30 czerwca 2011

Andrzej Ziemiański. Żołnierze grzechu.


Wydane przez
Wydawnictwo Bukowy Las

Gdy tylko usłyszałam o książce "Żołnierze Grzechu" wiedziałam, że jej lektura sprawi mi przyjemność. Nie pomyliłam się:-)

Marcin Barski, w roku 1983 był na tropie "bestii", która wraz z ospą dziesiątkowała mieszkańców Wrocławia w 1963 roku. Zbytnia dociekliwość milicjanta przyniosła skutek w postaci wyroku - pobitego i związanego wrzucono do na wpół zamarzniętego jeziora. Uratowany przez przypadkową sportsmenkę trafił do szpitala psychiatrycznego i tam, z zanikiem pamięci, przeżył lat ponad dwadzieścia. W 2009 z płonącego szpitala wyciągają go policjanci i podejmują próby przywrócenia go społeczeństwu.

Marcin patrzy na nieznaną mu Polskę, na niezrozumiałe obyczaje i powoli, powoli uczy się tego nowego dla siebie świata. Poniżej jeden z moich ulubionych fragmentów.

-Słuchaj, mówiłaś, że masz dużo koleżanek...
- Tak. W sieci, przez blogi, gg, skype'a, portale społecznościowe.
- Boże, co ty tak z tą siecią?
- Teraz nikt nie ma czasu na zabawy w realu. Idziesz do przodu. Praca i to efektywna, nie jak w PRL-u, interesy na boku, no i trzeba się rozwijać. Mnóstwo czytać, być na bieżąco. Oraz sama technologia. (...) sieć cały czas się zmienia. Nowa technologia zalewa nas z dnia na dzień. Nie ma za dużo czasu na spotkania z ludźmi - tłumaczyła.
- Więc do czego jest ta technologia?
- Do komunikacji między ludźmi, do pracy, do rozrywki.
- To znaczy, że nie masz prawdziwych znajomych, bo musisz być na bieżąco z technologią, ale za to ta technologia umożliwia ci kontakty z innymi ludźmi, którzy też nie mają czasu, bo musza nadążyć?

Ta książka to powrót do czasów minionych. Owszem, wątek kryminalny urozmaica fabułę, ale i tak największą frajdę sprawiła mi przedziwna sytuacja Marcina - jego oswajanie się z czasami nam współczesnymi. Co być może interesujące - "Żołnierze grzechu" stały się dla mnie inspiracją do rozmów na temat ostatniego dwudziestolecia, zmian w obyczajowości i sposobie życia, szybkiego oswajania się z tym, co dobre.

Nie wiem, czy Andrzej Ziemiański chciał napisać powieść kryminalną, nostalgiczną, czy humorystyczną. I szczerze powiedziawszy nie sądzę, aby było to dla mnie istotne. Tym bardziej, ze bez względu na to jaką "Żołnierze grzechu" mieli być książka ja jestem nią zauroczona. Stawiam ją na półce z książkami ulubionymi, do których z pewnością będę wracać.

*   *   *

29 czerwca 2011

Dariusz Rekosz.Czarny Maciek i wieża śmierci.


Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Kiedy wczoraj pisałam o tym, że miło jest czytać dobrze napisane książki przygodowe kierowane do młodego czytelnika, myślałam również o Czarnym Maćku.

Maciek, Kisiel, Kaśka i Baśka wraz z nauczycielem szukają skarbu. W 1989 roku ojciec kolegi pana Barszczykowskiego ukrył w Domu Partii cenne rzeczy. Gdy okazuje się, że w zrujnowanym już dziś budynku znaleźć można tylko wskazówkę do dalszych poszukiwań, a na dodatek łatwo jest zrobić sobie krzywdę (vide nauczyciel zwany Barszczem) Maciek i jego przyjaciele, coraz bardziej zaciekawieni tajemnicą sprzed lat, podejmują poszukiwania. Dzięki historii z ukrytym skarbem młodzi ludzie poznają doskonale swoje miasto i jego historię, mają szansę zetknąć się z symboliką sakralną i językiem łacińskim, a nade wszystko zacieśnić łączące ich więzi.

"Czarnego Maćka" czyta się bardzo sprawnie. Autor, odwołujący się do tradycji dobrego pisania literatury przygodowej, radzi sobie wyjątkowo dobrze i choć w dawniejszych książkach podwórkowe bandy przyjaciół składały się przede wszystkim z chłopaków, a u Dariusza Rekosza grupa jest dwupłciowa, pomysł na współczesną awanturniczo-przygodową książkę dla młodych ludzi jest strzałem w dziesiątkę.

Andrzej Lipińskiej. Kalinka.


Wydane przez
Wydawnictwo Dobra Literatura

"Kalinka" to traktat o trudnym uczeniu się życia i samego siebie. O niezgodzie na rzeczywistość, o wielkiej miłości, która Jest. O walce, by każdy dzień móc spędzić z Kalinką.

Ileż par czeka na narodziny dziecka z nadzieją, marzeniami, w myślach kształtując jego świat? Chcieliby, żeby była ładna, by był postawny, by dziecko miało talent muzyczny lub sportowy, by zachwycało wszystkich wokół. Ale czasami jest inaczej... Czasami jest tak jak w przypadku Kalinki:

Jedyny problem stanowiły geny. Coś z nimi było nie tak, nie zgadzał się numer, kolejność na sznurze, czy jakiś inny szczegół. Nie sądziłem dotąd, że szczegóły mogą być aż tak ważne, że mają moc przekreślenia celu, któremu służą, że mogą odebrać człowiekowi część życia, a życiu kawałem człowieka. Ten drobiazg uniemożliwił Kalince poruszanie się, a z czasem także oddychanie.

Codzienność bohatera i jego żony Barki wypełniła się początkowo tylko tym, czy zawsze domy niemowląt. Z biegiem dni jednak do domu trafiało coraz więcej przedmiotów, sprzętów wskazujących, że ich dziecko jest odmienne od innych dzieci. Uderzyło mnie to, że mimo wielu ograniczeń z jakimi przyszło im się spotkać, traktowali swoje dziecko i jego w ich życiu obecność najzupełniej normalnie w odróżnieniu od tych, dla których choroba dziecka jest niejako nakazem zamknięcia się w czterech ścianach domu. Chodzili na spacery, wyjeżdżali w dalekie podróże i tylko czasami przypominali sobie, że niewiele już pozostało im wspólnych dni, że jeśli szacunki lekarzy się sprawdzą, to Kalinka od nich odejdzie w szóstym roku życia.

Narratorem jest mężczyzna, tata Kalinki i to on dokonuje rozliczenia z żałobą po stracie dziecka, on analizuje wspólnie z córką spędzony czas, swoje emocje, myśli, które przepełniały go podczas życia dziewczynki. 

Książkę czytałam długo. Gdy tylko zaczęłam, bałam się ją czytać w chwilach nieważnych, wydawało mi się, że z szacunku do jej treści mogę czytać ją tylko w ciszy i wygodnym fotelu próbując zrozumieć każde słowo. Uświadomiłam sobie jednak, że opowieść Andrzeja Lipińskiego nie ma służyć postawieniu na ołtarzu, ma służyć oczyszczeniu i próbie uświadomienia sobie, co czują rodzice dzieci z wyrokiem śmierci.

28 czerwca 2011

Emma Donoghue. Pokój.


Wydane przez
Wydawnictwo Sonia Draga

Gdy na blogach przetaczała się fala zachwytów nad "Pokojem" byłam nieco sceptyczna i ostrożna. Mimo sceptyzmu zdecydowałam się sięgnąć po powieść Emmy Donoghue i po jej lekturze odczekałam parę dni z pisaniem, by wrażenia mi się poukładały. Na wiele się to nie zdało - moje odczucia wobec tej książki nadal przypominają kipiel, a ja popadam to w zwątpienie, to w zachwyty.

Dlaczego zwątpienie? Czytając same dobre rzeczy o tej powieści oczekiwałam wstrząsu. Temat, choć szalenie trudny, jest bywa obecny w literaturze, czy nawet kinematografii. Miałam zatem wrażenie, że czytam o czymś, co już znam. Zdaję sobie rzecz jasna sprawę, że bywa i tak, że rzeczywistość wykracza poza fikcję literacką i są kobiety, które wraz z dziećmi latami mieszkają w zamkniętych czterech ścianach, w pełni uzależnione od humorów psychopaty doznającego przyjemności dzięki odbieraniu komuś wolności. Sporo takich informacji było w mediach, ukazało się kilka książek pisanych przez osoby więzione. I to był dla mnie również pierwiastek zniechęcający.

Dlaczego zachwyty? W zasadzie zachwycił mnie jeden element, element o potężnym, w moim odczuciu znaczeniu. Gdy mamie i Jackowi udaje się opuścić pokój dostrzec można ich odrębność. Majstersztykiem dla mnie jest to, w jaki sposób Autorka od niemalże jednej postaci, w którą stopili się bohaterowie podczas pobytu w zamkniętym pomieszczeniu przechodzi do dwóch rozdzielonych, coraz bardziej niezależnych od siebie osób i to jak zarówno Mama, jak i Jack przyjmują owe przejście, co dla nich - każdego z osobna - oznacza wolność. Emocje matki, która wreszcie ma szansę wrócić do normalności zestawione z emocjami syna, dla którego normalnością była szafa, łóżko i tylko kawałek błękitnego nieba widziany przez kratę Emma Donoghue zestawia niby mimochodem i przez to osiąga niebywały zasięg rażenia. Uświadomienie sobie jak wielką radością, ale jednocześnie ciężarem może być wolność na przykładzie dwojga bardzo bliskich sobie osób ma szczególne znaczenie.

Gdybyście oczekiwali zdecydowanej odpowiedzi na pytanie, czy warto czytać "Pokój" odpowiem "Warto!". Wszak moje zwątpienia możecie odrzucić, a w zachwytach odnaleźć swoje. Powieść Emmy Donoghue jest obrazem więzi między matką i synem, obrazem walki o wolność, determinacji i miłości. Raz jeszcze powtórzę - warto.

P.S. Podoba mi się sposób w jaki książka została wydana.Nie trzeba jej rozłamywać, żeby otworzyć. Za to wielki plus.

Andrzej Żak. Paradoks bazyliszka.

Wydane przez
Oficynę Wydawniczą Foka

Ostatnio czytałam kilka powieści skierowanych do młodego czytelnika, a utrzymanych w konwencji dobrej historii przygodowej i powiem Wam tak - ów sposób na literaturę ma się dobrze. Znakomicie wręcz.

Agnieszka spędza wakacje w dawnym pałacu Korybutów, w Bizynie. Pobyt byłby może i przyjemny, gdyby nie fakt, że pałac pełni funkcje muzeum, a mama Agnieszki przyjechała, by w nim pracować. Tata gdzieś wyjechał i odzywa się zbyt rzadko zdaniem dziewczynki. Gdy pewnego dnia okazuje się, że księżna Eleonora i książę Leopold umieszczeni na portretach rozmawiają z Agnieszką, a w wielkiej bibliotece kryją się zapiski księcia Michała na temat bazyliszków nudne dotychczas dni dziewczynki zyskują na atrakcyjności.

Nie chcę Wam zdradzać całej fabuły, ale myślę, iż dość będzie powiedzieć o bazyliszku, który niedługo po wizycie dziewczynki w bibliotece zaczął towarzyszyć Agnieszce, o ukrytych w piwnicach dziełach malarskich i o poszukujących owych dzieł złodziejach.

Andrzej Żak napisał zajmującą powieść wakacyjną dla starszych dzieci. Tempo powieści uniesie czytelników, sytuacja rodzinna Agnieszki obudzi ich sympatię, a radosny bazyliszek wraz z portretowanymi książętami urozmaici dni nie tylko bohaterom "Paradoksu bazyliszka".

27 czerwca 2011

Tomasz Duszyński. Staszek i straszliwie pomocna szafa.


Wydane przez
Wydawnictwo Paperback

Zmiana miejsca zamieszkania wiąże się z różnymi przeżyciami. Cieszymy się nowym miejscem, ale też żałujemy znanego nam podwórka, koleżanek, kolegów, sąsiadów, a czasami nawet nauczycielki, których już znamy i oswoiliśmy. Miejsce, w które wprowadzał się Staszek z rodzicami i siostrą było mu zupełnie nieznane, lekko onieśmielające, by nie rzecz  - budzące lęk. A gdy chłopiec wysiadł z auta i zobaczył dom - przestał wierzyć w rozsądek mamy i taty. Na szczęście budowla wyglądająca jak mająca się za chwilę rozpaść rudera w środku okazała się być luksusowym, idealnym dla ich czwórki domem. Teraz pozostawało jeszcze sprawdzić jak jest w szkole...

Szkoła prowadzona przez bardzo energiczną panią dyrektor zadziwiła Staszka. O ile koledzy okazali się być średnio przyjaźni, to już pomysł na szkolną edukację, podczas której trójki klasowe będą stawać do różnych konkurencji spodobała się i chłopcu, i mnie. Co więcej - tak poprowadzony sposób nauczania mobilizował samych uczniów do zademonstrowania swoich umiejętności, pasji, pozwalał wytchnąć w niebytu szkolnych kręgów towarzyskich tym, którzy są naprawdę interesującymi młodymi ludźmi.

A co ma do tego szafa? W pokoju Staszka stała, zostawiona przez poprzednich właścicieli, szafa, która okazała się być szafą tajemną, mającą moc. Pomagała chłopcu i jego kolegom w przygotowaniach do zawodów. Ale Staszek, a wraz z nim ja, zastanawiał się, czy pomocna szafa to dar, czy przekleństwo.

Doskonała lektura promująca zapominane już dziś wartości. Ale nie tylko owe wartości stanowią o jej bogactwie - jest dobrze napisana, ze strony na stronę zainteresowanie opisanymi w książce przygodami rośnie, a sposób w jaki pokazane zostało środowisko szkolne daje wiele do myślenia.

Nie wiem na jakim etapie pisania kolejnego tomu jest Tomasz Duszyński, ale marzy mi się, aby był to etap końcowy; tak, żeby już wkrótce można było sięgnąć po tom drugi historii o Staszku.

25 czerwca 2011

Nuśka...

nie pija mleka. Nie pija, chyba, że jest to mleko z musli. Wówczas wygląda to tak:
A jak już się naje/napije to odpoczywa:

24 czerwca 2011

Katarzyna Michalak. Sklepik z niespodzianką.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Katarzyna Michalak pisuje książki służące tamu, by sobie nimi poprawiać nastrój. Optymistyczne, ciepłe, odpowiadające marzeniom kobiet o silnych i prawych mężczyznach oraz o bohaterkach kobiecych, którym się w życiu udaje, mimo przeciwności losu, które mają silne poczucie estetyki i są mistrzyniami w kuchni.

Podobna idea przyświecała Autorce w pierwszym tomie trylogii "Sklepik z niespodzianką". Historia Bogusi, która zarobiwszy na obczyźnie wraca do Polski i zupełnie przypadkiem zamiast do rodzinnej Warszawy trafia na nadmorską prowincję, do miejscowości Pogodna, i tam próbuje poukładać sobie życie, niesie w sobie owo serdeczne przesłanie.

Dom do wynajęcia okazuje się być przyjaźnie tani, a umiejętności kulinarne wyniesione z domu, pozwalają Bogusi na plany otwarcia galerii i czekoladziarni w jednym. Zanim jednak dziewczyna otworzy podwoje sklepu musi odnaleźć się w środowisku Pogodnej, musi zdecydować, który mężczyzna jej się podoba i poznać tajemnice mieszkańców. 

Elementy, które znaleźć możemy w "Sklepiku z niespodzianką", a znane wytrawnym czytelniczkom z poprzednich powieści Katarzyny Michalak to humor, zwierzęta, dojrzały mężczyzna odbywające wieczorne przejażdżki na koniu, rozterki uczuciowe wynikające z obecności kilku godnych zainteresowania panów w otoczeniu bohaterki. Wszystko to sprawia, że do książek Pani Katarzyny wkracza się z przyjemnością i przeświadczeniem, że teza mówiąca "najbardziej lubimy to, co znamy" w pełni się sprawdza:-)

Jako osoba zafiksowana na punkcie zwierząt mam jednak pewną wątpliwość. Bogusia ma kota zwanego Kotem Adeli i psa o wdzięcznym imieniu Piegusek. Zwierzęta żywione są karmami, na reklamy których  można natknąć się w mediach, ale które - te karmy - nie przedstawiają sobą zbyt wielkiej wartości odżywczej, co więcej - żaden weterynarz ich nie poleci. Tu jednak wciąż pojawiają się nazwy obydwu karm. I teraz nie wiem... Czy Autorka, jak zasugerowała koleżanka, stosuje te nazwy nie jako nazwy własne konkretnych karm, ale jako określenie obejmujące po prostu jakąkolwiek puszkę/karmę suchą (vide: mówienie adidasy na buty sportowe bez względu na ich markę). A może w literaturze - podobnie jak w filmie -  obecny jest product placement, a ja tego wcześniej nie zauważyłam? Trzecia możliwość, jaka przychodzi mi do głowy, jest zbyt krzywdząca dla Autorki (czyli brak świadomości), więc nawet nie będę się nad nią zastanawiać.

Lubię książki Katarzyny Michalak przez ową, wspomniana powyżej, powtarzalność. Każda z nich zawiera coś nowego, ale opierając się na pewnym schemacie, daje szanse na to, by poczuć się w nich, jak w ulubionej sukience. 

P.S. A już zakończenie... Pani Katarzyno, no i jak ja mam teraz doczekać do wiosny 2012 roku, by się dowiedzieć co było dalej? Ech, słodka mordęga;-)))

Christina Bjork, Eva Eriksson. Księżniczki i smoki.


Wydane przez
Wydawnictwo Zakamarki

Księżniczek jest siedem. Każda na inny dzień tygodnia. Są ładne i mniej, ceniące czystość i unikające wody, korzystają z internetu, boją się wiewiórek i mają uczulenie na złoto. Jedna z racji swojego urodzenia w przedziwny sposób powiązane są z smokami - a to one chcą kogoś porwać,. a to smoki próbują porwać je, a nawet w jednym przypadku smok zaprowadzony przez księżniczkę do piwnicy szczodrze częstuje się królewskimi zapasami wina poziomkowego.

Historie o księżniczkach i smokach są urocze, ciepłe i pokazują różnorodność ludzi i to, że owa różnorodność jest ważna, że powinna być ceniona. Młode czytelniczki książki mogą odkryć, że opisywane dziewczynki są podobne do nich i mimo, że noszą korony mają czasami podobne marzenia, tęsknoty i zmartwienia, jak one. Opowiadania na każdy dzień tygodnia pokazują też, że zestawienie smoka z księżniczką nie zawsze musi oznaczać, coś strasznego, że obydwie te postacie mogą  okazać się doskonałymi kompanami dla siebie, mogą się zaprzyjaźnić.

Dodatkowym elementem pozytywnym jest dla mnie to, że księżniczki noszą imiona florystyczne - Czeremcha, Dalia, Petunia:-) Książkę kończy przyjęcie urodzinowe księżniczki Sasanki, a ja zakończę tym, że czytanie i oglądanie "Księżniczek i smoków" sprawiło mi przyjemność:-)

Wiktor Hagen. Długi weekend.


Wydane przez
Wydawnictwo W.A.B.

Przyznajcie - książka idealna do czytania podczas długiego weekendu. Ale od razu zapewniam, że nie tylko, zdecydowanie nie tylko...

Tym, którzy czytali poprzednią powieść Wiktora Hagena i mieli okazję zaprzyjaźnić się z komisarzem Nemhauserem potwierdzę - "Długi weekend" czyta się równie wyśmienicie, co "Granatową krew". A tym, którzy jeszcze nie mieli okazji zerknąć na Warszawę okiem Autora zachęcam, by nadrobili to niedopatrzenie czym prędzej.

U progu długiego weekendu nikt nie mówi o niczym więcej niż o tym, gdzie, z kim i ewentualnie za ile będzie wypoczywał. Żona Nemhausera wyjeżdża walczyć o pracę, a on zamierza spędzić weekend z synami, Cyrylem i Metodym. I pewnie wszystko poszłoby po jego myśli, gdyby nie - jak to bywa w policyjnej robocie - sprawy, którymi, musiał się natychmiast zająć. A wszystko zaczęło się od telefonu dawnej koleżanki ze studiów, która ze studentki stała się asystentką, a później żoną jednego z cenionych polskich archeologów. Cenionych i jednocześnie ceniących się, szczególnie jeśli chodziło o koszty ekspertyz terenów pod nowe autostrady. Temat jest szalenie aktualny, tym bardziej, że aby zbudować autostradę trzeba mieć również "zgodę" środowisk ekologicznych, a tu również - jak pokazuje Hagen -  stwarza się okazja do tego, by manipulować faktami.

Po lekturze zaczęłam zastanawiać się nad ową aktualnością. Czy nie jest to tak, że dla kolejnego pokolenia ta książka stanie się przez to niezrozumiała? Na przeciw moim wątpliwością wyszedł wydawca podsuwając proste rozwiązanie - powieści Hagena, niczym "Zły" Tyrmanda, portretują Warszawę - i w tym kryje się klucz do ich szczegółowego opisywania miejsc, w które jeżdżą Warszawiacy na odpoczynek, miejscowości podwarszawskich, obyczajów, sytuacji społeczno-politycznej.

Miłośnicy wątku kulinarnego z "Czarnym Tadkiem" w roli głównej zostaną zaspokojeni. Bar prowadzony przez Jasia odwiedza bowiem krytyk kulinarny, a Nemhauser musi - co zrozumiałe - przyrządzić coś takiego, co sprawi, że w prasie ukaże się dobra opinia. A to, z racji braku sensownych pomocników kuchennych, nie jest łatwe;-)

Cóż więcej pisać - świetna książka!

21 czerwca 2011

Od kilku lat tej porze roku z przestrachem zerkam na kocie forum. Z równie dużym - bywam na akcjach adopcyjnych. Kocięta, kociaki, różnego umaszczenia, o najróżniejszych charakterkach tkwią klatkach czekając na dom. Nawet nie widzą, że - z naszego, ludzkie punktu widzenia - trzeba się martwić o domy, o człowieka, który urzeczony kocim spojrzeniem przygarnie malucha, wypełni umowę i zabierze kociątko do domu. Nie, nie wiedzą, brykają rozochocone z rodzeństwem i tylko może czasami dostrzegą, że ktoś się nowy pojawił, albo kogoś ubyło. Szczęście jeśli owa nieobecność spowodowana jest znalezieniem domu, znacznie gorzej jeśli przyczyna zniknięcia kota oznacza, że nie dał rady, że był za słaby, że przegrał walkę o życie.

W niedzielę pod sklepem, w którym można kupić kotki stał tłum podglądaczy. Oczy wilgotniały im na widok nieporadnego malucha wspinającego się po drapaku, wtulonego w rodzeństwo. Gdyby ci sami ludzie odwrócili się i zrobili trzy, cztery kroki doszliby do miejsca, gdzie stały wolontariuszki fundacji z kociakami. Przez cały dzień dwa schroniskowe kotki znalazły dom. Jeden wrócił do schroniska.

Nie umiem pomóc tym, którym bym chciała. Nie mam w sobie siły, żeby patrzeć w błękitne zawadiackie lub zszarzałe ze zmęczenia oczki. I niedobrze mi z tym, że nie umiem i nie mam...

M. Dłużewska, J. Lichocka. Mgła; M. Pilis, A. Dmochowski. List z Polski.



Wydane przez
Wydawnictwo Zysk i S-ka


"Mgła" oraz "List z Polski" to filmy, a teraz także książki. Obydwa filmy utrzymane są w podobnej konwencji - są zapisem rozmów dotyczących ciągle niewyjaśnionej katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. Książki zawierają pełne transkrypcje rozmów przeprowadzonych na potrzeby filmów.

Maria Dłużewska i Joanna Lichocka rozmawiają z sześcioma urzędnikami kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Mariusz Pilis i Artur Dmochowski przedstawiają piętnaście wywiadów, a spektrum ich rozmówców oraz skala poruszanych tematów są bardzo szerokie: mamy tu rozmowy z Zuzanna Kurtyką, prof. Andrzejem Nowakiem, Wiktorem Juszczenką czy Władimirem Bukowskim.

"Mgła" w stosunku do "Listu z Polski" to opowieść bardziej zwarta. Prezydenccy urzędnicy relacjonują przygotowania do wizyty polskiej delegacji w Katyniu, wydarzenia z 10 kwietnia 2010 roku, żałobę w kraju, przygotowania do pogrzebu pary prezydenckiej. Kreślą przy tym w miarę szerokie tło polityczne tych dramatycznych wydarzeń. Na końcu Autorki zamieszczają odbitki rozmaitych dokumentów dotyczących przygotowań wizyty prezydenta w Katyniu. Przypuszczam, że te dokumenty można znaleźć w Internecie, ale zamieszczenie ich w książce, wedle określonego porządku, to znakomity pomysł.

Rozmowy zapisane w "Liście z Polski" dotyczą rozmaitych kontekstów. Mamy wypowiedzi bardzo osobiste i mamy rozmowy, które z powodzeniem można nazwać wykładem, jak choćby wypowiedź prof. Andrzeja Nowaka, który mówi o Rosji w aspekcie historycznym, ale również o Rosji dzisiejszej, takiej, o jakiej nie usłyszymy w mainstreamowych telewizjach, w każdym razie nie po 10 kwietnia 2010 roku.

Wywiad z Bronisławem Wildsteinem spokojnie dałoby się przerobić na esej, w którym Autor pisze o polityce historycznej i o polityce, nie tylko o polityce jagiellońskiej (czy neojagiellońskiej) forowanej przez Lecha Kaczyńskiego, ale o szerzej pojętej polityce międzynarodowej.

Znakomita jest wypowiedź kapitana Jacka Więckowskiego, pilota z wielkim doświadczeniem, który w przystępny sposób mówi o wielu istotnych szczegółach dotyczących samolotu Tu-154 M i tłumaczy tajniki pilotowania tej maszyny, oczywiście nawiązując do feralnego lotu z 10 kwietnia 2010.

Rozmowa z Piotrem Naimskim dotyczy przede wszystkim energetycznego bezpieczeństwa Polski, Edward Lucas, dziennikarz brytyjski, prezentuje zewnętrzny punkt widzenia, mocno różniący się od naszego, polskiego.

Na mnie największe wrażenie zrobiły rozmowy z Wiktorem Juszczenką, Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim, Władimirem Bukowskim oraz wspomniana już z Andrzejem Nowakiem.

Poza wywiadami książka ma jeszcze dwa atuty: fotografie oraz kalendarium istotnych wydarzeń; Kalendarium zaczyna się od stycznia 2004 roku i kończy na 12 czerwca roku 2010, czyli na dniu, w którym nowy rząd Kirgizji zwrócił się do Rosji z prośbą o przysłanie wojsk w celu stłumienia zamieszek na południu kraju.

"Mgła" i "List z Polski" to kolejne tomy będące swego rodzaju dokumentacją tego, co wydarzyło się 10 kwietnia 2010 roku, a także przed oraz po tej dacie i co ma istotne znaczenie dla Polski.

Nic nie szkodzi, aczkolwiek smutno, że polska telewizja państwowa zamiast puszczać np. "List z Polski", kupuje i emituje film rosyjski. "List z Polski" poszedł w telewizji holenderskiej i jest w Necie, gdzie cieszy się olbrzymią popularnością i gdzie oglądają go ludzie świadomi. Teraz do filmów doszły książki i bardzo dobrze - dla mnie wręcz znakomicie, czego chyba tłumaczyć nie muszę.

20 czerwca 2011

Marta Fox. Zuzanna nie istnieje.


Wydane przez
Wydawnictwo Literackie

Nowa książka Marty Fox wymaga wyciszenia i namysłu. Najlepiej zatem będzie spotkać się z nią w dni wolne od zabiegania - wówczas zasmakuje najpiękniej.

Zuzanna po śmierci męża czuje się osamotniona. Odcięta na własne życzenie od rodziny i przyjaciół próbuje pogodzić się z brakiem Tadeusza i jednocześnie szuka sposobu na zaspokojenie rozbudzonego przez męża libido. Paweł, który w jednym wypadku stracił niekochaną narzeczoną i rodziców, odwiedza Wrocław służbowo unikając wspomnień z wcześniejszego życia. Tych dwoje spotyka się banalnie - on siedzi przy barze, a ona podchodzi zadając mu pytanie "Wyjdziesz ze mną?". Jednak ów początek, niczym z męskich marzeń, zapowiada coś dalekiego od banału. Zuzanna i Paweł idą razem, a później czują, że ... Zbyt wiele bym zdradziła.

Obydwoje bohaterów poznajemy tak jakby mimochodem, w dążeniu do finału powieści. Nie przeszkadza to jednak w dokładnym zgłębieniu ich - nie, nie losów - emocji, myśli, uczuć. Autorka w wytrawny sposób zajrzała, i pozwoliła na to nam, do serc i dusz Zuzanny i Pawła. Obydwoje z nich obdarzyła przyjaciółmi, ale to nie ze słów kierowanych do nich dowiadujemy się najwięcej o kobiecie i mężczyźnie. Towarzyszymy im w tęsknocie, a w niej są najszczersi, nie ukrywają prawdy przed sobą, więc i przed nami.

"Zuzanna nie istnieje" Marty Fox to poetycka powieść na spokojne dni, na czas, w którym można się zasłuchać w melodię słów. A jest czego słuchać - uwierzcie...

19 czerwca 2011

Niedzielnik nr 21


Cierpię na komputerowstręt. Czytam, spaceruję, oglądam, rozmawiam, kontempluję, a komputer leży odłogiem. Okazuje się zatem, co mnie cieszy, że nie jestem tak uzależniona jak myślałam, ale też jasnym staje się, iż prowadzenie bloga przy niechęci do komputera jest awykonalne. Będę walczyć z komputerowstrętem, bo za bardzo lubię swoje blogi, a jeszcze bardziej tych, którzy odwiedzają tworzone przeze mnie kawałki wirtualnej przestrzeni.

Skutkiem wstrętu do komputera jest rosnący stos książek już przeczytanych (1) i czekających na przedstawienie:
(1) Szamankę jeszcze czytam, ale zaraz skończę.

*   *   *

Pamiętacie recenzowany przeze mnie "Baśniobór"? Otrzymałam wiadomość, że kupując tę książkę w określonych sklepach można wziąć udział w konkursie. Szczegóły znajdziecie TU.

*   *   *

Czwartkową podróż do Wrocławia uprzyjemniałam sobie lekturą najnowszej książki Wiktora Hagena. Już teraz - zanim zmobilizuje się do jej opisania - szepczę, że warto. 
We Wrocławiu miałam okazję mile porozmawiać z Agnieszką (serdecznie pozdrawiam), poznać Adę (do kolejnego zobaczenia) oraz odwiedzić Dedalusa, z którego wyniosłam:

*   *   *

Wczoraj podczas spaceru trafiliśmy w miejsce, w którym świętowano dni nieodległej dzielnicy. Posłuchaliśmy śpiewów, popatrzyliśmy na tańce i dostrzegliśmy stoisko kiermaszowe miejskiej biblioteki. Hm... Zdaje się, że nie umiemy pójść gdziekolwiek, żeby nie przynieść stamtąd książek (od chwili kiedy w parku otworzono księgarenkę to już zupełnie nie umiemy). No i za 12 zł kupiliśmy:

*   *   *
Ostatnio zapadłam na jeszcze jedno - maniakalnie przyrządzam chłodniki. Po wczorajszych odwiedzinach targowiska, po których to odwiedzinach przytargaliśmy do domu mnóstwo świeżych warzyw na obiad był chłodnik z botwinki. Z rzodkiewką, ogórkami, młodym czosnkiem, koperkiem...

*   *   *
Obiecuję Wam, a przez to i sobie, recenzje książek ilustrowanych przez Olgę Reszelską, rozważania na temat product placement w polskiej literaturze oraz nieco magii. Teraz idę na spacer:-)

15 czerwca 2011

Sabina Berman. Dziewczyna, która pływała z delfinami.


Wydane przez
Wydawnictwo Znak

Przyznaję - jestem nietypowym czytelnikiem tej książki. Zafascynowana postacią Temple Grandin, relacjami jakie ludzie nawiązywać mogą ze zwierzętami oraz z doświadczeniami pedagoga specjalnego patrzę pewnie na tę książkę nieco inaczej niż spojrzy ktoś, kto nie współdzieli ze mną zainteresowań. Bez względu jednak na to, czy jesteście czytelnikami podobnymi, czy też nie, do mnie - poznajcie historię Karen Nieto, dziewczyny z Innymi Zdolnościami.

Bohaterkę, z jej dzikiego życia, wyciągnęła ciotka. To ona z dziecka żyjącego w komórce i jedzącego piach uczyniła kobietę nietuzinkową, doskonale pojmującą reguły rządzące światem mieszkańców mórz, przekonaną o tym, iż zwierzętom należy się szacunek i dobre traktowanie ze strony ludzi. To, że Karen miała czasami problemy z pojmowaniem metafor, że irytowały ją puste słowa wypowiadane tylko po to, by wybrzmiały, że ludzki brak precyzji budził w niej odrazę dopełnia obrazu głównej postaci powieści Sabiny Berman. Dopełnia, ale jeszcze nie w stuprocentowo oddaje to, jaką Karen jest intrygującą osobą.

Wiem, że w testach IQ plasuję się gdzieś między idiotami a imbecylami, ale mam 3 poważne zalety.
1. Nie umiem kłamać.
2. Nie mam wyobraźni. To znaczy nie bolą mnie ani nie martwią rzeczy, które nie istnieją.
3. Wiem, że wiem tylko to, co wiem i jestem pewna, że nie wiem tego, czego nie wiem, a jest tego dużo więcej.
To właśnie, jak już mówiłam, z czasem dało mi wielką przewagę nad ludźmi standardowymi. [s.26]

Tym, co obok historii głównej bohaterki, robi na mnie w tej powieści duże wrażenie, jest zestawienie teorii Kartezjusza i Darwina. Karen poznawszy idee głoszone przez obydwu mężczyzn stanowczo przychyla się ku propozycji tego drugiego zauważając jednak, że w naszej kulturze wciąż dominującym jest sposób postrzegania biorący swój początek w poglądach siedemnastowiecznego uczonego. "Myślę, więc jestem" wypowiadane przez człowieka odbiera, zdaniem Karen, prawo do pełnego istnienia tym, którzy - jak się uznaje - nie myślą, czyli zwierzętom. Szalenie zajmująca kwestia, prawda? Zostawiam Wam ją do zgłębienia - zarówno na polu powieści (bohaterka ciekawie uzasadnia swoje twierdzenia), jak i na polu filozofii.

Karen uczyła się jak być taką, jak standardowi ludzie. Jednocześnie miała dar - niezwykłe zdolności, które pozwoliły jej żyć poświęcając się temu, co naprawdę było dla niej ważne. Historia opowiadana przez Sabinę Berman przedstawia osobę, obok której nie da się przejść obojętnie. Ja pozostaję urzeczona życiem Karen, a Was zachęcam do lektury. 

14 czerwca 2011

W obronie zwierząt. Red. Peter Singer.


Wydane przez
Wydawnictwo Czarna Owca

Ostrzegam - nie jest to książka łatwa, lekka i przyjemna. Jest jednak - w moim odczuciu - lekturą obowiązkową.

Teksty z książki podzielono na trzy części. Pierwsza w nich "Pomysły" zawiera pięć artykułów podbudowanych filozoficznie, których autorzy wprowadzają czytelników w rozważania na temat bliskości człowieka, nazywając go zwierzęciem ludzkim w odróżnieniu od zwierząt nieludzkich. Jest tu też miejsce na pokazanie obecności zwierząt i ich praw w religiach, przybliżenie teorii o byciu osobą nie będąc człowiekiem oraz przedstawienie tego, jak na przestrzeni wieków postrzegano zwierzęta (przywołuje się tu poglądy Kartezjusza, które pojawią się także w jutrzejszej recenzji).

Rozdział drugi, najtrudniejszy dla mnie mentalnie, to już konkretne przykłady unaoczniające to jak funkcjonuje przemysł hodowlany, jakie i w jaki sposób wykorzystuje się zwierzęta w laboratoriach, przedstawiające sposoby traktowania zwierząt hodowlanych zakazane w Europie (ale nie zakazane w USA), podnoszące głosy sprzeciwu wobec istnienia ogrodów zoologicznych, a także przytaczające wstrząsające dowody na to, że zwierzęta nieludzkie jedzone przez zwierzęta ludzkie śmieją się, używają narzędzi, w przypadku niektórych z nich, funkcjonują na poziomie kognitywnym podobnym do funkcjonowania kilkuletnich dzieci ludzkich.

W rozdziale trzecim wypowiadają się aktywiści ruchów działających na rzecz dobrostanu zwierząt. Uczą jak działać, by odnosić sukcesy, jak nakłaniać ludzi do interesowania się prawami zwierząt, udzielają rad jak rozmawiać z mediami i znajomymi przy obiedzie na temat wegetarianizmu. Jednym z wypowiadających się jest np. John Mackey, współzałożyciel Whole Foods.

"W obronie zwierząt" to książka mówiąca o tym, o czym powinniśmy pamiętać, co powinniśmy sobie uświadamiać, a co często - z wygody - wyrzucamy z myśli.

P.S. Na listę lektur obowiązkowych wpisuję: "Żywot zwierząt" i "Elizabeth Costello" J. M. Coetzeego.

Zofia Stanecka. Marianna Oklejak. Basia i biwak.


Wydane przez
Wydawnictwo Egmont

Zbliżają się wakacje, w szkołach wyjeżdża się na zielone szkoły, biwaki i tym podobne atrakcje. Biwaki nie są jednak przypisane tylko wyjazdom szkolnym - jest to również doskonały sposób na rodzinna wycieczkę. Wakacje pod namiotem wymagają pewnej dyscypliny, szczególnie w etapie przygotowań do wyjazdu i pakowania niezbędnych rzeczy. Przyznajcie - kategoria niezbędności stosowana przez dzieci może się diametralnie różnić od tej stosowanej przez dorosłych. 

Basia z rodzicami i braćmi wyruszyli w podróż samochodem zapakowanym po sam dach. Gdy już po różnych perypetiach dotarli na miejsce okazało się, że biwak jest prawdziwą atrakcją. I choć każdy za wyjątkowo ciekawe uznaje coś innego, to wspólny wypoczynek, w specyficznych warunkach, jednoczy i pokazuje członków rodziny w zupełnie innym, niż codziennym, zabieganym, świetle.

Basia jest dziewczynką z krwi i kości, bohaterką, z którą łatwo się utożsamić. I chyba w tym tkwi wielka popularność dziewczynki powołanej do życia na kartach książki przez Zofię Stanecką i Mariannę Oklejak.

13 czerwca 2011

Bibliofilka zaprosiła mnie do zabawy, za co serdecznie dziękuję. Mówienie o tym, że ważne w moim życiu są książki i koty nie jest odkrywaniem sekretów. A o innych rzeczach mówić nie chcę - wszak blog jest przede wszystkim książkowy.
Specjalnie dla Viv (doklejka)

Agnieszka Tyszka. M jak dżeM.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Ciepła, mądra i bezpretensjonalna opowieść o nieśmiałej nastolatce i ludziach wokół niej, tych życzliwych i tych, których życzliwymi nie sposób nazwać.

Aniela, zwana Nelą, chodzi do nowej szkoły, do gimnazjum. Próbuje odnaleźć się w grupie, zrozumieć, cóż ekscytującego widzą koleżanki w tasiemcowych serialach, w kolczykach z pępku i jak rozmawiać, jeśli się nie ma o czym. Nieco zagubiona dziewczyna trafia na mur niechęci wśród rówieśniczek i kompletny brak zrozumienia ze strony wychowawczyni, a zarazem dyrektorki szkoły. 

Nela wychowują mama i ojczym, bo tata dziewczynki od długiego już czasu nie podtrzymuje z nią kontaktu. Na wieść o tym, że mama spodziewa się dziecka Nela zaczyna zastanawiać się nad swoim dzieciństwem, a także nad własną rolą w rodzinie.

Agnieszka Tyszka sportretowała nastolatkę, taką jak pewnie wiele. Dziewczynę wrażliwą, niekoniecznie ceniącą kolczyk w pępku i solarium, czytającą, mądrą, pochodzącą z patchworkowej rodziny, a jednocześnie lekko zagubioną w procesie dorastania. Na drodze Neli Autorka stawia życzliwe osoby, osoby, dzięki którym połamane są stereotypy, dzięki którym łatwo uwierzyć, że ludzie są dobrzy, a zło zostaje ukarane.

"M jak dżeM" to dobra lektura na spokojne popołudnie. Polecam:-)

Grzegorz Kasdepke. Gdybym był dziewczynką. Anna Onichimowska. Gdybym była chłopcem.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Książka pisana w dwugłosie to świetny pomysł! Grzegorz Kasdepke i Anna Onichimowicz zastanawiają się jakby to było być innej płci niż są. Zastanawiają się jednocześnie podkreślając cechy przynależne temu co stereotypowo kojarzy się z byciem chłopcem i dziewczynką oraz to, co z się nie kojarzy, ale - na drodze ku nieograniczaniu się do stereotypowego postrzegania - może być wypełnieniem roli kobiecej i męskiej.

Grzegorz Kasdepke pisze, że będąc dziewczynką mógłby płakać i nie wstydzić się łez, przyjaźnić się z dziewczynkami, dziwić się temu, że nie ma siusiaka, przymierzać sukienki mamy, siadać tacie na kolanach i narzekać, że musi schudnąć kibicując w narzekaniach mamie. 

Anna Onichimowska zauważa, że jako chłopiec musiałaby być odważna, a na ubrania wystarczyła by jej mała szafka. Robi listę rzeczy, które musiałaby umieć, gdyby była chłopcem i umieszcza na niej między innymi wbijanie gwoździ i naprawianie kranu. Nie brak w rozważaniach Autorki myśli o grzecznym zachowaniu, o tacach i muzyce oraz takich działaniach, które dobrze widziane są przez dorosłych.

Usiłowałam sobie przypomnieć podczas lektury, czy kiedykolwiek chciałam być chłopcem. Nic mi się nie kołacze takiego w pamięci, więc nie będę drążyła. Ale muszę przyznać, że pomysł na książkę Pani Anna i Pan Grzegorz mieli przedni - nie dość, że pewnie sobie sprawili frajdę myśleniem o tym, "co by było gdyby..." to i czytelnikom starszym. Młodsi - mam nadzieję - docenią edukacyjno-humorystyczny klimat obydwu historii i zaczną patrzeć na siebie wzajemnie w zwiększą akceptacją i zainteresowaniem.

P.S. Ilustracje stworzyła lubiana i ceniona przeze mnie Ola z bloku, czyli Ola Cieślak:-) Gratuluję!

12 czerwca 2011

Różności

W piątek pokazaliśmy Duszkę naszemu Panu Doktorowi. Mamy miłe wrażenie, że kocinka spodobała się Doktorowi nie tylko z punktu widzenia weterynaryjnego:-) Na razie nic z Dusią nie robimy - mamy obserwować, czy stan zapalny wróci i wówczas będziemy dobierać kurację.
*   *   *
Dostałam propozycję reklamowania na blogu firmy Whiskas. Nie przyjęłam jej.
*   *   *
Sisi sfiksowała na punkcie kołdry bez poszewki, którą wczoraj na chwilę wyciągnęliśmy z wersalki. Chwila trwa od wczoraj, a Sisi schodzi z kołdry tylko do kuwety i miski, po czym błyskawicznie wraca. Porzuciła nawet koszyk, w którym udaje małża.
*   *   *
Gusia dziś wyjątkowo intensywnie potrzebowała leżenia na kolanach:-)
*   *   *
Piłyśmy dziś kawę z ciocią Z. na balkonie. Nuśka nie mogła się nadziwić i zerkała na nas z parapetu wielce zdumiona.
*   *   *
Duszka odkryła, że - jako jedyna - może położyć się na balustradzie balkonu. No to leży:-)
*   *   *
Przedwczoraj obserwowałyśmy z Nusią spacerującego pod balkonem jeża. Mina Nusi - bezcenna:-)

SFFiH nr 67, 68

Narobiło mi się różnych zaległości jakoś tak z rozpędu i przypadkiem. Dni zamieniają się błyskawicznie w tygodnie, a te - jeszcze szybciej - w miesiące. I tak oto - zanim zdążyłam podzilic się opinią na temat  67 numery SFFiH trafił do mnie 68 numer pisma.

Jacek Komuda w "Starościcu Jazłowieckim" zabiera nas do XVI wieku, Maciej Musialik proponuje złamanie szyfru sporządzonego zapisem nutowym wraz z Watsonem, Rafał Markowski zabiera nas w przyszłość. W dziale felietonów znaleźć możemy dwa świetne teksty będące odpowiedzią na pytania "Jak pisać i jak być pisarzem"; pierwszy z nich napisała Agnieszka Szady, autorem drugiego jest Andrzej Pilipiuk. Jednak tekstem numeru są poniższe zdania:
"Mieliśmy kiedyś na przykład telefony komórkowe, które wprawdzie doprowadzały nas do szału, ale czasami można było z ich pomocą zatelefonować. Teraz mamy smartfony, które służą do wszystkiego i dlatego nie robią nic, a już najbardziej nie telefonują" (J. Grzędowicz. Jak wszystko popsuć", s. 82).

W numerze 68 oprócz tekstów Aleksandry Janusz, Marcina Wełnickiego, Tomasza Kiliana oraz Andrzeja W. Sawickiego znaleźć można tzw. "Szorty", czyli krótkie historie, które okazać się mogą intrygującymi pomysłami godnymi tego, by je rozwinąć. Niezastąpieni Pilipiuk i Grzędowicz komentują rzeczywistość w sposób mi szalenie bliski (pewnie dlatego każdy numer pisma zaczynam od lektury tekstów obydwu panów).

Dostrzegłam pewne novum w SFFiH. Tekst rozpoczynający zawsze był dłuższy niż pozostałe, ale teraz - mam wrażenie - staje się dominującym. Np. "Powrót do Port Sand" liczy sobie 23 strony. Dostrzegam w takim podejściu czające się niebezpieczeństwo; jeśli czytelnikom opowiadanie początkowe przypadkiem do gustu będzie dobrze, jeśli nie - będzie ciut gorzej. Życzliwie życzę redakcji SFFiH samych rewelacyjnych tekstów rozpoczynających pismo.

Jeśli się nie mylę - rozbudowana została część z recenzjami, co bardzo mi się podoba. Podoba mi się też kolorowa strona z zapowiedziami książek na nadchodzący/zaczynający się miesiąc (widzieliście nową szatę graficzną serii o kuzynkach?).

Czwartą stronę okładki numeru 68 zajmuje reklama serialu "Gra o tron" . Czytaliście? Oglądacie?

Christopher Isherwood. Samotny mężczyzna.


Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Postanowiłam sięgnąć po "Samotnego mężczyznę" pod wpływem docierających do mnie zachwytów nad filmem. Uznałam, że zanim obejrzę film przeczytam książkę, bo taką kolejność lubię. Sięgnęłam po powieść i...

George Falconer to mężczyzna, który musi z dnia na dzień nauczy się żyć samotnie, który musi pogodzić się z tym, że jego ukochana osoba nie żyje. 

"Jeśli pomyśleć o dwóch osobach, które mieszkały razem dzień w dzień, rok w rok, w tej małej przestrzeni, stojąc łokieć w łokieć, gotując na jednej małej kuchence, mijając się z trudem na wąskich schodach, goląc się w łazience przed tym samym małym lustrem, ciągle wchodząc, wpadając na siebie, potrącając się przypadkiem lub rozmyślnie - zmysłowo, agresywnie, niezręcznie, niecierpliwie, w złości lub w miłości - pomyśleć, jak głębokie, choć niewidoczne ślady musieli wszędzie po sobie zostawić!"

George'a obumarł ukochany, Jim. Mężczyzna, w sile wieku, z dobrą pozycją społeczną, żmudnie buduje swój spokój, oswaja nieobecność kochanka, puste mieszkanie. W tym oswajaniu działa nieco na ślepo - to próbuje zajrzeć w głąb własnych emocji, to sięga po innego mężczyznę, który nie jest w stanie zagłuszyć pamięci o Jimie i przez to jego obecność staje się boleśniejsza niż mogłaby być gdyby nie sytuacja w jakiej jest George.

"Samotny mężczyzna" to niełatwa lektura. Trzeba zmierzyć się z własnymi uprzedzeniami, osobowością bohatera, tematem, który wciąż może budzić kontrowersje. Zaglądanie w emocje drugiego człowieka zawsze jest wyzwaniem, tu - moim zdaniem - wyzwaniem szczególnym, tak jak szczególna jest rola, w której próbuje się odnaleźć George Falconer.

Filmu ostatecznie nie widziałam. Zatrzymałam się na książce, ale obiecuję sobie, że obejrzę jej ekranizację. Dojrzewam do tego.

10 czerwca 2011

Tatiana Polakowa. Pułapka na sponsora.


Wydane przez
Klub dla Ciebie

Potrzebowałam czegoś lekkiego, śmiesznawego i co miałoby szybka, spójną akcję. Wypatrzyłam książki Polakowej i sięgnęłam po pierwszą z nich zapowiadanej jako rozpoczynającą serię książek humorystycznych i kryminalnych bijącą rekordy popularności w Rosji. Pomyślałam, że może  na bardzo popularnej, ponoć bardziej niż w Polsce, Joannie Chmielewskiej wzorują się też Rosjanki i "Pułapka na sponsora" okaże się być zabawną.

Żenia doceniając talent pisarski swojej przyjaciółki, Anfisy, namawia ową do napisania powieści. Gdy Anfisa ma już gotowy rękopis (maszynopis) kobiety rozpoczynają poszukiwanie kogoś, kto sfinansuje wydanie debiutanckiej powieści. Spotykają się z różnymi ludźmi podstawiając im pod nos książkę Anfisy, gdy wreszcie zauważają, że wokół nich dzieje się coś dziwnego, że wydarzenia realne zaczynają, o zgrozo, przypominać treść zapisaną w maszynopisie powieści.

Tempo akcji w pełni zaspokoiło moje potrzeby. Humor też, a niech dowodem na to, będzie fakt, iż chichotem obudziłam męża (podczytywałam w bezsenną, moją bezsenną, noc). Uroczy był pan major, który z początku zajął się ratowaniem czci jednej z bohaterek, a później z upodobaniem gotował pierogi i porządkował dom.

Książka Tatiany Polakowej "Pułapka na sponsora" trafia na półkę z literaturą na pocieszenie, a ja zaczynam rozglądać się za "Mężem do zadań specjalnych" tej samej Autorki.

*   *   *

Książkę można kupić w:



08 czerwca 2011

Bluszczyk (maj)


Od razu powiem - uwielbiam czcionkę jaką zapisano tytuł pisma.Kojarzy mi się z czasami wczesnoszkolnymi, z czasami kiedy pani nauczycielka pisała tak ślicznie, że tylko trzeba jej było zazdrościć patrząc na przez siebie stawiane kulfony kreślone ołówkiem w zeszycie w dwie linie.

Sięgnęłam po "Bluszczyk" niejako na przekór samej sobie. "Bluszcza" nie czytam, bo zirytowały mnie historie w odcinkach. Byłam ciekawa jak wygląda wersja dziecięca pisma literackiego i w ten oto sposób majowy numer "Bluszczyka" trafił na bloga.

Wychowałam się na "Misiu" i trudno mi było nie dokonywać porównań. Dostrzegłam podobieństwa w formule i różnice w wykonaniu, jeśli mogę użyć takich skrótów myślowych. W "Bluszczyku" znajdują się opowiadania pisane przez znanych i popularnych Autorów, są zagadki, rebusy, konkursy dla czytelników, propozycje zatytułowane "zrób to sam", komiks, listy od czytelników i ściśle edukacyjne fragmenty. Mam nadzieję, że skrót myślowy mówiący o podobnej formule stał się w tym momencie jasny.

Różnice z wykonaniu wywodzą się nie tylko z przaśności lat peerelowskich, w których "Miś" był ulubionym dziecięcym pismem. "Bluszczyk" powstał w innych niż "Miś" czasach, co wcale nie oznacza, że czasach łaskawszych dla pism dziecięcych. Ja i moi rówieśnicy kochaliśmy "Misia", bo był swojski i - nie waham się tego użyć - jedyny. Dziś "Bluszczyk" ma trudniej - musi dotrzeć do dzieci bombardowanych codziennie tysiącami bodźców, kolorów, do dzieci, których jedynym kłopotem może być wybór między kilkunastoma tytułami prasowymi skierowanymi tylko do nich. "Bluszczyk" jest w sytuacji, w których musi postawić na wysoką jakość i coś co odróżni go od konkurencji. Jak sobie z tym radzi?

Otóż, radzi sobie dobrze. Opowiadania zawarte w majowym numerze są przyjazne, klimatyczne i budzą sympatię. Fragmentowi poświęconemu nauce jęz. angielskiego patronuje Dora (nie miałabym pojęcia kto to, gdyby nie Hela, która spacerowała krokiem mocno powolnym za dziewczyną przebraną za bajkowa postać podczas II WTK; swoją drogą - skąd dziecko nieoglądające TV wie o istnieniu Dory?), nad krzyżówką czuwa Bluszczyk, podobnie jak działowi z polecankami książkowymi. Podobało mi się opowiadanie o ginących z języka słowach i o malowaniu flagi.

Zastanawiam się nad tym jacy są czytelnicy "Bluszczyka". Czy pismo literackie dla dzieci celuje w czytelnika młodego, ale już wyrobionego, czy raczej próbuje pełnić rolę promotora mody na czytanie? Zastanawialiście się kiedyś nad tym?

Ogólnie rzecz ujmując - jestem mile nastawiona wobec "Bluszczyka". Na tyle mile, by chcieć sięgnąć po numer czerwcowy i przekonać się, czy warto go polecać. 

07 czerwca 2011

Carlos Ruiz Zafon. Pałac Północy.


Wydane przez
Wydawnictwo Muza

Pierwsze książki Zafona w Polsce skierowane były raczej do czytelników dorosłych, kolejne - już do młodzieży. I choć sama, przy przedstawianiu Wam "Księcia mgły" wyznałam, że pisanie Zafona lubię, to lubiąc je nadal, nie umiałam się poczuć dobrze w "Pałacu Północy". Wiem jaka była tego przyczyna i gorąco żałuję, że jestem już po lekturze najnowszej powieści Zafona. Zapytacie o przyczynę? Otóż - jest nią czas, wykradane sennym godzinom minuty, lekceważąco traktowany sekundnik wskazujący, że pora kończyć poranną kawę i wszystko to, co wymagało mojego czasu, który - gdyby nie istniało - pozwoliłby mi ucieszyć się "Pałacem Północy" jak wcześniejszymi powieściami Autora.

Pewnej nocy dwoje dzieci zostaje uratowanych przed śmiercią. Dzieci zostają rozdzielone - chłopiec trafia do sierocińca, a dziewczynka wraz z babcią wyrusza w kilkunastoletnią ucieczkę. Rodzeństwo spotyka się po szesnastu latach i wówczas dopiero dowiadują się o istnieniu tajemniczego mężczyzny - Jawahala, który czyha na ich życie. Młodzi ludzie, przy wsparciu przyjaciół, próbują zrozumieć dziwne i niepokojące zjawiska zachodzące wokół nich i dążą do odkrycia historii własnej rodziny.

Okładka idealnie oddaje treść książki; historia w niej opowiadana jest mroczna, przerażająca i nie kończy się happy endem. Jest pociągająca, z umiejętnie dawkowanym napięciem, ze strachem, który obezwładnia, ale też dziwną magią nocnych ulic Kalkuty.

Żałuję, że przeczytałam już "Pałac Północny". I ostrzegam - jeśli będziecie sięgać po najnowszą książkę Zafona zarezerwujcie sobie czas na spokojną jej lekturę. W przeciwnym razie nie poczujecie wszystkich - ukrytych w powieści - smaczków. 

Kocie sprawy - od marca do czerwca


Dziwne byłoby gdybym, będąc kociarą, nie czytała pisma o kotach. Czytam i - co być może zaskakujące - wciąż dowiaduje się czegoś nowego, wciąż mnie wiele wzrusza i zdumiewa mnie fakt, że nie tylko my jesteśmy tak sfiksowani na punkcie kotów.

Szczególnie lubię czytać dział poświęcony felinoterapii. Kiedyś, gdy mieliśmy małą Nusię, marzyłam o tym, że będzie ona kocim terapeutą i będziemy razem pracować z dziećmi. Marzenia gdzieś prysnęły, ale ja wciąż doceniam to, co dobrego robią koty z ludźmi i dużą przyjemnością potwierdzam swoje intuicje w opisywanych w "Kocich sprawach" historiach.

Lubię też, pod pretekstem kotów, zajrzeć w życie znanych osób. I to nie dlatego, że interesują mnie jako jako ludzie, ale tylko i aż z powodu tego, że ciekawa jestem jak postrzegają zwierzęta, jak upływa ich codzienność łączona z czworonogami. W ten oto sposób zajrzałam między innymi w życie Filipa Łobodzińskiego i Krzysztofa Zanussiego.

W każdym numerze są porady weterynarza, wypowiedź psychologa zwierzęcego, historia konkretnej rasy oraz opowieść czytelników. Jest powieść w odcinkach, która tak jak nigdzie indziej, lubię, kot kustosza, czyli o kotach w sztuce i dla miłośników kotów, którzy mają wolne ściany i chęć ich plakatowania - przepiękne kocie zdjęcia.

Coraz silniej lektury i ogólnie ujmując życie pchają mnie w stronę zwierząt. I choć aktualnie nie czuję się na siłach odwiedzać schroniska, ani przeglądać ogłoszeń kotów szukających domów, to blisko mi do zwierząt nieczłowieczych, coraz bliżej.

06 czerwca 2011

Nowa kuweta

Dotychczasowa kuweta sprawiała się rewelacyjnie. Co więcej - byliśmy obiektem zazdrości tych kociarzy, którzy muszą mieć więcej niż jedna kuwetę, jeśli maja więcej niż jednego kota. U nas w łazience stała jedna kuweta i było dobrze.

Omawiać będę teraz szczegóły intymne, więc co wrażliwsze osoby proszone są o opuszczenie akapitu w lekturze. Duszka korzysta z kuwety, ale robi to w fascynujący sposób. Otóż, usadowia się w ten sposób, że zamiast sikać do kuwety sika na ścianę. To, co znajduje się poza kuwetą rozpływa się po podłodze i po każdej takiej bytności Duszki w łazience szorujemy płytki, fugi i ścianę. Dziś zdarzyło się to cztery razy. Chyba nikogo nie dziwi to, że zaczęliśmy myśleć o czymś, co utrudni Duszce zalewanie ściany i podłogi.

Kiedyś u znajomych widzieliśmy pudełko z ikei stosowane jako kuwetę. Zainspirowani pomysłem udaliśmy się dziś do sklepu i przytargaliśmy z niego:

(zdjęcie IKEA)

Pudło jest duże, przezroczyste i mieści się w nim strasznie dużo żwirku. Mam nadzieję, że się sprawdzi:-)

Zofia Staniszewska. Ale plama! Czyli dobre maniery i domowe afery.


Wydane przez
Wydawnictwo Zielona Sowa

Bohaterami uroczo przewrotnych historii o dobrych manierach są Kinga i Makary. Dzieci maja rodziców, babcię i dziadka, zaprzyjaźnionego wujka z narzeczoną i mnóstwo kłopotów z właściwym zachowaniem. 

Jak jeść, jak się ubrać idąc na przyjęcie, czy w kinie wypada opowiadać treść filmu i szeleścić papierkami, na czym polega szanowanie starszych, kiedy i gdzie wymyślono widelec, jak zachować się u dentysty, do kogo można mówić na "ty". To tylko niektóre z porad jakie znajdują się w książce Zofii Staniszewskiej, porad - dodam - przedstawionych w sposób żartobliwy, niewymuszony i szalenie przemawiający do młodych czytelników.

Przy każdej zaprezentowanej opowiastce znajdują się pytania związane z przygodami Kingi i Makarego oraz dobre rady w ramce. Oprócz tego, na marginesie, znajdziemy albo ciekawostki dotyczące obyczajowości różnych ludzi albo opisy przygód wujka - obieżyświata. Ostatnie strony książki zawierają "Test na damę lub dżentelmena". 

Kinga i Makary to dzieci jakich wiele. Myślę, że niejeden z małoletnich czytelników odnajdzie w ich sylwetkach siebie.

Plebiscyt "Książka na lato"

Kolejne lato upłynie nam z Plebiscytem organizowanym przez Kamila z "Przy kominku". Lista tegorocznych kandydatek do tytułu idealnej książki na lato jest długa i różnorodna, a zapoznać się z nią możecie TUTAJ. Na podlinkowanej stronie znajdziecie także zasady plebiscytu, informacje o zgłoszonych książkach i odnośniki do ich recenzji. Do końca lipca można słać swoje propozycje na książkę na lato 2011, a później - oprócz ogłoszenia tego, która książka okazała się być najpopularniejsza - nastąpi także wręczanie nagród tym, którzy w plebiscycie oddali głos.

Zachęcam do zabawy:-)

05 czerwca 2011

Niedzielnik nr 20

Ostatnio marzę o tym, by to, co myślę w czasie czytania, w magiczny sposób znajdowało się tu - na blogu - porządnie ułożone, sensownie sformułowane i spisane wedle językowych prawideł. Czyżby niechęć do klawiatury? Zaczynam coraz bardziej rozumieć jedną z blogerek, która przedstawia recenzje książek w formie  rejestrowanych kamerą wypowiedzi;-)

*   *   *

"W obronie zwierząt", które czytam, to poważna lektura. Za mną jest - korespondująca z przywołanym tytułem - książka pt. "Dziewczyna, która pływała z delfinami" (recenzja ukaże się 15 czerwca), a przede mną pierwsza w Polsce książka Temple Grandin dotycząca zwierząt. Dla mnie - wegetarianki - są to fascynujące i naprawdę trudne książki. Uważam jednak, że powinnam je przeczytać. 

*   *   *

Dziś skończyły się I Targi Książki dla Dzieci w Krakowie. Miałam przyjemność odwiedzić je pierwszego dnia, w piątek. Poniżej kilka zdjęć:
 Tak pusto było o 10:00,
 czyli w godzinie otwarcia Targów.
 Wystawcy czekali na dzieci,
 a te napływały licznymi grupkami pod opieką przedszkolanek i nauczycielek.
 Byli też zwiedzający niezgrupowani,
 ale pozostawali mniejszością.

Głośno zaś było tak, że miałam problem z rozmową przez telefon;-)

*   *   *

W czerwcu w okolicznej bibliotece odbędzie się spotkanie z Andrzejem Franaszkiem, autorem biografii Czesława Miłosza, a bibliotece bliższej gościć będzie Marta Fox, której książka "Zuzanna nie istnieje" ma wkrótce premierę.

*   *   *

Szukam wygodnych foteli. Marzy mi się relaks z książką i truskawkami, na balkonie. Myślę, że i kotom spodoba się ten pomysł, choć z pewnością bardziej ta jego część, która mówi o fotelach:-)