29 lutego 2012

Jak się ma koty to budzik jest zbędny

Ostatnio postanowiłam wstawać później niż dotychczas. Założyłam, że spać będę dłużej o całe 14 minut. Okazało się jednak, że moje postanowienie nie dotarło do kociej świadomości; one wiedzą, że już powinnam wstać i - co najważniejsze - dać jeść.

Dziś Duszka wystąpiła w roli budzika. Zaczęła od drapania w łóżko na wysokości mojej głowy. Dała się pogłaskać, ale widząc, że nie wstaję drapała znów. I już się nie pozwoliła głaskać. Przy trzecim drapaniu już się nie obudziłam, więc Duszka uczyniła gest, który czyni rzadko. Dotknęła mnie łapką. I to nie byle gdzie. Otóż Duszka położyła mi łapkę na ustach i zaczęła delikatnie głaskać mnie po ustach. Na moje błagalne "Duszku, jeszcze 5 minut" odeszła zasmucona, że wzgardziłam jej gestem i poprosiła Sisi o pomoc.

Sisi załomotała drzwiami zmuszając mnie do wyjścia spod kołdry. Duszka, nadal urażona, uczyniła mi przyjemność i zjadła podane śniadanie. 

A ja poszłam poleżeć jeszcze przez 5 minut.

Boris Reitschuster. Ruski ekstrem.


Wydane przez
Wydawnictwo Carta Blanca

Książka napisana przez Niemca, który postanawia w imię miłości, przeprowadzić się do Rosji, mieszkać w niej i żyć, zdumiewa wieloma szczegółowymi obserwacjami.  Są one tym ciekawsze, że wiele z nich dotyczy także Polski, choć o Polsce w tej książce mowy nie ma.

Wynajęcie mieszkania. Jazda taksówką. Zakupy. Wizyta w urzędzie. Podróż, w tym samolotem. Awaria. Przyjmowanie gości. Nawiązywanie znajomości. Choroba i leczenie. W świadomości ludzi Zachodu to zwykłe, codzienne wydarzenia, które -  choć o różnym poziomie ważności - nie wymagają specjalnych zabiegów. Co innego, gdy za powyższe chce się zabrać Rosjanin lub cudzoziemiec mieszkający w Rosji (i Polak*).  Każde z działań wymaga idealnego przemyślenia sposobu realizacji, nastawienia się na nieprzewidywane trudności, rozbudzenia instynktu łowczego, a i tak, z dużym prawdopodobieństwem, nic z tego nie będzie.

Ironiczna i pouczająca książka. Bardzo pouczająca...

* Zastanawialiście się kiedyś ile rzeczy musicie wiedzieć, gdy chcecie jechać gdzieś pociągiem? O oczywistościach typu z jakiej miejscowości i o której wyjeżdżacie wspominać nie będę. Ale musicie wiedzieć jakiego typu jest to pociąg (IR, TLK, Koleje regionalne, Ex, czy jeszcze inne coś), z którego peronu odjeżdża (co w czasie masowych remontów dworców łatwe do odgadnięcia nie jest), gdzie zatrzymuje się Wasz wagon (jeśli macie miejscówkę) i na wszelki wypadek - czy w pociągu jest Wars, czy lepiej zaopatrzyć się w termos i kanapki. Telefon z naładowaną maksymalnie baterią też się przyda. Podobnie jak wiedza skąd i dokąd jedzie Wasz pociąg; ten kursujący na trasie Przemyśl - Szczecin ma zawsze większe szanse na opóźnienia niż ten Kraków - Wrocław. A podróż z kilkoma przesiadkami to gra tylko dla zaawansowanych.

28 lutego 2012

Małgorzata Gutowska-Adamczyk. Serenada czyli moje życie niecodzienne.

Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Lubię książki z serii "Babie lato". Mimo pozornych podobieństw każda z nich jest inna, tak jak różni są autorzy, z rąk których powieści wyszły. 

Powieść Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk ukazała się po raz pierwszy w 2007 roku. Mimo, że od premiery minęło już pięć lat, książka nie straciła na aktualności.

Kaśka Zalewska, prowincjonalna aktorka teatru lalek, w drodze do Warszawy, na wesele przyjaciółki, poznaje wizażystę pracującego przy jednym z popularnych seriali. Adam widząc dziewczynę zaczyna knuć pewien plan, w efekcie którego Kaśka ma pojawić się na castingu do serialu. Przed dziewczyną otwiera się szansa na oszałamiając karierę. Wystarczy, że zdecyduje się zostać sobowtórem.

Główna bohaterka zdumiewała mnie co kila stron. Gdy już myślałam, że coś zrozumiała, że zdecydowała się na pewne działania, jednym machnięciem ręki, jednym słowem zmieniała swoją sytuację. Wraz kolejną "przemianą" Kaśki poczułam irytację. Prowincjuszka, prowincjuszką, ale może jak się ma trzydzieści lat to już mogłoby się być nieco mniej rozchełstanym emocjonalnie i osobowościowo?

Zdecydowanie na plus należy Autorce zaliczyć doskonałe sportretowanie warszawskiego środowiska filmowego. Układu, zależności, powiązania, wzajemna udawana życzliwość, choć wyrachowanie podpowiada  czyny zgoła pozbawione życzliwości.

Ogólnie - lektura lekka, bez pretensji do czegokolwiek, z bohaterką targającą emocjami czytelnika. Na lutową chandrę - jak znalazł.

Jodi Picoult. Tam gdzie Ty.

Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Nie umiem powiedzieć, czy nie czułam się zawiedziona po lekturze tej książki. Wiem jednak, że ostatnio wydana w Polsce książka amerykańskiej autorki jest powieścią z tezą, powieścią tendencyjną, mocną i przez to odmienną od tych, które już czytałam.

Zoe i Max rozstają się po dziesięciu latach małżeństwa. Gdy umiera ich kolejne nienarodzone dziecko, Zoe żyje myślą o następnej próbie, a Max sugeruje, że pora by pogodzić się z brakiem dzieci, by na nowo nauczyć się cieszyć sobą. Wobec sprzeciwu żony - rozwodzi się z nią, popada w pijaństwo i doznaje oświecenia przystępując do Kościoła. Zoe w tym czasie wyłania się z rozpaczy, zaprzyjaźnia ze znaną z basenu Vanessą, by odkryć, że przyjaciółka znaczy dla niej więcej niż ktokolwiek, że kocha ją, pożąda i chce z nią spędzić resztę życia. Gdy okazuje się, że zamrożone, zapłodnione komórki jajowe Zoe mogą sprawić, że  Vanessa i Zoe będą miały dziecko, Max za namową pastora sprzeciwia się i sprawa trafia do sądu.

Postacie pierwszoplanowe są nakreślone w taki sposób, aby wyraźnie zasugerować kto jest tym dobrym (w myśl najnowszych trendów poprawności politycznej), a kto złym - kołtunem, tradycjonalistą, uwiązanym nadmiernie do biblijnych przepisów, które straciły aktualność lub wyrywane z kontekstu pozwalają na wszelakie manipulacje. Drugoplanowi bohaterowie powieści skupieni wokół Zoe lub wokół Maxa wpisują się idealnie w ich strukturę osobowości. Mężczyźnie towarzyszy brat z żoną, przedstawiciele kościoła, których religiność jest tylko na pokaz, a to co naprawdę czynią, podyktowane jest przewrotnymi i niskimi pobudkami. Za to Zoe otoczona jest ludźmi, którzy doskonale rozumieją jej homoseksualizm, odkrycie swojego prawdziwego "ja" i działający - podobnie jak bohaterka - z naiwnością wypływającą ze szczerego i ufnego serca.

Nie wiem, czy kreacja postaci jest zgodna z poglądami autorki, aktualnie promowanym nurtem społecznym, czy po prostu Jodi Picoult wzięła na warsztat kolejny kontrowersyjny temat, by znów zmusić swoich czytelników do myślenia, wzbudzić w nich emocje i zawładnąć ich myślami.

Mam nadzieję, że to ostatnie.

27 lutego 2012

Mariusz Wilk. Lotem gęsi.


Wydane przez
Wydawnictwo Noir sur Blanc

Nie ma chyba lepszej lektury na przedwiośnie niż książka Mariusza Wilka. Autor pisze bowiem o wędrówce, a że pisze sugestywnie,  budzi w sercu tęsknotę za odkryciem w sobie duszy wędrowca.

Wiecie, czym różni się wojażer od włóczęgi? Ano tym, że drogi wojażera zawsze wiodą do jakiegoś celu, wszystko jedno, czy chodzi o odkrycie źródeł Amazonki, "pojedynek z Syberią", zebranie danych o plemieniu Hutu, czy o tajski seks. Natomiast dla włóczęgi sama Droga jest celem. Dlatego wojażer wcześniej czy później powraca ze swoich wojaży, a włóczęga wytrwale podąża dalej...(...) Włóczęga bowiem jest stanem  ducha, a nie czynnością - profesją lub hobby - jak wojażowanie. [s. 11]

O "Lotem gęsi" dużo ostatnio w mediach. W TVP Kultura Max Cegielski rozmawiał z Mariuszem Wilkiem  (a z przygotowań do programu postała galeria zdjęciowa), w Radiowej Dwójce autor opowiadał o motywach pisania i charakteryzował własne książki. Kto ciekaw, co znajdzie w książce, powinien skorzystać z powyższego linka. (A gdyby komuś udało się znaleźć link do telewizyjnej rozmowy - poproszę; udało mi się obejrzeć tylko połowę).

Książki Mariusza Wilka czytam od jego pierwszej publikacji i z każdą kolejną popadam w fascynację snutymi przez autora opowieściami. W starym kalendarzu zanotowałam cytaty:


Lubię czytać pisanie Mariusza Wilka, bo jest ładne. Autor odkrywa przed czytelnikami prawdy życia; czyni to w sposób prosty, właściwy sobie i jednym, dwoma zdaniami zdejmuje z naszych oczu zasłonę stworzoną z tego wszystkiego, czym próbujemy sobie komplikować codzienność. Lubię wędrówki w czas i przestrzeń; sięgam wówczas do map, by nadążyć za opowieścią, pożyczam książki, który przywołuje Mariusz Wilk, by odkryć w cytowanych autorach swój zachwyt przefiltrowany przez słowa Wilka. Lubię widzieć, jak w kolejnych książkach jest niby taki sam, a jednak inny od siebie z wcześniej opublikowanych zapisków. Pisanie Wilka ma swoją specyfikę; Autor dba o to, by słowa miały rytm (mówił o tym w rozmowie z Cegielskim).

Las tu tylko w nazwie szumi, rzeka pod asfaltem wsiąkła, a przed nami chora industria. Monstrualne słupy wysokiego napięcia wyciągają ramiona nad kilkupasmową jezdnią, drganie prądu wibruje w powietrzu. Na poboczach billboardy z dziewczyną o pustych oczach i hałasem sieci telefonów mobilnych Beeline "Gowori dien' i nocz'". A wicher śmieciem miecie. [s.55]

Usłyszałam ostatnio pytanie o to, którego z dwóch cenionych przeze mnie polskich autorów, wybrałabym, gdybym musiała zdecydować się na czytanie tylko jednego z nich. Przy całej mojej sympatii do Andrzeja Stasiuka wybrałabym książki Mariusza Wilka.

A niedawno urodziła mi się córeczka Martusza, teraz ona będzie moją tropą. Dokąd mnie zaprowadzi - nie wiem.
Dlatego nie śpiesz się ze swoją pracą, skończyłem mejla do magistrantki z Krakowa, bo tropa się nie kończy. Każdy koniec jest nowym początkiem. Z końcami zwykle tak bywa. [s. 141]

26 lutego 2012

John Harding. Siostrzyca.


Wydane przez
Wydawnictwo Mała Kurka

W tej powieści przede wszystkim zachwyciły mnie umiejętności słowotwórcze Autora (i tłumaczki - Karoliny Zaremby). To, jakim językiem posługiwała się główna bohaterka, w pierwszych momentach czytania wydawać się może nieco rażące, ale później... Później czekałam tylko na kolejne słowa.

Dwunastoletnia Florence i jej trzy lata młodszy brat, Giles, mieszkają w domu zamożnego wuja. Dziećmi opiekują się tylko pracujący w domu służący, co oznacza, że w dużej mierze dzieci mogą robić to, na co mają ochotę.

Wchowanegowaliśmy się któregoś dnia, kiedy otworzyłam dziwne drzwi, które dotąd były zamknięte na klucz, a przynajmniej tak myślałam ze względu na ich niezwruszoność, której moje młodsze ja nie było w stanie zmóc. Otworzyłam je, żeby się przed nim schować i odkryłam tę wielką skarbnicę słów. W jednej chwili zapomniałam o zabawie, odpółkodopółkowałam, wyciągając książkę za książką, wewnątrz każdej odkrywając kichawnicę kurzu. Oczywiście, wtedy jeszcze nie umiałam, jednak w jakiś sposób to potęgowało moje zaskoczenie i fascynację na widok tych tysięcy - czy raczej milionów - zakodowanych linijek nierozszyfrowalnego druku. Wiele książek było ilustrowanych, drzeworytowanych i kolorowanych z fustratorium napisów pod nimi, z których każdy uświadomił mi nieszczęsną niemoc palcośledzenia. [s. 11].

Dziewczynka, wbrew zakazowi wuja uczy się czytać, i podczas nieobecności brata pochłania kolejne tomy. Gdy Giles wraca do domu, wuj decyduje się wynająć guwernantkę i tu zaczyna się istota opowieści.

John Harding stworzył historię, która jest niejednoznaczna, tajemnicza i której nie da się rozwikłać podczas czytania. Po lekturze "Siostrzycy" zostaje w myślach postać dziewczynki i jej osobowości. Nie wiem, czy którakolwiek z nastoletnich bohaterek napisanych dotychczas powieści jest tak fascynująca jak Florence. Dziewczyna, pozornie wyciszona i zagubiona, kryje w sobie moc, o którą nikt jej nie podejrzewa. Ciekawe, i do końca niewyjaśnione, jest pochodzenie tej mocy. 

Równie interesujące jak postaci powieściowe jest tło obyczajowo-społeczne opowiadanej historii. Relacje między bohaterami, otoczenie w jakim rozgrywa się powieść składają się na ów nie dający się zniwelować urok historii z wątkiem grozy.

Serdecznie polecam.

Coś na kształt raportu

Tydzień minął jakoś tak znienacka. Koty przez chwilę więcej jadły, później nagle przestały domagać się co chwilę napełniania misek, a zaczęły się bawić. Wkrótce zacznie się sezon balkonowy, ale wobec gwałtownych zmian pogodowych nie nadążamy ze sprzątaniem. 

Kłopotliwe staje się ostatnio zachowanie Sisi. Rano, domagając się w imieniu wszystkich kotek, posiłku drapie w drzwi kuchenne, które pod wpływem jej dotyku odbijają się od ściany wydając dźwięki mogące obudzić nie tylko nas, ale i - naszym zdaniem - pół bloku.

Myśleliśmy już o tym, by te drzwi zdjąć, ale to przecież nie zmieni sytuacji. Pozostają inne drzwi i olbrzymie lustro wiszące w przedpokoju. Przede wszystkim jednak chodzi o to, by zmienić zachowanie Sisi. A nie wiemy jak...

Gusia wykorzystała mnie w ten weekend maksymalnie. Leżała na moich kolanach, gdy piłam poranną kawę, układała się do snu na moich plecach w nocy, a gdy zakopałam się pod kocem na popołudniową porcję czytania, to Gusia zaległa na moim brzuchu i domagała się głasków.

Nusine oczko, mimo zakraplania, wciąż zapłakane. Wkrótce, gdy skończy się lekarstwo, wybierzemy się do doktora, na wizytę kontrolną i po dalsze zalecenia.

Duszka czuje się coraz bardziej u siebie (8 marca minie rok od dnia, w którym Duszka u nas zamieszkała). Gdy koty się ganiają biegnie za nimi i je uspokaja, ma swoje ulubione miejsca i broni ich w sposób łagodny, ale nieustępliwy i zawsze ma własne zdanie na każdy temat.

Drugi raz w życiu byłam na kociej wystawie. Ależ te koty są różnorodne. I wszystkie są piękne:-)

20 lutego 2012

Projekt Dzień Kota

Mamy szczęście do przebywających w naszym otoczeniu osób uzdolnionych. Kimś takim jest niewątpliwie P., która odwiedziwszy nas w sobotę, poświęciła czas i spódnicę, by podążyć za Ko-córkami we wszystkie zakamarki domowe. Dawała się wodzić na manowce, ale efekt tego wodzenia jest uroczy. Oceńcie sami:








P. dziękujemy i zapraszamy częściej:-)

P.S. Obstawiamy, jak szybko zdjęcie Sisi trafi na jakąś stronę bez informowania nas o tym?;-)

19 lutego 2012

Lubię niedzielne popołudnia

Tereska i Okrętka

Wpis popełniony z inspiracji tekstem Padmy.

Tkwiąc w bezruchu czytelnicznym przeczytałam podlinkowany powyżej tekst Padmy o książkach Joanny Chmielewskiej dla dzieci i pomyślałam, że może młodzieżowe książki Polskiej Królowej Kryminału poprawią mi nastrój i ożywią zainteresowanie lekturami.

Przypominając sobie kiosk, w którym kupiłam "Zwyczajne życie" (w 1985 roku) zanurzyłam się w świat nietypowych nastolatek, pierwszych zauroczeń, udzielania korepetycji, czynów społecznych. Popłakałam się ze śmiechu wyobrażając sobie Tereskę z Bogusiem, zabrakło mi tchu na śmiech, gdy dziewczyny zwiedzały dom badylarza, a klująca się pomalutku sympatia między Okrętką i młodym milicjantem wzbudziła moje serdeczne myśli.

"Większy kawałek świata" czytałam nie wiedząc jeszcze, że kiedyś uznam Węgorzewo za moje miasto rodzinne. Przy pierwszej lekturze musiałam zerkać w mapę, czytając książkę teraz jestem bogatsza o doświadczenie odwiedzenia większości opisywanych miejsc. Kiedy sięgam po tę powieść Chmielewskiej  nieodmiennie dopada mnie smutek; Mazury wyłaniające się z powieści już nie istnieją.

"Duch" kiedyś ukazał się jako część czegoś większego zatytułowanego bodajże "Ślepe szczęście". Ja lubię swoje wydanie mimo, że w ferworze kolejnych przeprowadzek książka straciła okładkę; ilustracje Bohdana Butenki podnoszą wartość powieści. "Duch" składa się z dwóch historii: przeprowadzki i ducha odwiedzającego zabytkową budowlę z miejscowości o wdzięcznej nazwie Gnaty. Jako że w kwestii przeprowadzek czuję się dziś mistrzynią przyznam Wam się do czegoś; gdy byłam dzieckiem zrobiłam to, co Januszek - do największego kartonu spakowałam słowniki, encyklopedie i albumy. 

Czasami dobrze jest wyprawić się w przeszłość, do książek doskonale znanych... Pewnie niedługo odwiedzę też Państwa Chabrowiczów.

17 lutego 2012

Jael McHenry. Kuchnia duchów.


Wydane przez
Wydawnictwo Bukowy Las

Ginny ma osobowość. Ma też Księgę Normalności, zamężną siostrę, dwie siostrzenice i duży dom. Nie ma już rodziców - poznajemy ją w chwili ich pogrzebu. Młoda kobieta, dotychczas objęta opieką matki, zostaje sama, a opiekę nad nią próbuje przejąć siostra. Amandzie brakuje jednak wyczucia, i to co mogłoby być łatwiejsze, staje się przyczyną konfliktu. 

Rozbieżność zdań sióstr ma podłoże w opinii Amandy nt. samodzielności Ginny. Amanda uważa się za dojrzałą i sądzi, że daje jej to prawo do narzucania siostrze własnej woli; pozwala jej sprzedać dom rodziców i zabrać Ginny, jak komodę lub ulubiony fotel, do swojego domu.

Powieść zawiera także wątek kulinarny; właściwie można powiedzieć, że to dzięki gotowaniu Ginny osiąga to, czego chciała. Dla mnie, szalenie subiektywnie, ważniejsze od gotowania, cudownych opisów smaków i sposobów ich łączenia, są relacje między siostrami i sama postać Ginny. Młoda kobieta, w czasie, w  którym ją obserwujemy, dowiaduje się, że zachowanie podobne do jej zachowania ktoś kiedyś określił mianem zespołu Aspergera. Próbuje zmierzyć się z tym określeniem, a poprzez magię gotowania zdobywa wiedzę o tym, że jej niezwykłość nie jest jedyną w rodzinie.

"Kuchnia duchów" to książka, która czyta się sama. Autorce udało się stopniować napięcie tak, by wzbudzać ciekawość, a postać głównej bohaterki nakreśliła nadając jest bardzo realistyczny wymiar. 

Tych, których bardziej niż relacje Ginny ze światem interesuje wątek kulinarny, zachęcam do zerknięcia na blog Autorki oraz na stronę Książki.tv, gdzie o "Kuchni duchów" opowiada Elżbieta Adamska.

16 lutego 2012

Śnieżne dziewczynki




Małe ciało - wielki duch

Duszka jest najmniejszą z naszych kotek. Najdrobniejszą. Jednak, gdy tylko pozostałe kotki zaczynają się ganiać, Duszka czuje potrzebę uspokojenia szaleństwa. 

Zabawnie to wygląda, bo jednak gabarytowo Duszka mocno odstaje od Gusi i Sisi. A jednak, gdy one obydwie się ganiają (szczególnie gdy Sisi, z nieznanych nam przyczyn goni Gusię) Duszka włącza się, interweniuje, biegnie za nimi i wyraża oburzenie na tyle skutecznie, że kotki rozdzielają się i wstrzymują gonitwę. 

Duszka na takie rozwiązanie łaskawie przystaje i z wyrazem dumy na pyszczku przychodzi do nas po pochwały.

Kocie Sprawy

W lutym, 17 lutego, jest wielkie święto. Tego dnia - w Światowym Dniu Kota - "Kocie Sprawy" świętować będą dziesięciolecie swojego istnienia. Wszystkim zaangażowanym w tworzenie pisma, w zrzeszanie wokół siebie ludzi zafiksowanych na kotach, wszystkim, dzięki którym "Kocie Sprawy" są tak przyjazne jak są - gratuluję :-)

W lutowym numerze "Kocich Spraw" opisana została nowa metoda przywracania przyrodzie trudnych do reintrodukcji gatunków. Metodą Born to be free objęto rysie i żbiki w Ogrodzie Zoologicznym w Kadzidłowie. Fascynujący artykuł, fascynująca praca i aż żal, że nigdy nie miałam okazji odwiedzić tamtejszego parku.

Ważną informacją jest także relacja z demonstracji przeciwko zabijaniu zwierząt na Ukrainie przed mistrzostwami piłki nożnej. Trudno uwierzyć w to, o co dzieje się w sąsiadującym z nami kraju. Doniesienia są wstrząsające i każdy protest przeciwko działaniom prowadzonym przez ukraińskie służby jest słusznym.


W grudniowym numerze przeczytać można zajmującą historię lwów w serii "Koty z warszawskiego ZOO". Sofia trafiła do ogrodu zabrana z bułgarskiego cyrku, Amor jako dziecko dokarmiany był butelką, Dukat z niechęci do nowych pracowników potrafi porzucić jedzenie, a Zulus czeka na zaproszenie do innego ZOO. 

Nie mniej fascynującym artykułem jest ten opisujący rozpoczęcie akcji charytatywnej i sprzedaży kalendarzy "Wybierz Miśka" połączonych ze spotkaniem autorskim Pana Franciszka Jana Klimka. Na spotkaniu mówiono o najnowszym tomiku wierszy poety, tomiku zatytułowanym "Jak Pies z kotem, czyli album rodzinny".

W listopadowym numerze znajdziecie artykuł, który dobitnie wyjaśnia czemu warto mieć co najmniej dwa koty. To dobra podstawa do przekonania domowników oraz tych, którym - będąc zaangażowanymi w szukanie domów kotom bezdomnym - proponujecie adopcję podwójną :-)

Małgorzata Jabłońska z Toruńskiego Towarzystwa Autyzmu, opisała swoje doświadczenia w pracy z dziećmi  autystycznymi i terapię z udziałem kotów; mądrze i wzruszająco.


Kolejny numer i kolejny ważny temat - kastracja kocurów. Pamiętam rozmowę nt. kastracji i sterylizacji; zazwyczaj ważniejsza wydaje się sterylizacja, choćby dlatego, że to kotka przynosi kocięta do domu, a efektów działalności kocurów właściciel zazwyczaj nie ogląda. Kocięta rodzące się w wyniku działalności kota przecież są, nie znikają.


W numerze wrześniowym wszyscy, którzy spodziewają się dziecka i zmuszeni są wysłuchiwania argumentów o kotach duszących niemowlęta, znajdą artykuł dający odpór dziwnym teoriom i mitom.  Dagmara Mieszkis-Święcikowska podpowiada jak przygotować koty na nadejście nowego domownika.

W tym numerze - i tu jest mi bardzo miło - ukazał się artykuł podpisany moim nazwiskiem.


Numer lipcowo-sierpniowy zawiera wkładkę "Młode koty". Oprócz tego znajdziemy w nim kolejny artykuł o kotach z warszawskiego ZOO - tym razem bohaterami są irbisy.

Bardzo ciekawy jest również tekst autorstwa Magdaleny Smęder opisujący koegzystencję kota i jeża. Jeż do domu Pani Magdy trafił pewnego październikowego wieczoru i został na całą zimę.


Czerwcowy numer przynosi zachwyty nad twórczością Janusza Grabiańskiego, który nader często i w bardzo przyjemny sposób portretował koty. Jego ilustracje zdobią wiele książek z mojego dzieciństwa.

Łódzka Miejska Biblioteka Publiczna, filia nr 5, przedstawia historię mieszkającego wśród bibliotecznych półek kota o wdzięcznym imieniu Misiaczek. Ciekawe, czy w którejś z bibliotek z których korzystam też kiedyś zamieszka kot:-)

O tym jak dobroczynny wpływ na zdrowie człowieka mają koty pisano już wiele, ale przyznam, że za każdym razem wzruszam się i cieszę z mądrości czworonożnych przyjaciół. Piękny tekst o wychodzeniu z choroby przy pomocy kocich terapeutek napisała Magdalena Smęder.


Maj to ciekawa opowieść o Andy Warholu i jego kotach. Oraz pożegnanie dr Zuzanny Stromenger. 


Numer marcowy to kolejna historia szczęśliwego kota pracującego. Kicia mieszka w redakcji Wydawnictwa Literackiego znanego z upodobania do kotów. 


Kiedy dowiedzieliśmy się, że Duszka ma cukrzycę, dostałam ten numer [wrzesień 2008] "Kocich Spraw", żeby poczytać jak wygląda cukrzyca u kotów, jaki ma przebieg i jak wygląda życie kota po diagnozie. Ten artykuł, będący zapisem rozmowy Barbary Sieradzan z prof. dr hab. Romanem Lechowskim, dał mi podstawową wiedzę i zachęcił do tego, by zgłębić temat sięgając np. po książki profesora.

"Kocie Sprawy" to doskonały towarzysz. Zajmująca lektura, dobre zdjęcia i przede wszystkim życzliwość wobec ludzi i kotów, kotów i ludzi, którą widać w każdym z artykułów. Cieszą mnie akcje propagujące kocio-lubienie wśród dzieci, cieszy dostępność współpracujących z pismem lekarzy, terapeutów, psychologów, którzy z przekonaniem dbają o dobre imię kota wśród ludzi.

14 lutego 2012

Virginia C. Andrews. Kwiaty na poddaszu.


Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

"Kwiaty na poddaszu" czytałam już czas jakiś temu, ale dopiero teraz dojrzałam do tego, by się podzielić z Wami wrażeniami z lektury. Co więcej - zanim otworzyłam "Kwiaty na poddaszu" pożyczyłam z biblioteki pozostałe 4 powieści Virginii C. Andrews, by zapewnić sobie ciągłość historii.

Kiedy w wypadku samochodowym zginął pan Dollanganger jego żona, przyzwyczajona do wysokiego poziomu życia, i czwórka dzieci nagle zostają pozbawieni wszystkiego. Corrine Dollanganger postanowiła wrócić do rodzinnego domu, domu, z którego wyjechała kilkanaście lat wcześniej. W rozmowie z dziećmi Corrine przyznaje, że jej ojciec jest bajecznie bogaty, ale zawiódł się na córce, nie utrzymywał z nią kontaktów i tym samym nie wie o istnieniu wnuków. Trzeba zatem, aby dzieci ukryły się na noc, dwie, w ogromnym, bogatym domu zanim ich dziadek wybaczy córce i zaakceptuje ich obecność. Dzieci wierzą matce, bo jakże nie wierzyć matce, a dni mijają zamieniając się w miesiące...

"Kwiaty na poddaszu" to wstrząsająca historia budząca najróżniejsze emocje. Narratorką jest starsza córka, która w chwili śmierci ojca ma 12 lat i to jej oczyma spoglądamy na dziejące się wydarzenia, obserwujemy wszystko przefiltrowane przez jej, dziecięcą jeszcze, świadomość i w raz z nią odkrywamy prawdę, w którą - podobnie jak jej - trudno nam uwierzyć.

Klika minut po zamknięciu "Kwiatów na poddaszu" otworzyłam "Płatki na wietrze". Po przeczytaniu drugiej książki z serii otworzyłam trzecią, "A jeśli ciernie", i mniej więcej w połowie doszłam do wniosku, że na tym etapie zakończy się moja przygoda z pisarstwem Virginii C. Andrews, przynajmniej na teraz. O ile "Kwiaty na poddaszu" uderzają nowatorską fabułą, interesującym sportretowaniem postaci, fascynująco zarysowanym wątkiem relacji między rodzeństwem, o tyle kolejne części - pisane w oparciu o ten sam klucz warsztatowy - zaczynają nużyć. Coś co było odkrywcze, staje się wtórne, bohaterowie wplątują się w dziwne zależności powodowane zazdrością, chęcią zemsty, nienawiścią, a książki zamiast poruszać okazują się być nużącymi.

"Kwiaty na poddaszu" to uderzenie. To powieść, która ma wielkie szanse na to, by pozostać w Waszej pamięci na zawsze.

Agata Mańczyk. Rupieciarnia na końcu świata.


Wydane przez
Wydawnictwo Nasza Księgarnia

Kolejna, ostatnio czytana przeze mnie książka, opowiada o młodej osobie, która zmienia całe swoje życie na skutek przeprowadzki. Jednak, mimo, że tematyka podobna, książki są zupełnie inne i to mnie cieszy.

Rodzina Maryli rozpada się. Rodzice biorą szybki rozwód, mama i córka pakują rzeczy, opuszczają mieszkanie i wyjeżdżają z Warszawy do Tomaszowa Lubelskiego, który dla matki Maryli jest miastem rodzinnym, a dla dziewczyny - miejscem zupełnie nieznanym i w żaden sposób nie mogącym ułatwić jej żalu po utracie rodziny, przyjaciół, zwyczajów, ukochanego miasta. Również dom, do którego wprowadzają się Warszawianki, a szczególnie jego mieszkanki, nie napawa nadzieją na miłą codzienność. Babka i prababka, o których istnieniu dotychczas Maryla nie wiedziała, nie przypominają nobliwych, życzliwych światu staruszek z bajek. Są kostyczne, wrednawe i surowo traktują nowe współmieszkanki.

Dla Maryli, mieszkającej od urodzenia w Warszawie, świadomość, że wszyscy wiedzą o ich przyjeździe, że znają jej mamę, że wiedzą kim ona jest zanim się przedstawi, jest zdumiewająca, by nie napisać - oburzająca. Dziewczyna musi nauczyć się nowego miejsca, nowych ludzi, ale przede wszystkim - chce odkryć, co sprawiło, że przyjechały właśnie tu. Jaki był tego cel.

Powieść Agaty Mańczyk otwiera się przed czytelnikiem niczym martioszka. Kolejna, odkryta tajemnica, wskazuje następną do odsłonięcia, a później jeszcze następną... I tak, aż do sedna, do serca tej przedziwnej, coraz cieplejszej opowieści, której finał zaskakuje czytelników i bohaterów. 

Nie wiem jak to się stało, że po raz pierwszy spotykam się z prozą Agaty Mańczyk. Mam nadzieję, że nie będzie to spotkanie ostatnie. Mam przeczucie, że pisarka ma jeszcze sporo interesujących historii do opowiedzenia.

13 lutego 2012

Maciej Zaremba Bielawski. Higieniści. Z dziejów eugeniki.


Wydane przez
Wydawnictwo Czarne


Książka, zgodnie z tytułem, traktuje o dziejach eugeniki. Autor stwierdza, że jego publikacja jest próbą przedstawienia historii sterylizacji, a takie podejście niesie ze sobą określone konsekwencje – książka porusza wiele wątków, ale żadnego nie omawia wyczerpująco.

W roku 1997 Zaremba Bielawski opublikował w szwedzkim piśmie „Dagens Nyheter” trzy artykuły o przymusowych sterylizacjach praktykowanych przez czterdzieści lat w Szwecji, owym – dla wielu – modelowym państwie dobrobytu. Praktyki te zarzucono dopiero w roku 1976. Pisząc swoje teksty Zaremba Bielawski w dużej mierze opierał się na badaniach Maiji Runcis, szwedzko-łotewskiej historyk, która dogłębnie zajmowała się tematem. Artykuły Zaremby Bielawskiego wywołały szok u światowej opinii publicznej. Autor pisze: Dopiero wtedy, po czterdziestu latach istnienia praktyki sterylizacji, a następnie dwóch dekadach milczenia, państwo szwedzkie odżegnało się od polityki segregacji obywateli wedle kryteriów higieny rasy. [Higieniści. s. 17]

W roku 1999 Zaremba Bielawski wydał „Czystych i innych” („Higieniści” to polskie wydanie „Czystych...”, poszerzone i uaktualnione) - w tej książce opisał praktyki eugeniczne w krajach skandynawskich, w USA, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Włoszech, Japonii oraz w państwach Ameryki łacińskiej.

Zapytany o to, skąd wzięła się praktyka przymusowych sterylizacji dokonywanych w imię higieny rasy, Zaremba Bielawski mówi: - Próbowałem odpowiedzieć na to pytanie pisząc książkę, więc skrótowo odpowiem tak. Wzięła się z trzech źródeł: pseudonauki o dziedziczeniu cech mentalnych i moralnych, przekonania państwa, że w imię zdrowia narodu wolno okaleczyć jednostkę oraz z buchalterii – tzn., że zamiast opiekować się dziećmi biedaków, można sprawić, by się nie rodziły. [Polska i Szwecja to prawie dwa bieguny. Z Maciejem Zarembą Bielawskim rozmawia Bożena Dudko. Nowe Książki 6/2011. s. 6]

Moim zdaniem absolutnie najważniejsze jest owo „przekonanie państwa” działającego np.  w imię zdrowia narodu. W „Higienistach” Zaremba Bielawski opisuje przypadek przymusowej sterylizacji Barbro Lysén, pracujący jako maszynistka w jednym ze sztokholmskich biur, po czym stwierdza: Dzieci Barbro Lysén były zatem niepożądane. Przez kogo? Jeśli potraktować serio ustrój Szwecji, trzeba odpowiedzieć "przez naród”. [Higieniści. s. 32]

Zaremba Bielawski nie tylko przedstawia historię eugeniki, ale prowadzi rozważania w szerszym kontekście; pisz o genezie eugeniki, o polityce, pokazuje socjologiczne aspekty omawianego zjawiska. Autor właściwie postrzega sprawy i wskazuje na fakty, które trudno w ogóle przyjąć do wiadomości. W przedostatnim rozdziale książki podkreśla, że państwo niemieckie nie uznaje roszczeń ludzi okaleczonych w imię higieny rasy, gdyż hitlerowska ustawa nie została przez parlament anulowana. Kwestie odszkodowań specjalna komisja Bundestagu rozpatrywała w latach 1961-1964. Komisja ta uznała, iż ustawa hitlerowska z roku 1934 była odpowiedzialnie stosowanym przez niemieckich lekarzy środkiem dla dobra niemieckiego ludu. [Higieniści. s. 396]

Odnosząc się do tego curiosum Zaremba Bielawski stwierdza: ten fakt jest centralny dla zrozumienia stosunków między eugeniką a ideologią nazistowską. To ta druga czerpała z tej pierwszej, nie odwrotnie. Hitler chodził jeszcze do szkoły, kiedy stan Kalifornia uchwalał ustawy o przymusowej sterylizacji "mało wartościowych”. [Polska i Szwecja... s. 7]

To tyle, bo ciężko mi pisać o tej naprawdę dobrej książce. I bardzo smutnej.

Beata Ostrowicka. Jest taka historia.


Wydane przez
Wydawnictwo Literatura

Gdy byłam mała uwielbiałam słuchać opowieści snutych przez Mamę po wielokroć. Lubiłam słuchać i tego, co działo się gdy się urodziłam, mówiłam pierwsze słowo, stawiałam pierwsze kroki, ale przede wszystkim - chciałam słuchać o tym, gdy mała była Mama. Powtarzanie tych samych historii dotyczących kogoś bliskiego dziecku jest doskonałym elementem kształcącym wrażliwość, empatię, odwagę i wszystko to, co chcielibyśmy w dziecku dobrego wykształcić. 

Babcia Jaśka, ucznia III C, opowiada chłopcu, kolejny raz, o swoim dzieciństwie. Jasiek wie już na początku opowieści, który jej fragment będzie wesoły, który smutny, w czasie opowiadania którego babcia będzie się uśmiechać lub zamyśli się i ciężko westchnie. Ale chłopiec chce słuchać, a wraz z nim - zaręczam - zechcą słuchać dzieci, którym czytać będziecie tę książkę.

Babcia Frania w dzieciństwie była jedną z sierot pozostających pod opieką Janusza Korczaka zwanego "panemdoktorem". Starsza pani opowiada jak bardzo zmieniło się jej życie, gdy trafiła po Domu Sierot, jak funkcjonowała społeczność korczakowska, w jaki sposób dzieci z postaci, które niczym ryby głosu nie mają, stawały się pełnoprawnymi ludźmi. Jak każde z nich z dziecka stawało się człowiekiem.

Wzruszająca, ale nie wspierająca się patosem, książka Beaty Ostrowickiej została zilustrowana przez Jolę Richter-Magnuszewską, znaną mi dotychczas Z Innej Bajki

Autorka stworzyła historię, w której czas teraźniejszy przeplata się z przeszłym, a narrator jest mądrym wrażliwym dzieckiem. Ilustratorka, jak sama pisze, wsiąkła w pracę twórczą, a efekt "siedzenia w Korczaku po same uszy" pasuje idealnie do tekstu książki.

12 lutego 2012

Michael Pollan. W obronie jedzenia. Manifest wszystkożerców.


Wydane przez
Wydawnictwo MiND

Z tym jak pisze Michael Pollan miałam okazję zetknąć się przy okazji lektury jego poprzedniej, wydanej w Polsce, książki. Przeczytałam, przemówiło do mnie, więc z tym większym zainteresowaniem sięgnęłam po najnowszą publikację dziennikarza piszącego o jedzeniu.

"W obronie jedzenia" osadzone jest na prostej, ale niełatwej do zaakceptowania tezie. Autor stawia ją już na początku książki objaśniając ją i wyłuszczając w dalszych rozdziałach. Otóż Michael Pollan pisze:

W przeszłości jedzeniem było wszystko,co można było zjeść, natomiast obecnie w super- i hipermarketach znajdujemy tysiące jadalnych substancji tylko z wyglądu przypominających jedzenie. [s. 9]

Zastanówcie się nad prawdziwością tego zdania. Szokujące, prawda?

Kolejną wartą wzmiankowania informacją, na którą Autor otwiera nam oczy jest ta, że nasi dziadkowie jedli zupełnie inne rzeczy niż my, nasi rodzice - będąc dziećmi - karmieni byli rzeczami diametralnie odmiennymi od tych, które jedzą dzisiejsze dzieci. Co więcej - kiedyś to matki były autorytetami w dziedzinie karmienia swoich dzieci; dziś rolę autorytetu przyjmują dietetycy lub media (i nie wiem, która z tych możliwości jest gorsza).

Michael Pollan w prawdziwie przekonujący sposób wiedzie czytelników swojej książki przez meandry tego, co nazywamy zdrowym odzywaniem, przez kolejne rewelacyjne diety i składniki pokarmowe, które niczym krój płaszcza to windują się na szczyty sezonowej mody, to popadają w zapomnienie.

Pod koniec książki Autor odpowiada na pytanie "Co jeść?". Nie zdradzę tego, co opisane zostało w tej części publikacji, ale przytoczę wielce mówiący tytuł ostatniego rozdziału "Oswobodzenie z niewoli dietetyzmu".

Warto - dla samych siebie.

Beata Wróblewska. Jabłko Apolejki.


Wydane przez
Wydawnictwo Stentor
w dziale Kora

Nie dziwi mnie fakt, że książka Beaty Wróblewskiej otrzymała nagrodę w konkursie im. Astrid Lindgren. W pełni na nagrodę zasługuje i potwierdza moje przekonanie o tym,że nagroda trafia do książek naprawdę wartościowych.

Przeprowadzka jest jednym z bardziej stresujących doświadczeń w życiu. Przeprowadzka nieco wbrew własnej woli, bliska matura, niepewność co do sytuacji rodzinnej, młodsza siostra zmagająca się z nową klasą, brat autystyk i nowe środowisko wydaje się być ponad siły Kasi. Dziewczyna przygląda się temu co nieznane, próbuje ocenić komu warto zaufać i jednocześnie, udając silną, musi wspierać najbliższych.

Opowieść o rodzinie w trudnej sytuacji, sytuacji, która tak samo sprzyja scaleniu rodziny, jak i jej rozpadowi, pokazuje, że również z takim tematem można zmierzyć się i wyjść z owej konfrontacji z nagrodą:-) I mowa tu nie tylko o Autorce książki...

Polecam.

11 lutego 2012

Dorota Gellner. Zawiłości miłości.


Wydane przez
Wydawnictwo Wilga

Do zbliżających się Walentynek mam podejście najzupełniej obojętne, ale do twórczości Pani Doroty Gellner - nie. Lubię pisanie Doroty Gellner, czemu dawałam wyraz niejednokrotnie, i powodowana sympatią do Autorki z przyjemnością wczytałam się w wierszowane opowiastki o miłości, zakochiwaniu się, uczuciach targających ludźmi, a także o rozstaniach.

Pomysł na historie opowiadające o miłości opiera się o profesje zakochanych. Mamy zatem zegarmistrza wahającego się przed wyznaniem miłości, księgowego liczącego na miłość, sprzedawcę baloników ulatujących ze swą ukochaną oraz sprzątaczkę, która wymiotła wszelkich absztyfikantów. To oczywiście nie wszystkie postacie, ale każda z nich jest reprezentatywna dla książki, dla sposobu w jaki Dorota Gellner opowiada o miłości.

Całość jest urocza i przy tym ironiczna na tyle, by się uśmiechnąć życzliwie nad zawiłościami miłości.

P.S. Podoba mi się, że w niektórych ilustracjach Katarzyna Sadowska, obok ludzi, zamieściła zwierzęta. A już, osobliwie, surykatkę:-) 

Nusia się nudzi...

i od samego rana ma chęć grandzić. 

A to zagląda do koszyka, w którym śpi Sisi, a gdy Sisi udaje, że jej nie widzi, trąca ją łapką (zaglądając stoi na koszyku), co powoduję Sisulową złóśc i wyjście z koszyka. A to podchodzi do lustra i drapie w nie wydając ciężkie westchnienia. A to próbuje pacnąć Gusię, która zmierza w stronę miski. Albo gryzie mnie w palce u nóg, żebym coś wymyśliła, a gdy próbuję się z nią bawić, to siedzi i patrzy na mnie jak na wariatkę, która próbuje zmusić kota do biegania.

Wypuściłam ją na balkon.

Idę po nią, bo zaraz zmarznie i będzie śpiewała pod oknem balkonowym obrażone serenady.

Oriana Fallaci. Wywiad z historią.

Wydane przez
Wydawnictwo Świat Książki

Wywiady, które składają się na książkę, pochodzą z lat siedemdziesiątych XX wieku. Fallaci rozmawia z ważnymi postaciami ówczesnego świata, w tym z głowami koronowanymi i takimi koryfeuszami polityki, jak Henry Kissinger. To są dobre wywiady i bardzo różne wywiady, utrzymane w rozmaitych klimatach. Fallaci, która w ostatnich latach swojego życia przez wielu była postrzegana jako prawicowa fundamentalistka (cokolwiek ten termin oznacza), wtedy, czterdzieści lat temu, mogłaby być uznana za anarchistkę (cokolwiek ten termin oznacza). Oto, co Autorka pisze w tekście umieszczonym przed wywiadem z Williamem Colbym, byłym szefem CIA:

On reprezentował władzę, niewidzialną i wszechobecną ośmiornicę, która wszystko kontroluje i dławi. Ja jej ofiarę. On wierzył w prawo do śledzenia, wtrącania się, przekupywania, obalania rządów, zawiązywania spisków, zabijania, sprawowania kontroli nawet nade mną, na przykład przez nagrywanie moich rozmów telefonicznych. Ja wierzyłam w prawo do bycia pozostawioną w spokoju i do osobistego rozporządzania wolnością, która mi się należy. [s. 482]

Pisarka przyznaje, że rozmowa z Colbym to była bardziej kłótnia niż wywiad, niemniej jednak moim zdaniem jest to przykład dziennikarskiej roboty stojącej na wysokim poziomie.

Przed każdym wywiadem Fallaci rysuje swoisty portret swojego rozmówcy, opisuje też okoliczności, w jakich doszło do wywiadu i w jakich wywiad przebiegał. To ogromnie pomaga w czytaniu zapisu samej rozmowy, tym bardziej, że wielu bohaterów książki dotąd nie znałam; o ile wiedziałam, kto to Indira Gandhi czy Willy Brandt, o tyle dopiero przy lekturze „Wywiadu z historią” poznałam postacie takie, jak Otis Pike czy Santiago Carrillo.

Fallaci imponuje znajomością tematu, w czasie przeprowadzania wywiadu stara się wyciągnąć z rozmówców maksimum informacji i często czyni to z dobrym skutkiem. Jest zdecydowana w swoich sądach, co przydaje pikanterii tekstom. Przy tym wszystkim, że tak powiem, nie można iść za Fallaci w ciemno. Kiedy przeczytałam na przykład, że zdaniem Autorki Kissinger spotykał się z Mao Tse-tungiem, kiedy tylko chciał [s. 21], to przypomniałam sobie, co o przygotowaniach wizyty prezydenta Nixona w Chinach w roku 1972 piszą Jung Chang i Jon Halliday; otóż wedle Autorów książki „Mao” (Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz. Warszawa 2007) Kissinger spotykał się z Mao raczej wtedy, kiedy tylko chciał tego chiński przywódca.

„Wywiad z historią” to kawał dobrego dziennikarstwa. We „Wstępie” Fallaci napisała: Ta książka naprawdę nie chce być niczym więcej, niż tym, czym jest. [s. 19] Fallaci ma rację – jej książka nie chce być niczym więcej, niż tym, czym jest, ale przecież niczego więcej nie trzeba. „Wywiad z historią” to owoc pracy znakomitej dziennikarki, która o swojej profesji napisała pięknie i mądrze:

Dlatego kocham dziennikarstwo. Dlatego obawiam się dziennikarstwa. Jaki inny zawód pozwala ci zapisywać historię w tej samej chwili, w której się ona staje, a także być jej bezpośrednim świadkiem? Dziennikarstwo jest nadzwyczajnym i straszliwym przywilejem. [s. 17]

10 lutego 2012

Wieści od Karolci





Karolcia zdumiewa swoich Ludzi i Szymona, kociego przyjaciela, swoim dynamizmem:-) Nawet do łazienki wskakuje z rozpędu, przez specjalne kocie drzwiczki. Jak widzicie, urosła tak, że aż trudno ją poznać.

Cieszy nas, że Karolcia jest szczęśliwa:-)

05 lutego 2012

Frédéric Martel. Mainstream.

Wydane przez
Wydawnictwo Czarna Owca


Bohaterem (jeżeli można tak powiedzieć) książki zatytułowanej „Mainstream” jest entertainment. W „Prologu” Martel wyjaśnia, o czym traktuje jego dzieło:

"Mainstream" jest książką o geopolityce kultury i mediów na świecie. Dotyczy globalizacji entertainmentu i zajmuje się tym, co robią społeczeństwa, kiedy nie pracują: ich relaksem i rozrywką – w tym kontekście często mówi się o "przemysłach rozrywkowych". [s. 16]

To jest bardzo ważne stwierdzenie; mam na myśli uwagę, że rozrywka jest w sposób istotny związana z czasem wolnym od pracy (aczkolwiek kiedy przyglądam się pracy polityków, to zaczynam mieć w tej kwestii niejakie wątpliwości). W książce „Kultura jest ważna” Roger Scruton napisał:

Kultura jest produktem czasu wolnego: tworzy się ją i odbiera w chwilach bądź stanach umysłu, kiedy konieczności życia praktycznego schodzą na dalszy plan. Nasza kultura historycznie jest dziełem klasy niepracującej – klasy z niemal całkowitym monopolem na czas wolny.

Tu trzeba zrobić istotne zastrzeżenie: otóż Scruton pisze o zachodniej kulturze wysokiej, natomiast Martel zajmuje się rozrywka masową.

Martel pokazuje, że w skali globalnej rośnie znaczenie nowych centrów rozrywkowych, przede wszystkim Chin, Indii, Brazylii, Indonezji, Egiptu, Meksyku czy Rosji. Niejako w opozycji do tych centrów pozostają ośrodki tradycyjne – Stany Zjednoczone i Europa.

Weźmy Indie i przemysł filmowy tego kraju. W powszechnej świadomości istnieje tylko Bollywood, ale Bollywood to przecież tylko część indyjskiego przemysłu filmowego; istnieje kino tamilskie w Ćennaju (to nowa nazwa Madrasu), Tollywood w Kalkucie itd. Istotne jest to, że kino czy telewizja indyjska nie powielają bezmyślnie amerykańskich wzorców. Paul Sharma, reprezentujący Star India w New Delhi, powiada tak:

Nasze treści muszą być w 100% lokalne: albo "indianizuje” się amerykańskie formaty, albo tworzy się programy wyłącznie dla Indii. [s. 255]

Jak w tej światowej wojnie kulturowej radzi sobie Europa? Zdaniem Martela kultura Europy jest kulturą antymainstreamową, przy czym warto jeszcze raz podkreślić, że Autor ma na myśli nie to, co Scruton określa mianem kultury wysokiej, tylko rozrywkę masową. Martel stawia tezę, że ta swoista słabość Starego Kontynentu bierze się z tego, iż kraje europejskie generują płodną kulturę narodową, której jednak nie eksportują: Nie istnieje już coś takiego jak wspólna kultura europejska. Jedyna wspólną dla narodów europejskich kulturą mainstreamową jest kultura amerykańska. [ss. 413-414]

„Mainstream” to dobra książka, porządnie napisana, pełna ciekawych danych i rozmów z ludźmi zajmującymi w branży wysokie pozycje. Na początku lektury miałam obawy o to, że pogubię się właśnie z powodu mnóstwa postaci, które Martel cytuje, na które się powołuje. Dałam jednak radę, a to, rzecz jasna, jest zasługa Autora :-)

Kavka

Niedzielnik nr 32.

Nie mogę. Nie mogę ostatnio czytać niczego poza książkami dla dzieci. Sięgam po powieści, książki popularnonaukowe i nic. Dziecięce - owszem, wczoraj z przyjemnością przeczytałam trzy, bardzo mądre, książki. Ale co z książkami adresowanymi do dorosłych czytelników? Może wszechobecne zimno przymroziło moją fascynację literaturą? Chyba wrócę do książek już czytanych, znanych dobrze, ale zawsze poprawiających mi nastrój.

*   *   *

Odwiedziłam XI Targi "Książka dla Dzieci i Młodzieży" w Poznaniu. Zdjęć nie mam, bo bateria aparatu odmówiła współpracy po tym, jak przewiozłam ją po mrozie. Uroku wydarzeniu dodawała wystawa ilustracji Iwony Chmielewskiej. Z targów oprócz książeczek o Zuzi przywiozłam jeszcze to:


Dziękuję za wszystkie rozmowy i spotkania podczas targów. 

*   *   *


*   *   *
Podczas pobytu w Poznaniu miałam okazję poznać osoby, których blogi czytuję, czytać lubię i spotkanie z którymi, było dla mnie bardzo ważnym i satysfakcjonującym wydarzeniem. Dziękuję:-)

*   *   *

Czas jakiś temu dostrzegłam, że większą przyjemność sprawia mi perspektywa spotkania w książce ze znanym mi już wcześniej i cenionym przeze mnie pisarzem, którego dziś możemy zaliczyć do klasyki, niż z twórcami nowymi, nowoczesnymi, debiutującymi współcześnie. Oczywiście, są wyjątki, ale mój księgozbiór zmierza w stronę, o której pisałam powyżej. Jak jest u Was? Eksplorujecie tylko nowinki, czy sięgacie po starsze utwory?

03 lutego 2012

Stulatkowa wygrywajka [+ wynik]

Wydawnictwo "Świat Książki" za moim pośrednictwem chciałoby Wam przekazać egzemplarz książki Jonasa Jonassona Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął

Książkę na stronie wydawnictwa opisano w następujący sposób:

„Szwedzki Forrest Gump”! Setne urodziny, huczna impreza w domu spokojnej starości i Allan, jubilat, który wyskakuje przez okno. Mężczyzna rusza w ostatnią życiową podróż. Na dworcu staje się właścicielem pewnej walizki i od tej pory zostaje poszukiwanym. Przemierza Szwecję, zdobywa przyjaciół i ukrywa się przed prokuraturą, która z czasem chce go oskarżyć o potrójne morderstwo. Snuje także opowieść o swojej przeszłości – okazuje się, że jego stuletnie życie było równie absurdalne, co sama ucieczka przed wymiarem sprawiedliwości. Ta książka to także podróż przez XX w. Allan powiada, jak jadł kolację z Trumanem, leciał samolotem z Churchilem, pił wódkę ze Stalinem... Najzabawniejsza książka, jaką w życiu czytałem – rekomenduje Lasse Berghagen, znany szwedzki aktor.

Moją recenzję, przyznaję, entuzjastyczną znajdziecie TU.

Gdyby ktoś życzył sobie, by książka trafiła do niego, niechaj napisze w komentarzu kilka słów nt. Moje setne urodziny. Oceniany będzie pomysł, ale też poprawność językowa komentarza. 

Czas  start! Koniec - w niedzielny poranek; powiedzmy, że o 10:00:-)

Książkę wysyłać będzie redakcja wortalu Granice.pl

*   *   *
Książka powędruje do Megii24. Proszę o przesłanie adresu korespondencyjnego na m1b1m1m@gmail.com. Gratuluję:-)

02 lutego 2012

Wybyłam z domu, ale...

Z. czuwa i śle mi zdjęcia:
Jutro już wtulę się w moje kociokwiki:-)