i niecodzienne. Rzec by można - dla każdego coś, co mu poruszy czułą strunę w sercu. I o to chodzi, prawda?

"Autoportret z Lisiczką" nie strącił z pierwszego miejsca w mojej prywatnej hierarchii książek Marty Fox "Kobiety zaklętej w kamień". Nie strącił, ale zajął drugie miejsce wyprzedzając książkę o Św. Ricie:-)

P.S. Logotyp wydawnictwa zamieszczono w interesującycm miejscu, prawda? Brawa za pomysł:-)

11 maja 2013

Jest sobota, jest deszcz

Gdy wokół robi się zielono, a podczas wyjazdów za miasto atakuje mnie oszałamiająco przyjemny zapach kwitnącego rzepaku, zaczynam żałować, że nie mieszkam na Mazurach. By jednak docenić aktualne zamieszkanie szukam różnych atrakcji wokół siebie. Jedną z nich jest olbrzymi (640 ha) Park, którego zakątki czasami przypominają leśne ostępy.


Park jest miejscem chętnie odwiedzanym. Zarówno przez rodziny z małymi dziećmi, przez miłośników sportów, przez właścicieli zwierząt (i świadomie nie piszę - psów, zdarzaą się też inne zwierzaki). Codziennie, w godzinach popołudniowych, czy wieczornych parkowe alejki zapełnione są ludźmi. W weekendy następuje apogeum. Zazwyczaj - bo dziś było odmiennie. 



Może było za wcześnie? A może, co bardziej prawdopodobne, ewentualnych specerowiczów przestraszyły ciemne chmury?

Od 11 po Parku jeździła grupa rowerzystów uczestniczących w akcji Odjazdowy Bibliotekarz. Inicjatorem tej akcji w Katowicach jest Miejska Biblioteka Publiczna. Idea Odjazdowego Bibliotekarza, obecnego w całej Polsce, mnie się podoba, ale niektórzy krytykują, choć chyba nie do końca umieją wyrazić, co im przeszkadza we wspólnych rowerowych wędrówkach ludzi pracujących w bibliotekach i ludzi czytających książki.

Godzinę wcześniej w Parku rozpoczął się Piknik Fair Trade. Skierowany głównie do młodych ludzi lub rodzin z dziećmi zapowiadał się interesująco, choć tych, którzy mogliby skorzystać z przygotowanych atrakcji, było niewielu.

Na Dużej Łące buduje się scena. Jutro będą z niej grane koncerty, na które bardzo się cieszę. W końcu okazja do wysłuchania na żywo Maleo Regae Rockers i Luxtorpedy w tym samym dniu nie zdaża się zbyt często.



Z Parku wygonił mnie deszcz. Żałuję wielce, bo podczas wędrówki słuchałam "Gniewu aniołów". To moje pierwsze spotkanie z S. Sheldonem i przyznaję, że bardzo udane. Ostatnio nawet słuchałam książki podczas bezsennej nocy :-) Coraz mocniej przekonuję się do audioksiążek; są idealne na wielogodzinne spacery i dojazdy do pracy.



Deszcz mogłam przeczekać w jednej z parkowych knajpek, ale uświadomiłam sobie, że dawno już nie pozwoliłam sobie na zmoknięcie. Takie zupełne przemoknięcie w wiosennym, ciepłym deszcu... Pamiętacie, kiedy ostatnio szliście w deszczu z radością?

10 maja 2013

Jannie Dielemans. Witajcie w raju.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarne

Na drugim biegunie aury opisywanej w "Zimistrzu" są, skwierczące od słońca, rozłożone na plaży ciała. Spodziewałam się po tej książce czego innego niż dostałam. To, o czym czytałam nie było wędrówką po kurortach, było opisem tego, jak globalizacja turystyczna zabija miejsca odwiedzane przez turystów.

Nigdy nie chciałam pojechać do żadnego z miejsc opisywanych przez Jennie Dielemans. Nigdy nie podróżowałam w sposób, w jaki podróżują ci, których w książce prawie nie widać. Widać za to tych, którzy ponoszą konsekwencję zwiększania się i zmniejszana ruchu turystycznego, którzy próbują żyć dzięki obecności turystów. Nie podróżowałam tak, ale żadna w tym moja zasługa - po prostu nie lubię. Nie wiem, czy pozwala mi to czuć się lepiej, odciąć od tego o czym pisze Dielemans. Chyba nie, bo przecież miejsca, w których lubię odpoczywać też stają się modne i też są zadeptywane/rozjeżdżane przez turystów.

Autorka podsuwa czytelnikom ciekawą obserwację - wakacje w systemie all inclusive prowadzą do zubożania miejscowości turystycznych, w których proponuje się taki system w hotelach. Turysta, który zapłacił za wszystko w hotelu raczej nie pójdzie jeść drugiego obiadu, czy kolacji poza hotelem. I raczej nie zrezygnuje z tego, co już opłacił... Interesujące, prawda?

09 maja 2013

Małgorzata Kursa. Niespodziewany trup.


Wydane przez
Wydawnictwo Prozami


W pisaniu Małgorzaty Kursy podoba mi się to, że bohaterowie jej kolejnych książek są sobie (i czytelnikom) znani. Oczywiście za każdym razem na pierwszy plan wysuwają się inne osoby, ale postacie drugoplanowe najczęściej kojarzymy w poprzednich powieści. Poznając w ten sposób mieszkańców niewielkiego miasteczka zadamawiamy się w nim, a w towarzystwie bohaterów książek Małgorzaty Kursy zaczynamy się czuć jak wśród osób nam bliskich. Owo poczucie błogiej przynależności do postaci, jak by nie było, fikcyjnych kojarzy mi się nieco z klimatem Jeżycyjady.

Anulka Orzechowska czyniąc rzecz banalną, czyli rozmieniając pieniądze w pobliskim banku, jest świadkiem napadu na ów bank. Kilka dni później w Kraśniku wydarza się kolejne przestępstwo – jedna z dziennikarek lokalnej gazety (zołzowata straszliwie) zostaje zabita. To czy napad na bank łączy się w jakikolwiek sposób ze śmiercią Luizy próbuje sprawdzić młody policjant Łukasz Szczęsny z sympatycznym prokuratorem Krzysztofem Jerczykiem.

Poza wątkiem kryminalnym mamy także w powieści Małgorzaty Kursy wątek obyczajowy o silnym zabarwieniu rodzinno-uczuciowym. Anulka jest samotną matką rezolutnej nad wiek pięcioletniej Patrycji,. Mama dziewczynki, wraz z dziadkiem swojego dziecka, próbuje wyjaśnić córeczce, że nagabywanie obcych mężczyzn pytaniem „Chces być moim tatusiem?” nie jest dobrym pomysłem. Dziewczynka czerpie mądrość życiową od starej Majewskiej, znanej w okolicy plotkary i przyznam, że poważne dorosłe słowa włożone w sepleniące usteczka pięcioletniego brzdąca nadały powieści świeżości i nasyciły ją sporą dawką humoru, tak charakterystycznego dla twórczości Małgorzaty Kursy.

Podoba mi się to, że u Małgorzaty Kursy ludzie się kochają. Mając żonę nie rozglądają się na lewo i prawo w poszukiwaniu podrywki, a mając męża nie wdają się w romanse z młodszym, czy bogatszym. Może to mało realne w dzisiejszym świecie, ale przecież takie ładne… I ową ładność należy promować i tworzyć szansę na to, by ktoś pomyślał, że takie życie – jakie opisuje Małgorzata Kursa – jest lepsze.

Małgorzata Kursa jest doskonałą obserwatorką życia codziennego. Dokładnie przygląda się temu, jak w małym miasteczku funkcjonują ludzie i w wyśmienity sposób portretuje to na kartach swoich książek.  Bardzo się cieszę, że mamy szanse zobaczyć świat oczyma Małgorzaty Kursy.

Broadchurch (film)


Osiem odcinków. Tylko i aż osiem jeśli wziąć pod uwagę treśc filmu i sposób w jaki go zealizowano.

W niewielkim nadmorskim miasteczku na plaży ktoś znajduje martwego chłopca. Danny'ego i jego rodzinę znali wszyscy; tata jest hydraulikiem, mama pracuje w lokalnej gazecie, siostra uczy się w szkole średniej, a on sam rozwoził gazety, uczył się obsługi komputerów na przykościelnym kursie, chodził do szkoły. Rodzina jakich wiele. Gdy ktoś zabija Danny'ego społeczność zamiera, by po chwili gorączkowo zacząć szukać wśród siebie winnego śmierci dziecka.

Rzadko ulegam magii seriali. Temu uległam i z zapamietaniem chłonęłam kolejne sceny, kolejne emocje bohaterów. Serdecznie polecam.


P.S. Ocena z filmweb.pl - 8,5/10.

Przyjaźń i kochanie

Nusia najmocniej z całego naszego stada zajmuje się mały kotami. Każdy mały tymczas, po dwóch - trzech dniach ostrzegawczego burczenia i sykania zaczyna być przez Nuśkę hołubiony. Nie inaczej było z Wojtkiem. Nusieńka opiekowała się maluchem, uczyła go wszystkiego, nadzorowała rozwój. Śmiesznie wyglądały jej zabiegi kosmetyczne czynione na Wojtku - siadała na nim okrakiem i myła mu uszy i łepetynkę. [Swoją drogą podpatrzyłam to u niej i w podobny sposób obcinam jej pazurki :-)].

Wojtek dorósł, ale w relacjach między nim, a Nusią wiele się nie zmieniło. Nadal ją naśladuje, nauczył się, że pies zza siatki to wróg (szkoda, że nie przekonała go Gusia, dla której Mika to przyjaciółka), wyrywa się podczas obcinania pazurków i nie daje się zbyt długo przytulać.

Rzadsze być może są chwile, w których Nusia i Wojtuś okazują sobie czułość. Ale wczoraj udało się nam przyłapać ich przytulonych. Leżeli w kilkunastocentymetrowym odstępie od siebie. Nusia przysunęła się, położyła Wojtkowi łapki na głowie i zaczęła go myć. Gdy tylko podjął próbę zrewanżowania się Nusia przymknęła oczy i pozwoliła poodpiecznemu umyć sobie uszy. Cała ta scena, obserwowana orzez nas przez kilka minut, była bardzo rozczulająca. Niestety, sięgnięcie po aparat zepsuło sielankę; Wojtek uwielbia pozować.




Nusia ma w sobie wciąż dziecięce serce...

08 maja 2013

Biblia



Wydane przez
Wydawnictwo M
www.bibliam.pl

Książka, którą miałam w największej liczbie wydań, to oczywiście Biblia. Najnowsze wydanie, które mam, to Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu – jest to wydanie z okazji Roku Wiary 2012/2013; edycja limitowana.

Tom jest piękny. Piękna jest okładka. Dobra jest czcionka i tekst dobrze jest rozmieszczony. Ilustracje są śliczne. Wszystko to możecie zobaczyć na fotkach.


Nie jest to wydanie naukowe, ale poszczególne księgi poprzedzone są wstępem, a na końcu każdej księgi są krótkie komentarze. Tom liczy sobie ponad 1400 stron.


To jest „Księga”. Prawdziwa „Księga”. Duża. Ciężka. Pięknie oprawiona. To jest „Księga”, której, tak sobie wyobrażam, można używać podczas obrzędów liturgicznych.


Nie piszę o zawartości „Księgi”, ani nie porywam się jakąkolwiek recenzję, bo treść „Księgi” jest powszechnie znana, a ja mam na tyle oleju w głowie, żeby nie porywać się na recenzowanie tego, co napisali autorzy natchnieni.

Jest to najładniejsze wydanie Biblii, jakie mam. I w Wigilię, zanim zasiądziemy do wieczerzy, stosowny fragment Ewangelii odczytamy właśnie z tego egzemplarza.

Andreas Steinhöfel. Rico, Oskar i złodziejski kamień.

Wydane przez
Wydawnictwo WAM

Pamiętacie Rico i Oskara? Tym razem chłopcy opiekują się kolekcją kamieni zmarłego sąsiada i odkrywają, że jeden z nich, szczególnie ceniony przez właściela, zaginął. Śledztwo prowadzi do pewnej młodej kobiety, która - jako, że to czas urlopowy - wyrusza nad morze. Chłopcy, choć trudno w to uwierzyć, podążają za nią...

Książki Andreasa Steinhöfela oprócz zaprezentowania specyfiki funkcjonowania społecznego osób z zaburzeniami w rozwoju pokazują rodziny w jakich wychowują się Rico i Oskar. Zawahałam się przed napisaniem "wychowują", bo podczas lektury odnoszę nieustające wrażenie, że obydwaj chłopcy są znacznie  dojrzalsi niż ich bliscy dorośli. To na chłopcach spoczywa odpowiedzialność za pewną rytualną codzienność, a wszelkie odstępstwa od niej są - o ile są - kłoptliwe tylko dla nich. Dorosłym zdarza się nie dostrzegać wielu zachowań dzieci, lekceważą młodszych skupiają się na swoich, częściowo wyimaginowanych, problemach.

"Rico, Oskar i złodziejski kamień" skłoniły mnie do refleksji silniej niż poprzednie (12) tomu cyklu powieściowego. I za to Autorowi chwała - wciąż czuję się zaskakiwana.

07 maja 2013

Terry Pratchett. Zimistrz.

Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Nie, wcale nie jest tak, że tęsknię za zimą. Minął zaledwie miesiąc kiedy ostatni śnieg stopniał i całą sobą chłonę ciepło. Ale, że Mistrz Pratchett jest dobry na wszystko - także na deszczową majówkę - z przyjemnością przeczytałam (jak się okazuje - ponownie) przygody Tiffany Obolałej. 

Tym razem czytałam szczególna uwagę zwracając na język powieści. Może dlatego, że Nac Mac Feeglowie posługuja się gwarą, a może bardziej dlatego, że miałam przyjemnośc poznać tłumacza książek Pratchetta (i nie tylko Pratchetta), Pana Piotra Cholewę.

Tiffany Obolała edukuje się w wypucowanym na czarno domu Pani Spisek. Wiekowa wiedźma uczy dziewczynę zachowywania odpowiednich relacji z ludźmi, uczy jak stwarzać wobec siebie właściwe wiedźmie otoczenie, jak robić wrażenie na innych. Niestety - nie jest w stanie przeżyć za młodą podpopieczną wszystkiego i dziewczyna wkracza w odwieczny taniec Lata i Zimy zaburzając zmiany właściwe Naturze.

Wiele mądrych słów można znaleźć w książkach Pratchetta. Są ukryte pod warstwami fabuły, pod tym, co śmieszne i służące rozrywce. Wydaje mi się, że każde kolejne czytanie tej samej powieści odkrywa przed czytelnikiem nowe wskazówki, nowe przesłanie od Sir Terry'ego Pratchetta.

06 maja 2013

Inspektor Jury Marthy Grimes

Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Przez kilka lat czytałam zachwyty nad atmosferą powieści Marthy Grimes. Raz nawet dałam się skusić i sięgnęłam po jedną z jej powieści. Znużona nawet nie doczytałam książki do połowy (niestety, nie pamiętam, co to było). Postanowiłam spróbować raz jeszcze, pożyczyłam od koleżanki "Pod Huncwotem" i "Pod Przechytrzonym Lisem", sięgnęłam pomyłkowo po drugi tom i zapadłam w historię inspektora Scotland Yardu Richarda Jury'ego na kilkanaście dni.

Angielska prowincja, świat sprzed telefonów komórkowych i komputerów, specyfika społeczności gromadzących się w pubach i doskonale wykształcony, ułożony przedstawiciel Scotland Yardu oraz okresowo wspierający go przedstawiciel arystokracji, który zrzekł się tytułu. 

Gdy po przeczytaniu dwóch pierwszych tomów zaczęłam szukac w bibliotece kolejnych zdumiała mnie informacja, że Martha Grimes jest Amerykanką. To jednak nie ostatnie zdumienie - cykl przeze mnie czytany liczy sobie jeszcze kilkanaście tytułów dotychczas nie tłumaczonych na język polski. Ciekawe czy wydawnictwo zarzuciło wydawanie powieści z Jurym.

Kusi mnie, by sięgnąć po drugi cykl powieściowy stworzony przez Marthę Grimes, ten w którym bohaterką jest Emma Graham. Polecacie?

05 maja 2013

Joanna Sędzikowska. Psy z piekła rodem.


Wydane przez
Wydawnictwo Nowy Świat

Od kiedy przeczytałam fragment tej książki wiem, że muszę ją mieć na własność. Niewiele jest rzeczy, których tak bardzo chcę, jak tej opowieści o psach rasy malamut alaskański i o domu tymczasowym, które takie psy przywraca do społeczności, zdrowia, czasami życia. Chcę - mimo, a może właśnie dlatego, że już przeczytałam.

Nie lubię jeździć po pracy do biblioteki oddalonej od domu o kilkanaście przystanków. Uznałam, że dla tej książki warto. Wyszłam z biblioteki, wsiadłam do autobusu zajmując miejsce przodem do współpasażerów i po przeczytaniu kilkunastu stron popłakałam się ze śmiechu chichocząc aż do utraty tchu. Podobne reakcje zdarzały mi się i podczas dalszej lektury. Są jednak w opowieści Joanny Sędzikowskiej też takie chwile kiedy łzy powodowane były nie śmiechem, a wzruszeniem.

Joanna Sędzikowska pisze o psach. Nie byle jakich - o psach, które mieszkają z nią i jej rodziną. Raptor jest psem domowym, jak się mawia w kociolubnym kręcu - rezydentem, Inka i Luna to psy, którym opieka Pani Joanny i jej najbliższych dała szansę na znalezienie domów. Państwo Sędzikowscy stworzyli Dom Tymczasowy dla malamutów alaskańskich przyjmując pod swój dach tych z przedstawicieli rasy, którzy potrzebowali pomocy.

W ten oto sposób do Raptora dołącza młodziutka Inka, a później - gdy Inka znajduje Dom - Luna. Od czasu, gdy książka została wydana, w Domu Tymczasowym mieszkały jeszcze dwie sunie. Trzecia wciąż czeka na własny dom.

O ile to, co w książce wzbudzało śmiech, pokazuje naturę malamutów to, co wzruszało ma dla mnie istotniejszy czynnik edukacyjny. Podziwiam Autorkę za to, że w tak doskonały sposób znalazła równowagę między radością i tym, co poważniejsze. Za umiejętność opisania codzienności z psami, za podzielenie się własnymi emocjami.

Waszą szczególną uwagę chciałabym zwrócić na te z fragmentów książki, które mówią o byciu Domem Tymczasowym. Te, w których Joanna Sędzikowska pisze jak trudna jest myśl o psie, który jest wciąż niczyj, a człowiek walczy z samym sobą, by go nie pokochać jak swojego. O dniu, w którym oddajemy psa do doskonale wybranego domu, a mimo to, gdy wracamy bez niego do siebie wydaje się nam to zdradą. Pani Joanno, doskonale Państwa rozumiem...

"Psy z piekła rodem" to piękna i mądra książka. Czytajcie.

Agnieszka Tyszka. Zosia z ulicy Kociej na wakacjach.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Polubiłam Zosię z ulicy Kociej już przy pierwszej książce, której była bohaterką. Podczas czytania drugiej - moja sympatia, do kilkuletniej dziewczynki i jej najbliższych, wzrosła. Trzeci tom przygód zapowiada wakacyjne wojaże i skłania do tego, by zastanowić się, gdzie spędzić tegoroczne wolne dni.

Choroby wieku dziecięcego są niemiłe dla dzieci i groźne dla dorosłych. Zosia i Mania wychodzą już z ospy, gdy na jej pochodną zapada ich mama. Wyjazd nad morze, do wynajętego pokoju, stoi pod znakiem zapytania i mimo, że dziewczynki niekoniecznie lubią gospodarstwo Pani Czesi wolą wakacje spędzać nad morzem niż w domu. Na pomoc przychodzi niezawodna ciotka Malina.

Wędrówka z Łomianek do nadmorskiego Górzewa w samochodzie wypełnionym po brzegi czwórką dzieci, psem, bagażami i solidną wałówką jest w stanie zachwiać nawet dzielną Maliną. Na szczęście rodzinę cechuje poczucie humoru i nawet w chwilach zmniejszonego entuzjazmu dla wyprawy ktoś lub coś potrafi wzbudzić śmiech. 

W ciekawy sposób, niby mimochodem, Autorka pokazuje zmiany jakim uległa niewielka miejscowość pod naporem turystów i "wymogów" światowości. Kolejnym interesującym wątkiem jest stworzenie opozycji dzieci z rodzin Ćwiek i Wierzbowskich wobec wnuka Pani Czesi, Arusia, uzależnionego od komputerów, z mało używaną wyobraźnią i...
- No nie! Czy ty w ogóle nie dotykasz książek? - dziwi się kuzyn.
- Nie dotykam. Chyba, ze w szkole, jak każą - wyjaśnia Aruś.
- I nie czytasz na dobranoc? - Mania nie posiada się ze zdumienia.
- A po co, kiedy mogę zagrać? - nie rozumie chłopak.
- To ty jesteś biedny! - kwituje moja siostra. [ss.142-143]
Druga część książki to już zupełnie inne "wakacjowanie" - takie, które znacznie bardziej, w moim odczuciu, pasuje do Maliny, jej dzieci i siostrzenic. Jakie? Gdzie? Znajdziecie w książce :-)

P.S. I tylko marzy mi się, żeby jakoś wyraźniej było napisane, że Karol Czwarty nie jest przypięty do budy łańcuchem. Bo - mam nadzieję - że nie jest?

P.S.2 Ciekawy konkurs: http://zosiazulicykociej.nk.com.pl/konkurs_biblioteczny.html

04 maja 2013

Niedzielnik nr 42, bo niby czemu nie...

Zastanawialiście się kiedyś kim jesteście? Ile ról spełniacie każdego dnia nie uświadamiając sobie złożoności własnych działań i własnych relacji wobec otoczenia? Jestem człowiekiem, kobietą, żoną, córką, siostrą, ciocią, siostrzenicą, czytelniczką, blogerką, kierowcą, sąsiadką, podatnikiem, słuchaczką, miłośniczką zwierząt, facebookowiczką, koleżanką, widzem, spacerowiczką, gospodynią domową, wolontariuszką, krwiodawcą, nauczycielką, menadżerem, Polką, wędrowcem, wielbicielką filmów z S. Pennem, klientem, towarzyszką zwierzętom. To pewnie tylko wycinek z tego, przez co można mnie definiować.

Wobec wielkości relacji, wielości ról nie dziwne staje się, że czasami, niezbyt często, niektóre z tych ról i zależności wydają się ciążyć, zaczyna brakować im atrakcyjności, zaczyna brakował sił, chęci do ich należytej realizacji. 

Tak było w kwietniu z blogopisaniem. Wypadłam z roli blogerki sumiennie piszącej o przeczytanych książkach, dzielącej się wrażeniami z lektur. Wypadłam i przyznaję - powrót jest szalenie trudny. I nie powinno być wyjaśnieniem to, że miałam kilka wyjazdów, że w ostatnich dniach marca umarła Ayka, do rodziny przybyła Saszka, że przyszło nam się pożegnać z dwunastoletnią Ciri, że Saszka niespodziewanie się oszczeniła, a koty - cóż - też domagają się uwagi, obecności, bycia z nimi.

Stos książek przeczytanych i nie opisanych rośnie z dnia na dzień. Czytam i słucham; wraz z ciepłą wiosną sporo spaceruję i wówczas wędruję wraz z bohaterami audioksiążek. Czytam książki swoje, pożyczane od koleżanek i z biblioteki, bo mam niesamowity głód słowa. Łapię się na tym, że rozprasza mnie komputer, ale świadomie z tym walczę.

8 kwietnia miałam przyjemność prowadzić spotkanie Pana Marka Bieńczyka z czytelnikami. Bardzo ciekawa rozmowa, spokój, wyważone słowa to rzeczy, które najsilniej definują w mojej pamięci ten czas.

(źródło zdjęcia)

Tydzień później słuchałam rozmowy Mariusza Wilka z Marianem Sworzeniem i czytelnikami. Spotkanie w bibliotece Mariusza Wilka to dla mnie wielka radość i tym smutniej mi było, że musiałam wyjść przed końcem rozmowy. Autografu nie mam, ale mam wspomnienia - to chyba ważniejsze...

(źródło zdjęcia)


Międzynarodowy Dzień Książki i Praw Autorskich spędziłam w specyficznie książkowy sposób. 


Pojechałam do Krakowa, by tam moderować rozwiązanie konkursu "Drzewo Recenzji". Szalenie miłe spotkanie, uroczysta i niepowtarzalna atmosfera i szeleszczące torby z nagrodami. Uhonorowane dzieci pozowały uśmiechnięte pod swoimi recenzjami przypiętymi do spacjanie przygotowanego drzewa.Spotkanie odbywało się w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej, która zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Aż żałowałam, że nie mam zbyt wiele czasu na to, by dokładnie ją obejrzeć.

(źródło zdjęcia)

Miałam pomysł, by zrobić zdjęcie książek, które przeczytałam i które chcę w najbliższym czasie Wam przedstawić. Ale część z nich już oddałam, część pożyczyłam, a poza tym - jest ich naprawdę dużo ;-)

Maj zapowiada się aktywnie. Mam nadzieję, że w tę aktywność uda mi się włączyć spotkania z Wami na blogu.

Weekendowe doniesienia...

Weekend z deszczem i chłodem nie sprzyja zbyt długiemu przebywaniu poza domem, więc wolne dni upływają nam na kocio-ludzkich czułościach. Oczywiście - bez względu na stan aury niektóre kotki muszą wizytować balkon wielokroć w ciągu dnia.


Wojtka bardzo zafrapowała flaga wisząca na balkonie, ale nie udało mi się zrobić zdjęcia - za szybko biegł w stronę aparatu.

Odwiedził nas gość - mój Tata. Duszka niezłomnie spała na tapczanie i dziwiła się dlaczego jest wynoszona wieczorem z pokoju, Nusia się obraziła i przez dwa dni fukała niezadowolona, a reszta kotów przyjęła pobyt gościa bez większych zdumień. 

Sisi wykazała olbrzymie zainteresowanie imieninowymi różami;  nie mogła się zdecydować, czy lepsze są płatki róż, czy ich liście.


Oczywiście - dni kocie nie mogą upływać bez solidnej dawki snu.





Podczas weekendu odwiedzaliśmy także Eskadę, kotkę, która zamieszkała w domu Ptysia i Petunii brykających już za Tęczowym Mostem.

W doniesieniach z Warszawy na prowadzenie wybija się Lulu z relaksująca się z książką.


A tuż za nią przepychają się:

Zorka (już zarezerwowana)

Mela (szuka domu)

Frodo (szuka domu)

A nad całym psim drobiazgiem czuwa, nawet przez sen, Saszka

Miłej soboty!