26 lutego 2013

Lucy Dillon. Psy, Rachel i cała reszta.


Wydane przez
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Rachel ma doskonale płatną pracę i mężczyznę, który jest czyimś mężem. Życie, choć w biegu i nieco pustawe, sprawia jej satysfakcję; być może dlatego, że nie ma czasu zastanowić się nad tym, co ją mentalnie uwiera, a być może dlatego, że zastanawiać się po prostu nie ma ochoty.

I nagle - zmiana. Diametralna, można rzec. Nie ma pracy, nie ma faceta, nie ma także mieszkania, które było mieszkaniem służbowym. Jest za to konieczność ostatniego pożegnania wyalienowanej rodzinnie ciotki, której całe życie podporządkowane było psim nieszczęśliwcom.

Rachel z pani na szpilkach i w stylowym kostiumie niepostrzeżenie przeradza się w aktywną obrończynię psich istnień. Zauważa nagle, że ludzie po prostu są, gdy ktoś ich potrzebuje, że relacje między psami i ich opiekunami są pełniejsze niż jej zdarzyło się mieć z mężczyzną, któremu poświęciła sporo swoich lat, że psie towarzystwo czasami jest tym, co człowiekowi potrzebne najbardziej.

Lucy Dillon, o czym się przekonałam czytając "Szczęśliwe zakończenie" pisze lekko, ale na mądrym poziomie. Swoimi bohaterami czyni, obok ludzi, psy i to dla mnie najważniejszy czynnik rekomendujący. Dobrze jest wiedzieć, że istnieje Autorka, który oprócz pisania ku pokrzepieniu serc ciepłych powieści z dobrym zakończeniem, realizuje ideę związaną z propagowaniem przyjaźni ludzko-psiej.

Książki Lucy Dillon maja też wartość w warstwie socjologicznej. I nie chodzi tu o związek głównej bohaterki z żonatym mężczyzną, czy próby wychowawcze jakie podejmuje Zoe i jakie torpeduje jej były mąż. I nawet nie o to, jak wiele złego w małżeństwie Natalie i Johnny'ego zrobił przemilczany kłopot z płodnością. Istotniejsze dla mnie jest to, w jaki sposób podchodzi się do zwierząt, w jaki sposób w społeczności małego miasta funkcjonuje prywatne schronisko, jaką rolę odgrywają wolontariusze, osoby wyprowadzające psy na spacer. Interesujące jest obserwowanie rosnącej społeczności zwolenników, czy wręcz miłośników psów, którzy nie są nastolatkami i nie zbierają punktów w szkolnym programie wolontariackim, ale są dorosłymi osobami, który własny czas i serce poświęcają, bo chcą.

Ciekawa lektura, przy której łatwo się wzruszyć do łez i łatwo się uśmiechnąć.

6 komentarzy:

toska82 pisze...

Czytałam i bardzo polubiłam twórczość autorki, właśnie za ten lekki styl a jednocześnie za tą prawdę, którą przemyca niepostrzeżenie!

natanna pisze...

Świetnie zapodałaś książkę.
Sama okładka już zaprasza do odkrywania wnętrza.)

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

Toska82,
chyba trudno nie polubić:-)

Natanna,
cieszę się:-)

pisanyinaczej.blogspot.com pisze...

Piękna recenzja. Uwielbiam książki, przy których mogę się wzruszyć. W tekście potrzebuje emocji :-)

Halinka pisze...

Mnie też ta powieść zachwyciła zwłaszcza opisane w niej relacje ludzi i psów. Podpisuję się pod tym co tak pięknie ujęłaś w zakończeniu recenzji.
Kupiłam dwie jej następne książki, ale jeszcze muszą poczekać na swoją kolej. Mam nadzieję, że będą równie ciepłe i wzruszające co "Rachel.."

Prowincjonalna nauczycielka pisze...

PisanyInaczej,
dziękuję:-)

Halinko,
życzę udanej, uspokajającej i jednocześnie emocjonującej lektury:-)