23 marca 2012

Doctor Honoris Causa Universitatis Silesiensis


Miałam dziś przyjemność uczestniczyć w uroczystości nadania honorowego doktoratu Uniwersytetu Śląskiego Sławomirowi Mrożkowi. Wydarzenie odbywało się w Teatrze Śląskim. Wraz z licznie zgromadzonymi gośćmi wysłuchałam laudacji, aktu nadania doktoratu i wszelkich innych przemówień. Pierwszy raz miałam okazję uczestniczyć w takiej uroczystości, więc przyznam się, że byłam poruszona atmosferą wydarzenia. Wzbudziło ono we mnie pewne przemyślenia. Mam wrażenie, że pewnych rytuałów, różnego rodzaju podniosłych obyczajów, strzegą już tylko dwie instytucje - Uniwersytet i Kościół. O ile w przypadku tej drugiej instytucji nie należy się martwić o porzucenie troski o rytuały, to w przypadku uniwersytetów podniosłość zestawiona z codziennością jest tak okazjonalna, że aż budząca dysonans. Ile razy słuchaliście "Gaudeamus igitur", "Gaude Mater Polonia"? Ile razy widzieliście rektora w gronostajach i skórzanych rękawicach? Rytuały bez idącego za nimi znaczenia są tylko pustymi gestami. Czy uniwersytety współcześnie dają jeszcze radę wypełniać owe gesty znaczeniem? 

6 komentarzy:

Avo_lusion pisze...

Mój ukochany UŚ! I Mrożek, wspaniały!:)

mpoppins pisze...

Tak się zastanowiłam nad moimi studiami na UŁ. Przez cały okres studiów nie usłyszałam "Gaudeamus igitur" i nie zobaczyłam rektora w gronostajach. Przykro mi się zrobiło :((

patrycja pisze...

Zazdroszczę, cenię Sławomira Mrożka.

Co do tradycji, to moje liceum każdy apel zaczynało "Gaude Mater Polonia", byłam nawet w chórze szkolnym.

Studia, to obyczajowa katastrofa, w moim przypadku. Nigdy nie widziałam rektora w gronostajach, nie przypominam sobie żadnej wzniosłej chwili, ale to pewnie dlatego, że studiowałam zaocznie i nawet zaocznie odbierałam dyplom. Smutne.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

:-)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Ja miałam taką szansę tylko raz.

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Dobre kończyłaś liceum:-)